wtorek, 16 stycznia 2018

Po smoleńsku z wielkim hukiem


3 października 1633 roku król Władysław IV uroczyście wjechał do Smoleńska, symbolicznie kończąc moskiewskie oblężenie. Oczywiście walki z armią Szeina miały jeszcze trwać wiele miesięcy, niemniej jednak miasto było uratowane. W ciągu kilku dni rozpoczęły się negocjacje komisarzy królewskich z mieszkańcami i żołnierzami garnizonu – jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi oczywiście o pieniądze…
Całe negocjacje mogły się jednak, dosyć dosłownie, zakończyć z wielkim hukiem.  7 października doszło bowiem na zamku smoleńskim do eksplozji  która wstrząsnęła ‘dworem’ dowodzącego garnizonem Samuela Sokolińskiego.  Zginęło 11 ludzi, a tam za cudowną łaską Bożą pp. komisarz JKMci, którzy tam na likwidacyje długów podczas oblężenia zaciągnionych w tym dworze siedzieli, tego uszli, mało co przedtym z tego dworku uszedłszy. Sam Sokoliński ledwo uszedł z życiem, na czas wyprowadzając z miejsca wypadku gości i komisarzy.

Właśnie, wypadku, nie był to bowiem raczej efekt moskiewskiego ostrzału czy sabotażu. Zawinił raczej czynnik ludzki… Prochy tam robiono i przesuszano, nim je do cekhauzu zawieść miano, tam czyli pacholik z okna strzelił, czyli prochu na osobnej kupce próbował, nie wiedzą jako się zapuścił ogień, gdyż nikt nie uszedł stamtąd, któryby dać mógł wiadomość. 

niedziela, 14 stycznia 2018

Historyk o(d)powiada... Paweł Duda


Rozpoczęty tydzień temu cykl mini-wywiadów z historykami zajmującymi  się epoką spotkał się z dużym zainteresowaniem Czytelników, obiecuję więc co niedziela publikować nowy odcinek. 
Miło mi poinformować, że kilku znanych i lubianych specjalistów zgodziło się odpowiedzieć na moje pytania – chciałbym im wszystkim bardzo serdecznie za to podziękować.

Dziś zapraszam do rozmowy z Pawłem Dudą. Doktor nauk humanistycznych w zakresie historii, adiunkt w Za­kładzie Historii Nowożytnej XVI-XVIII wieku Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego. Zajmuje się relacjami dyplomatycznymi między Rzecząpospolitą Oboj­ga Narodów a Stolicą Apostolską w pierwszej połowie XVII wieku, jak również polityką zagraniczną państwa polsko-litewskiego postrzeganą przez pryzmat nun­cjuszy apostolskich oraz rolą Rzeczypospolitej w wojnie trzydziestoletniej.

1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Moja przygoda z historią zaczęła się bardzo wcześnie, bo już w wieku 5 lat. Pamiętam, że w 1987 roku Tata zabrał mnie i starszego brata na zamek do Będzina. Opowiadali mi o królach, rycerzach, zamkach, etc. Tak mnie to zainteresowało, że jeszcze tego samego wieczora znałem na pamięć poczet władców polskich. Gdy dzieci w przedszkolu rysowały autka i kwiatki, ja zapełniałem kartki bazgrołami, które w jakimś stopniu nawiązywały do historii – zamkami, rycerzami, etc. Co ciekawe – większość tych rysunków zachowała się do dnia dzisiejszego. W kształtowaniu tej pasji wspierała mnie rodzina. Rodzice kupowali mi „Przedszkolaka elementarz dziejów” - książeczki o tematyce historycznej dla najmłodszych, brat czytał trylogię przed snem, a ciotka – będąca nauczycielką historii opowiadał o Sobieskim. Później, gdy historia stała się jednym z przedmiotów szkolnych, rodzice starali się przekazywać mi treści, które wówczas wykraczały poza program nauczania. I tak to się kręciło. Po ukończeniu liceum, nie mając za bardzo pomysłu kim chcę zostać w przyszłości, zdecydowałem się na kierunek najbliższy moim zainteresowaniom i podjąłem studia historyczne na Uniwersytecie Śląskim. Długo powtarzałem sobie, że nie zostanę historykiem i interesuje mnie jedynie uzyskanie tytułu magistra, ale naturalną koleją rzeczy, historia, a właściwie jej nauczanie stało się wyuczonym zawodem, a ja zmieniłem podejście. Chyba wówczas, tzn. pod koniec studiów zrozumiałem, że chciałbym się tym zajmować zawodowo, a późniejsza sugestia pisania doktoratu tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła.

2. Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Gdybym miał kogoś wskazać, postawiłbym na Zygmunta III Wazę. Chyba głównie dlatego, by oddać mu sprawiedliwość. Władca ten dotychczas nie miał szczęścia do historyków, którzy zazwyczaj oceniali go bardzo krytycznie, zarzucając mu gotowość do poświęcenia Rzeczpospolitej dla idei powrotu na tron szwedzki, uleganie wpływom Habsburgów, jezuitów i papiestwa, nietolerancyjność a przede wszystkim opór wobec koncepcji osadzenia syna Władysława Zygmunta na tronie moskiewskim. Taki sposób postrzegania Zygmunta III jest nadal bardzo popularny. Na szczęście od kilku lat można zauważyć odwrotną tendencję, u podstaw której leży szerszy dostęp do źródeł historycznych, również obcych. W efekcie postać króla z kolumny jest odbrązawiana. I bardzo dobrze, bo rzetelna analiza materiałów źródłowych pozwala stwierdzić, że był to władca świadomy swych celów politycznych, trzeźwo myślący, umiejący właściwie ocenić realia oraz racjonalny, niedziałający pod wpływem impulsu. W mojej subiektywnej ocenie był to jeden z lepszych władców polskich wybranych w systemie viritim, o ile nie najlepszy.

3. Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
W przypadku postaci historycznej odniosę się do poprzedniego pytania – niewątpliwie chciałbym poznać Zygmunta III, o ile by mnie dopuszczono przed oblicze władcy (śmiech). Poza tym jestem nuncjaturzystą i pracuję na materiale źródłowym wygenerowanym przez nuncjuszy apostolskich. Najwięcej miejsca oczywiście poświęcam tym, którzy urzędowali w Polsce, szczególnie w latach 20-tych i 30-tych XVII wieku. Znam ich korespondencję, na jej podstawie jestem w stanie pokusić się o pewien rys charakterologiczny, aczkolwiek byłoby przyjemnością móc osobiście poznać „obiekty” moich badań.
Gdybym miał wskazać jakieś wydarzenie historyczne, którego chciałbym być świadkiem, to jest ich kilka. Na czele tej listy umieściłbym przygodę trzech panów z oknem, czyli defenestrację praską i osławiony wjazd Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w 1633 roku.  

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Na razie z żadnej. Nie chciałbym, aby to zabrzmiało jakoś wyniośle, ale wierzę, że te najważniejsze publikacje dopiero przede mną. Póki co puściłem w świat kilka artykułów. Każdy opublikowany oczywiście jest w pewien sposób satysfakcjonujący, tym bardziej, że mój dorobek nie jest oszałamiający, ale dumą bym raczej tego nie nazwał.
Jeśli miałbym wskazać coś, to interesujący wydaje się być rozpoczęty na kartach „Studiów nad staropolską sztuka wojenną” (t. IV i V) cykl artykułów ukazujących jak dyplomacja papieska postrzegała wojnę polsko-szwedzką z lat 1626-1629, zatytułowany: „Wojna o ujście Wisły w relacjach i ocenie dyplomacji papieskiej” (obydwa udostępnione są na www.academia.edu). Konflikt ten, jego przebieg oraz uwarunkowania międzynarodowe szczególnie mnie interesują. Artykuły te mogą stanowić przyczynek do badań nad tym konfliktem, tym bardziej, że jak na razie, nie licząc cennej pracy Adama Szelągowskiego temat ten nie doczekał się rzetelnej monografii.
Obecnie szykuję do druku dwie prace. Pierwsza to monografia obrazująca stanowisko papiestwa wobec polskiej polityki zagranicznej w latach 1623-1635. Wierzę, że będzie to zwieńczenie pewnego etapu moich badań. Wszystko wskazuje na to, że praca ta ukaże się już jesienią tego roku. Druga to edycja źródłowa, a dokładnie korespondencja nuncjusza Santa Croce z lat 1628-1629, którą przygotowujemy wraz z dr hab. Henrykiem Litwinem w ramach serii Acta Nuntiaturae Polonae. Mam nadzieję, że również ta praca ukaże się pod koniec 2018 roku. Wówczas będę mógł udzielić innej odpowiedzi na to pytanie.

