Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzciana 1629. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzciana 1629. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XXXVIII

 


Czytelnicy bloga wiedzą zapewne, że wojna 1626-1629 należy do moich ulubionych konfliktów, którym poświęcam sporo miejsca i na  którym koncentruje swoje hobbystyczne badania i projekty książkowe. Z dużą więc ciekawością przyjmuję więc wszystkie zapowiedzi wydawnicze, które dotyczą tej wojny. Jednym z moich niezrealizowanych projektów jest praca o bitwie pod Trzcianą, która (z różnych przyczyn, acz leżących tylko i wyłącznie po mojej stronie) niedokończona wylądowała w szufladzie gdzie może kiedyś tam doczeka lepszych czasów. Z tego też powodu dzisiejsza recenzja może być nieco nietypowa i różnie odbierana przez czytelników, bo na warsztat biorę najnowszą pracę Pawła Szymona Skworody zatytułowaną Bitwa pod Trzcianą 27 VI 1629. Legendarna łaźnia Lwa Północy, która ukazała się z końcem zeszłego roku nakładem wydawnictwa Inforteditions. Recenzje to rzecz bardzo subiektywna, dużo w nich zależy od punktu widzenia recenzenta – stąd też ten nieco dłuższy wstęp w dzisiejszym wpisie, żeby od razu uświadomić czytającym moje zaangażowanie w badany temat, co będzie rzutowało na samą recenzję. Jak zwykle zaczniemy od ogólnego opisu książki, a potem przyjrzymy się różnym szczegółom i dodam kilka obserwacji i komentarzy.

Praca podzielona jest na pięć rozdziałów, oprócz tego mamy wstęp (będący de facto dodatkowym rozdziałem) i aneks z wypisami z polskich źródeł opisujących bitwę. We wstępie autor, po krótkim tłumaczeniu czemu zdecydował się przybliżyć czytelnikom właśnie bitwę pod Trzcianą, opisuje nam konflikt pomiędzy Rzplitą i Szwecją w okresie od wyprawy szwedzkiej Zygmunta III po lądowanie Gustawa II Adolfa w Prusach. Rozdział pierwszy to historia wojny o ujście Wisły, chociaż opis rozpoczyna się od 1625 roku i walk w Inflantach. Znajdziemy tu więc informacje o lądowaniu Szwedów, bitwie pod Gniewem, oblężeniu Pucka, bitwy pod Czarnem (Hammerstein), Tczewem, Oliwą, kampanię 1628 roku, Górzno, oblężenie Torunia, aż po początek interwencji cesarskiej. W rozdziale drugim autor porównuje XVII-wieczną wojskowość Rzplitej i Szwecji, wybiegając czasami aż do Wojny Trzydziestoletniej czy nawet „Potopu”. Znajdziemy tu też informacje o organizacji i wyposażeniu posiłkowych wojsk cesarskich. Rozdział trzeci to porównanie sił walczących pod Trzcianą, podczas gdy w rozdziale czwartym znajdziemy opis samej bitwy. Ostatni rozdział mówi nieco o stratach w bitwie, znajdziemy tam także rozważania autora na temat szyku walczących armii, z kolei w krótkim epilogu autor wspomniał o zakończeniu konfliktu w 1629 roku i o rozejmie w Sztumskiej Wsi.

Co od razu rzuca się w oczy przy lekturze, to dosyć obszerne wprowadzenie do tematu, gdzie wstęp i pierwszy rozdział, stanowiące połowę objętości pracy, są de facto bardzo długim opisem historycznym, który równie dobrze można by podsumować na dwóch stronach ogólnego wstępu i dwóch kolejnych chronologii konfliktu. Zamiast tego mamy kolejne rozważania o bitwach od Kircholmu po Górzno, niewiele wnoszące do samej bitwy pod Trzcianą. Co szczególnie rzuca się w oczy to praktycznie brak odniesień do źródeł, zamiast tego co chwila znajdujemy zdanie mówiące o tym, że „według [tu wstaw nazwisko historyka]…”. Już kilka osób które czytało tę książkę zauważyło: „no ale przecież autor odnosi się do twoich wpisów” – co w sumie nie zaskakuje, bo trochę jednak o Trzcianie napisałem – jednak chciałbym przeczytać książkę Pawła Skworody i owoc jego badań, a nie co chwila natykać się na to co napisał Mariusz Balcerek o szykach armii szwedzkiej, Paweł Duda o dyplomacji papieskiej czy Michał Paradowski na swoim blogu. Otrzymujemy więc kompilację tego co napisali już inni, z reguły z adnotacją autora że zgadza się z danym historykiem. Do tego wiele z tego typu dywagacji zdaje się być po prostu „wypełniaczami miejsca”, ot żeby powstała dodatkowa strona czy dwie. Jak bowiem wytłumaczyć sens dwustronicowych rozważań na temat bitwy pod Kircholmem, dwóch i pół strony o bitwie pod Oliwą czy długie opisy, podane zresztą za Mariuszem Balcerkiem, dotyczące szyków Dahlbergha?

