In memoriam...

Pamięci mojego Taty, Andrzeja Paradowskiego. Mam nadzieję, że będziesz tu zaglądał, gdziekolwiek teraz jesteś...

środa, 2 września 2015

Mission Impossible MDLXXXII


W czasie oblężenia Pskowa przez wojska króla Stefana Batorego dochodziło nie tylko do krwawych szturmów, ale i mniejszych potyczek czy różnego typu forteli. Dzisiaj chciałem przedstawić swoistą akcję specjalną, którą mieli przeprowadzić Polacy dowodzeni przez starszego nad armatą, Jana Ostromęckiego. Wymyślił on bowiem  - i przedstawił Janowi Zamoyskiemu – plan machiny piekielnej.
W skrzyni żelaznej umieścił 12 rur żelaznych, niezmiernie cienkich, żeby tem łatwiej pękały. W skrzynię te i w rury nasypał prochu, a na środku przytwierdził kurek z krzemieniem. Skrzynie tę mieli zapakować w inną drewnianą a kurek przywiązać dwoma sznurkami do spodu drewnianej i żelaznej skrzyni. Tym sposobem czy drewnianą czy żelazną skrzynię będzie chciał kto otworzyć, zawsze się proch zapali, wybuchu nastąpi i bliskich pozabija.
Ostromęcki uzyskał po długich namowach zgodę hetmana na użycie tego wynalazku, mając nadzieję, że w ten sposób uda się zniszczyć dowództwo moskiewskiej twierdzy. Namówił jednego z jeńców moskiewskich do udziału w spisku: przedstawił mu się jako Jan Moller, który niegdyś służyć carowi i który teraz chce wrócić na służbę moskiewską. Planuje więc oto zamach na Zamoyskiego, a owego jeńca wysyła do Pskowa ze skrzynią napełnioną wielkiemi kosztownościami, nakazując jednocześnie, by jej nie otwierano do jego przybycia. List o takiej samej treści napisał też do dowodzącego obroną Szujskiego. Według Heidensteina kilku bliskich współpracowników Szujskiego miało się pośpiesznie rzucić do otwierania skrzyni, w wyniku czego straszliwy wybuch nastąpił (…) wielu śmierć znalazło, a miedzy niemi Choroszczyn i Kossecki.
Według samych Moskwicinów w skrzyni znalazły się 24 samopały, jednak nie wystrzeliły gdyż skrzynię otworzyli ślusarze którzy rozbroili machinę piekielną.

Polskie czaty krążące wokół Pskowa doniosły jednak o jakieś eksplozji wewnątrz miasta, a obrońcy niedługo potem wystrzelili z murów strzałę z przymocowanym listem, w którym lżyli okrutnie samego Zamoyskiego jak i jego żołnierzy. Może więc faktycznie ‘przesyłka’ Ostromęckiego eksplodowała, zabijając nieco moskiewskich żołnierzy? 