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Faktycznie miałem przyjemność poznać kilku wybitnych badaczy. Z tego grona niewątpliwie największy wpływ na mnie wywarł mój mistrz prof. Ryszard Skowron. Był i nadal jest pierwszym moim prawdziwym nauczycielem. Miałem przyjemność uczęszczać do Profesora na seminarium najpierw magisterskie, a następnie doktoranckie, a obecnie Profesor jest moim przełożonym. Pod skrzydłami prof. Skowrona kształtowałem i nadal kształtuję swój warsztat. Jego prace, przede wszystkim „Olivares, Wazowie i Bałtyk”, a także „Pax i Mars”, ukazujące relacje między Rzeczpospolitą a Hiszpanią, pod względem warsztatowym stanowią dla mnie wzór do naśladowania. Ponadto cenię sobie wszelkie wskazówki i sugestie, jak również rozmowy, które prowadzimy na przeróżne tematy.
Jak już zostało zasygnalizowane od kilku lat mam przyjemność współpracować z dr hab. Henrykiem Litwinem przy wydawaniu Akt Nuncjatury Polskiej. Z tej współpracy także czerpie pełnymi garściami. Henryk posiada olbrzymią wiedzę odnośnie funkcjonowania dyplomacji, w tym oczywiście dyplomacji papieskiej oraz wzorowy warsztat. Wszelkie sugestie i wskazówki jakich mi udziela staram się uwzględniać w moich badaniach.
Duży wpływ odcisnęły na mnie prace innych nuncjaturzystów przede wszystkim prof. Teresy Chynczewskiej-Hennel oraz prof. Wojciecha Tygielskiego.
Cenię sobie również dokonania historyków z mojego zakładu (przyp. Uniwersytet Śląski, Instytut Historii, Zakład Historii Nowożytnej XVI-XVIII w.): dr hab. Aleksandry Skrzypietz, dra hab. Dariusza Rolnika i dr Aleksandry Barwickiej-Makuli.
Dużą inspiracją są dla mnie prace i działania historyków z mojego pokolenia, zwłaszcza: Przemysława Gawrona, Zbigniewa Hunderta, Wojciecha i Katarzyny Walczaków.

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Niewątpliwie internet pozwala popularyzować historię i stwarza możliwości zaistnienia oraz dotarcia do szerszego kręgu odbiorców. Trzeba natomiast podchodzić do tego z dystansem, dużą dozą wybiórczości oraz pewnym rozeznaniem. To ostatnie z kolei może być tylko i wyłącznie wynikiem lektury źródeł i opracowań. Błędem jest przyjmowanie wszystkiego co znajdziemy w internecie jako prawdy objawionej, a niestety, głównie na podstawie komentarzy zamieszczanych na facebooku pod postami o tematyce historycznej, jestem w stanie stwierdzić, że to zjawisko się pogłębia. Jeszcze jakiś czas temu starałem się polemizować z różnymi poglądami, dotyczącymi panowania Wazów, dziś już raczej tego nie robię – uważam, że szkoda czasu. Memy o tematyce historycznej traktuję raczej z przymrużeniem oka. Mają one dla mnie głównie charakter humorystyczny i jestem jak najdalszy od czerpania wiedzy w ten sposób. Przyznam się, że filmów na You Tube raczej nie śledzę. Blogi są osobną kwestią. Rzetelnie prowadzone przez prawdziwych pasjonatów historii mogą stanowić inspirację. Śledzę poczynania kilku blogerów, którzy dzielą się swoją niebagatelną wiedzą na określony temat, np. kadrinazi.blogspot.co.uk (śmiech). Przyznam się, że sam też prowadzę bloga poświęconego historii lokalnej, ale na razie więcej nie zdradzę. Ostatnio wiele czasu spędzam przeglądając academię.edu. Fajnie, że coś takiego funkcjonuje.

7.  Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Nawet kilka.
Po pierwsze – szacunek dla źródła i ustaleń innych historyków. Praca ze źródłem to jest fundament naszej pracy. Tworzenie czegokolwiek na podstawie tylko i wyłącznie opracowań naukowych jest jedynie kompilacją. Obecnie historycy mają większe możliwości, co związane jest z postępującym procesem digitalizacji archiwaliów, jak również coraz większą ilością edycji źródłowych na rynku wydawniczym.
Po drugie – cierpliwość i konsekwencja. W tym zawodzie nic nie przychodzi od razu. Solidne opracowanie konkretnego zagadnienia trwa. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, a przy tym konsekwentnie pracować. Kwestia ta dotyczy praktycznie każdego etapu pracy – od kwerendy, przez opracowanie źródeł, do tworzenia publikacji.
Po trzecie – skrupulatność i dokładność. Komunałem byłoby stwierdzenie, że musimy brać odpowiedzialność za swoje tezy. Na każdym etapie badań historycznych należy wszystko dokładnie sprawdzać, by nie postawiać pola do nadinterpretacji.

