Wojskowość europejska XVI-XVIII wieku [dużo], wargaming historyczny [odrobinę], a także co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna o sukcesję hiszpańską. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna o sukcesję hiszpańską. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 września 2017
Prace doktorskie z Oxfordu
Przeszukując odmęty internetu w poszukiwaniu ciekawych artykułów, trafiłem na stronę zasobów online uniwersytetu w Oxfordzie. Znalazłem tam sporo prac doktorskich, które można ściągnąć w plikach pdf. Poniżej linki do kilku, które mnie najbardziej zainteresowały:
- dyplomatyczne relacje Anglii z Turcją w okresie 1580-1661
- kapelani armii parlamentarnych w czasie ECW w okresie 1642-1651
- religijne aspekty armii szkockiej w okresie 1639-1651
- militarny wysiłek rojalistów w Walii i zachodniej części Midlands w okresie 1642-1646
- Gwizjusze i kościół
- Anglia w wojnie o sukcesję hiszpańską
- Kondeusz na wygnaniu
- Polityka i wojna na przykładzie Zjednoczonych Prowincji w okresie 1585-1609
- oligarchia rządząca Moskwą w okresie 1547-1564
poniedziałek, 20 lutego 2017
By oddać honory dawnemu generałowi
W grudniu 1711 roku królowa Anna, pod wpływem kilku swoich
doradców, zwolniła Johna Churchilla, 1-szego księcia Marlborough, z funkcji
dowodzącego armią sprzymierzonych w Europie. Rok później borykający się w z
wieloma[1]
problemami Marlborough zdecydował się na dobrowolną emigrację z Anglii, udając
się na kontynent, gdzie przebywał do lipca 1714 roku. W czasie jego
europejskiej podróży witano go hucznie na dworach wielu sojuszniczych władców, równie
podniośle fetowała go ludność w krajach niemieckojęzycznych i Zjednoczonych
Prowincjach. Latem 1714 roku, już w drodze powrotnej do Anglii, książę miał
okazję spotkać weteranów ze swoich dawnych regimentów. W Gandawie stacjonowały
bowiem dwie brytyjskie jednostki: Royal Regiment of Ireland, który jeszcze pod
nazwą regimentu Hamiltona walczył pod komendą Marlborough w wielu jego
kampaniach oraz King’s Regiment (Liverpool)[2].
Obecny tam kapitan Robert Parker, oficer
RRoI, miał zanotować:
Słysząc że oto książę
miał przejeżdżać [przez miasto] wszyscy oficerowie z obydwu regimentów udali
się bramę portową i ustawili w szpaler, by oddać mu honory i wyrazy szacunku,
jaki wciąż żywiliśmy do Jego Miłości. Książę i księżna podjechali do nas konno;
zatrzymali się i rozmawiali z nami o różnych rzeczach przez około pół godziny,
a potem – wyraźnie zadowoleni z wyrazów szacunku które im złożyliśmy –
podziękowali nam i udali się bezpośrednio przez Gandawę do Ostendy.
Jak widać nawet po tym jak książę zmuszony został zdać
komendę, jego żołnierze wciąż dobrze go wspominali i nie przegapili okazji ku
spotkaniu.
środa, 20 lipca 2016
Grenadierzy chlebowi
Dawno nie gościł na blogu pułkownik Jean De la Colonie, pora
to więc dziś naprawić. Pisałem kilka lat temu (jakże ten czas leci) jak to jego
grenadierzy objuczeni byli ekwipunkiem w czasie kampanii. Oficer zanotował w
tym samym czasie, jak zapobiegliwi byli wojacy spod jego komendy. Tłumaczenie –
z wersji angielskiej – jak zwykle dość luźne, w moim wykonaniu:
Nasi grenadierzy
poprosili przy okazji by wydać im chleb, transportowany z naszą ariergardą. [Chleb]
był już w tym czasie rzadkością, ale Generał przemyślał sytuację i wiedząc że
będzie ich [grenadierów] bardzo potrzebował[1]
nakazał wyładować przed nimi zawartość kilku wozów taborowych [a] żołnierze mogli
zabrać ile chcieli – przy okazji nikt nie zapisywał ile im tego wydano.