wtorek, 1 września 2015

Kadrinazi radzi i odradza - cz. II


Ech, ciężki mam tym razem orzech do zgryzienia, bo z jednej strony mam do opisywanej książki pewien sentyment, z drugiej jednak strony jako kanapowy historyk[1] zdaję sobie sprawę z rzeczywistej wartości owego tomu. W 2006 roku, mało co jeszcze orientując się w realiach XVII-wiecznej wojskowości, nabyłem sobie pracę Pawła Skworody Hammerstein 1627, wydaną w serii Historycznych Bitew wydawnictwa Bellona. Wtedy była to dla mnie lektura niezwykle wciągająca, w dużym stopniu wpłynęła na moje zainteresowanie się wojną o ujście Wisły. Wiele lat później – a przy okazji wiele źródeł i opracowań później – moje podejście do tej książki jest zgoła inne. Już sam tytuł jest mocno mylący, winien bowiem brzmieć Gniew 1626-Hammerstein 1627, co nie dziwi, jeżeli się zważy, że autor dokonał tu de facto kompilacji dwóch artykułów autorstwa Jerzego Teodorczyka, dotyczących tych właśnie bitew. Wystarczy zresztą porównać teksty artykułów i niniejszej książki, w Hammerstein 1627 mamy cały ciąg przypisów odnoszących się li i jedynie do prac J. Teodorczyka. A te, jak wiemy, nie przetrwały próby czasu – kilku badaczy tego okresu[2] obaliło wiele  tez autorstwa J. Teodorczyka, tak dotyczących wniosków które wyciągnął z badania źródeł jaki  błędnie przepisał z opracowań (sic!). W pracy p. Skworody niestety nie znajdziemy żadnych polemik czy prób autorskiej analizy,  a tylko żmudną robotę kopisty-kompilatora. Swoją drogą ciekawe że redaktorzy Bellony tak to przepuścili, może nie znali artykułów J. Teodorczyka?
Niezwykle smutno wygląda sprawa bibliografii: możemy tam znaleźć zaledwie 21 pozycji źródłowych z epoki, w tym żadnych źródeł szwedzkich.  Niby lepiej sprawa wygląda z opracowaniami, których jest sporo, acz można tam znaleźć perełki jak obecność I tomu dodatków do Sveriges Krig, dotyczącego wojen Szwecji na morzu, za to brak właściwego II tomu tego dzieła, dotyczącego Polska Kriget, czyli właśnie wojen z Rzplitą w interesującym nas okresie. Bardzo to dziwne…
Na plus można to zaliczyć mapki (w tekście znajdziemy cztery), zwłaszcza dwie ukazujące działania w Prusach – łatwiej można się połapać kto, gdzie i dlaczego.
Ilustracje to standard dla HBków o XVII wieku,  czyli głównie luźny wybór  z pracy płk. Gembarzewskiego. Są tam takie perełki jak dragoni w stroju polskim[3] czy mój ‘ulubiony’ arkabuzer konny, nijak się mający do arkabuzerii koronnej w tym okresie. Generalnie można by sobie darować owe ilustracje i książka nic by na tym nie utraciła.
W mojej prywatnej opinii o wiele lepiej zaopatrzyć się w obydwa artykuły J. Teodorczyka, w których i źródeł jest więcej a i czyta się je o wiele przyjemniej. Hammerstein 1627 można potraktować co najwyżej jako lekką i wstępną lekturę dotyczącą działań z 1626 i 1627 roku, historii jednak bym się z niej nie radził uczyć.
Końcowa ocena [według rankingu:  trzeba mieć -  można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to sentymentalne lepiej odpuścić.



[1] Czyli badacz zajmujący się danym zagadnieniem bez wychodzenia z domu…
[2] Włącznie z niżej podpisanym, a co sobie będę żałował tytulatury.
[3] Podpowiem – dragoni Koniecpolskiego tak nie wyglądali. 

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Kadrinazi radzi i odradza - cz. I


