Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna o sukcesję hiszpańską. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna o sukcesję hiszpańską. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lutego 2017

By oddać honory dawnemu generałowi


W grudniu 1711 roku królowa Anna, pod wpływem kilku swoich doradców, zwolniła Johna Churchilla, 1-szego księcia Marlborough, z funkcji dowodzącego armią sprzymierzonych w Europie. Rok później borykający się w z wieloma[1] problemami Marlborough zdecydował się na dobrowolną emigrację z Anglii, udając się na kontynent, gdzie przebywał do lipca 1714 roku. W czasie jego europejskiej podróży witano go hucznie na dworach wielu sojuszniczych władców, równie podniośle fetowała go ludność w krajach niemieckojęzycznych i Zjednoczonych Prowincjach. Latem 1714 roku, już w drodze powrotnej do Anglii, książę miał okazję spotkać weteranów ze swoich dawnych regimentów. W Gandawie stacjonowały bowiem dwie brytyjskie jednostki: Royal Regiment of Ireland, który jeszcze pod nazwą regimentu Hamiltona walczył pod komendą Marlborough w wielu jego kampaniach oraz King’s Regiment (Liverpool)[2].  Obecny tam kapitan Robert Parker, oficer RRoI, miał zanotować:
Słysząc że oto książę miał przejeżdżać [przez miasto] wszyscy oficerowie z obydwu regimentów udali się bramę portową i ustawili w szpaler, by oddać mu honory i wyrazy szacunku, jaki wciąż żywiliśmy do Jego Miłości. Książę i księżna podjechali do nas konno; zatrzymali się i rozmawiali z nami o różnych rzeczach przez około pół godziny, a potem – wyraźnie zadowoleni z wyrazów szacunku które im złożyliśmy – podziękowali nam i udali się bezpośrednio przez Gandawę do Ostendy.
Jak widać nawet po tym jak książę zmuszony został zdać komendę, jego żołnierze wciąż dobrze go wspominali i nie przegapili okazji ku spotkaniu.



[1] Głównie finansowymi. 
[2] Znany także jako 8th regiment. 

środa, 20 lipca 2016

Grenadierzy chlebowi


Dawno nie gościł na blogu pułkownik Jean De la Colonie, pora to więc dziś naprawić. Pisałem kilka lat temu (jakże ten czas leci) jak to jego grenadierzy objuczeni byli ekwipunkiem w czasie kampanii. Oficer zanotował w tym samym czasie, jak zapobiegliwi byli wojacy spod jego komendy. Tłumaczenie – z wersji angielskiej – jak zwykle dość luźne, w moim wykonaniu:
Nasi grenadierzy poprosili przy okazji by wydać im chleb, transportowany z naszą ariergardą. [Chleb] był już w tym czasie rzadkością, ale Generał przemyślał sytuację i wiedząc że będzie ich [grenadierów] bardzo potrzebował[1] nakazał wyładować przed nimi zawartość kilku wozów taborowych [a] żołnierze mogli zabrać ile chcieli – przy okazji nikt nie zapisywał ile im tego wydano. [Grenadierzy] dobrze wykorzystali taką okazję, jako że w ciągu kilku kolejnych dni nader drogo sprzedali nadliczbową ilość. Nigdy bym nie przypuścił, że możliwe jest dźwiganie takiej [dużej] ilości bochenków [chleba] jak to [im] się udało zapakować do swoich plecaków i [mimo tego ciężaru] wciąż zachować szybkie tempo marszu które wysforowało nas na początek awangardy.
Nic dziwnego, że pułkownik był bardzo dumny ze swojej jednostki „emigrantów”.




[1] Regiment prowadził bowiem awangardę. 

wtorek, 28 czerwca 2016

Myszy diuka Marlborough


Zarosło tu na blogu kurzem że ho ho. Niestety mało mam czasu na pisanie, jak zwykle blogowanie pada ofiarą innych projektów. Wypadałoby jednak nieco tu odgruzować i coś napisać. Prace nad książką o Trzcianie wciąż trwają, co prawda termin wydania musimy znacznie przesunąć, ale mam nadzieję, że warto będzie czekać bo zapowiada się tam sporo ciekawostek.
Dzisiejszy wpis to jednak coś lekkiej i przyjemnego, mimo że związanego z Wielką Brytanią. Jesienią 1710 roku korpus z armii diuka Marlborough oblegała twierdzę Aire. Francuzi bronili się niezwykle dzielnie, do tego obfite deszcze i braki w zaopatrzeniu mocno dawały się sprzymierzonym we znaki. Pomoc logistyczna nadeszła z zupełnie nieoczekiwanego kierunku, bo oto jak zanotował jeden z kronikarzy:
W czasie oblężenia Aire brakowało nam żywności; jednak pomoc przyszła tu z zupełnie nieoczekiwanej strony – oto nasi żołnierze znajdowali stosy kukurydzy zmagazynowane pod ziemią przez myszy [na zimę], tak że codziennie nasi ludzie wracali do obozu obładowani kukurydzą wyciągniętą z tych stosów.