Bardzo dziwne wrażenie sprawia rozdział drugi, mówiący o wojskowości walczących stron. Biorąc pod uwagę jak specyficznym starciem była bitwa pod Trzcianą, aż się prosiło o skoncentrowanie na kawalerii, która wzięła na siebie ciężar walk. Zamiast tego mamy tu wszystko: długie rozważania o rewolucji militarnej w Europie, reformy Władysława IV, odniesienia do „Potopu” a nawet panowania Sobieskiego. Bardzo długo opis dotyczący reform w piechocie szwedzkiej za panowania Gustawa II Adolfa byłby przydatny jeżeli książka dotyczyłaby bitwy pod Gniewem, ale w przypadku Trzciany poświęcenie jej tyle miejsca nie ma większego sensu. Opis jazdy szwedzkiej jest nieco lepszy, acz też nie pozbawiony dziwnych czy niepopartych źródłowo sformułowań (jak lekka jazda inflancka w armii szwedzkiej czy teza o tym że jazda szwedzka została uznana za rajtarów – ale przez kogo tego już się nie dowiemy…). Co ciekawe, jeżeli ktoś ma zerowe pojęcie o jeździe polskiej to zbyt dużo się z tego rozdziału nie dowie, mamy tylko nieco informacji o organizacji chorągwi i sposobie dosiadu koni, ale już nie o uzbrojeniu oddziałów.

Brak odniesień do źródeł jest widoczny chociażby w przypadku próby identyfikacji oddziałów polskich pod Trzcianą. Autor wspomina tu na przykład, że Maciej A. Pieńkowski w swoim artykule o bitwie zidentyfikował chorągwie Łukasza Żółkiewskiego i Adama Kalinowskiego jako biorące udział w bitwie. Problem jest z tym jednak taki, że to jedna z dwóch możliwych interpretacji zapisu z popisu wojsk koronnych z 17 lipca 1629 roku, którą znajdziemy w „Kontynuacji Diariusza…”, interpretacja która jest zresztą dyskusyjna. Wśród zidentyfikowanych jednostek polskich brak chorągwi kozackiej Moczarskiego i oddziałów polskich dragonów, mimo że dysponujemy zapisami źródłowymi na ich temat. Wielokrotnie w czasie lektury pracy odniosłem wrażenie, że autor nie próbuje takich informacji w żaden sposób weryfikować, zdając się na to co napisali już inni. Cytując list Arnima narzekającego na Polaków w bitwie autor powołuje się na „Szwedzkie wojny” („Sveriges Krig”), mimo że w bibliografii swej pracy ma kronikę Hoppego, gdzie można znaleźć zapis tego listu. Zresztą i interpretacja opracowań czasami kuleje, co widać chociażby przy snuciu rozważań o tym, czy Gustaw II Adolf wydał grafowi Renu rozkaz odwrotu i czy ten zdecydował się działać wbrew temu rozkazowi – to wszystko mamy już zarówno wyłożone w „Sveriges Krig” jak i w szwedzkich materiałach źródłowych, do których autor nie dotarł (jak relacja sekretarza Oxenstierny Grubbego i list samego Gustawa II Adolfa).

Dość kuriozalny jest dla mnie opis samego starcia, gdzie autor próbował – może chcąc ułatwić odbiór tekstu – napisać to niemal powieściowym językiem. Wygląda to może dosyć barwnie, ale mnie akurat taki tekst zupełnie odrzucił. Z jednej strony roi się tu od barwnych opisów, gęsto przetykanych metaforami, z drugiej strony co chwila mamy w opisach określenia „prawdopodobnie”, „zapewne”, „być może”. Nie wiedzieć po co mamy tu całe długie ustępy dotyczące prawdopodobnego uzbrojenia i wyposażenia żołnierzy, ich sztandarów i taktyki – co nijak nie umila lektury, a czasami wręcz ją utrudnia. Po co w opisie bitwy rozważania o tym jak wyglądały sztandary walczących armii? Do tego fantazyjne opisy szykujących się do boju żołnierzy czy pochodzącą z 1706 roku komendę dla jazdy polskiej (podpowiem – Janusz Wojtasik był pierwszy, użył już tego w swoim HBku „Podhajce 1698”). Jak na rozdział który powinien być kluczowy dla całej pracy mamy tu niesamowity chaos i naprawdę trudno zorientować się kto, kogo i dlaczego. Do tego autor upiera się, żeby nazywać szwedzką jazdę „lekką jazdą” co jest po prostu błędem i może zupełnie zmylić czytelnika słabo orientującego się w realiach wojny. Brak konsekwencji w zapisie powoduje też, że niemiecki rotmistrz na służbie szwedzkiej, brat grafa Renu, raz jest Wilhelmem, potem Janem Wilhelmem a wreszcie Johanem Wilhelmem – a to wciąż jedna i ta sama postać. Fińskim rajtarom Anrepa nie groziław toku starcia masakra, jak chce autor, bo skwadron ten dał nogę nawet bez oddania salwy z pistoletów – to fiński skwadron Ekholta miał nader dzielnie walczyć przeciw Polakom i cesarskim.