Ostatnio w czasie pogaduszek na FB kilku znajomych spod znaku Pludrów i Szlafroków zasugerowało mi, żeby wrzucał na blog krótkie recenzje książek z ‘jedynej słusznej epoki’, komentując przy tym czy warto je posiadać w swoich biblioteczkach. Pomysł wydaje mi się zacny, zaczynamy więc nowy cykl na blogu – poza tym wydaje mi się, że przyda się tu od czasu do czasu odejście od XVII-wiecznych anegdot i kolejnych trzy zdaniowych wpisów o rajtarii… Oczywiście wszystkie opinie które będę tu zamieszczał są jak najbardziej subiektywne i czytelnicy mogą się z nimi nie zgadzać, zapraszam każdorazowo do dyskusji na temat omawianych książek. Pozwolę sobie każdorazowo pisać co mi się w danej pracy spodobało (lub też nie), nie będę jednak stosował  rankingu w typie’ ileś tam na ileś gwiazdek’, po prostu skomentuję czy według mnie warto daną pracę posiadać[1]. Ograniczymy się zapewne tylko do tytułów w języku polskim i angielskim, chociaż może od czasu od czasu wskoczy tu też coś po niemiecku czy szwedzku. Nie spodziewajcie się prac prof. Jana Wimmera, Henryka Wisnera i Mirosława Nagielskiego – według mnie każdy interesujący się XVII wiekiem powinien posiadać w swoich zbiorach ich książki i artykuły, nie widzę więc potrzeby opisywania tak podstawowych prac.  Zajmował się będę tylko książkami które posiadam w swych zbiorach, jeżeli jednak macie jakieś sugestie, chcielibyście zasięgnąć rady dotyczącej konkretnych książek – piszcie w komentarzach, jeżeli takową pracę posiadam postaram się ją opisać.
Na dobry początek jedna z moich ulubionych książek dotyczących XVII wieku, czyli Księstwo Kurlandii i Semigalii w wojnie Rzeczypospolitej ze Szwecją w latach 1600-1629, autorstwa dra Mariusza Balcerka z UMK w Toruniu. Wydana nakładem Wydawnictwa Poznańskiego w Roku Pańskim 2012 jest moim zdaniem jedną z najlepszych i najciekawszych prac dotyczących mniej znanego wycinka historii Rzplitej. Spis treści można znaleźć chociażby tutaj.
Po kilkunastostronicowym rozdziale I, w którym możemy zapoznać się z wczesną historią Kurlandii, w kolejnych częściach pracy Autor przedstawia nam kolejne konflikty inflanckie, które w mniej lub bardziej bezpośredni sposób wpływały na sytuację księstwa. Niewątpliwą zaletą pracy jest bogactwo użytych materiałów źródłowych – znajdziemy tam materiały w języku polskim, szwedzkim i niemieckim; efekt wieloletnich badań Autora nad zagadnieniami związanymi z Kurlandią[2]. Jak już wielokrotnie wspominałem na blogu, uwielbiam dużą ilość przypisów w tego typu pracach[3], bo można w nich znaleźć nie tylko wiele wskazówek bibliograficznych ale i ciekawostek dotyczących opisywanych wydarzeń. Autor w bardzo ciekawy, ale i przystępny dla czytelnika sposób przedstawia nam bardzo burzliwy okres konfliktów polsko-szwedzkich i udział Kurlandii w kolejnych wojnach, kampaniach i bitwach. Wśród zagadnień które najbardziej przypadły mi do gustu są:
- obszerne rozważania na temat udziału wojsk kurlandzkich i piltyńskich w bitwie pod Kircholmem w 1605 roku
- zajęcie się mniej znanymi kampaniami inflanckimi Chodkiewicza w 1608 i 1609 roku
- bunt Wolmara Farensbacha w 1617 roku, a także jego późniejszy konflikt z Rygą i hetmanem Radziwiłłem (niesamowicie ciekawa ‘mała wojna’)
- obszerne opisy działań wojennych, które miały miejsce na terenach Kurlandii od 1621 roku
Oczywiście trudno żeby mnie to nie interesowało, biorąc pod uwagę jak wciągające są mnie konflikty polsko-szwedzkie z tego okresu… wspominałem jednak, że oceny będą subiektywne, prawda? Praca napisana jest jednak bardzo przystępnym językiem, mimo pokaźnej objętości czyta się ją niezwykle szybko i przyjemnie, w czym ogromna zasługa bardzo dobrego warsztatu Autora. Mniej zorientowanym czytelnikom na pewno może się przydać zamieszczony w aneksie słownik nazw geograficznych – gdzie znaleźć możemy zarówno polską, niemiecką jak i aktualną łotewską/litewską/estońską nazwę danej miejscowości, co bardzo ułatwia zorientowanie się w sytuacji.
W tekście możemy znaleźć sporo mapek i ilustracji: część to przedruki oryginalnych map/szkiców z epoki, niestety są na tyle niewyraźne (z powodu wielkości), że można było z nich spokojnie zrezygnować i w niczym nie umniejszyłoby to jakości pracy. O wiele lepiej wygląda sprawa mapek, które – najczęściej w oparciu o Sveriges Krig – ukazują kolejne kampanie przetaczające się przez  obszar Kurlandii. Sama mapa Inflant, zamieszczona na str. 76,  mogłaby być nieco większa, jest jednak wystarczająco czytelna by ukazać czytelnikom najważniejsze miasta i rzeki,  co pomaga nie stracić później orientacji w czasie lektury.
Podsumowując ową krótką recenzję – zdecydowanie polecam zakup pracy dra Balcerka, zwłaszcza tym spośród czytelników, którzy są zainteresowani konfliktami Rzplitej ze Szwecją. Burzliwe losy Kurlandii są tam opisane w bardzo ciekawy sposób, doskonale rozbudowujący historię konfliktów które do tej pory można było znaleźć np. w pracach Leszka Podhorodeckiego czy Henryka Wisnera. Autor – dzięki znajomości języka niemieckiego i szwedzkiego – swobodnie porusza się w bogatym zestawie materiałów źródłowych, co bardzo podnosi jakość jego opracowania, gdyż nie ogranicza się li i jedynie do źródeł i opracowań w języku polskim.

Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to:  trzeba mieć.



[1] No dobrze, będzie ranking… pozdrawiam Andrzeja Majkuta za zaproponowanie takowego J
[2] Z użyciem materiałów nie tylko z polskich archiwów, ale i ze źródeł przechowywanych w Sztokholmie, Rydze, Wilnie i St. Petersburgu.
[3] Zwłaszcza gdy są umieszczone, jak w tej książce, na dole każdej strony, a nie na końcu rozdziału czy całej pracy. 

czwartek, 27 sierpnia 2015

Ja ci tam nie brat, z tobąm świń nie pasał!



W czasie bitwy pod Byczyną Polacy walczyli po obu stronach, jako że zwolennicy arcyksięcia Maksymiliana stawili się konno i zbrojnie by wspierać próbę zdobycia przez niego korony. Dyscyplina wśród pro-austriackich wojsk nie była chyba jednak najlepsza, w czasie bitwy miało bowiem dojść do dosyć specyficznego buntu w jednej z chorągwi husarskich spod komendy Stanisława Stadnickiego. Tak oto opisał owo wydarzenie XVI-wieczny historyk Krzysztof Warszewicki:
Daje rozkaz rotmistrz Kostrzemiński[1] „w nich panowie bracia, w szable!” A na to z szeregu ozywa się pan Górski, familiant wielki: „Ja ci tam nie brat, z tobąm świń nie pasał!” Że to w szyku i w bitwie, rotmistrz [Kostrzemiński] doń doskokiem i płazem na odlew; ale pan Górski całą swoją czeladź zwołał i nuże na pana rotmistrza! Swoi go od napaści bronią, a tak już bitwy z wrogiem nie masz, pół chorągwi własnej na drugą pół naciera, prawie się wysiekli nawzajem, naszatkowali szlacheckich łbów nie mniej kopy[2]. Wróg palcem nie ruszył, a pola dobył, bo nie miał kto owego obstawać. Z dumy szlacheckiej sami w zagładę poszli i za nic!
Co prawda trudno całe to zdarzenie dokładnie umiejscowić w czasie bitwy, jest więc możliwe że to raczej zapis anegdotyczny. Wydaje mi się jednak, że dobrze oddaje krewki charakter naszych rodaków z XVI wieku, którzy potrafili – nawet w obliczu bitwy – brać się za łby z dosyć błahego powodu. Ech, jak widać pewne rzeczy się jednak nie zmieniają…



[1] Polska husaria Maksymiliana to chorągwie Stadnickiego, Górki, Zborowskiego i Marszowskiego. Kostrzemiński mógł być więc albo porucznikiem jednej z tych rot albo też rotmistrzem części 200-konnej chorągwi Stadnickiego: duże roty husarii były czasami dzielone na dwie mniejsze.
[2] Liczba 60 zabitych (i poranionych?) szlachciców wydaje się nazbyt wysoka, jeżeli brać pod uwagę liczebność husarii Maksymiliana. Jeżeli jednak liczyć czeladź biorącą udział w starciu, to 60 mogłoby nawet nie być dalekie od prawdy. 