Mimo takiego – cudownego wręcz – wsparcia, oblężenie przeciągało się w nieskończoność i dopiero 8 listopada francuski garnizon kapitulował na dogodnych warunkach z prawem przejścia do St. Omer. Cała impreza okazała się bardzo kosztowna dla sprzymierzonych: korpus oblężniczy stracił bowiem 7200 zabitych, rannych i chorych czyli ¼ sił początkowych.  Za to myszy na pewno odetchnęły…

czwartek, 28 maja 2015

Za pomocą brandy i szalonej odwagi


Dawno nie cytowałem wspomnień pułkownika de la Colonie z okresu wojny o sukcesję hiszpańską, pora to więc dzisiaj naprawić. Przeniesiemy się w czasie do września 1709 roku, na krwawe pole bitwy pod Malplaquet. Pułkownik opisze nam wspaniały atak piechoty sprzymierzonych na lewą flankę armii francusko-bawarskiej. Rzadko się spotyka taki przykład chwalenia przeciwnika, ale Francuz – mimo złośliwego przytyku o brandy – oddał hołd atakującym jego towarzyszy. Tłumaczenie (nie zawsze wierne) mojego autorstwa z wersji angielskiej.
Następnego dnia rano[1] bateria 30 dział [sprzymierzonych[2]] otworzyła ogień, jej nieprzerwane salwy dokonały wreszcie wyłomu w naszych fortyfikacjach [polowych] w lesie na lewej flance, a wtedy nadciągnęła kolumna  nieprzyjacielskiej piechoty. Maszerowała powoli, a o 7 rano doszła na wysokość baterii [sprzymierzonych] ostrzeliwującej nasze centrum. Jak tylko ta zwarta kolumna pokazała się przed nami, pośpiesznie podciągnęliśmy 14 dział, które ustawiono na froncie naszej brygady, tuż obok regimentu Gwardii Francuskiej. Ogień tej baterii był straszliwy, rzadko która kula chybiła celu. Nie mogłem nie zauważyć dowódcy [kolumny przeciwnika], który – chociaż zdał się być starszym człowiekiem – był jednakże niezwykle aktywny wydając rozkazy, także marsz przeciwnika nie ustał nawet na chwilę, [mimo że] kule armatnie spadały na nich bez wytchnienia, przechodząc przez zwarte szyki i masakrując całe szeregi na raz; jednak luki w kolumnie były prawie natychmiast łatane i kontynuowali swój marsz w naszą stronę, nie dając jednocześnie sygnału gdzie dokładnie uderzą. Nareszcie kolumna, zostawiając wielką baterię [sprzymierzonych] po swojej lewej stronie, zmieniał kierunek na prawo i rzuciła się w stronę lasu na naszej lewej flance, szturmując wyrwę w naszych fortyfikacjach. Wytrzymała ostrzał ustawionej tam naszej piechoty i nie zważając na duże straty wdarła się do lasu, zawdzięczając swój sukces w takiej samej mierze temu, że [żołnierze sprzymierzonych] byli spici brandy jak i swej szalonej odwadze.
Niewątpliwie brandy pomagała w takim starciu… Gwoli przypomnienia: pod Malplaquet miało zginąć lub odnieść rany 21 000 żołnierzy Marlborough i 11000 żołnierzy de Villarsa. Nic dziwnego, że na głowę tego pierwszego spadły w Anglii gromy za takie pyrrusowe zwycięstwo.  