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Ciężko w przypadku pracownika naukowego mówić o czasie wolnym. To jest praca, a raczej pasja, która nigdy się nie kończy. Wychodzę z pracy i dalej o niej myślę. Jestem raczej domatorem i jeżeli już znajdę wolną chwilę to staram się ją spędzić z żoną i synem. Oczywiście mam swoje pasje i zainteresowania. Odskocznią od historii nowożytnej jest dla mnie historia lokalna – dokładniej dzieje Zagłębia Dąbrowskiego oraz malarstwo impresjonistyczne. W naprawdę wolnym czasie układam puzzle – reprodukcje dzieł impresjonistów. Samo układanie puzzli w jakiś sposób nawiązuje do procesu badania historii, w którym z niewielkich fragmentów listów, depesz, etc. tworzymy ogólny obraz. Ułożone puzzle oprawiam w antyramy i wieszam na ścianach. Żona śmieje się, że mamy małe Musee d’Orsay w mieszkaniu.
Poza tym moje zainteresowania raczej nie odbiegają od ogólnych standardów. Lubię obejrzeć dobry mecz piłki nożnej. Czasem pogram w halówkę z kolegami z pracy. Lubię przeczytać dobrą książkę oraz obejrzeć film.


wtorek, 9 stycznia 2018

Duńsko-polski regiment pana Rutgera


Niejednokrotnie pisałem na blogu o tym, jak to wzięci do niewoli żołnierze jednej armii byli wcielani w szeregi przeciwnika – proceder ten był szeroko stosowany w XVII wieku (i nie tylko…). W dzienniku Rutgera von Ascheberga[1] możemy przeczytać bardzo ciekawy przykład takiego procederu. Szwedzki oficer opisał w nim bowiem jak utworzył swój regiment dragonii na służbie Karola X Gustawa. Zaiste była to międzynarodówka…
16 sierpnia tegoż roku [1659 r.] po gwałtownym szturmie zdobyłem duży statek duński, na którym były dwie kompanie piechoty składające się z stu dziewięćdziesięciu pięciu ludzi, oraz dwóch kapitanów, dwóch poruczników, dwóch chorążych, znajdowały się tam również dwie chorągwie i przynależni podoficerowie z regimentu [piechoty] feldmarszałka [Hansa] Schacka.  
Wedle zwyczaju z epoki, szeregowców wcielono w szeregi armii szwedzkiej – podjęli zaraz służbę i utworzyłem z nich cztery kompanie dragonów. Co ciekawe, pomysł zyskał akceptację samego Karola X Gustawa który nie tylko pozwolił mi na to, ale też uczcił mnie jeszcze do tego dwoma kompaniami Polaków, tak że nadspodziewanie zyskałem sześć kompanii dragonów. Skąd owi nieco zagadkowi Polacy? To zapewne owoc sukcesów Douglasa w Kurlandii, oficer ten miał w lipcu 1659 roku wysłać do Szwecji 800 Polaków/Litwinów, ujętych tu i ówdzie w Kurlandii. Co ciekawe, zaradny pułkownik szybko zadbał o żołnierzy, postarałem się też, by w ciągu sześciu tygodni mieli pełne umundurowanie, uzyskawszy jeszcze taką łaskę, że miałem dwa regimenty jazdy i jeden dragonów, którymi dowodziłem.



[1] Polskie tłumaczenie przygotował i opracował Wojciech Krawczuk – polecam już zresztą to źródło na blogu. 

niedziela, 7 stycznia 2018

Historyk o(d)powiada... Zbigniew Hundert


Rozpoczynamy nowy cykl blogowy, mam nadzieję że ten naprawdę zainteresuje Czytelników bloga. W cotygodniowym wpisie chciałbym przedstawić krótki wywiad z jednym z historyków (tak zawodowych jak i amatorów-hobbystów) zajmujących się moją ulubioną epoką, czyli dość szerokimi ramami XVI-XVIII wieku, ze szczególnym uwzględnieniem wojskowości. Będzie to zawsze ten sam zestaw ośmiu pytań, dotyczący badań, zainteresowań i inspiracji danego badacza.