piątek, 21 sierpnia 2015

Znaczne wydawał męstwa swego dowody


Lektura Voluminy Legum nigdy mi się nie nudzi, bo zawsze można tam znaleźć coś ciekawego, co człowiek przegapił przy poprzedniej lekturze. Dzisiaj na przykład znalazłem zapis indygenatu Valentina von  Wintera, który w czasie „Potopu” w randze pułkownika dowodził najemną armią Gdańska. Jako że sejm koronny wystawił temu weteranowi ładną laurkę, pozwolę ją sobie zamieścić in extenso:
Indygenat Walentego a Wonter Oberstera Gdańskiego
Doświadczony Kawaler Urodzony Walenty a Wonter a młodości lat swoich, przez wszystkie stopnie rycerskiey promocyi, od pierwszego żołdata czwiczony, w każdey okkazyi szczęśliwy, y odważny żołnierz; tak pod woynę Niemiecką[1] wsławił dzielność swoię, u różnych Monarchów, że sławę y testimonia o sobie rzeczą samą przewyższył. Za co od Krolowey Szweckiey[2] szlachectwem udarowany y Obersterem[3] kreowany, lata na woynie strawił. Wszakże cnota iest każdemu ingenua magistra, bacząc się bydź poddanym naszym y Prusakiem, lubo beneficis indzi obowiązany; wiecey wziął przed się respekt wiary y obedyencyi, przeciwko Nam, niż inne akcesy, które contempsit, y udawszy się na służbę miasta naszego Gdańska, znaczne wydawał męstwa swego dowody; codziennie one z odwagą zdrowia swego kontynuiąc; przed wdzięczni zostając tej stateczności jego szlachcicem y indygeną Poskiem czyniemy, y powagą Seymu tego do wszelkich prerogatyw, honorow, y wolności, z potomstwem iego będącym, y przyszłym przypuszczamy. O czym szerzey przywiley z Kancellaryi  naszey będzie.
Von Winter mógł spokojnie podpisać się pod powiedzeniem Czarnieckiego, że ‘jam nie z soli ani z roli, jeno z tego co mnie boli’. Drobny szlachcic z Prus Książęcych, doczekał się tytułu szlacheckiego zarówno w Szwecji (w 1650 roku) jak i Polsce (w 1658 roku). Zmarł w 1671 roku w Gdańsku, gdzie pochowano go w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny – jak widać wdzięczni mieszczanie potrafili docenić jego postawę w czasie „Potopu”.



[1] Chodzi tu o Wojnę Trzydziestoletnią.
[2] Krystyny Wazówny.
[3] Pułkownikiem. 

środa, 19 sierpnia 2015

Ten go w gębę, a on w nogi


16 grudnia 1643 roku Janusz Radziwiłł wydał w Wilnie ucztę, którą chciał uhonorować odwiedzających miasto króla Władysława IV Wazę i królewicza duńskiego Waldemara Christiana[1]. Towarzystwo bawiło się przednio, gdy nagle doszło do głośnej sprzeczki dwóch biesiadników. Byli to kapitanowie[2] gwardii: Hołowczyński[3] i Mikołaj Konstanty Giza (jego wizerunek widzimy powyżej). Nie wiadomo dokładnie o co poszło, ale sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli – Hołowczyński spoliczkował bowiem Gizę. Władysławowi IV brakowało chyba w tym czasie rozrywek dworskich, zezwolił bowiem na pojedynek. Obecnie na tak udanej imprezie Albrycht Stanisław Radziwiłł zanotował:
[Hołowczyński] żołnierskim zwyczajem zaproponował broń. Wtedy Giza jął powściągać gniew na obliczu i lekceważąc wyzwanie na pojedynek, chyżością nóg, jawną ucieczką podał swoją cześć na wzgardę, czas jakiś unikając ludzkich oczu.
Co ciekawe, panowie jeszcze przez kilka lat służyli razem w tym samym regimencie, ciekawe czy jakoś się pogodzili. Tchórzostwo w obliczu pojedynku nie zaszkodziło najwyraźniej Gizie, który za Jana Kazimierza dochrapał się rangi podpułkownika w regimencie pieszym gwardii, otrzymał także indygenat.



[1] Co ciekawe, miał on w grudniu 1656 roku umrzeć  w Polsce, walcząc w szeregach… armii szwedzkiej. Dziwnie to się czasami w historii układa.
[2] Dowódcy kompanii w regimencie gwardii pieszej Władysława IV.
[3] Według ustaleń prof. Nagielskiego był to Samuel lub Mikołaj. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