[1] Czyli 11 września 1709 roku.
[2] Używam tego określenia dla oddziałów brytyjsko-holendersko-cesarsko-pruskich. 

czwartek, 9 stycznia 2014

Marszałek w powozie, rachunek dla królowej i skromny (acz szybki) pułkownik

Bitwa pod Blenhaim to największy i najsłynniejszy tryumf Johna Churchilla, 1-ego diuka Marlborough[1]. Nic więc dziwnego, że nie omieszkał on powiadomić zarówno swojej patronki – królowej Anny – jak i ukochanej małżonki – lady Sary – o swoim sukcesie. Po zakończeniu zaciętego starcia poprosił jednego ze swoich adiutantów o kawałek papieru. Traf chciał, że był to… rachunek hotelowy, najwyraźniej oficer miał tylko taki świstek pod ręką. Churchill napisał na drugiej stronie kartki krótki liścik do żony (tłumaczenie własne, dosyć luźne):

Nie mam więcej czasu niż tylko by błagać Cię byś przekazała moje ukłony Królowej i dała Jej znać, że Jej Armia odniosła chwalebne zwycięstwo. M[arszałek] Tallard i dwóch innych [francuskich] generałów znajdują się teraz w moim powozie a ja ścigam pozostałych [wycofujących się z pola bitwy]. Wiozący [ten list] pułkownik Parke, zda Jej [królowej Annie] pełną relację z tego co się [tu] stało. Ja sam zrobię to [listownie] za dzień lub dwa.

 Pochodzący z kolonii brytyjskich (urodził się w Wirginii) pułkownik Dan(iel) Parke – którego widzimy na obrazie powyżej – popędził co koń wyskoczy by zanieść wspaniałą nowinę do Anglii. Po ośmiu dniach podróży pokłonił się lady Sarze i przekazał jej wiadomość od męża. Ta, zapewne odetchnąwszy z ulgą, natychmiast wysłała go do królowej. Plotka niesie, że gdy pułkownik przyklęknął przed władczynią w Windsorze, ta akurat grała partię domina ze swoim małżonkiem, księciem Jerzym. Parke wręczył jej rachunek… znaczy się notkę od Churchilla… po czym zdał raport z przebiegu bitwy. Zachwycona królowa zapytała pułkownika, jak może go nagrodzić za przyniesienie tak wspaniałej wieści. Ten miał odpowiedzieć, że łaska Jej Królewskiej Mości jest dla niego najważniejsza. Skromność oficera została jednak sowicie nagrodzona: sakiewka z 1000 funtów w złotej monecie i miniatura królowej w postaci zdobionego naszyjnika bez wątpienia była dobrym zadośćuczynieniem za trudy jego podróży. Ech, opłacało się być takim gońcem…



[1] Wiem, wiem… polskie tłumaczenie to ‘książę’, ale zupełnie mi tu nie pasuje. 

niedziela, 29 grudnia 2013

L'affaire des poudres

Zbliża się koniec roku, więc pora na fajerwerki. Wędrujemy do roku 1708 kiedy to toczyła się Wojna o Sukcesję Hiszpańską. Armia sprzymierzonych oblegała Lille, a broniący się Francuzi desperacko potrzebowali prochu. Pan którego widzimy na powyższym obrazie  - Christian Louis de Montmorency, le Chavalier de Luxembourg – stanął na czele specjalnej misji mającej na celu przetransportowanie prochu do miasta. 2000 specjalnie wybranych francuskich kawalerzystów ruszyło w stronę Lille. Każdy z nich miał ze sobą worek ze 100 funtami prochu (niektóre źródła mówią nawet o 200 funtach). De Montmorency zamierzał użyć bluffu by dostać się do Lille. Jego oddział wieczorem dotarł do straży obozu sprzymierzonych i udał oddział niemieckiej jazdy wracający wraz z pochwyconymi jeńcami z podjazdu. Oficer straży przepuścił „Niemców” i oddział ruszył dalej. Żołnierze dotarli do kolejnego posterunku, dowodzący tu oficer był jednak bardziej przytomny i zaczął zadawać niewygodne pytania. De Montmorency zrozumiał, że czas podstępu dobiegł końca: na jego rozkaz cała kawalkada w pełnym pędzie ruszyła do Lille. Straż oczywiście zaalarmowała inne oddziały, w stronę Francuzów zaczynają padać strzały. Grupa kawalerzystów rozpadła się: 600 czy 700 przebija się do Lille, reszta próbuje zawrócić w stronę Douai z którego nadjechali. Nagle doszło do straszliwej eksplozji, kilkuset [Francuzów] zostało wyrzuconych w powietrze. Co się stało? Okazuje się, że część worków z prochem (wykonana z materiału, a nie ze skóry) rozerwała się w czasie gonitwy i za uciekającym do Douai jeźdźcami ciągnęły się ścieżki prochu. Iskry wzniecone przez końskie podkowy spadły na proch, ogień trafił do worków na siodłach Francuzów i doprowadził do serii straszliwych eksplozji. Jak zanotował potem zszokowany oficerów sprzymierzonych: Było to straszliwe widowisko, gdyśmy widzieli szczątki ludzi i koni, a ich nogi, ramiona i [resztki] ciał powyrzucane nawet na pobliskie drzewa. Zdarzenie to przeszło do historii jako l'affaire des poudres. Poświęcenie ze strony żołnierzy de Montmorency pozwoliło na dłuższą obronę Lille, miasto padło jednak 22 października, a cytadela kapitulowała 10 grudnia 1708 roku. Obrońcy zdołali jednak zadać sprzymierzonym duże straty  - zdobycie Lille kosztowało diuka Marlborough i Eugeniusza Sabaudzkiego 16 000 zabitych i rannych żołnierzy. 