[Grenadierzy] dobrze wykorzystali taką okazję, jako że w ciągu kilku kolejnych
dni nader drogo sprzedali nadliczbową ilość. Nigdy bym nie przypuścił, że
możliwe jest dźwiganie takiej [dużej] ilości bochenków [chleba] jak to [im] się
udało zapakować do swoich plecaków i [mimo tego ciężaru] wciąż zachować szybkie
tempo marszu które wysforowało nas na początek awangardy.
Nic dziwnego, że pułkownik był bardzo dumny ze swojej
jednostki „emigrantów”.
wtorek, 28 czerwca 2016
Myszy diuka Marlborough
Zarosło tu na blogu kurzem że ho ho. Niestety mało mam czasu
na pisanie, jak zwykle blogowanie pada ofiarą innych projektów. Wypadałoby
jednak nieco tu odgruzować i coś napisać. Prace nad książką o Trzcianie wciąż
trwają, co prawda termin wydania musimy znacznie przesunąć, ale mam nadzieję,
że warto będzie czekać bo zapowiada się tam sporo ciekawostek.
Dzisiejszy wpis to jednak coś lekkiej i przyjemnego, mimo że
związanego z Wielką Brytanią. Jesienią 1710 roku korpus z armii diuka
Marlborough oblegała twierdzę Aire. Francuzi bronili się niezwykle dzielnie, do
tego obfite deszcze i braki w zaopatrzeniu mocno dawały się sprzymierzonym we
znaki. Pomoc logistyczna nadeszła z zupełnie nieoczekiwanego kierunku, bo oto
jak zanotował jeden z kronikarzy:
W czasie oblężenia
Aire brakowało nam żywności; jednak pomoc przyszła tu z zupełnie nieoczekiwanej
strony – oto nasi żołnierze znajdowali stosy kukurydzy zmagazynowane pod ziemią
przez myszy [na zimę], tak że codziennie nasi ludzie wracali do obozu
obładowani kukurydzą wyciągniętą z tych stosów.
Mimo takiego – cudownego wręcz – wsparcia, oblężenie
przeciągało się w nieskończoność i dopiero 8 listopada francuski garnizon
kapitulował na dogodnych warunkach z prawem przejścia do St. Omer. Cała impreza
okazała się bardzo kosztowna dla sprzymierzonych: korpus oblężniczy stracił
bowiem 7200 zabitych, rannych i chorych czyli ¼ sił początkowych. Za to myszy na pewno odetchnęły…
czwartek, 28 maja 2015
Za pomocą brandy i szalonej odwagi
Dawno nie cytowałem wspomnień pułkownika de la Colonie z
okresu wojny o sukcesję hiszpańską, pora to więc dzisiaj naprawić. Przeniesiemy
się w czasie do września 1709 roku, na krwawe pole bitwy pod Malplaquet.
Pułkownik opisze nam wspaniały atak piechoty sprzymierzonych na lewą flankę
armii francusko-bawarskiej. Rzadko się spotyka taki przykład chwalenia przeciwnika, ale
Francuz – mimo złośliwego przytyku o brandy – oddał hołd atakującym jego
towarzyszy. Tłumaczenie (nie zawsze wierne) mojego autorstwa z wersji
angielskiej.
