In memoriam...

Pamięci mojego Taty, Andrzeja Paradowskiego. Mam nadzieję, że będziesz tu zaglądał, gdziekolwiek teraz jesteś...

piątek, 18 kwietnia 2014

Malarze znani i nieznani - cz. LX

Dziś artysta XVI-wieczny, wszak obiecałem, że częściej będę zagląda do tego wieku. Jan van der Straet (1523-1605) znany także jako Giovanni Stradano, to słynny flamandzki malarz, przez wiele wiele lat związany z Florencją gdzie żył i tworzył (stąd włoska wersja nazwiska). Spędził we Florencji aż 55 lat (żył tam do śmierci), gdzie cieszył się patronatem Medyceuszy. Oprócz scen biblijnych czy licznych polowań wśród jego prac nie mogło zabraknąć i motywów militarnych. Powyżej możemy podziwiać "Odwrót wojsk tureckich spod Wiednia w 1529 roku", upamiętniający nieudaną próbę zdobycia miasta przez Sulejmana I Wspaniałego. Dzieło powstało ok. 1589 roku, jako część serii upamiętniającej 60-lecie bitwy.
Na pierwszym planie widzimy tureckich sipahów - zwracają uwagę różne rodzaje tarcz (przy jednoczesnym braku innego uzbrojenia ochronnego), zróżnicowane uzbrojenie jak i strojnie przybrane konie. Więcej sipahów widać w tle, tam z kolei w oczy rzuca się 'morze' włóczni podkreślające liczebności tureckiego wojska. Obok sipahów na pierwszym planie dwóch piechurów, prawdopodobnie janczarów uzbrojonych w łuki. Kolejne oddziały piechoty widzimy na dalszym planie, co ciekawe van der Straer 'na zachodnią modłę' ukazał Turków uzbrojonych w piki, by wizualnie podkreślić liczbę tureckich wojowników. Pomiędzy sipahami i piechotę widzimy liczną artylerię, a także tabor opuszczający rejon obozu. Sam obóz ulega właśnie likwidacji - niektórzy Turcji zwijają namioty, inni ładują dobytek na wozy, niektóre namioty zostały podpalone.
Kolejne prace z tej serii przy okazji innego odcinka...