Przy ocenie strat bitewnych autor opiera się o moje ustalenia z 2013 roku, nie ma tu żadnych dodatkowych interpretacji czy materiałów źródłowych. Jest za to nieco dodatkowych rozważań na temat szyku armii sprzymierzonych, wydaje się jednak że autor jest nieco zbyt zaintrygowany szykiem Dahlbergha co prowadzi do dosyć daleko posuniętych wniosków, bez brania pod uwagę ewentualnych mankamentów tego źródła ikonograficznego. Odnoszę zresztą wrażenie, że autor zna te szyki tylko z artykułu Mariusza Balcerka, a nie miał okazji ich samemu przeanalizować.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to niestety z dużym żalem lepiej odpuścić. Mamy tu do czynienia z kompilacją opracowań, z dużą ilością informacji wrzuconych do książki tylko jako wypełniacze miejsca, a sam opis bitwy pozostawia dużo do życzenia. Spokojnie można byłoby usunąć przynajmniej połowę treści pracy bez żadnej szkody dla tytułowej bitwy. Do tego mamy tu sporą ilość błędów czy niedociągnięć, wynikających często z braku pracy na źródłach czy błędnej interpretacji dostępnych materiałów. W mojej ocenie autor nie wniósł tu żadnej nowej treści do rozważań nad bitwą, nie próbował też w jakiś mocny sposób polemizować z dotychczasowymi ustaleniami dotyczącymi starcia. Plus chociaż za to, że autor oparł się o sporo najnowszych opracowań i przedstawił czytelnikom w miarę aktualny (chociaż niepełny) stan naszej wiedzy o bitwie pod Trzcianą. Ogólnie jednak praca jest dla mnie mocnym rozczarowaniem, jest to jednak tylko i wyłącznie moja subiektywna ocena, pisana z punktu widzenia kogoś kto zajmuje badaniem wojny 1626-1629.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. IX


Temat bitwy pod Trzcianą jest mi (zwłaszcza ostatnio) niezwykle bliski, z dużym zainteresowaniem przyjąłem więc opublikowanie przez wydawnictwo Bellona nowego zeszytu z serii „Zwycięskie bitwy Polaków”, dotyczącego właśnie tego starcia. Autorem „1629 Trzciana” jest Tomasz Mleczek; szybkie wyszukanie w sieci wydaje się wskazywać, że to dr Tomasz Mleczek, opiekun zbiorów Gabinetu Genealogiczno-Heraldycznego Zamku Królewskiego w Warszawie.
Zeszyt liczy 90 stron, przyjemnie to wygląda bo czytelnik może tam znaleźć mnóstwo kolorowych ilustracji: od obrazów z epoki po zdjęcia eksponatów muzealnych. Perełką jest zwłaszcza plan bitwy pod Kokenhausen z 1601 roku ze zbiorów MWP w Warszawie (podpowiem – według ryciny G. Lauro, o czym autor już nie wspomniał). Niestety, ilustracje to jedyny plus tego krótkiego opracowania…
Zeszyt to de facto krótka historia konfliktów polsko-szwedzkich w okresie 1600-1629, samej bitwy autor poświęcił raptem 10 stron. Dużo miejsca zajmuje opis wyposażenia i organizacji walczących stron, niestety mamy tam do czynienia z dużą ilością błędów. Przykładowo jazda kozacka jest tu jazdą średniozbrojną; koronna rajtaria dzieli się na duże regimenty; szwedzcy rajtarzy dosiadali rosłych i ciężkich zimnokrwistych koni, Gustaw II Adolf używał w swojej armii łuczników. To tylko drobna próbka, naprawdę jest tego dużo więcej.
Jeszcze gorzej jest z samym opisem bitwy: poczynając od błędnego datowania (autor podaje 25 czerwca, chociaż bitwa miała miejsca 27 czerwca), po kuriozalne czasem opisy starcia (jazda kozacka w szarży składa rohatyny – chociaż królestwo temu, kto będzie w stanie znaleźć dowód źródłowy na używanie tej broni w toku wojny 1626-29; 3000 rajtarów ma jednocześnie oddać salwę do szarżujących sprzymierzonych; Gustaw Adolf jest biegły w tajnikach walki). Niestety autor powtarza wciąż pokutujące w polskiej (i nie tylko) historiografii błędy: masakra jazdy szwedzkiej, pułkownik Eric Soop ratujący życie króla, syn feldmarszałka Wrangla prowadzący ostatni kontratak jazdy szwedzkiej. Żadnych nowych wniosków, żadnych nowych badań – po prostu wklepanie starych błędów, okraszonych wziętymi z kapeluszami opisami wojsk, o których autor ma najwyraźniej nikłe pojęcie.
Szybkie spojrzenie na listę bibliografii wręcz zjeżyło mi resztkę włosów na głowie. Mamy tam jedno (tak, słownie jedno) źródło i to bardzo pośrednio dotyczące bitwy (chodzi o Pamiętniki do panowania Zygmunta III, Władysława IV i Jana Kazimierza). Do tego cztery opracowania, na czele z Rapier i koncerz. Z dziejów wojen polsko-szwedzkich Leszka Podhorodeckiego, na którego błędnym opisie oparł przebieg bitwy autor zeszytu. Woła to wręcz o pomstę do nieba, bo też ilość materiałów dostępnych nawet w sieci (kronika Piaseckiego, kronika Hoppe’go, Pamiętniki o Koniecpolskich, źródła dotyczące bitwy opracowane przez Ottona Laskowskiego) wystarczyłyby do uniknięcia takich chociażby bzdur jak datowanie bitwy.
Przykro mi, ale muszę użyć dosadnych słów: dawno takiego gniota pseudohistorycznego nie czytałem. Dr Mleczek powinien się wstydzić, że popełnił coś tak fatalnego, pełnego błędów, nie wnoszącego nic do wiedzy o bitwie pod Trzcianą. Bellona sprezentowała nam ślicznie wydanego bubla…

Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to po trzykroć zdecydowanie unikać.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Nowa książka, czyli przyjemności z pruskiej kąpieli


Miło mi poinformować, że na blogu zapanuje przez pewien czas cisza w eterze... Dlaczego miło? Jest to bowiem związane z książką, nad którą obecnie pracuję. Wydawnictwo NapoleonV rozpoczyna nową serię, zatytułowaną Armie Bitwy Wodzowie. Na pierwszy ogień pójdzie tu moja praca, o roboczym tytule Trzciana 1629. "Gorąca kąpiel" Gustawa II Adolfa. Z ogólnym zarysem serii jak i ze wstępnym planem książki można się zapoznać w odpowiednim wątku na forum historycy.org. Próbujemy wcelować w datę wydania na rocznicę bitwy, więc czasu mało a roboty sporo (chociaż sirca about 1/3 już napisana, więc nie jest źle...). Trzymajcie  kciuki, ja wracam do pisania.

środa, 26 marca 2014

Oddziały koronne pod Trzcianą (Trzcianem) - nowe ustalenia


Wracam do bitwy pod Trzcianą/Trzcianem i próby ustalenia które koronne chorągwie brały udział w walce. Zapewne nigdy nie uda się odnaleźć wszystkich, ale tu i ówdzie jest coś porozsiewane po źródłach.
Podsumujmy co znalazłem do tej pory:
Relacja bitwy trzciańskiej posłana od p. Hetmana przynosi nam informację o trzech chorągwiach:
- husarskiej hetmana Koniecpolskiego
- husarskiej królewicza Władysława
- kozackiej rotmistrza [Mikołaja] Łysakowskiego
Biskup Paweł Piasecki w swojej kronice wspomina, że w bitwie wzięła udział husarska chorągiew Marcina Kazanowskiego. Jako że w toku starcia poległ chorąży tej chorągwi, a brat biskupa – Mikołaj – możemy zawierzyć tej relacji.
Z kolei jeżeli dobrze interpretuję zapis o trzech chorągwiach husarii, które utraciły w czasie bitwy kopie (wzmianka w Kontynuacji djarjusza o dalszych postępkach wojennych…) to możemy do listy dodać jeszcze husarskie chorągwie Łukasza Żółkiewskiego (starosty kałuskiego) i Adama Kalinowskiego (w dokumencie jako starosta winnicki, w innych dokumentach z tej wojny jako starosta bracławski). Jest to teoria o tyle prawdopodobna, że obydwie te chorągwie wchodziły – obok chorągwi hetmańskiej i królewicza – w skład pułku hetmańskiego. Co więcej, to właśnie Łukasz Żółkiewski najczęściej dowodził tym pułkiem w działaniach polowych, jego obecność w bitwie wydaje się bardziej niż pewna.
Obecność koronnych dragonów potwierdza – bez wymieniania jednostek – relacja hetmańska, natomiast raport Chemnitza pozwala wnioskować, że byli to żołnierze regimentów Jakuba Butlera i (prawdopodobnie) Gerharda Denhoffa lub Gustava Sparre/Fridricha Denhoffa. Odsyłam zresztą do stosownego wątku na blogu.
Najnowszy trop znalazłem wczoraj… co prawda jest dyskusyjny, ale na bezrybiu i rak ryba. Samuel Twardowski w swym poemacie Władysław IV wspomina mianowicie, że polską straż przednią stanowili Moczarskiego Kozacy. Chodzi tu o chorągiew kozacką (lisowczyków) znanego zagończyka Mikołaja Moczarskiego. Oddział ten był często wysyłany do działań podjazdowych, więc jego obecność pod Trzcianą w sumie nie mogła by dziwić. Relacja Twardowskiego zdaje się być zresztą zaskakująco dokładna, jeżeli chodzi o opis starcia, skłaniałbym się więc do tego, by zaufać mu w kwestii Moczarskiego.

Podsumowując: możemy więc z dużą dozą prawdopodobieństwa zidentyfikować 5 chorągwi husarskich i 2 chorągwie kozackie. Jeżeli przyjąć za Piaseckim, że w bitwie brało udział 8 chorągwi husarskich i 9 kozackich, to wciąż jeszcze daleka droga do odnalezienia wszystkich, niemniej jednak wydaje mi się, że jak na historyka-amatora to i tak udało mi się znaleźć sporo. Poszukiwania trwają…

niedziela, 9 lutego 2014

Kopij husarskich by nam bardzo trzeba.