Następnego dnia rano[1]
bateria 30 dział [sprzymierzonych[2]] otworzyła
ogień, jej nieprzerwane salwy dokonały wreszcie wyłomu w naszych fortyfikacjach
[polowych] w lesie na lewej flance, a wtedy nadciągnęła kolumna nieprzyjacielskiej piechoty. Maszerowała
powoli, a o 7 rano doszła na wysokość baterii [sprzymierzonych] ostrzeliwującej
nasze centrum. Jak tylko ta zwarta kolumna pokazała się przed nami, pośpiesznie
podciągnęliśmy 14 dział, które ustawiono na froncie naszej brygady, tuż obok
regimentu Gwardii Francuskiej. Ogień tej baterii był straszliwy, rzadko która
kula chybiła celu. Nie mogłem nie zauważyć dowódcy [kolumny przeciwnika], który
– chociaż zdał się być starszym człowiekiem – był jednakże niezwykle aktywny
wydając rozkazy, także marsz przeciwnika nie ustał nawet na chwilę, [mimo że]
kule armatnie spadały na nich bez wytchnienia, przechodząc przez zwarte szyki i
masakrując całe szeregi na raz; jednak luki w kolumnie były prawie natychmiast
łatane i kontynuowali swój marsz w naszą stronę, nie dając jednocześnie sygnału
gdzie dokładnie uderzą. Nareszcie kolumna, zostawiając wielką baterię
[sprzymierzonych] po swojej lewej stronie, zmieniał kierunek na prawo i rzuciła
się w stronę lasu na naszej lewej flance, szturmując wyrwę w naszych
fortyfikacjach. Wytrzymała ostrzał ustawionej tam naszej piechoty i nie
zważając na duże straty wdarła się do lasu, zawdzięczając swój sukces w takiej
samej mierze temu, że [żołnierze sprzymierzonych] byli spici brandy jak i swej
szalonej odwadze.
Niewątpliwie brandy pomagała w takim starciu… Gwoli
przypomnienia: pod Malplaquet miało zginąć lub odnieść rany 21 000 żołnierzy
Marlborough i 11000 żołnierzy de Villarsa. Nic dziwnego, że na głowę tego
pierwszego spadły w Anglii gromy za takie pyrrusowe zwycięstwo.
czwartek, 9 stycznia 2014
Marszałek w powozie, rachunek dla królowej i skromny (acz szybki) pułkownik
Bitwa pod Blenhaim
to największy i najsłynniejszy tryumf Johna Churchilla, 1-ego diuka Marlborough[1].
Nic więc dziwnego, że nie omieszkał on powiadomić zarówno swojej patronki –
królowej Anny – jak i ukochanej małżonki – lady Sary – o swoim sukcesie. Po
zakończeniu zaciętego starcia poprosił jednego ze swoich adiutantów o kawałek
papieru. Traf chciał, że był to… rachunek hotelowy, najwyraźniej oficer miał
tylko taki świstek pod ręką. Churchill napisał na drugiej stronie kartki krótki
liścik do żony (tłumaczenie własne, dosyć luźne):
Nie mam więcej czasu niż tylko by błagać Cię byś
przekazała moje ukłony Królowej i dała Jej znać, że Jej Armia odniosła
chwalebne zwycięstwo. M[arszałek] Tallard i dwóch innych [francuskich]
generałów znajdują się teraz w moim powozie a ja ścigam pozostałych [wycofujących
się z pola bitwy]. Wiozący [ten list] pułkownik Parke, zda Jej [królowej Annie]
pełną relację z tego co się [tu] stało. Ja sam zrobię to [listownie] za dzień
lub dwa.
Pochodzący z kolonii brytyjskich (urodził się w Wirginii)
pułkownik Dan(iel) Parke – którego widzimy na obrazie powyżej – popędził co koń
wyskoczy by zanieść wspaniałą nowinę do Anglii. Po ośmiu dniach podróży
pokłonił się lady Sarze i przekazał jej wiadomość od męża. Ta, zapewne odetchnąwszy
z ulgą, natychmiast wysłała go do królowej. Plotka niesie, że gdy pułkownik
przyklęknął przed władczynią w Windsorze, ta akurat grała partię domina ze
swoim małżonkiem, księciem Jerzym. Parke wręczył jej rachunek… znaczy się notkę
od Churchilla… po czym zdał raport z przebiegu bitwy. Zachwycona królowa
zapytała pułkownika, jak może go nagrodzić za przyniesienie tak wspaniałej
wieści. Ten miał odpowiedzieć, że łaska Jej Królewskiej Mości jest dla niego
najważniejsza. Skromność oficera została jednak sowicie nagrodzona: sakiewka z
1000 funtów w złotej monecie i miniatura królowej w postaci zdobionego
naszyjnika bez wątpienia była dobrym zadośćuczynieniem za trudy jego podróży.