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Salutowe (2014) wspominki


Trochę odpocząłem już po Salute 2014, pora więc na krótką relację. Tak jak w zeszłym roku do Londynu wybrałem się pociągiem. 4 i pół godziny jakoś zleciało, zwłaszcza przy pomocy kilku książek Terry’rego Pratchetta na Kindle’u i muzyce Agnes Obel i Erica Claptona w słuchawkach. Utrzymywałem też łączność z Konradem „Bossem” Sosińskim, którego w Londynie odebrała z lotniska główna ekipa i razem ruszyli do Excela, gdzie miała się odbyć impreza. Znów, jak rok wcześniej, udało mi się dotrzeć na miejsce praktycznie o tej samej porze co grupa bojowa Wargamera (pozdrawiam całą ekipę: Konrada, Anię, Łukasza, Kadzika i Marcina!), więc mogłem pomóc przy ustawianiu stoiska. Uwijaliśmy się jak mrówki, gdyż mieliśmy ograniczony czas (tylko do 17) by ustawić jak najwięcej.
W tym roku, oprócz naszego sztandarowego produktu czyli OiM (czy raczej – w tym przypadku – BfaS) mieliśmy na stoisku produkty kilku innych polskich firm. Mam nadzieję, że żadnej nie pominę (jeżeli mi się to zdarzy, to z góry przepraszam zainteresowanych): Kromlech, Tereny do Gier, Werewolf Miniatures, MiniMax, Kazrak Miniatures i First to Fight. Do tego także nieco Zvezdy i różnych różnostek z zaułków magazynu Wargamera. Generalnie było tego od diabła i trochę.
Wieczorem w piątek zaczęła się nasza eskapada hotelowa. Co prawda wszystko dobrze się skończyło, chociaż nieco musieliśmy sobie popodróżować po Londynie. Jedno jest pewnie: Szwelik już nigdy nie będzie rezerwował hotelu na Salute (żart tylko dla wtajemniczonych…). Kilka browarków później, nieco dyskusji o nadchodzącym podręczniku „Potop” i nowych figurkach, po czym pora spać.
W sobotę rano byliśmy w Excelu nieco po 8 rano, mogliśmy więc dokończyć przygotowanie stoiska i rozgrywek demo (chłopaki przywieźli dwa podjazdy koronne, jeden szwedzki i jeden turecki). Salute otwierał swoje podwoje o 10, ale już od 9 zaczęła się formować kolejka do wejścia. Wykorzystaliśmy ją jako okazję do agresywnego marketingu, rozdając ponad 100 katalogów OiM  z dołączonymi modelami promocyjnymi. Schodziły jak świeże bułeczki.
O 10 się zaczęło i jak zwykle opad szczęki… Tłumy ludzi, człowiek nie miał czasami chwili na zaczerpnięcie oddechu. Kadzik i Łukasz prezentowali demo za demem i kiedy tylko mogli pomagali przy sprzedaży, Sosna dwoił się i troił opróżniając portfele Salutowiczów, a ja snułem się po kątach i udawałem że pomagam. Nawet czasami udawało mi się coś sprzedać, szok.. Sporo znajomych twarzy z zeszłego roku; dużo bardzo dobrych opinii na temat gry i podręcznika co naprawdę cieszy. Wśród kupujących nie tylko Brytyjczycy, ale i Szwedzi, Holendrzy, Finowie; a nawet nieco bardziej egzotyczni przybysze z Południowej Afryki czy Turcji. Z armii OiM najlepiej sprzedawali się chyba Szwedzi, przynajmniej z tych pudełek i blisterków, które sam sprzedawałem. Czas upływał bardzo szybko, nie wiedzieć kiedy impreza powoli zaczęła się zbliżać ku końcowi.
Na moje (nie)szczęście wdałem się w pogawędkę z Guyem Bowersem z Wargames, Soldiers and Strategy. Rozmawialiśmy o OiM, ale wymsknęło mi się, że muszę sprawdzić, czy mają na swoim stoisku książkę Alba:General and Servant to the Crown. Powiedział że i owszem i to w specjalnej cenie. Moja zguba była przypieczętowana. Książka do najtańszych nie należy, ale jest przepiękna i na pewno będę miał z niej dużo pożytku. Dołączyła więc do sterty figurek OiM, które już zadomowiły się w mojej torbie. 
Czas zleciał jak z bicza strzelił i oto Salute 2014 dobiegł końca. Przyszła pora spakować się i ruszyć do hotelu. Po drodze jeszcze bardzo przyjemna i smaczna kolacja w tajskiej restauracji a potem piwne pogawędki w hotelowym bunkrze.
Raz jeszcze wielkie podziękowanie dla ekipy z Wargamera za fantastycznie spędzony czas. Mam nadzieję, że znów damy czadu za rok! Fotek oczywiście w ferworze walki nie zrobiłem, mam nadzieję, że Łukasz wrzuci swoje niedługo na blog.