Dziś ciekawy przyczynek do bitwy pod Lubieszowem (Lubiszewem), stoczonej 17 kwietnia 1577 roku przez wojska koronne z siłami Gdańska – a właściwie do sytuacji po samej bitwie. W Instrykcyi panom posłom od wszystkiego wojska do króla jegomości wysłanym znajdujemy interesujący zapis dotyczący potrzeby uzupełnienia ekwipunku: prosiliśmy też, aby król jegomości raczył kazać przysposobić kopij, szabel, koncerzów, prochów, ołowiu, także i rzemieślników, którzyby to robili, bosmy na tych wszystkich potrzebach bardzo zeszli. W temacie kopii husarskich możemy znaleźć więcej śladów dotyczących uzupełnienia tej jakże ważnej broni. Stefan Batory, przyjmując 7 maja 1577 roku posłów wojskowych w Brodnicy, tak miał odpowiedzieć w kwestii kopii: o kopijach, broni, rzemieślnikach i innych potrzebach przemyśliwa jego królewska mość, i już do Krakowa i gdzie indziej dla tego posłał; ale że się obawia, aby jakie omieszkanie w tem nie było, żąda, aby się każdy o takie rzeczy też z swej strony starał. O husarskie kopie nie było jednak wcale tak łatwo, więc ich wątek powrócił w kolejnej korespondencji. 8 maja kasztelan gnieźnieński i hetman nadworny Jan Zborowski, w liście do króla wspomniał, że kopij usarskich by nam bardzo trzeba, których wszyscy nie mamy, a tu w tym kraju trudno się na nie zdobyć. Wynikałoby z tego, że husaria mogła nawet nie mieć zapasowych kopii, a wszystkie które były w posiadaniu żołnierzy zostały zużyte w czasie bitwy. Dwa dni później król odpowiedział z Brodnicy: kopije w Warszawie, Łowiczu i Poznaniu kupować kazaliśmy. Z kolei 12 maja w liście królewskim do magistratu Poznania znajdujemy wzmiankę a także też poszlijcie do tegoż wojska i inne rzemieślniki, którzyby szable, koncerze  i inną broń i potrzebne naczynia do walki robili i napsowane poprawować mogli.  Niestety nie wiem jak szybko udało się dostarczyć kopie do wojsk stojących pod Gdańskiem, nie wiem też czy oficerowie husarii koronnej poszli za radą króla i starali się zdobyć to uzbrojenie na własną rękę. Pamiętam onegdaj pewną dyskusję na forum historycy.org, gdzie jeden z forumowiczów próbował lansować tezę, że husaria mogła sobie robić kopie „w marszu”, wysyłając luźną czeladź do trzebienia młodych drzewek i przerabiania ich na kopie właśnie. Jak widzimy na powyższym przykładzie, nie było to wcale takie proste – a kopie trzeba było nierzadko kupować na rynkach dosyć odległych od teatru działań. Zresztą nawet w czasie mojego ulubionego konfliktu zbrojnego toczonego w XVII wieku – wojny 1626-1629 – nie kto inny a sam hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski pisał po bitwie pod Trzcianą do króla Zygmunta III: a żeśmy wszyscy kopie połamali, nie wątpię, że W.K.Mość wcześnie wojsko swoje opatrzyć niemi każesz. Prawie dwa miesiące po zwycięskiej bitwie pod Trzcianą najlepsza bodaj chorągiew husarska w armii koronnej – samego hetmana Koniecpolskiego – wciąż jeszcze nie miała kopii. Jak widać był to często towar deficytowy… jak już się go połamało na przeciwniku.  

czwartek, 27 czerwca 2013

[Tablica ogłoszeniowa] Trzciana rocznicowo

Z okazji rocznicy bitwy pod Trzcianą (tak, to dzisiaj, a nie 25 czerwca...) chciałbym udostępnić artykuł z mojej książki, dotyczący zagadnienia strat szwedzkich w tej bitwie. Mam nadzieję, że zainteresuje Czytelników, a może nawet zachęci do zapoznania się z całością pracy ;) Załącznik do ściągnięcia z tematu o książce na forum historycy.org
Temat na forum historycy.org

wtorek, 12 października 2010

Straty w wojnie pruskiej 1626-1629 - cz.III

Niektóre opracowania (Leszek Podhorodecki, Sławni hetmani Rzeczypospolitej; tegoż Rapier i Koncerz) podają liczbę 150 żołnierzy koronnych poległych w bitwie pod Trzcianem w 1629 roku . Zastanawiało mnie - skąd się owa liczba wzięła i wydaje mi się (acz oddaję to pod rozwagę Czytelników, wszak nie ma ludzi nieomylnych), że odkryłem błąd, popełniony przez jednego autora a potem powtórzony przez kolejnych… Otóż Janusz  Staszewski w artykule Bitwa pod Trzcianą [w:] Przeglądzie Historyczno-Wojskowy, t. IX, z.3, Warszawa 1936; stwierdził, że liczba 150 straconych żołnierzy pochodzi z relacji Jana Zawadzkiego, komisarza koronnego przy korpusie wojsk cesarskich von Arnima. Staszewski pomylił tu jednak dwie relacje, które są zawarte na tej samej karcie – chodzi mianowicie o ostatnie akapity Relacji bitwy Trzciańskiej, posłana od J.Mci P. Hetmana (Stanisława Koniecpolskiego). Pod Nową Wsią, 26 Junii 1629 i pierwsze akapity Kontynuacji Diariusza o dalszych postępach wojennych ze Szwedami a die 1 Julii (1629). Z tej drugiej relacji wziął dane Zawadzkiego o stratach szwedzkich (jak się wydaje, znacznie zawyżone, ale o tym napiszę przy innej okazji), z kolei z pierwszej zaczerpnął ową liczbę 150 zabitych. Jak się jednak wydaje, popełnił tu kolejny błąd, nie dostrzegając przecinka. Otóż w Relacji bitwy Trzciańskiej… czytamy:
Więźniów sto kilkadziesiąt pojmanych u naszych, trupów tylko półtorasta w pierwszej tylko potrzebie znaleziono pobitych w pogoni i we dwóch wsiach bardzo wiele.
Na ile pozwala mi mój słaby wzrok w rękopisie przechowywanym w Tekach Naruszewicza po słowie ‘naszych’ widzę przecinek, podobnie musiał to interpretować Otton Laskowski, który opracowując tekst w latach 30-tych miast przecinka wstawił dwukropek. W takiej interpretacji odczytujemy tekst – ‘Polacy pochwycili stu kilkudziesięciu Szwedów, na samym tylko miejscu pierwszego starcia (czyli tam gdzie regiment Otto Ludwiga, grafa reńskiego, został rozbity szarżą husarii) znaleziono 150 zabitych Szwedów, kolejnych znaleziono na drodze ucieczki i w kolejnych miejscach walk’. Wersję taką potwierdzałby także fakt, że regiment Otto Ludwiga faktycznie był najbardziej wykrwawioną jednostką szwedzką w tej bitwie. Z kolei Staszewski, jak mi się wydaje, zinterpretował to jako ‘pojmano stu kilkudziesięciu Szwedów, my straciliśmy 150 ludzi’. Taka wersja wydaje mi się błędna, tym bardziej że hetman Koniecpolski pisał po bitwie do króla szkoda w ludziach W.K.Mości z łaski bożej niebardzo mała, kom koni siła bardzo pobitych, siła postrzelanych.  
Rzecz do przedyskutowania oczywiście…

