Wracamy do wspominków pana de Montluc, udało mi się znaleźć
smakowity kawałek. Francuz tak oto opisywał pewien epizod ze szturmu na
Thionville, który miał miejsce w czerwcu 1558 roku. Jeden z jego żołnierzy
zameldował mu, że przeciwnik wycofał się z ważnej pozycji. Oficer odrzekł na
to:
Wskakuj tam żołnierzu,
a dam ci [za to] 20 sou. Żołnierz odrzekł jednak, że tego nie zrobi, [bo] jeśli
skoczy w dół to [zaraz] będzie martwym człekiem. I zaparł się [w miejscu] z całych
sił [tak, że Montluc nie mógł go zepchnąć ]. Mój syn kapitan Montluc i insi
kapitanowie, nad którymi miałem komendę, stali tuż za mną. Krzyknąłem do nich,
by pomogli mi z tym oto dzielnym żołnierzem [by zmusić go do skoku]. Cała nasza
grupa [złapała więc żołnierza] i rzuciła go w dół, głową w dół, dodając mu
odwagi [w momencie] gdy [mu] jej zabrakło. Kiedym ujrzał, że nikt go nie
zastrzelił, wrzuciliśmy tam jeszcze dwóch arkebuzerów, także [jak i pierwszego]
nieco wbrew ich woli.
Co ciekawe, dopiero potem zaczęli skakać tam oficerowie, na
czele z synem naszego pamiętnikarza. Kiedy już pozycję zajęło kilku z nich,
dopiero wtedy skoczył tam sam Montluc. Pragmatyzm Francuza jest godny uwagi, bo
też nie rzucał się do ataku jako pierwszy, a ‘zachęcał’ do tego innych
żołnierzy. Nic dziwnego, że tak długo udało mu się przetrwać na polu walki.

