niedziela, 21 lipca 2019

In extraordinary good equippage



Rocznicowo, bo to przecież w lipcu 1655 roku feldmarszałek Arvid Wittenberg wkroczył na czele swojej dywizji na tereny Korony. Wspominałem kilka lat temu o organizacji tego zgrupowaniu, w oparciu o relację Patricka Gordona. Tym razem kolejna wzmianka z pamiętników naszego znajomego Szkota. 
Pod datą 14 lipca 1655 zapisał, że armia składa się z 34 brygad piechoty i 7000 rajtarów (ruiters) z porządnym parkiem artyleryjskim (gallant traine of artillery). Szkot wspomniał o dobrym stanie tych wojsk, gdzie jazda była wyposażona w porządne konie (being very well mounted), co przecież nie zawsze się zdarzało. Piechota miała być zarówno wyekwipowana jak i odziana (well cloathed and armed), a nade wszystko oficerowie mieli być niezwykle dobrze wyposażeni (in extraordinary good equippage). Co jednak ciekawe, dzień wcześniej mamy zapisek o tym, że Gordona wysłano do Szczecina by zakupił  broń białą i buty dla żołnierzy, więc z tym porządnym wyposażeniem to może nie do końca prawda. 

sobota, 20 lipca 2019

Nie ma państwa, w którym polityka byłaby tak trudna jak w Polsce



Phillipe le Masson (Dupont) pozostawił po sobie bardzo interesujące zapiski dotyczące życia i czynów Jana III Sobieskiego. Francuski inżynier wychwala w swoich pamiętnikach Jana III,  skupiając się na jego przewagach militarnych w walkach z Turkami i Tatarami.  Zdarza się jednak, że tu i ówdzie Dupont komentuje z niejaką uszczypliwością lub przyganą zjawiska które widział w Polsce. Poniżej taki właśnie fragment dotyczący systemu elekcyjnego:
Elekcja królów Polski odbywa się na dwa sposoby: albo poprzez wolne zgromadzenie szlachty albo jedynie przez senat i sejm[1]. Pierwszemu rodzajowi elekcji zawsze towarzyszą zamieszki i niepokoje. Rzadko okazywał się on korzystny dla Rzeczypospolitej z powodu zgromadzenia niezliczonej rzeczy różnych temperamentów, nieświadomych, co naprawdę jest dla niej korzystne, i gotowych poświęcić wszystko dla prywaty. Taki czy inny minister obcego państwa często próbuje nimi manipulować wedle własnej woli, wydając dużo pieniędzy. Ale zwykle zostaje wystrychnięty na dudka, gdy sądzi, że sprawy układają się najkorzystniej z punktu widzenia księcia, któremu służy.
Nie ma państwa, w którym polityka byłaby tak trudna jak w Polsce. Wybitne umysły, wielcy ludzie wykształceni w dyplomacji i wyrobieni w najdelikatniejszych kwestiach mają mnóstwo trudności z osiągnięciem sukcesu w tym kraju. Większość zgromadzonej szlachty hamuje mądre i rozsądne projekty obywateli, którzy poświęciliby wszystko dla dobra i chwały narodu przy wyborze króla, gdyby mieli większe możliwości. Jednak podejmowane wysiłki często zostają udaremnione przez prywatne interesy i pasje. Tak dzieje się zawsze przy okazji elekcji odbywających się w sposób, jaki opisałem. Są one tym bardziej niespokojne i niebezpieczne dla Rzeczypospolitej, im większa liczba szlachty bierze w nich udział. Nazywa się je elekcjami na koniu i towarzyszy im zawsze rozlew krwi.


[1] Jak widać Francuz niezbyt zrozumiał ideę sejmu elekcyjnego, stąd nagle pojawiły się u niego dwa sposoby elekcji.