niedziela, 26 września 2010

Friendly fire/fratricide/blue-on-blue



Określenie ‘przyjacielski’ lub ‘bratobójczy ogień’ zwykło się kojarzyć przede wszystkim z przypadkami przypadkowego ostrzału czy bombardowania własnych sił w toku XX i XXI-wiecznych wojen. Jest to jednak oczywiście zjawisko o wiele starsze, chciałbym więc przedstawić kilka przypadków z mego ulubionego XVII wieku. Biorąc pod uwagę, jak podobnie do siebie (ubiory, wyposażenie) wyglądali w owym czasie żołnierze walczących ze sobą armii (zwłaszcza w Europie Zachodniej podczas Wojny Trzydziestoletniej) o tragiczne i nierzadko krwawe przypadki w bitewnej kurzawie nietrudno…

W bitwie pod Zablati (Radomilicami) w 1619 roku protestancka jazda hrabiego Mansfelda zmuszona została do ustąpienia przez kirasjerami walońskimi. Rajtarzy hrabiego wycofali się w stronę własnej piechoty, licząc na wsparcie ogniowe i osłoną na czas zebrania się i przegrupowania. Knechci zareagowali jednak nerwowo, na widok nadjeżdżającej jazdy natychmiast wystrzelili z muszkietów, tak że więcej ich sama postrzeliła [piechota Mansfelda] niż nieprzyjaciel.

Dużego pecha mieli cesarscy kirasjerzy i arkabuzerzy w bitwie pod Trzcianem w 1629 roku – polscy husarze i kozacy w ferworze walki rzucili się bowiem i na swych sojuszników, nie mogąc ich odróżnić od Szwedów. Dostało się i cesarskim w tamtej bitwie od naszych zajuszonych, bo między Niemcem naszym [czyli cesarskim] a Szwedzkim w zamieszaniu trudno rozeznać było, kto swój a kto nieprzyjacielski i zabito tak kilku żołdaków cesarskich, aż potym cesarscy napominali, gdy widzieli naszych bieżących ku sobie wołali: Jezus Marja Kaizers. Rozeźlony generał Arnim miał napisać w swoim liście-raporcie pobitewnym, że ofiarą Polaków padło więcej niż 20 jego żołnierzy.

Nietypowym przykładem (czy można go w ogóle zaliczyć do ‘friendly fire’?) jest sytuacja z bitwy pod Batohem w 1652 roku. Polska jazda został tam bowiem zmuszona do odwrotu i część spośród kawalerzystów, zamiast powrócić do obozu, postanowiła uciec z pola walki. Hetman Kalinowski miał wtedy rozkazać muszkieterom piechoty cudzoziemskiej otwarcie ognia do uciekinierów. W kilku źródłach z epoki znajdujemy wzmiankę o tym incydencie, jednak w tychże źródłach mocno podzielone są zdania co do faktycznych strat jakie od owego ostrzału ponieśli kawalerzyści. Niektórzy autorzy twierdzą, że ogień z muszkietów zebrał krwawe żniwo, spotykamy się też i z opinią, że strzelano li i jedynie na postrach. Tak czy inaczej jest to smutna historia z tragicznej bitwy…

W bitwie pod Szkłowem w 1654 roku jeden z moskiewskich regimentów rajtarii oddał wielką przysługę Litwinom, w toku walki strzelając do własnych żołnierzy. To nam przy łasce Bożej pomogło, że Rajtariej nieprzyjacielskiej, której wszytko zbrojnej bardzo wiele miał, półk jeden dał do Moskwy ognia. Czy się omylili, bo już ciemno było, czy tćż z inszej jakiej przyczyny, wiedzieć nie możemy, dla czego w sam gorący bój do konfuziej i to pomogło nie lada jako. Bez wątpienia musiało to zaskoczyć znienacka ostrzelane oddziały i zachwiać ich pewnością siebie.