środa, 9 kwietnia 2014

Haftarz Moszko i żydowskie hakownice

Przełom XVI i XVII wieku to okres niebywałego rozwoju Rzeszowa, którego właściciel – Mikołaj Spytek Ligęza – sporo inwestował w rozbudowę infrastruktury jak i obronności miasta. 8 sierpnia 1627 roku pan Mikołaj wydał mandat, który regulował powinności obronne mieszkańców Rzeszowa, w tym także licznej gminy  żydowskiej. Pozwolę sobie, za pracą Maurycego Horna Powinności wojenne Żydów w Rzeczypospolitej w XVI i XVII wieku (Warszawa 1978) wynotować co ciekawsze fragmenty.
Obowiązkiem stawania pod broń w czasie zagrożenia objęci byli wszyscy mieszkańcy płci męskiej: gospodarze, ich czeladnicy i komornicy. Jako wiek „zdolności wojskowej” przyjęto odpowiednio 13 rok życia dla katolików i 11 rok życia dla Żydów. Każdy mieszczanin posiadać powinien rusznicę z krzosami przy kluczach i zamkach, 3 funty prochu, 60 kul a także hubkę i starty proch na podsypkę.
Oprócz tego każdy cech miejski miał mieć przygotowane: kamień (czyli 12.96 kg) prochu, 60 kul do hakownic miejskich i 10 kul do dział. Gmina żydowska została obarczona większymi zobowiązaniami: 3 kamienie prochu zawsze suchego, dobrego;  60 kul do hakownic i 30 kul do dział. Żydzi mieli także na baszcie za bożnicą wystawić własnym sumptem 4 hakownice.
Bardzo ważną rolę mieli odgrywać wynajęci przez mieszczan puszkarze – każdy z nich miał służyć w przydzielonej mu baszcie. Żydom nakazano wynająć jednego puszkarza do obsługi wspomnianych powyżej hakownic, co by to opatrował i z tych hakownic strzelał.
Milicja miejska miała mieć trzech hetmanów: miejskiego (w 1627 roku był nim Łukasz Gajdzik), przedmiejskiego (w 1627 oku Piotr Fijałek) i żydowskiego (w 1627 roku Moszko Aftarz). Owi „oficerowie” mieli mieć pod regimentem swojem parkany, baszty, prochy, kule i puszkarzy, i bębny każde swoje. Byli jednak osobiście zwolnieni z obowiązku odbywania straży. Bezpośrednio podlegali im dziesiętnicy, odpowiedzialni min. za nadzór nad rozbudową fortyfikacji miejskiej. Co ciekawe, hetman żydowski, noszący „rangę” haftarza, miał także – jako znak rangi - swoją chorągiew. Być może chodziło tu o podkreślenie specyfiki rzeszowskiej gminy żydowskiej?

Hetmani mieli także sporządzić listę wszystkich mężczyzn do stawienia się pod broń, lista ta miała być weryfikowana przez członków magistratu. Milicja miejska miała ćwiczyć raz w miesiącu: jednego dnia mustrowano zarówno katolików jak i Żydów. W czasie pokoju zezwolono jednak Żydom na zwolnienie z osobistego stawania do straży na murach. Opłacali bowiem dwóch hajduków, którzy przez miesiąc pełnili za nich służbę strażniczą. 