środa, 17 lipca 2019

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XXIV



Świeżo z drukarni dotarła do mnie książka Landsknechts on Campaign. Battle and Siege Scenes in Detail from Geisberg’s German Single Sheet Woodcuts of the early 16th century, opracowana i wydana przez Marion McNealy. Wspomniany w podtytule Max Geisberg (1875-1943) wydał w swoim czasie kilka książek z XVI-wiecznymi drzeworytami i niniejsza praca (która, jeżeli dobrze pójdzie, będzie pierwszym tomem w serii) to wybór przedstawień bitew i działań oblężniczych z jego pracy, uzupełnionych przez kilka dodatkowych drzeworytów. Autorka przedstawia nam najpierw pokrótce historię powstania formacji lancknechtów i żołnierskiego życia w pierwszej połowie XVI wieku. Następnie przechodzimy do tego co tygrysy lubią najbardziej czyli samych drzeworytów. Znajdziemy tu 22 „główne” drzeworyty, każdy poprzedzony krótkim wstępem historycznym opisującym daną bitwę czy oblężenie. Następnie każdy z drzeworytów rozłożony jest na części pierwsze, z ukazaniem wielu detali – od walczących piechurów i kawalerzystów po życie obozowe. Lista prac wygląda następująco:



Wśród autorów drzeworytów oczywiście same znane nazwiska, jak Sebald Beham czy Erhard Shone. Oprócz lancknechtów znajdziemy tu także sporo wizerunków wojowników tureckich, stron walczących w wojnie szmalkaldzkiej czy konfliktu z anabaptystami. Zdecydowanie nie jest to książka do przeczytania ‘na raz’, to coś do czego będzie się wracać i wracać, by analizować kolejny szczegół czy fragment.
Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to zdecydowanie trzeba mieć. Miłośnicy lancknechtów bez wątpienia pokochają tę książkę, znajdą tam bowiem mnóstwo ciekawych szczegółów dotyczących wyglądu ich ulubionej formacji. Oczywiście jest to też bardzo ciekawy dodatek do biblioteki czytelników zainteresowanych XVI-wieczną wojskowością i ikonografią ukazującą konflikty z tego okresu.

wtorek, 16 lipca 2019

Ostatnim ładunkiem



Interesująca przygoda pana Bogusława Kazimierza Maskiewicza z 1647 roku, kiedy to wraz z dwoma towarzyszami, jadąc tylko w pojedynkowych saniach, utknął z powodu zawierzuchy i śniegów wielkich w szczerym polu. Trzem sługom księcia Wiśniowieckiego przyszło spędzić noc w znalezionym bajraczku (szałasie). Tak oto pan Bogusław opisał jak udało im się przetrwać noc:
Stanąwszy tedy w chruścinie nałamałem chrustu i wyjąwszy siana trochę, co w saniach pod nogami było, nakręciwszy bandolet, podsypię procha, ale się i ogień nie jął siana, w które nogami natrzęsiono było śniegu. Nie było, tylko 12 ładunków, do tego przyszło aż do ostatniego ładunka. Wsypałem połowę na panewkę, a gacie wszystkie poszarpałem, okręcając korek, żeby się zatłała chusta, ale i to nie pomogło, aż do tego ostatniego ładunka zakradła się iskierka w sienie, na którą ostatek wysypałem prochu, i już się zajęło siano. Tamże całą noc chrust przykładaliśmy sobie, który tylko tkał, a nie gorzał, mało też i ciepła było, więcej dymu, od którego nazajutrz, choć dzień był pogodny i mroźny, świata nie widziałem.
Na szczęście towarzysze Maskiewicza wsadzili go rano na sanie i całą trójka dotarła do Olszanki, w której urzędował Bazyli Tatomir, rotmistrz piechoty nadwornej księcia Wiśniowieckiego. Tam całe towarzystwo mile sobie popiło, a sam Maskiewicz, choć omackiem pijąc, dzięki dobroczynnemu działaniu miodu odzyskał wieczorem wzrok.

sobota, 13 lipca 2019

Na śniadanie po kawałku chleba i piwa po kufelku



Ciekawy fragment źródłowy, znaleziony w ‘Historii artylerii polskiej’ Konstantego Górskiego. Dotyczy wyprawy hetmana polnego koronnego Mikołaja Sieniawskiego do Mołdawii w 1552 roku. Armia hetmańska miała zabrać ze sobą pewną ilość dział, sporządzono więc podsumowanie w którym zapisano jaki prowiant mieli otrzymywać puszkarze i furmani, ciągnący z wojskiem. Smacznego!



piątek, 12 lipca 2019

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XXIII



Nareszcie w moje ręce trafiła praca Gregory’ego Hanlona Italy 1636. Cemetery of Armies. Wydana po raz pierwszy w twardej okładce w 2016 roku miała niestety na tyle zaporową cenę, że nigdy nie zdecydowałem się na kupno. Nareszcie jednak wydano ją w miękkiej okładce, co czyni ją o wiele bardziej dostępną. Mogłem ją wreszcie przeczytać, stąd i obiecana na blogu recenzja.