7 czerwca 1656 roku w czasie szturmu Warszawy doszło do tragicznego incydentu. Atak prowadziła luźna czeladź, za którą posuwały się oddziały piechoty cudzoziemskiej. Muszkieterowie mieli osłaniać ogniem wdzierającą  się na mury hałastrę gdy wtem kiedy nasi pod mury podstępować mieli, oni [piechota cudzoziemska] zdrajcy, gdy nasi już na mury weszli, ognia do nich potężnie dali, że ledwo się który na murze został. W skutek takiego ‘wsparcia’ Szwedzi byli wstanie odeprzeć atak i odrzucić szturmujących. Samo wydarzenie może dziwić, zapewne w zamieszaniu towarzyszącym atakowi żołnierze źle zrozumieli komendę i oddali przedwczesną salwę.

To tylko kilka przykładów ‘na dobry początek’, zapewne jeszcze wrócimy kiedyś to tego tematu…

piątek, 3 września 2010

Dragonia w bitwie pod Trzcianem w 1629 roku


Bitwa pod Trzcianem stoczona 27 czerwca 1629 roku (znana lepiej pod nazwą bitwy pod Trzcianą lub Honigfelde) to niezwykle ciekawe starcie, które niestety nie ma szczęścia do dogłębnej analizy ze strony historyków. Tak szwedzcy autorzy SK jak i J. Staszewski w artykule z 1937 roku popełnili wiele błędów w swych opracowaniach – niestety błędy te zostały potem powielone w późniejszych opracowaniach. Pisałem już kiedyś na blogu o kwestii liczebności sił sprzymierzonych w tej bitwie, wspominając także o udziale koronnych dragonów w początkowej fazie starcia. Dzisiaj chciałbym przyjrzeć się tej kwestii nieco dokładniej, jako że (jak widać po lekturze bloga) bardzo interesuje mnie historia oddziałów cudzoziemskich w armiach RON.
Niestety próżno szukać wzmianki o dragonach w liście który hetman Stanisław Koniecpolski napisał do Zygmunta III dzień po starciu. Hetman wspomina tylko, że bitwa została stoczona pomiędzy naszą a jego [szwedzką – K.] jazdą, ponieważ piechota [cesarska i koronna – K.] nadążyć niemogła. Niezwykle interesujący opis udziału dragonii w bitwie znajdujemy jednak w Relacji bitwy Trzciańskiej, posłanej od J.Mci P. Hetmana. Pod Nową Wsią, 26 Junii 1629 [jak wskazał Otton Laskowski przy opracowaniu tego tekstu, datowanie jest błędne – relacja pisana była trzeciego dnia po bitwie, czyli winna być datowana na 29 lipca]. Anonimowy, jednak niewątpliwe dobrze poinformowany, autor relacji napisał o akcjach w których wzięła udział dragonia. Początkowo użyto jej do zabezpieczenia przeprawy na rzece Liwiu – Imść Pan Hetman wysłał naprzód dragony, aby pas bardzo ciasny, gdzie i doliny dla zasadzki i fortelów nieprzyjacielskich sposobne, i rzeka była, opanowali. I by byli Szwedom dragoni nasi uprzedzili, bo zarazem nastąpili Szwedowie i z dragonami się strzelali, mielibyśmy niemałą w przejściu trudność. Jak więc widzimy, polska dragonia otrzymała ważne zadanie i napotkała opór ze strony szwedzkiej straży tylnej, którą dowodził margraf reński Otto Ludwig. Dragoni wzięli także udział w walce pod wsią Trzciano, gdy chorągwie kozackie wpadły tam na Szwedów – (…) nasi zapędziwszy się, aż za wieś Trzciany onych [Szwedów – K.] zagnali. Zarazem Imść Pan Hetman chorągwiom kozackim następować więc i dragońskim rozkazał, za któremi rajtarowie cudzoziemscy [cesarscy – K.] pospieszyli. W dalszej części bitwy nie widzimy już dragonów, co jest jednak całkiem logiczne. Na gorszych koniach, nie będąc przecież nawet formacją walczącą konno, musieli zostać z tyłu gdy husaria i kozacy koronni wraz z kirasjerami i arkebuzerami cesarskimi ruszyli w pościg za Szwedami i zaangażowali się w walkę z resztą sił szwedzkich (składających się także wyłącznie z kawalerii).
Kontynuacja… nie pozwala nam niestety zidentyfikować z których jednostek pochodzili walczący w bitwie dragoni. Z pomocą przychodzi nam jednak raport jaki Chemnitz wysłał do Rady Miejskiej Gdańska (dokument ten był użyty jako materiał źródłowy w SK) – czytamy w nim bowiem o udziale w bitwie wojsk określanych jako Butlerischen i Dönhoffischen [podziękowanie dla Daniela Staberga za wskazanie tej informacji!]. Dragoni pochodziliby więc z regimentu Jakuba Butlera – była to dawna jednostka dragonii kwarcianej, którą przeformowano w regiment pieszej. Jednak tak w kampanii 1628 jak i 1629 roku w ramach regimentu działały wciąż przynajmniej dwie kompanie dragonów. Co do żołnierzy Denhoffa, mogli to być muszkieterzy z regimentu Gerharda Denhoffa, ewentualnie (acz jest to mniej prawdopodobne) z regimentu Gustava Sparre, gdzie podpułkownikiem był Fryderyk Denhoff. Jak tłumaczyć ich obecność wraz z dragonami? Mogli to być dragoni wchodzący w skład regimentu G. Denhoffa (w 1628 roku włączono w skład tej jednostki kwarciany regiment dragonii Wintera) lub też grupa muszkieterów została ‘podragoniona’ by szybko przetransportować ją wraz z dragonami na przeprawy.
Udział dragonów w bitwie pod Trzcianem nie był z pewnością kluczowy w polsko-cesarskim tryumfie, jednak wydaje mi się na tyle interesujący (i z reguły pomijany), że warto mu było poświęcić kilka słów. Kto wie, być może uda się kiedyś dotrzeć do większej ilości materiałów źródłowych, które dodałyby więcej szczegółów do powyższych relacji?