Jako pierwszy na pytania zgodził się odpowiedzieć Zbigniew Hundert, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii, od 2016 roku adiunkt na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.  Współredaktor serii Studia nad staropolską sztuką wojenną. Związany z seminarium prof. Mirosława Nagielskiego. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się wokół polityczno-wojskowej historii Rzeczypospolitej w drugiej połowie XVII wieku, za naciskiem na czasy „królów rodaków” i zagadnienia ekonomii, patronatu wojskowego, organizacji armii i biografistyki wojskowej[1]. Na blogu miałem już zresztą okazję opublikować krótką recenzją jednej z pracy autorstwa dra Hunderta.

1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Generalnie to miałem ku historii jakieś „spaczenie genetyczne”, bo od najmłodszych lat wybierałem zabawki typu historyczna broń – miecze, szable, imitacje karabinów strzelb, itp., a z klocków Lego najbardziej interesowali mnie rycerze i piraci. Dużą rolę w zainteresowaniu się przeszłością odegrał mój dziadek, weteran wojny obronnej ’39 r. i żołnierz Kedywu AK, Marian Biliński (kto mnie zna, wie że jestem jego genetyczną kopią ;) ), który opowiadał mi wiele historii – i ze swojego życia, i ogólnie o wielu postaciach historycznych, uczył patriotycznych wierszy, pieśni (wcześniej znałem hymn Polski niż „Ojcze Nasz” i inne „paciorki” ;) ). Kolejny etap to filmy historyczne, które inspirowały mnie do różnych zabaw. Interesowałem się okresem wojen polsko-krzyżackich, przechodziłem etap zainteresowań II WŚ, epoką napoleońską (ta wciąż jest mi bliska, jako epoka, o której lubię poczytać) aż w końcu sfilmowana Trylogia Sienkiewicza wprowadziła mnie na tory XVII w., a ulubioną częścią stał się „Pan Wołodyjowski”. Od niej też zacząłem lekturę monumentalnych powieści Sienkiewicza, która wychowała niejednego historyka. Jak się okazało, okres „Pana Wołodyjowskiego”, czyli czasy hetmaństwa Sobieskiego i panowania Michała Korybuta stały się moimi ulubionymi, a doktorat poświęcony tym czasom, który też wypełniał dużą luką w dotychczasowym stanie wiedzy, stał się w pewien sposób symboliczny. Hołdowałem własnej pasji, która narodziła się, gdy miałem 11-12 lat. „Spaczenie” historyczne objawiało się we wszystkim czym oprócz historii się zajmowałem. I tak, pasja do piłki nożnej, przerodziła się w pasję do historii tego sportu, podobnie, jak moja druga po historii wielka miłość, kultura hiphop, w którą wchodziłem na przełomie dwóch tysiącleci, również stała się obiektem zainteresowań pod kątem jej dziejów. A co do zawodowości, chyba dopiero na V roku studiów zdałem sobie sprawę, że chce to robić zawodowo. Wojsko ze względu na wadę wzroku i inne okoliczności nie wchodziło w grę (o czym zawsze marzyłem), a więc pozostało zająć się zawodowo czymś co kocham i mógłbym być w tym dobry, oddając temu serce i zdrowie – a jak mi zawsze w domu powtarzali, jak coś robisz, rób to dobrze – i tak staram się prowadzić swoje badania – i w ten sposób ogłaszać je w postaci różnych prac. 

2. Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Tych postaci jest wiele, ale jeśli miałbym wybierać, to będę zmuszony wskazać Jana Sobieskiego. Moje badania związane są przede wszystkim z tą postacią, głównie w dobie sprawowania przez niego urzędów hetmana i marszałka wielkiego. Dla młodego chłopaka był to naturalny wybór, przede wszystkim ze względu na jego militarne dokonania, z Chocimiem 1673 na czele. Obecnie poznałem go z innej strony – i wybór swój podtrzymuje. Była to postać nietuzinkowa, w której jak w soczewce skupiały się bardzo różnorodne sfery działalności – od wojskowej i politycznej po patronat artystyczny. W drugiej kolejności są to postacie ze środowiska politycznego i wojskowego Sobieskiego. Z warstwy magnackiej wymieniłbym tu Andrzeja Potockiego, który zmarł w 1691 r. jako kasztelan krakowski i hetman polny; Mikołaja Hieronima Sieniawskiego, zmarłego w 1683 r. jako wojewoda wołyński i również hetman polny oraz Hieronima Augustyna Lubomirskiego. Z grona oficerów średniego szczebla wskazałbym przede wszystkim poruczników husarskich i pułkowników, jak Aleksander Polanowski, Władysław Wilczkowski, Mikołaj Złotnicki, Nikodem Żaboklicki czy też Andrzej Chełmski i Andrzej Prusinowski. Są to bohaterowie moich badań, z którymi zdążyłem się „zaprzyjaźnić”. Trzem z nim poświęciłem nawet osobne badania.

3. Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Chciałbym poznać osobiście wszystkich towarzyszy chorągwi husarskich Sobieskiego z lat 70. XVII w. i poczuć klimat koła wojskowego oraz życia w obozie, w tym czasie. Poza tym jest wiele innych kwestii. Do samego Sobieskiego i jego oficerów na pewno też miałbym wiele pytań J Dowiedziałbym się w końcu kto był posłem wojskowym na sejmy 1676 r. oraz kto był porucznikiem w kilku jednostkach, czego do tej pory nie mogę ustalić.

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Jest kilka publikacji, które darze pewnym sentymentem. Najważniejsze są niewątpliwie moje dwie książki. Pierwsza – o husarii, pozwoliła wejść do środowiska. Druga w tym środowisku umocniła. Obie zresztą to dla mnie znakomita lekcja warsztatu historyka, prace, które zmuszały do opracowania nowych technik badawczych – ale i nauczyły mnie mierzyć się z codziennymi problemami, które wiązały się z ich powstawaniem. Fakt, że te prace nie są wolne od błędów – ale te staram się prostować w kolejnych publikacjach. Szczególnie dumny jestem z książki doktorskiej – która mimo kilku wpadek, zawiera wciąż aktualne tezy – i jest wciąż dla mnie podstawą kolejnych rozważań o polityczno-wojskowym otoczeniu Sobieskiego – mimo że już wyszedłem z czasów Michała Korybuta i „zagnieździłem się” w panowaniu Jana III – aktualnie, że tak powiem, w okolicach Wiednia. Inne publikacje z których jestem dumny, to artykuł o postawie wojska koronnego wobec elekcji 1674 r., powstały na bazie referatu z konferencji w Ustroniu w 2014 r., którą zaliczam do jednej z najlepszych w jakich uczestniczyłem (i pod kątem merytorycznym, i towarzyskim). Jestem też bardzo zadowolony z artykułu, który oczekuje na druk, o poselstwie wojska koronnego na sejm 1683 r. Sentymentem darzę też teksty, gdzie „pomnożyłem” swoich bohaterów, albowiem w trakcie badań okazywało się, że to nie jedna a minimum dwie postacie. Tak było z pierwowzorem bohatera Sienkiewicza, Rocha Kowalskiego. Odkrycie zupełnie przypadkowe, podczas lektury uchwał sejmikowych ziemi warszawskiej z 1672, gdzie szlachta chciała upamiętnić dwóch swoich współbraci, którzy w 1656 r. rzucili się z kopiami na Karola Gustawa. Dotychczas w historiografii trwał spór o te wydarzenie, padało kilka nazwisk. Wspólnie z kolegą dr. Andrzejem Majewskim (specjalista od bitwy pod Warszawą 1656) zrobiliśmy takie studium, gdzie myślę, wprowadziliśmy od obiegu naukowego ważne spostrzeżenia – że to jednak nie jeden a przynajmniej dwóch husarzy szarżowało zwróciło się przeciwko szwedzkiemu dynaście. Dwa lata później, również w „Przeglądzie Historycznym”, pojawił się mój tekst pod nazwą „Władysławów Denhoffów dwóch”, nawiązujący tytułem do słynnego filmu Juliusza Machulskiego. W tekście tym dowodzę, prostując i własne błędy, że jednak w dobie hetmaństwa Sobieskiego działało dwóch Władysławów Denhoffów –  pokazując, które fakty wiążą się z pierwszym Denhoffem, a które z drugim. Nie było to łatwe, bo i ludzie w epoce ich mylili.    