środa, 7 listopada 2012

Waleczna Irlandka i pies zgon męża zwiastujący



Pozostaniemy w klimatach Wojny o Sukcesję Hiszpańską, a i przy armii brytyjskiej. Irlandka Christian Davies, znana także pod panieńskim nazwiskiem Cavanagh oraz jako Kit Cavanagh i Mateczka Ross (Mother Ross) to niezwykle barwna postać tej wojny. W męskim przebraniu służyła jako dragon w 4th The Royal Regiment of Scots Dragoons (regiment znany później jako Scots Grey), poszukując swojego męża służącego w armii królowej Anny. Walczyła pod Schellenberg (gdzie została ranna) i pod Blenheim. To tam odnalazła swojego męża, Richarda Welsha, służącego w szeregach 1 Regimentu Piechoty (1st Regiment of Foot). Christian (czy raczej Kit, jak była wtedy znana) pozostała jednak w szeregach dragonów, udając że jest bratem Welsha. W 1706 roku  śliczny dragon [to właśnie ona/on na ilustracji] został/a ranny/a w bitwie pod Ramillies i wojskowy lekarz odkrył prawdziwą płeć wojaka. Musiała więc opuścić szeregi swojego regimentu, została jednak przyjęta jako markietanka w regimencie gdzie służył jej małżonek. I tu dochodzimy wreszcie do historii którą chciałem, słowami samej zainteresowanej, opowiedzieć. Richard Welsh poległ, tak jak wielu, wielu jego towarzyszy broni, na krwawych polach pod Malplaquet. Tak oto Christian opisała pewien złowróżbny znak, zwiastujący śmierć jej męża:
Weszłam do lasu, niosąc małe piwo dla mojego męża (…) Mój pies zaskowyczał w bardzo żałosny sposób, co zaskoczyło mnie o tyle, że było to bardzo nietypowe. Stojący obok żołnierz,  załatwiał się [tj. sikał, na wypadek gdyby moje tłumaczenie było niejasne…] i rzekł:
- Biedne zwierzę, rzekłbyś że wie iż gdzieś tam umiera jego pan.
Pobiegłam pomiędzy zwłokami, odwróciłam ponad dwieście [trupów], pośród których znalazłam brygadiera Lalo, sir Thomasa Prendergasta i wielu spośród moich najlepszych przyjaciół, aż natknęłam się na ciało mojego męża, które właśnie ktoś obdzierał [ze stroju]. Na mój widok człek ów odszedł, porzucają swój łup.
Jeżeli zainteresowała kogoś historia Mateczki Ross (wszak nie wspomniałem skąd ten przydomek) polecam lekturę jej przygód, autorstwa Daniela Defoe: Roxana; or, The fortunate mistress: and The life and adventures of Mother Ross. Bardzo ciekawa i pełna anegdot z europejskich pól bitewnych, przybliża też historię brytyjskiej armii na początku XVIII wieku, widzianej ‘od kuchni’.

wtorek, 6 listopada 2012

Have no fear, we know our duty



Dziś coś lżejszego  - anegdota dotycząca anonimowego brytyjskiego regimentu walczącego w bitwie pod Blenheim w 1704 roku. Major tej jednostki traktował swoich żołnierzy z pogardą i okrucieństwem, doszły go więc słuchy że żołnierze mogą z niego uczynić ofiarę ‘friendly fire’. Słusznie bojąc się o swoją skórę (wszak miał mieć za plecami kilka setek strzelców), przed pójściem do ataku na pozycje francuskie stanął przed swoimi wojakami i obiecał, że jeżeli tylko przeżyje starcie, poprawi swoje zachowanie wobec nich. Ktoś z tylnych szeregów miał wtedy krzyknąć:
- Proszę się nie obawiać, znamy swoje obowiązki [czy raczej ‘zrobimy to co do nas należy’ – w oryginale ‘Have no fear, we know our duty’]
Major odetchnął z ulgą i regiment ruszył do ataku. Jednostka dobrze stawała w bitwie, a major nie odniósł żadnego szwanku – ominęły go zarówno francuskie jak i brytyjskie kule. Uradowany odwrócił się by pogratulować (i podziękować?) swoim żołnierzom. Zdjął kapelusz i zaczął:
- Panowie…
W tym momencie z szeregów regimentów huknęło kilka strzałów i major padł bez życia na ziemię. Ciekawe czy nowy major tej jednostki był nieco milszy dla żołnierzy…