środa, 17 marca 2010

Siły sprzymierzonych w bitwie pod Trzcianem w 1629 roku

Wojna pruska 1626-1629 to zdecydowanie mój ulubiony konflikt, zwłaszcza że wiele polskich opracowań dotyczących tej wojny jest niestety mocno przestarzałych, powielających błędne teorie i nieścisłości, często wynikające z błędnej analizy materiałów źródłowych, co czyni temat godnym studiowania. Jedną z bitew, która nie miała szczęścia do porządnego opracowania, jest bitwa pod Trzcianem (a nie Trzcianą...), w której połączone siły polsko-cesarskie pokonały armię szwedzką. W pierwszym wpisie na temat tego starcia, przyjrzyjmy się kwestii liczebności armii sprzymierzonych.
Israel Hoppe w Geschichte des ersten schwedisch-polnischen Krieges in Preussen : nebst Anhang (str. 412) podaje siły polskie na 700 husarzy i 1000 kozaków, jest to najprawdopodobniej oparte na szacunkach generała von Arnima. Biskup Paweł Piasecki w swej kronice (str. 340) podaje informacje o 1300 husarii (w 8 chorągwiach) i 1200 kozakach (w 9 chorągwiach). W wyprawie wzięły także udział oddziały dragonów, które obsadziły przeprawę przez Liwe. Udało mi się zidentyfikować jedynie cztery chorągwie:
- husarska hetmana Koniecpolskiego
- husarska królewicza Władysława
- husarska Marcina Kazanowskiego (podziękowanie dla Radka Sikory za trop!)
- kozacka Łysakowskiego
Sam hetman Koniecpolski nie był zbyt wylewny w opisywaniu swych sił w listach napisanych po bitwie, stąd poza identyfikacją trzech chorągwi jego zapiski (przynajmniej te do których udało mi się na dzień dzisiejszy dotrzeć) nie rzucają dodatkowe światła na sprawę. Oczywiście otwartą pozostaje kwestia, czy Piasecki podaje stan etatowy czy faktyczny chorągwi – niemniej jednak na to pierwsze mogłyby wskazywać podejrzanie wysokie liczby w porównaniu z ilością chorągwi (odpowiednio 162.5 żołnierza/chorągiew husarii i 133.3 żołnierza/chorągiew kozacką). Biorąc pod uwagę wysokie straty jakie poniosły wojska koronne pod Górznem na początku roku (a wszystkie cztery zidentyfikowane chorągwie wymienione są pośród zeznań polskich jeńców wziętych do szwedzkiej niewoli podczas bitwy), a także masowe opuszczanie przez nieopłaconych żołnierzy swoich oddziałów zimą i wiosną 1629 roku nie wydaje się, by chorągwie mogły mieć tak wysokie stany faktyczne. Oczywiście te liczby można tłumaczyć jeszcze w inny sposób – np. chorągwie zostały wzmocnione żołnierzami z oddziałów które nie wzięły udziału w bitwie lub też Piasecki podał błędną liczbę chorągwi. Paradoksalnie jednak szacunki von Arnima, podane przez Hoppego, wydają się bardziej wiarygodne jako stan rzeczywisty 17 chorągwi podanych przez Piaseckiego.
Nieco łatwiej (w oparciu o kronikę Hoppego i informacje ze strony szwedzkiej) zidentyfikować kawalerię cesarska która wzięła udział w bitwie - w tym okresie (po bitwie dołączyły kolejne oddziały) von Arnim miał pod komendą 28 kompanii jazdy:
Regimenty:
- kirasjerzy Diuka Heinricha Juliusa von Sachsen-Lauenburg (reg. zwany Alt-Sachsen)– 10 kompanii
- arkebuzerzy Hansa Georga von Arnima – 5 kompanii
- arkebuzerzy hrabiego Ernsta Georga von Sparra – 5 kompanii
- arkebuzerzy hrabiego Heinricha von Schlicka – 5 kompanii
- oddział wydzielony z regiment kirasjerów diuka Heinricha Juliusa von Sachsen-Lauenburg (reg. zwany Neu-Sachsen) – 3 kompanie, było to jednak prawdopodobnie kompanie arkebuzerów.
Etatowo kompania jazdy cesarskiej miała ok. 100 żołnierzy (różnie to wyglądało zależnie od regimentu). Biorąc pod uwagę straty marszowe i typowe w okresie wojennym przypadki (dezercje, niepełne stany, etc) jedyna informacja o liczebności kawalerii cesarskiej w bitwie pod Trzcianem – 2000 ludzi – wydaje się wiarygodna, nawet w przypadku gdy w walkach wzięło udział 24 kompanie (jak napisał Hoppe) czy nawet wszystkie 28 kompanii korpusu.