Ech, opłacało się być takim gońcem…
Etykiety:
armia brytyjska,
Blenheim 1704,
wojna o sukcesję hiszpańską
niedziela, 29 grudnia 2013
L'affaire des poudres
Zbliża się koniec
roku, więc pora na fajerwerki. Wędrujemy do roku 1708 kiedy to toczyła się
Wojna o Sukcesję Hiszpańską. Armia sprzymierzonych oblegała Lille, a broniący
się Francuzi desperacko potrzebowali prochu. Pan którego widzimy na powyższym
obrazie - Christian Louis de Montmorency, le
Chavalier de Luxembourg – stanął na czele specjalnej misji mającej na celu
przetransportowanie prochu do miasta. 2000 specjalnie
wybranych francuskich kawalerzystów ruszyło w stronę Lille. Każdy z nich
miał ze sobą worek ze 100 funtami prochu (niektóre źródła mówią nawet o 200
funtach). De Montmorency zamierzał użyć bluffu by dostać się do Lille. Jego
oddział wieczorem dotarł do straży obozu sprzymierzonych i udał oddział
niemieckiej jazdy wracający wraz z pochwyconymi jeńcami z podjazdu. Oficer
straży przepuścił „Niemców” i oddział ruszył dalej. Żołnierze dotarli do
kolejnego posterunku, dowodzący tu oficer był jednak bardziej przytomny i zaczął
zadawać niewygodne pytania. De Montmorency zrozumiał, że czas podstępu dobiegł
końca: na jego rozkaz cała kawalkada w pełnym pędzie ruszyła do Lille. Straż oczywiście
zaalarmowała inne oddziały, w stronę Francuzów zaczynają padać strzały. Grupa
kawalerzystów rozpadła się: 600 czy 700 przebija się do Lille, reszta próbuje
zawrócić w stronę Douai z którego nadjechali. Nagle doszło do straszliwej
eksplozji, kilkuset [Francuzów] zostało wyrzuconych w powietrze. Co się
stało? Okazuje się, że część worków z prochem (wykonana z materiału, a nie ze
skóry) rozerwała się w czasie gonitwy i za uciekającym do Douai jeźdźcami ciągnęły
się ścieżki prochu. Iskry wzniecone przez końskie podkowy spadły na proch,
ogień trafił do worków na siodłach Francuzów i doprowadził do serii
straszliwych eksplozji. Jak zanotował potem zszokowany oficerów
sprzymierzonych: Było to straszliwe
widowisko, gdyśmy widzieli szczątki ludzi i koni, a ich nogi, ramiona i
[resztki] ciał powyrzucane nawet na pobliskie drzewa. Zdarzenie to przeszło
do historii jako l'affaire des poudres. Poświęcenie ze strony żołnierzy de Montmorency pozwoliło na dłuższą
obronę Lille, miasto padło jednak 22 października, a cytadela kapitulowała 10
grudnia 1708 roku. Obrońcy zdołali jednak zadać sprzymierzonym duże straty - zdobycie Lille kosztowało diuka Marlborough
i Eugeniusza Sabaudzkiego 16 000 zabitych i rannych żołnierzy.