wtorek, 4 września 2012

Regiment bardzo zapobiegliwych grenadierów



Po raz kolejny powrócę do Kronik starego weterana autorstwa pułkownika De la Colonie, przy okazji niecnie pożyczając ilustrację z blogu With Zeal and With Bayonets Only (polecam!):
Tym razem nasz dzielny pułkownik opisze ileż to uzbrojenia dźwigali jego dziarscy grenadierzy:
Oprócz strojów które mieli na sobie, na ich ekwipunek składał się muszkiet, bagnet, ciężki pałasz, torba z granatami, pistolet przy pasie na ramieniu [czegoś tu pewnie nie zrozumiałem, w angielskim tłumaczeniu: a pistol in their shoulder-belt] i toporek [hatchet].
Zaciekawiło mnie zwłaszcza używanie pistoletów, pułkownik tłumaczy to jednak kilka stron później. Jego żołnierze „zasłynęli” jako bardzo sprawni łupieżcy na terenach przez które maszerowali, gdy rozbijaliśmy obóz mieli w zwyczaju wyruszać na poszukiwanie drewna i słomy, pod tym pretekstem zaś wysyłali oddziałki które przeczesywały i grabiły okolice (…) Bandolier i pistolet ukryte pod płaszczem były tu bardzo przydatne i tak uzbrojeni mogli podejmować się tak ważnych wypraw i mało kto mógł im się oprzeć. Oficer przyznawał jednak, że wszystko co przynieśli [z takiej wyprawy] było rozdzielane pomiędzy cały batalion.
Bez wątpienia grenadierzy potrafili o siebie zadbać…

piątek, 17 lutego 2012

A very murdering battle - and Red John without armour

Bitwa pod Malplaquet, stoczona 11 września 1709 roku, to czarna karta w resume Johna Churchilla, pierwszego diuka Marlborough. Co prawda udało mu się pokonać Francuzów, ale jego armia przypłaciła to stratą 20 000 zabitych i rannych. Jak napisał jeden z uczestników starcia, Lord Orkney – Modlę się do Boga, by była to ostatnia bitwa jaką miałem okazję ujrzeć.
Nawet jednak wśród bitewnej rzezi mogło się przydarzyć coś, co wywołuje uśmiech na twarzy. Bohaterem naszej opowiastki będzie John Campbell, drugi diuk Argyll. Służył w armii już w wieku 14 lat (od razu w stopniu… pułkownika), dorobił się przydomka Iain Ruaidh nan Cath (Czerwony John) by w 1742 roku (na rok przed śmiercią) zostać Naczelnym Dowódcą (Commander in Chief) armii brytyjskiej. W 1709 roku Czerwony John dowodził brygadą piechoty, złożoną z trzech regimentów, walczącą na prawej flance armii sprzymierzonych w lasach Bois de Sars. Prowadził swoich żołnierzy do kolejnych ataków  na pozycje francuskie, za każdym razem natarcia załamywały się w ogniu muszkietów lub po zażartej walce wręcz. W toku starć pułkownik został trzykrotnie trafiony z muszkietów, za każdym trafieniem padając na ziemię po czym podnosząc się bez większego szwanku. Jego żołnierze zaczęli wtedy szemrać, że ich dowódca nosi pod płaszczem napierśnik (patrz obraz powyżej) dzięki czemu jest bezpieczniejszy niż jego podkomendni. Rozeźlony nie na żarty Campbell zerwał płaszcz i kamizelkę, po czym poprowadził swoich żołnierzy do kolejnego ataku w samej tylko koszuli i z pałaszem w dłoni. Miał przy tym zachęcać piechurów do walki, mówiąc: patrzcie bracia, nie mam żadnego ukrytego pancerza, jestem tak samo narażony jak i wy. Żołnierzy to chyba nieco przekonało, a przy tym dobrze pokazuje krewki charakter szkockiego szlachcica.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Pułkownik o wybiórczym wzroku i słuchu

