sobota, 20 października 2012

Mało co uszło dragonów, także i rajtarów...



Zaciągi wystawione latem 1648 roku przez województwa pruskie[1] spóźniły się na wyprawę piławiecką, więc oszczędzono im goryczy haniebniej porażki z rąk Kozaków i Tatarów. Oddziały pruskie pomaszerowały więc do Zamościa, gdzie połączyły się z piechotą ordynacką i reorganizowanymi przez księcia Wiśniowieckiego rozbitkami spod Piławiec. Żołnierze pod komendą kasztelana elbląskiego nie siedzieli jednak w twierdzy bezczynnie, miast tego wysyłali podjazdy szarpiące nadciągających Kozaków i Tatarów. W liście datowanym na 5 listopada 1648 roku Ludwik Weyher opisał swemu bratu – Jakubowi Weyherowi[2] - starcia z udziałem takich podjazdów. Ciekawy to przykład ‘małej wojny’, więc chciałbym mu poświęcić niniejszy wpis.
4 listopada kasztelan wysłał z Zamościa dwie partie przy inszych chorągwiach dragonów i rajtarów, tak moich jak i w.j.m.p.[3] Pierwszy podjazd udał się na odsiecz Bełza. Polacy porazili kilka chorągwi Kozaków, języka dostali, po czym zostawili w Bełzu 60 dragonów, a reszta podjazdu bezpiecznie wróciła wieczorem do Zamościa. Drugi oddział wyruszył do odległego o pięć mil od Zamościa Narola. Początkowo podjazd ten miał szczęście, zaskoczył bowiem kilka chorągwi Kozaków w pewnej wiosce. Padło im dobre szczęście, że tych Kozaków znieśli, chorągwie[4] odebrali i więźnia kilkunaście wzięli. Okazało się wtedy, że Narol ku któremu maszerowali został już zajęty przez Kozaków, podjazd winien więc wracać do Zamościa. Niestety, pod namową niejakiego p. Rogońskiego, którego pp. bełzanie[5] wyprawili byli przy dragonach i rajtarach naszych z ochotnikiem swoim, podjazd udał się pod Tomaszów, gdzie zaatakowano zgrupowanie Tatarów. Początkowo polski atak był udany, jednak stopniowo przybywające posiłki tatarskie i kozackie złamały opór podjazdu. Od Tomaszowa także mało co uszło dragonów, także i rajtarów z tego pogromu, i to porażonych z łuków i szablą. Oficerów, także dragońskich i rajtarskich pozabijano. Kasztelan ubolewał w liście, że jego żołnierze posłuchali złej rady, zamiast po złapaniu jeńców pośpiesznie wrócić do Zamościa. Okazało się jednak, że pan Ludwik miał solidnych wojaków pod komendą. Nawet w obliczu klęski udało im się powrócić do Zamościa z dwoma jeńcami, z których jeden regestrowy od dwudziestu kilku lat i setnikiem pułku czehryńskiego. Cenny więzień zdał szczegółowy raport o nadciągającej armii Chmielnieckiego, więc kasztelan był w stanie wysłać jego zeznania do księcia Wiśniowieckiego.  Na końcu listu pan Ludwik prosił o przysłanie posiłków do Zamościa, któremu groziła teraz cała armia kozacko-tatarska.                                                                                                                                                                                                       



[1] Dowodzone przez Ludwika Weyhera, kasztelana elbląskiego.
[2] Wojewodzie malborskiemu.
[3] Każdy z Weyherów był nominalnym rotmistrzem 100-konnej chorągwi rajtarskiej.
[4] W tym przypadku chodzi o sztandary.
[5] Województwo bełskie we wrześniu 1648 roku wystawiło wyprawę łanową, o czym pisałem w innym miejscu: http://kadrinazi.blogspot.co.uk/2012/06/anowy-rajtar-kozak-i-hajduk-byle-nie.html

3 komentarze:

  1. Cześć,

    Ja znowu nie do końca w temacie, ale polecam najnowszy filmik chorągwi husarskiej:

    http://www.youtube.com/watch?v=AyJdeSslnys

    OdpowiedzUsuń
  2. A widziałem, widziałem. Bardzo zgrabny i profesjonalnie zrobiony.

    OdpowiedzUsuń