środa, 7 listopada 2012
Waleczna Irlandka i pies zgon męża zwiastujący
Pozostaniemy
w klimatach Wojny o Sukcesję Hiszpańską, a i przy armii brytyjskiej. Irlandka Christian
Davies, znana także pod panieńskim nazwiskiem Cavanagh oraz jako Kit Cavanagh i
Mateczka Ross (Mother Ross) to niezwykle barwna postać tej wojny. W męskim
przebraniu służyła jako dragon w 4th The
Royal Regiment of Scots Dragoons (regiment znany później jako Scots
Grey), poszukując swojego męża służącego w armii królowej Anny. Walczyła pod
Schellenberg (gdzie została ranna) i pod Blenheim. To tam odnalazła swojego
męża, Richarda Welsha, służącego w szeregach 1 Regimentu Piechoty (1st Regiment
of Foot). Christian (czy raczej Kit, jak była wtedy znana) pozostała jednak w
szeregach dragonów, udając że jest bratem Welsha. W 1706 roku śliczny dragon [to właśnie ona/on na
ilustracji] został/a ranny/a w bitwie pod Ramillies i wojskowy lekarz odkrył
prawdziwą płeć wojaka. Musiała więc opuścić szeregi swojego regimentu, została
jednak przyjęta jako markietanka w regimencie gdzie służył jej małżonek. I tu dochodzimy
wreszcie do historii którą chciałem, słowami samej zainteresowanej,
opowiedzieć. Richard Welsh poległ, tak jak wielu, wielu jego towarzyszy broni,
na krwawych polach pod Malplaquet. Tak oto Christian opisała pewien złowróżbny
znak, zwiastujący śmierć jej męża:
Weszłam do lasu, niosąc małe piwo dla
mojego męża (…) Mój pies zaskowyczał w bardzo żałosny sposób, co zaskoczyło
mnie o tyle, że było to bardzo nietypowe. Stojący obok żołnierz, załatwiał się [tj. sikał, na wypadek gdyby moje
tłumaczenie było niejasne…] i rzekł:
- Biedne zwierzę, rzekłbyś że wie iż
gdzieś tam umiera jego pan.
Pobiegłam pomiędzy zwłokami,
odwróciłam ponad dwieście [trupów], pośród których znalazłam
brygadiera Lalo, sir Thomasa Prendergasta i wielu spośród moich najlepszych
przyjaciół, aż natknęłam się na ciało mojego męża, które właśnie ktoś obdzierał
[ze stroju]. Na mój widok człek ów
odszedł, porzucają swój łup.
Jeżeli
zainteresowała kogoś historia Mateczki Ross (wszak nie wspomniałem skąd ten
przydomek) polecam lekturę jej przygód, autorstwa Daniela Defoe: Roxana; or, The fortunate mistress: and The life and
adventures of Mother Ross. Bardzo
ciekawa i pełna anegdot z europejskich pól bitewnych, przybliża też historię
brytyjskiej armii na początku XVIII wieku, widzianej ‘od kuchni’.
Etykiety:
armia brytyjska,
Mateczka Ross,
wojna o sukcesję hiszpańską
wtorek, 6 listopada 2012
Have no fear, we know our duty
Dziś coś
lżejszego - anegdota dotycząca
anonimowego brytyjskiego regimentu walczącego w bitwie pod Blenheim w 1704
roku. Major tej jednostki traktował swoich żołnierzy z pogardą i okrucieństwem,
doszły go więc słuchy że żołnierze mogą z niego uczynić ofiarę ‘friendly fire’.
Słusznie bojąc się o swoją skórę (wszak miał mieć za plecami kilka setek
strzelców), przed pójściem do ataku na pozycje francuskie stanął przed swoimi
wojakami i obiecał, że jeżeli tylko przeżyje starcie, poprawi swoje zachowanie
wobec nich. Ktoś z tylnych szeregów miał wtedy krzyknąć:
- Proszę się
nie obawiać, znamy swoje obowiązki [czy raczej ‘zrobimy to co do nas należy’ –
w oryginale ‘Have no fear, we know our duty’]
Major
odetchnął z ulgą i regiment ruszył do ataku. Jednostka dobrze stawała w bitwie,
a major nie odniósł żadnego szwanku – ominęły go zarówno francuskie jak i
brytyjskie kule. Uradowany odwrócił się by pogratulować (i podziękować?) swoim żołnierzom.
Zdjął kapelusz i zaczął:
- Panowie…
W tym
momencie z szeregów regimentów huknęło kilka strzałów i major padł bez życia na
ziemię. Ciekawe czy nowy major tej jednostki był nieco milszy dla żołnierzy…
wtorek, 4 września 2012
Regiment bardzo zapobiegliwych grenadierów
Po raz
kolejny powrócę do Kronik starego
weterana autorstwa pułkownika De la Colonie, przy okazji niecnie pożyczając
ilustrację z blogu With Zeal and With
Bayonets Only (polecam!):
Tym razem
nasz dzielny pułkownik opisze ileż to uzbrojenia dźwigali jego dziarscy grenadierzy:
Oprócz strojów które mieli na sobie,
na ich ekwipunek składał się muszkiet, bagnet, ciężki pałasz, torba z
granatami, pistolet przy pasie na ramieniu [czegoś tu pewnie nie zrozumiałem, w angielskim
tłumaczeniu: a pistol in their
shoulder-belt] i toporek [hatchet].