Zupełnie zapomniałem, że wspomnienia pułkownika De La Colonie miały zagościć częściej na forum:
Powróćmy więc do oficera i jego grenadierów, tym razem do walk pod Ingolstadt w 1704 roku, gdzie oddziały bawarskie zadały spore straty Austriakom.  Ciekawe są komentarze naszego francuskiego pułkownika, który chociaż walczył w armii bawarskiej to często nader specyficznie komentował poczynania swoich towarzyszy. Tłumaczenie własne z angielskiego przekładu, więc wszelkie wpadki językowe to moja wina:
Nienawiść istniejąca pomiędzy Bawarami i cesarskimi jest taka, że rzucili się na siebie niczym szaleńcy i zderzenie [oddziałów] było straszliwe. Faktycznie tak okropne, że przeciwnik [cesarscy] nie czekali na drugi atak; zaczęli uciekać poprzez równinę, aż ich piechota schroniła się w lasach.
Dragoni [bawarscy] i moi grenadierzy ścigali ich przez ponad dwie ligi [ponad 9 km]; wzięliśmy wielu jeńców, a straty przeciwnika to ponad trzy tysiące ludzi, nie wliczając jeńców, a także osiemset koni, które bardzo przydały się dla naszych dragonów.
W czasie pościgu zdobyto nieco łupów, ale moim grenadierzy nie pochwalali łupienia trupów i jeńców. Jednakże w czasie pościgu znaleźli sposób na wysłanie oddziału ze specjalnym zadaniem przeszukania okolicy i złupienia sąsiednich wiosek i pastwisk, skąd uprowadzili przynajmniej czterysta sztuk bydła, a tak dobrze ukryli swoją zdobycz że nie wiedziałem o niej nic aż do momentu, gdy nic nie mogłem temu [złupieniu] zaradzić.
Jakże pięknie sobie wytłumaczył przymknięcie oka na postępki swoich grenadierów. No ale przynajmniej nie musiał chodzić przez pewien czas o pustym brzuchu...

środa, 22 czerwca 2011

Piekło na wzgórzu Schellenberg

Po raz pierwszy na blogu zagości (i zapewne zadomowi się) wojna o sukcesję hiszpańską (1701-1714), ten niesamowicie interesujący z militarnego punktu widzenia konflikt. Źródeł brytyjskich do ‘ery Marlborough’ mam sporo, ale na pierwszy rzut pójdzie relacja z drugiej strony barykady. Dopadłem ostatnio wspomnienia Jeana De La Colonie, francuskiego pułkownika dowodzącego regimentem grenadierów na służbie elektora bawarskiego. Był on autorem bardzo ciekawych wspomnień z okresu 1692-1717, które w 1904 roku ukazały się w Wielkiej Brytanii jako Kroniki starego weterana [The Chronicles of an old campaigner M. De La Colonie 1692-1717] w przekładzie podpułkownika Waltera C. Horlsey. Niezwykle interesująca to lektura, gdyż Francuz miał okazję brać udział w wielu słynnych starciach.
Poniżej, w tłumaczeniu własnym, więc niekoniecznie idealnym (za co z góry przepraszam), krótki fragment zapisków pułkownika dotyczących bitwy pod Donauwörth czy też Schellenberg (funkcjonuje w historiografii pod obydwoma), mającej miejsce 2 lipca 1704 roku. 600 grenadierów De La Colonie wraz z 700 grenadierami gwardii elektorskiej krwawo odpiera pierwszy atak piechoty sprzymierzonych. Bardzo to interesujący przykład, jak taką walkę w zwarciu opisywał jeden z jej uczestników:
Nie znajduję słów odpowiednich na tyle, by opisać rzeź która miała miejsce w czasie tego pierwszego ataku, który trwał godzinę lub więcej. Walczyliśmy wręcz, odrzucając ich [sprzymierzonych] podczas gdy próbowali utrzymać się parapetu [na szańcu bawarskim]; ludzie ginęli, nadziewani na lufy i bagnety które przebijały ich wnętrzności; zadeptywali pod stopami rannych towarzyszy a nawet wydłubywali oczy przeciwników paznokciami, kiedy byli tak blisko, że nie mogli używać broni. Szczerze sądzę, że nie udałoby się nigdzie odnaleźć straszliwszego obrazu Piekła ponad [widząc] okrucieństwo z obu [walczących] stron w owej chwili.