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Jest ich naprawdę wielu. Ale mogę powiedzieć, że mam takich trzech ojców naukowych – pierwszy to mój strukturalny mistrz, ale też świetny człowiek, który otworzył mi oczy na wiele spraw, prof. Jan Dzięgielewski. Będąc Jego uczniem mam tę świadomość, że mam świetny rodowód, albowiem, jest „naukowym prawnukiem” Władysława Konopbczyńskiego (on był mistrzem Władysława Czaplicńskiego, ten Jaremy Maciszewskiego, ten Jana Dzięgielewskiego). Drugi to prof. Mirosław Nagielski, który zaprosił mnie na swoje seminarium. Mimo, że nigdy nie byłem Jego strukturalnym uczniem, to przyjęcie mnie pod swoje skrzydło, zapoznanie z całym swoim środowiskiem, które mnie ukształtowało – i któremu zawdzięczam najwięcej (Koledzy Dariusz Milewski, zresztą mój Kolega z Instytutu, Konrad Bobiatyński, Piotr Kroll, Przemek Gawron, oraz moi rówieśnicy i przyjaciele Karol Żojdź, Janek Sowa, Zbyszek Chmiel), pozwala, że czuje się częścią tego środowiska i że w pewien sposób uczniem profesora Nagielskiego. Trzecią osobą jest niewątpliwie prof. Marek Wagner, którego książki inspirowały mnie do pracy, ukształtowały moje zainteresowania, a z którym teraz współpracuję. Ponadto profesor sam uważa mnie za swojego następcę, co jest dla mnie nobilitujące i zobowiązujące. Chciałbym bardzo kontynuować dzieło tak wielkiej postaci, jaką był Janusz Woliński, moja inspiracja. Tym bardziej jest to dla mnie ważne, albowiem i prof. Dzięgielewski, i prof. Wagner, byli ostatnimi seminarzystami zmarłego w 1970 r. prof. Wolińskiego. Przy okazji cieszę się, że miałem okazję poznać się też z prof. Janem Wimmerem - wszyscy badacze, zajmujący w jakimś stopniu sprawami wojska czy okres Wiednia 1683, nie mogą obok tej postaci przejść obojętnie.
Ważną role na mojej drodze odegrali też dr Marcin Baranowski z KUL i poznany w dalszej kolejności dzięki niemu mój wydawca ale i serdeczny Kolega, z którym mamy kilka świetnych wspomnień – Darek Marszałek. Przy okazji też dużą rolę w ukształtowaniu mojej osoby odegrali wszyscy Koledzy ze środowiska historyków wojskowości – od Gdańska przez Poznań i Częstochowę po Lublin, z którymi zawsze zacnie się spotkać, przynajmniej raz w roku.
Oprócz tych postaci, spotkałem na swojej drodze wiele innych osób, którym sporo zawdzięczam. W początkach mojej kariery badawczej dużą rolę odegrała znajomość z dr. Radosławem Sikorą. Mimo że nasze drogi teraz się rozeszły, jestem Mu za kilka kwestii wdzięczny. Wielki wpływ wywierali na mnie też tacy historycy z różnych stron Polski, jak Leszek Wierzbicki, Sławek Augusiewicz, Dariusz Kupisz, Robert Kołodziej, Jarosław Stolicki. Składam tu w tym miejscu hołd ich twórczości! Z młodszego pokolenia – i z osób spoza środowiska warszawskiego, chcę wymienić zwłaszcza Pawła Dudę i Artura Goszczyńskiego. Chcę również wspomnieć owocną współpracę z Michałem Paradowskim, jedyną osobą, z która się zaprzyjaźniłem, a której na oczy nie widziałem J

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Wszystko ma swoją jasną i ciemną stronę. Jeśli ktoś dzięki blogowym i youtubowym materiałom „wkręci się” w historię – i będzie chciał coś poważnego doczytać – to wtedy ok. Jeśli natomiast ten ktoś stanie się wyznawcą bałamutnych treści, którym potem będzie bezrefleksyjnie hołdować, to już wtedy będzie to niebezpieczne. Lubię na te kwestie uczulać studentów, z którymi dyskutuję na temat wszystkich trendów internetowych podszytych historią. Każdy z nich ma swoje środowisko – i wiem, że po takim „akademickim ucieraniu się”, taki student będzie mógł w tym środowisku merytorycznie reagować, gdy jakieś ahistoryczne populizmy zaczną zyskiwać sympatię. Mam już tego dowody po fejsbukowym komentarzach, co mnie wtedy np. cieszy.

7.  Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Cierpliwości, wytrwałości, uczciwego podejścia, szacunku, pasji, profesjonalizmu, ale też umiejętności dzielenia pracy zawodowej z innymi dziedzinami swojego życia. No i żeby nie zwariować – bo kto nie robi przerwy, ten traci nerwy. Odskocznie są zawsze potrzebne, czy to życie rodzinne, pójście na trening, albo i nawet „upodlenie się” w męskim gronie J

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Iść na trening, zwłaszcza mojego ukochanego breakingu (znanego szerzej jako break dance). Ale czy to jest czas wolny? Trening to trening, naturalna rzecz, jak umycie zębów, ranna toaleta J Czas wolny to spotkania ze znajomymi. Poza tym są takie aspekty spędzania czasu wolnego, że pisać mi tu nie wypada. Powiem tak, nigdy się nie nudzę J

Bardzo dziękuję za udzielenie tak obszernych odpowiedzi!