wtorek, 8 kwietnia 2014

Zdrowia swego nie żałowali i krew swoją na placu obficie rozlewali

Zagadnienie polskich i litewskich najemników służących w armii szwedzkiej w czasie Wielkiej Smuty to temat słabo opisany, acz niezwykle ciekawy. Pisałem kiedyś o husarii służącej w armii Gustawa II Adolfa, teraz pora na jazdę kozacką. Dzisiaj więc czeka nas na blogu przyjemna – mam nadzieję – niespodzianka, w postaci listu polskich oficerów do Jakuba de La Gardie (once again thanks to Daniel Staberg for sharing those great sources with me!). Korespondencja ta, datowana na 9 sierpnia 1612 roku, to niezwykle ciekawa lektura. Dowiadujemy się z niej mianowicie o kwestii żołdu naszych wojaków, a także o ich problemach z zaopatrzeniem. Pozwolę sobie przytoczyć in extenso, wszystkie komentarze w przypisach pochodzą ode mnie.
Wielmożnemu Panu Panu[1] Jegomości Panu Jakubowi Puntusowi De la Gardie Hetmanow[2]i ludu Króla Jego Królewskiej Mości Szwedzkiego[3] naszego Miłościwego Panu do rąk własnych należy.
Miłościwy Panie Panie[4] Hetmanie
Uniżone posługi nasze Miłościwej Łasce Jegomości naszego miłościwego Pana pilno oddawamy się. Jakoż Jegomość Miłościwy Pan na Nowogrodzie postanowienie raczył mieć z nami na tę ćwierć pirszą[5]po 18 złotych na koń[6], jakoś Jegomość nasz miłościwy Pan w Nowogrodzie raczył dać po trzy złote, tak też i Jegomość Pan Hewerthorn Pan Hetman Polny[7] pod Iwanogrodem po trzy złote do tegoż miesiąca dodał. A o ostatek prosim Jegomość naszego Miłościwego Pana, żebyś Jegomość nasz miłościwy Pan przez Pan PrKotowskiego[8] Rotmistrza naszego raczył nam przysłać, bo nie mamy nic, że nam Moskwa pod Iwanogrodem w obozie wszystko pobrała i nas samych nabito, nastrzelano i konie nie mało, że drugi teraźniejszego czasu nie jeden piechotą za wojskiem chodzi, żeśmy na służbie Jego Królewskiej Mości Naszego Miłościwego Pana[9] zdrowia swego nie żałowali i krew swoją na placu obficie rozlewali. Będący tej nadziei, że nam Jegomość nasz Miłościwy Pan nam tę naszą pracę nie opuści z łaski swej Pańskiej. A na drugą ćwierć jako wszędzie żołnierzowi płacę na koń po trzydzieści złotych, inaczej nie chcemy. Wola to Jegomości naszego Miłościwego Pana będzie nam postąpić tak albo nie. Bo na nas bardzo przykro. A na nowo na pół ćwierci dać[10] bo nie mamy za co ręsztunku[11] kupić. (Wyraz nieczytelny, prawdopodobnie ‘Druga’) żeśmy i ostatnie suknie powtracali, nie mamy skąd poratowania mieć s tymi się powtóre z służbami naszymi oddajemy Jego Miłościwej Łasce Jegomości naszego Miłościwego Pana.
Dan stanowiska
Augusta 9 Dnia R 1612
Jego Mości naszego Miłościwego Pana życzliwi słudzy i towarzysze
Mikołay Jasiński
Maciey Chałaim
Rotmistrzowie i wszystko towarzystwo





[1] Tak w tekście, być może to błąd kopisty.
[2] Oficerowie zastosowali tu jak widać polską rangę najbardziej odpowiadającą pozycji De la Gardie w armii szwedzkiej.
[3] Tu bardzo ważna figura stylistyczna, wszak – o czym kiedyś już pisałem na blogu –w  Rzplitej nie uznawano tytułu królewskiego Gustawa II Adolfa. Cóż, nasi kondotierzy wiedzieli jednak, kto trzymał sakiewkę z ich żołdem…
[4] Znów powtórzenie w tekście.
[5] Pierwszą.
[6] Czyli podobnie jak jazda kozacka w armii Rzplitej w tym czasie.
[7] Chodzi o generała Ewerta Horna.
[8] Może Piotra Kotowskiego?
[9] Znów chodzi o Gustawa II Adolfa.
[10] Czyli zapłacić z góry.
[11] Tak w zapisie, oczywiście chodzi o rynsztunek. 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Kąpiel albo o wizycie w Moskwie zapomnij...