Praca podzielona jest na cztery rozdziały, jak zwykle najpierw pokrótce omówię ich zawartość, po czym przejdę do ogólnej oceny. Zaczynamy od wstępu, w którym autor nakreśla dostępne materiały źródłowe i dotychczasowe badania dotyczące Wojny Trzydziestoletniej we Włoszech, a zwłaszcza 1636 roku. Rozdział pierwszy to wprowadzenie do polityki francuskiej doby Richelieu, ze szczególnym uwzględnieniem konfliktów związanych z Wojną Trzydziestoletnią. Oczywiście zgodnie z tematyką książki, najwięcej miejsca poświęcone jest tu sytuacji w Północnych Włoszech i walce Francji i Hiszpanii o wpływy w regionie. Poznajemy tu także najważniejsze postacie dramatu: włoskich władców, francuskich i hiszpańskich dowódców którym przyszło się zmierzyć w 1635 roku.
 
Rozdział drugi to opis działań tytułowej kampanii 1636 roku, gdzie z jednej strony walczyli Francuzi i ich sabaudzcy (czy jak kto woli piemonccy) sojusznicy, z drugiej zaś Hiszpanie i ich jakże międzynarodowa armia. Sporo miejsca poświęcono tu strukturze armii, znajdziemy tu więc kolejne regimenty i tercios którym przyszło walczyć w kolejnych starciach. Autor opisuje kolejne fazy walk w Lombardii, przetykane odniesieniami do pracy teoretyków wojskowości o tym jak powinna zachowywać się armia w marszu i w obozie.

W rozdziale trzecim możemy przeczytać o najważniejszej bitwie kampanii, czyli starciu pod Tornavento, które miało miejsce 22 czerwca 1636 roku. Obok samego przebieg bitwy, mamy tu długie rozważania na temat motywacji i psychologii żołnierzy, taktyki walczących stron i wyposażenia poszczególnych formacji. Sam opis walk jest bardzo interesujący, oparty o źródła z epoki. Bitwa, mimo że nie należy do najbardziej znanych czy przełomowych, to ciekawe starcie – chociażby dlatego, że walki trwały aż 14 godzin. Autor wnikliwie analizuje źródła dotyczące strat, rozważając co tak naprawdę w głównej mierze mogło wpłynąć na taki rozlew krwi w czasie bitwy.
Rozdział czwarty to dalszy przebieg kampanii, ze szczególnym naciskiem na pacyfikacje jakich dokonały oddziały sprzymierzonych. Czytelnik dowie się z tej części, dlaczego Tornavento było niewykorzystanym zwycięstwem i jak ostatecznie zakończyła się kampania 1636 roku.
W książce znajdziemy znaczną ilość czarno-białych ilustracji, są to obrazy i ryciny z epoki. Obok portretów władców i generałów, mamy tu sporo prac Stefano della Belli (które faktycznie przedstawiają kampanie italskie z tego okresu) czy Johanna Wilhelma Bauera. Osobiście bardzo zainteresowały mnie fragmenty z manuskryptu doktora Giovanniego Polino, ukazujące rany bitewne żołnierzy w XVII wieku. Tekstowi towarzyszy także 10 map, obrazujących teatr działań. Niestety te na których przedstawiono bitwę pod Tornavento są bardzo nieczytelne, nie posiadają one bowiem legendy i na pierwszy rzut oka nie wiadomo nawet, która armia jest ukazana po której stronie.