wtorek, 2 stycznia 2018

Portrety słynnych bankierów


Augsubrska rodzina Fuggerów to jeden z najsłynniejszych klanów bankierskich nowożytnej Europy, odgrywający ogromną rolę w XV i XVI-wiecznej Europie. Nie będę się za dużo o nich rozpisywał, kto będzie zainteresowany tematem łatwo znajdzie online dużo informacji. Znalazłem jednak bardzo ciekawą „księgę” dotyczącą rodu, którą chciałbym tu na blogu przedstawić. Pod koniec XVI wieku Fuggerowie wynajęli znanego nam już z innych wpisów Dominicusa Custosa[1] by sporządził zbiór portretów rodziny. Pierwsze wydanie, oparte o bogatą kolekcję starszych portretów rodzinnych ze zbiorów klanu, ujrzało światło dzienne w 1593 roku. Rodzina Custosa dostała swoisty dożywotni kontrakt od bankierów: dwóch zięciów Dominucusa (Lukas i Wolfgang Kilian) uzupełniało serię portretów, przygotowując kolejne wydania w 1618 i 1620 roku. W zbiorach Bayersische StaatsBibliothek znajduje się pełny, zawierający 138 portretów, tom, w skład którego wchodzą wizerunki z wszystkich wydań. Niestety nie znamy nazwiska artysty który pokolorował portrety. Dzięki projektowi World Digital Library, możemy podziwiać całość tomu online – pdf do ściągnięcia tutaj.  Ciekawostka, ale sądzę że warto spojrzeć na ludzi którzy (niejako „z cienia”) odgrywali tak ważną rolę w Europie.



[1] Po sąsiedzku, bo też z Augsburga. 

poniedziałek, 1 stycznia 2018

A szołdro, a taki synu!


Nowy rok zaczniemy od anegdoty od dobrego znajomego, czyli Jana Chryzostoma Paska. Jego synowiec – Stanisław – miał brać udział w odsieczy wiedeńskiej 1683 roku, a potem walczył w bitwach pod Parkanami[1].  To właśnie z drugiej bitwy parkańskiej pochodzi historia którą młody żołnierz przywiózł później wujowi gawędziarzowi.  Żołnierze cesarscy mieli oto krwawo odgrywać się na Turkach po tym starciu, krwawo mszcząc się za krzywdy doznane w czasie kampanii – że im tak wiela poodbierali państwa, prowincyj i fortec. Nie tylko nie brali w czasie bitwy jeńców, ale nawet i po śmieci z nimi cuda robili: włóczyli, pasy z nich darli, rzemień na potrzeby z tych pasów wykrącali. Podobno trzy dni po bitwie wśród leżących na pobojowisku poległych Turków mało który miał jeszcze całe plecy. Stanisław Pacek wziął w czasie bitwy do niewoli Turczyna znacznego jakiegoś, bo strojno i na pięknym koniu siedział, nie dane mu jednak było nacieszyć się jeńcem. Po tym jak dyzarmował[2] Turka i konia pod nim za cugle prowadzi, obok jeźdźców zjawił się jeden z żołnierzy cesarskich, którzy przebił bezbronnego jeńca szpadą. Martwy Turek zleciał z konia, a zaskoczony Polak zaczął się kłócić z Niemcem. Osoby dialogu to BWP (Bardzo Wkurzony Polak) i NZN (Nader Zdradziecki Niemiec):
(BWP) A szołdro, a taki synu! Zabiłeś mi niewolnika, a godzi się to?
(NZN) Ja, Pan Brat, Pan Polak diabła tego żywić?
(BWP) Żeś ty szelm(a), a nie kawaler , już w rękach więźnia zabijać.
[NZN) [Niemiec się tylko umyka a śmieje]



[1] A przynajmniej w drugiej bitwie, której dotyczy ta historia.
[2] Rozbroił. 

piątek, 29 grudnia 2017

Świat według Urbano Monte


Tym razem klimat niezbyt związany ze strzelaniem z muszkietów czy machaniem szabelką, ale za to jaki przyjemny dla oka (znalezione w artykule na Historykon.pl). David Rumsey Map Center z biblioteki Uniwersytetu Stanford udostępniło właśnie online przepiękną mapę świata autorstwa Urbano Monte. To cudo, podzielone na 60 kart, pochodzi z 1587 roku i – dzięki zdigitalizowaniu – można je wreszcie połączyć w niesamowitą planisferę. Idealne na długie zimowe wieczory, a u mnie akurat pada śnieg, więc mam co robić…