Zaciekawiło
mnie zwłaszcza używanie pistoletów, pułkownik tłumaczy to jednak kilka stron
później. Jego żołnierze „zasłynęli” jako bardzo sprawni łupieżcy na terenach
przez które maszerowali, gdy rozbijaliśmy
obóz mieli w zwyczaju wyruszać na poszukiwanie drewna i słomy, pod tym
pretekstem zaś wysyłali oddziałki które przeczesywały i grabiły okolice (…)
Bandolier i pistolet ukryte pod płaszczem były tu bardzo przydatne i tak
uzbrojeni mogli podejmować się tak ważnych wypraw i mało kto mógł im się
oprzeć. Oficer przyznawał jednak, że wszystko
co przynieśli [z takiej wyprawy] było
rozdzielane pomiędzy cały batalion.
Bez
wątpienia grenadierzy potrafili o siebie zadbać…
piątek, 17 lutego 2012
A very murdering battle - and Red John without armour
Bitwa pod Malplaquet, stoczona 11 września 1709 roku, to czarna karta w resume Johna Churchilla, pierwszego diuka Marlborough. Co prawda udało mu się pokonać Francuzów, ale jego armia przypłaciła to stratą 20 000 zabitych i rannych. Jak napisał jeden z uczestników starcia, Lord Orkney – Modlę się do Boga, by była to ostatnia bitwa jaką miałem okazję ujrzeć.
Nawet jednak wśród bitewnej rzezi mogło się przydarzyć coś, co wywołuje uśmiech na twarzy. Bohaterem naszej opowiastki będzie John Campbell, drugi diuk Argyll. Służył w armii już w wieku 14 lat (od razu w stopniu… pułkownika), dorobił się przydomka Iain Ruaidh nan Cath (Czerwony John) by w 1742 roku (na rok przed śmiercią) zostać Naczelnym Dowódcą (Commander in Chief) armii brytyjskiej. W 1709 roku Czerwony John dowodził brygadą piechoty, złożoną z trzech regimentów, walczącą na prawej flance armii sprzymierzonych w lasach Bois de Sars. Prowadził swoich żołnierzy do kolejnych ataków na pozycje francuskie, za każdym razem natarcia załamywały się w ogniu muszkietów lub po zażartej walce wręcz. W toku starć pułkownik został trzykrotnie trafiony z muszkietów, za każdym trafieniem padając na ziemię po czym podnosząc się bez większego szwanku. Jego żołnierze zaczęli wtedy szemrać, że ich dowódca nosi pod płaszczem napierśnik (patrz obraz powyżej) dzięki czemu jest bezpieczniejszy niż jego podkomendni. Rozeźlony nie na żarty Campbell zerwał płaszcz i kamizelkę, po czym poprowadził swoich żołnierzy do kolejnego ataku w samej tylko koszuli i z pałaszem w dłoni. Miał przy tym zachęcać piechurów do walki, mówiąc: patrzcie bracia, nie mam żadnego ukrytego pancerza, jestem tak samo narażony jak i wy. Żołnierzy to chyba nieco przekonało, a przy tym dobrze pokazuje krewki charakter szkockiego szlachcica.