Kilka razy cytowałem już na blogu zapiski XVII-wiecznych dyplomatów świadczące o tym, jak ciężki był ich los i jakim przeciwnościom musieli stawiać czoła. Dzisiejszy zapisek należy do kategorii tragikomicznych, a że dotyczy Moskwy i dzieje się w Smoleńsku to i na czasie…
Stefan Franciszek Medeksza, jadąc  z poselstwem do Moskwy, dotarł 21 lutego 1658 roku do Smoleńska. Tam dołączył do grupy innych posłów: cesarskiego, duńskiego i brandenburskiego, oczekujących na prawo wyjazdu do stolicy carskiej. 22 lutego do Smoleńska przybyły gołowa strzelcki Iwan Wasilewicz Duruszkin, przywożąc raczej nietypowy ukaz carski: Aby posłów wszystkich samych w łaźni omyto, a czeladź opłuczono, rzeczy wszystkie wietrzono i kurzono. Car tłumaczył jednak w dodatkowym liście, że to nie sposób bezcześcia, ale dla lepszego się przewietrzenia, ponieważ i poseł ich będąc do Wenecyi przez cara posłany, że tam po inszych prowincyjach powietrze było, toż uczynić musiał.
Medeksza przyjął taki rozkaz z wyraźnym oburzeniem i oczywiście nie chciał się poddać osobliwej kwarantannie, argumentując że to jakiś zwyczaj pogański rozumiem, omywać się i okurzać czystym i niezapowietrzonym będąc.  Zostawił sobie jednak ‘furtkę bezpieczeństwa’ przy tej odmowie, czekając co zrobią pozostali posłowie. Dyplomaci brandenburski i duński – mimo że także zaskoczeni – zdecydowali się jednak poddać okurzaniu czyli też oczyszczeniu, traktując procedurę jako element moskiewskiej polityki pro securitate państwa swego.
Pan Stefan Franciszek, widząc że jego opór tylko przedłuża przystanek w Smoleńsku i nie prowadzi do zakończenia jego misji dyplomatycznej, zdecydował się ostatecznie pójść w ślady kolegów z zachodniej Europy. Com i spełnił zwyczajnie w łaźni się myjąc i czeladź wszystka do jednego się płukała; rzeczy wszystkie na wiatr wywieszałem i więcej godziny na wietrze były, hramoty i listy tudzież papiery kurzyłem; półmiski, talerze, srebro i miedź za ich ukazem umywać kazałem.

Niestety, nasz dyplomata nie wspominał, czy używał brzozowych witek przy kąpieli… Swoją drogą ciekawy to zwyczaj ‘dyplomatyczny’, może i teraz powinno się go przywrócić i wypróbować na niektórych?

wtorek, 1 kwietnia 2014

Z bębnami i inszą muzyką

Tomasz Rejf (pozdrawiam) wrzucił u siebie na blogu wpis o przedarciu się piechoty litewskiej do Smoleńska. Zdarzenie to miało miejsce 26 marca 1633 roku, a ja chciałbym dopisać krótki epilog do Tomaszowego wpisu.
Zastanawiałem się, gdzie Dariusz Kupisz (autor HBka o wojnie smoleńskiej) znalazł nazwy tych 4 chorągwi, które weszły do Smoleńska? 3 z nich były obecne na popisie wojska Radziwiłła 26 lutego 1633 roku, ale stany miały raczej nieciekawe:
- rota Abrahama Rudzkiego: 81 ludzi
- rota Zakrzewskiego: 98 ludzi
- rota Stanisława Wołkanowskiego: 181 ludzi
Czyli w tych 3 rotach razem 360 ludzi. Czwarta rota, owego tajemniczego Dyniego, nie była obecna na popisie, a musiałaby liczyć 240 ludzi, by zamknęła nam się liczbą 600. Znajdujemy ją wśród spisu  ‘Rycerstwa nowo zaciągnionego za listami JKMci…’  i jest to oddział liczący 200 ludzi, zaliczony – co ciekawe – do piechoty cudzoziemskiej. Także nieco do 600 jeszcze brakuje. Być może oddziały zostały zasilone dodatkowymi żołnierzami wydzielonymi z pozostałych jednostek?
Według Wacława Lipińskiego – który jak mało który historyk przyjrzał się wydarzeniom tego konfliktu - całą piechotą dowodził ‘doświadczony oficer Herbach’, na liście nie ma też roty Rudzkiego, zamiast niej jest Rojeckiego. Informacje te wziął z Relacji wojny moskiewskiej… czyli raportu Krzysztofa II Radziwiłła, złożonego 28 lipca 1634 roku na sejmie. Hetman opisał odsieczową piechotę następująco: sześćset piechoty p. Tomasza Dyniego, p. Wołkanowskiego, p. Rojeckiego, p. Zakrzewskiego, nad którymi był odemnie przełożony p. Hernbach.
Wydaje mi się, że owym ‘Dynim’ był Thomas Dewey (Tomasz Dewey/Divi), który służył już od 1622 roku pod komendą Krzysztofa II Radziwiłła i należał do jego klienteli wojskowej. Jako kapitan dowodzący chorągwią pieszą niemiecką przyjmował potem kapitulację wojsk Szeina, a w 1635 roku stał na czele 200-osobowej roty piechoty niemieckiej – znów pod komendą Krzysztofa II Radziwiłła.