Muszę przyznać, że po lekturze tej książki jestem nieco skonfundowany. Z jednej strony mamy tu bardzo interesujący opis mniej znanego teatru działań i ciekawej bitwy. Praca opiera się na gruntownie zbadanej bazie źródłowej, z uwzględnieniem materiałów z obydwu walczących stron. Bitwa pod Tornavento przedstawiona jest bardzo dokładnie, także bez problemu możemy prześledzić jej kolejne fazy. Te fragmenty czyta się naprawdę dobrze, bo generalnie książka napisana jest przystępnym językiem. Ale… no właśnie, czasami jest jakieś ale, prawda? Niestety widać, że autor niezbyt dobrze ‘czuje się’ w klimatach wojskowości XVII-wiecznej, stąd informacje o poszczególnych formacjach i oddziałach są bardzo porozrzucane w tekście i czasami sprawiają wrażenie, że autor przypomniał sobie w ostatnim momencie, że warto napisać, że dana kawaleria to kirasjerzy czy że walcząca piechota miała też piki. Aż się prosi o wyodrębnienie w tekście głównym (albo w aneksie) ODBu walczących w bitwie armii – niestety czytelnik mu się sam to sobie mozolnie pozbierać z fragmentów rozrzuconych po całej książce. Co jednak było dla mnie najbardziej męczące, to dygresje autora, które strasznie rozbijają narracje wydarzeń. Przykładowo rozdział dotyczący bitwy otwiera prawie sześć stron dywagacji na temat motywacji żołnierzy i  psychologii na polu walki. Po tym mamy pięć stron ogólnych rozważań na temat taktyki armii na polu bitwy, żeby dopiero po 11 stronach takiego wstępu przejść wreszcie do samej bitwy. Podobnie w ostatnim rozdziale dotyczącym dalszych wydarzeń mamy nagle w połowie tekstu kilku stronnicowe rozważania o problemach z higieną wśród walczących armii. Są to wszystko bardzo ciekawe rzeczy, ale samą książkę czytałoby się o wiele lepiej, gdyby nieco inaczej wyglądała jej struktura i gdyby pewne fragmenty zostały wyodrębnione do osobnych, krótszych rozdziałów.

Jest to bez wątpienia ciekawa i interesująca książka, którą można spokojnie polecić zainteresowanym XVII-wieczną wojskowością i historią. Co prawda ci którzy są nieco ‘oczytani’ w temacie pewnie się skrzywią na pewnie odniesienia w przypisach (do praca, nazwijmy to, o niezbyt dobrej renomie), wydaje mi się jednak, że jest to zrównoważone doborem i ilością materiałów źródłowych z epoki.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to ostatecznie można mieć. Duży plus za tematykę i użyte źródła, jednak dziwna struktura pracy i męczące (oczywiście dla mnie, każdy czytelnik będzie to odbierał inaczej) dygresje powodują, że nie jestem skłonny przyznać tu najwyższej noty w moim blogowym rankingu.

środa, 10 lipca 2019

Oto mi wierny sługa!



Jan Sobieski miał niezwykłą słabość do Tatarów, czego dowody możemy znaleźć w wielu źródłach z epoki. W czasie kampanii 1684 roku przyprowadzono królowi kilku pochwyconych Tatarów, których przesłuchiwał sam monarcha. Sobieski zauważył, że jeden z ordyńców ma ucięty fragment ucha, zapytał go więc o przyczynę takiego ‘ubytku’. Tu wywiązał się bardzo interesujący dialog, który tak zapisał naoczny świadek wydarzenia:
Miałem – odpowiedział Tatar – w Krymie murzę, bardzo dobrego pana, który umierając zostawił mi parę sukien, broń, a w szczególności pałasz, któryś W.K.Mość kazał mi odebrać. Zwyczajem jest u nas po śmierci braci i najbliższych krewnych ucinać ogon koniowi, na znak smutku i żałoby, ale mnie się nie zdawało, aby to było dosyć, kiedy się traci tak dobrego pana, i dlatego nie przestając na ucięciu koniowi ogona, uciąłem sobie kawałek ucha.
Zdziwił się król i widać było, że mu się podobała cnota tego barbarzyńcy, który dał taki dowód wdzięczności zmarłemu panu. Kazał go potem zapytać, czy dostał drugiego pana i co by uczynił po jego śmierci.
Przystałem – rzekł [Tatar] – do syna mego dobroczyńcy, który jeżeli się ze mną tak dobrze jak ojciec obchodzić będzie, utnę po jego śmierci pozostałą część ucha.
Co tak się podobał królowi, że zawołał „Oto mi wierny sługa! Lubię tego Tatara!” i kazał mu dać sutą wieczerzę, do której sam dodał ze swego stołu parę półmisków w zamian za tak smaczną odpowiedź.
Swoją drogą ciekawe jakie były późniejsze losy tego Tatara? Kto wie, może trafił na służbę króla Jana?