Malarze znani i nieznani - addenda do cz. I


Ponad pięć lat temu (jak ten czas leci) rozpocząłem na blogu cykl malarski. Georg Gunther Krail av Bamberg był na tyle miły, że wystąpił w nim jako pierwszy autor. Możemy go zresztą podziwiać na portrecie powyżej...
W owym pierwszym wpisie wspomniałem wtedy, że udało nam się z Arturem (pozdrawiam serdecznie!) znaleźć 5 portretów spod pędzla Kraila, liczyliśmy jednak że kolekcja w Skokloster jest większa. I tak też faktycznie jest, Rafał Szwelicki (również serdecznie pozdrawiam!) wskazał bowiem komplet 18 portretów, dostępnych zresztą w sieci. Tak naprawdę jest ich jednak 20: oprócz 18 oficerów, możemy tam znaleźć także samego feldmarszałka Hermana Wrangla jak i - co widać wyżej- piastującego stanowisko kwatermistrza Kraila. Dzisiaj więc zaszalejmy, chciałbym bowiem zaprezentować wszystkie portrety. Ranga przy opisie pochodzi z roku 1623, kiedy to powstawały malunki. Gros oficerów musiało służyć w regimencie (regimentach?) ze Smalandu, stanowiącym garnizon Kalmaru w 1623 roku, a dowodzonym przez Patricka Ruthvena. Część z nich, jak Ruthven, mogła wcześniej od 1618 roku służyć w regimencie Hermana Wrangla.
Herman Wrangel wygląda może i skromnie, jednak ten 'dobry' znajomy Polaków i Litwinów był jednym z najważniejszych oficerów Gustawa II Adolfa w czasie wojny 1626-1629, gdzie zwyciężył armię koronną w bitwie pod Górznem w 1629 roku.
Pułkownik Patrick Ruthven to weteran jeszcze z czasów Karola IX, w 1623 roku dowodził szwedzkim (krajowym) regimentem z prowincji Smaland, na czele którego walczył zresztą od w 1625 roku w Inflantach. Od  1626 roku w Prusach, na czele kolejnego regimentu z tej prowincji. Szkot ten był dobrym znajomy Wrangla, u którego walczył w 1621 roku pod Rygą jako podpułkownik regimentu ze Smaland.
Pułkownik Christopher Asserson (Assersen) dowodził szwedzkim (krajowym) regimentem z Västergötland. Jednostka ta okres 1625-1629 spędziła w Inflantach, głównie jako siły garnizonowe.

Podpułkownik David Drummond, kolejny oficer szkocki, był  w 1625 roku zastępcą Ruthvena w regimencie ze Smaland, W 1626 roku przejął dowodzenie tej jednostki, podczas gdy Ruthven objął kolejny regiment z tej prowincji. 

Podpułkownik Thomas Muschamp to następny z kadry brytyjskiej, tak popularnej za panowania Gustawa II Adolfa. Od 1626 roku na czele regimentu ze Smaland walczył w Prusach.
Dla odmiany Szwed, Lars Kagg (Kagge) od 1626 roku walczył w Prusach na czele szwedzkiego (krajowego) regimentu z Jönköping.
Otto von Scheidingk wymieniony jest w stopniu podpułkownika. Jest możliwe, że był on w 1623 roku z-cą d-cy regimentu z Östergötland lub kolejnego regimentu ze Smaland.
Johan Nieroth opisany jest jako major, być może pod von Scheidingkiem? Ewentualnie w regimencie 
Pawel von Essen to kwatermistrz regimentowy i kapitan regimentu w Kalmarze.
Jacob (James) King to kolejny szkocki oficer, w armii szwedzkiej od 1616 roku, a jako kapitan w regimencie Ruthvena od 1622 roku. Walczył w wielu bitwach Wojny Trzydziestoletniej, zwłaszcza dzielnie stawał pod Wittstock.
Pozostałych 9 panów to także kapitanowie - nie mam już dzisiaj jednak energii, by grzebać w ich życiorysach, Wrzucam więc tylko portrety z podpisami, a do tychże panów może jeszcze wrócimy.
 Hermann Buttenskog (Bottenskum)
 Herman Capel
 Carl Kammel
 Johan von Klingspor - kapitan w regimencie Ruthvena od 1618 roku.
 Claudeij Gerhard de la Valle - czyżby Francuz?
 Wilhelm Mann - srogi gość z tym jednym okiem...
 Johan Patkull
 Iorgen Polman - prawdopodobnie z rodziny wywodzącej się z Westfalii.
Erik Ulfsparre 

Jak widać mistrz Krail malował portrety na jedno kopyto, zmieniając tylko szczegóły, a zachowując dosyć specyficzny ogólny zarys. Obrazy te są jednak niesamowicie ciekawym studium strojów (galowych oczywiście) oficerów armii szwedzkiej na początku lat 20-tych i jako namalowane przez naocznego świadka są dla nas niepodważalnym źródłem. Co ciekawe, nie ma tu jednak - wbrew temu co pięć lat temu mi się wydawało - portretu pułkownika Leslie. Nie znalazłem go na spisie obrazów z Skokloster, więc Krail raczej go nie namalował.