Etykiety:
armia brytyjska,
Szkoci,
wojna o sukcesję hiszpańską
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Pułkownik o wybiórczym wzroku i słuchu
Zupełnie zapomniałem, że wspomnienia pułkownika De La Colonie miały zagościć częściej na forum:
Powróćmy więc do oficera i jego grenadierów, tym razem do walk pod Ingolstadt w 1704 roku, gdzie oddziały bawarskie zadały spore straty Austriakom. Ciekawe są komentarze naszego francuskiego pułkownika, który chociaż walczył w armii bawarskiej to często nader specyficznie komentował poczynania swoich towarzyszy. Tłumaczenie własne z angielskiego przekładu, więc wszelkie wpadki językowe to moja wina:
Nienawiść istniejąca pomiędzy Bawarami i cesarskimi jest taka, że rzucili się na siebie niczym szaleńcy i zderzenie [oddziałów] było straszliwe. Faktycznie tak okropne, że przeciwnik [cesarscy] nie czekali na drugi atak; zaczęli uciekać poprzez równinę, aż ich piechota schroniła się w lasach.
Dragoni [bawarscy] i moi grenadierzy ścigali ich przez ponad dwie ligi [ponad 9 km]; wzięliśmy wielu jeńców, a straty przeciwnika to ponad trzy tysiące ludzi, nie wliczając jeńców, a także osiemset koni, które bardzo przydały się dla naszych dragonów.
W czasie pościgu zdobyto nieco łupów, ale moim grenadierzy nie pochwalali łupienia trupów i jeńców. Jednakże w czasie pościgu znaleźli sposób na wysłanie oddziału ze specjalnym zadaniem przeszukania okolicy i złupienia sąsiednich wiosek i pastwisk, skąd uprowadzili przynajmniej czterysta sztuk bydła, a tak dobrze ukryli swoją zdobycz że nie wiedziałem o niej nic aż do momentu, gdy nic nie mogłem temu [złupieniu] zaradzić.
Jakże pięknie sobie wytłumaczył przymknięcie oka na postępki swoich grenadierów. No ale przynajmniej nie musiał chodzić przez pewien czas o pustym brzuchu...
środa, 22 czerwca 2011
Piekło na wzgórzu Schellenberg
Po raz pierwszy na blogu zagości (i zapewne zadomowi się) wojna o sukcesję hiszpańską (1701-1714), ten niesamowicie interesujący z militarnego punktu widzenia konflikt. Źródeł brytyjskich do ‘ery Marlborough’ mam sporo, ale na pierwszy rzut pójdzie relacja z drugiej strony barykady. Dopadłem ostatnio wspomnienia Jeana De La Colonie, francuskiego pułkownika dowodzącego regimentem grenadierów na służbie elektora bawarskiego. Był on autorem bardzo ciekawych wspomnień z okresu 1692-1717, które w 1904 roku ukazały się w Wielkiej Brytanii jako Kroniki starego weterana [The Chronicles of an old campaigner M. De La Colonie 1692-1717] w przekładzie podpułkownika Waltera C. Horlsey. Niezwykle interesująca to lektura, gdyż Francuz miał okazję brać udział w wielu słynnych starciach.
Poniżej, w tłumaczeniu własnym, więc niekoniecznie idealnym (za co z góry przepraszam), krótki fragment zapisków pułkownika dotyczących bitwy pod Donauwörth czy też Schellenberg (funkcjonuje w historiografii pod obydwoma), mającej miejsce 2 lipca 1704 roku. 600 grenadierów De La Colonie wraz z 700 grenadierami gwardii elektorskiej krwawo odpiera pierwszy atak piechoty sprzymierzonych. Bardzo to interesujący przykład, jak taką walkę w zwarciu opisywał jeden z jej uczestników:
Nie znajduję słów odpowiednich na tyle, by opisać rzeź która miała miejsce w czasie tego pierwszego ataku, który trwał godzinę lub więcej. Walczyliśmy wręcz, odrzucając ich [sprzymierzonych] podczas gdy próbowali utrzymać się parapetu [na szańcu bawarskim]; ludzie ginęli, nadziewani na lufy i bagnety które przebijały ich wnętrzności; zadeptywali pod stopami rannych towarzyszy a nawet wydłubywali oczy przeciwników paznokciami, kiedy byli tak blisko, że nie mogli używać broni. Szczerze sądzę, że nie udałoby się nigdzie odnaleźć straszliwszego obrazu Piekła ponad [widząc] okrucieństwo z obu [walczących] stron w owej chwili.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