Co do Herbacha/Hernbacha, tej postaci niestety nie udało mi się zidentyfikować. Kilka lat wcześniej wśród oficerów cudzoziemskich szkolących wybrańców Radziwiłła możemy – obok ówczesnego porucznika Deweya – znaleźć sierżanta Hermana, to jednak raczej wątły trop. Mimo wszystko wydaje mi się prawdopodobne, że hetman wysłał na czele oddziału idącego w tak ważnej misji zaufanego oficera, najlepiej spośród swoich klientów właśnie. 

poniedziałek, 31 marca 2014

Pechowa freikompania kapitana Johana


Straszny mi ten częstochowski rym wyszedł w tytule, aż zęby bolą, ale niech już zostanie...
Dziś słów kilka o freikompanii piechoty cudzoziemskiej, dowodzonej przez kapitana Johana  Storcha zu Barcksdorff (Jana Storka), służącej w okresie 1626-1627 w ramach armii koronnej walczącej przeciw Szwedom w Prusach. Od długiego już czasu zbieram sobie informację o takich jednostkach, mam nadzieję, że - jeżeli kiedyś czas i zdrowie pozwolą - to uda mi się zebrać to w większą całość i przybliżyć nieco Czytelnikom działania BPP w czasie wojny o ujście Wisły. Oddział Storcha - o etatowej sile 118, a potem 174 porcji - brał udział w dwóch większych operacjach wojny: oblężeniu Pucka i bitwie pod Oliwą. Służba kompanii rozpoczęła się w listopadzie 1626 roku, zakończyła się w grudniu 1627 roku.
Skąd 'pechowa' w tytule? Po pierwsze chociażby dlatego, że oddział ten jest z reguły zupełnie pomijany przez polskich historyków, nie wspomniał o nim zarówno Jerzy Teodorczyk jak i Jan Wimmer, opisując armię koronną w początku 1627 roku. Paradoksem jest, że u tego pierwszego (w artykule o bitwie pod Hammerstein) oddział 'magicznie' pojawia się w składzie wojsk oblegających Puck, wyciągnięty niczym z kapelusza. Przynajmniej opracowania dotyczące bitwy pod Oliwą wspominają Storcha i jego kompanię - nic tu jednak dziwnego, wszak dowodził on całością piechoty polskiej w tej bitwie i zginął w toku boju.
Pechowa była także i służba tego oddziału. W czasie oblężenia Pucka, podczas jednego ze szturmów, freikompania miała stracić swój sztandar, zdobyty przez kontratakujących Szwedów. Zapewne oddział odzyskał flagę po kapitulacji Pucka, niemniej jednak skaza na honorze została. Piechurzy Storcha pozostali potem - obok kilku innych kompanii cudzoziemskich - jako część sił osłaniających wybrzeże, nie przyszło im więc stanąć przeciw Szwedom pod Czarnem (Hammerstein). Kiedy w końcu freikompania wzięła udział w kolejnym starciu - bitwie pod Oliwą - wciąż towarzyszył jej pech. 100 knechtów walczyło na pokładzie 'Sankt Georga' (Świętego Jerzego), a kapitan Storch zginął w czasie zwycięskiego starcia. Nie udało mi się niestety ustalić, kto przejął po nim dowodzenie. Być może był to kapitan Tysenhaus, którego kompania dosyć nieoczekiwanie pojawia się w 1627 roku w składzie wojsk obsadzających Puck. Na przełomie 1627 i 1628 roku wszystkie poza jedną freikompanie cudzoziemskie zostały włączone w skład regimentów piechoty cudzoziemskiej, zapewne więc i dawna kompania Storcha podzieliła ich los.