niedziela, 15 września 2019

Nabity na pikę – sprostowanie



We wczorajszej recenzji wspomniałem, że zamierzam napisać sprostowanie do owej nieszczęsnej hipotezy o pikinierach w armii Koniecpolskiego w 1628 roku.  W poprzednich wpisach – z 2010 i 2012 roku – popełniłem jednak, jak się okazuje, błąd w interpretacji źródeł, który teraz chciałbym naprawić, jednocześnie przepraszając wszystkich zainteresowanych.
Analizując po raz kolejny list Szwabego do hetmana Koniecpolskiego, datowany w Ostrowiu, dnia 16 października 1628 roku, widzę już gdzie popełniłem błąd interpretacyjny. Muszkieterzy i spiśnicy (pikinierzy) którzy bronili Iławy przed Szwedami, nie byli bowiem żołnierzami polskimi, a ich kapitan Jakub Morszen to nie Szkot Jakub Murray. Chodzi tu bowiem o kompanię kapitana Jakoba Morssa z regimentu pułkownika Hilebrada von Krachta. Była to część posiłkowego „korpusu” brandenburskiego, który elektor wprowadził pod koniec 1626 roku do Prus. Zupełnie nie rozumiem, jak mogłem zignorować fakt, że Szwaba określa tych knechtów jako piechotę Xiążęcia Jego Mości, czyli Jerzego Wilhelma (jako księcia pruskiego). Mam wciąż jednak nadzieję, że kiedyś uda się znaleźć jakieś informacje dotyczące pikinierów w jednostkach na służbie polskiej w latach 1626-1629. Obydwa stare wpisy zostały teraz uzupełnione o link do tego sprostowania.



sobota, 14 września 2019

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XXIV



Mimo czasowego zawieszenia prac na blogu wspomniałem, że od czasu do czasu pojawi się tu jednak jakaś recenzja. Okazja jak trzeba, bo w końcu wpadła mi w ręce nowa, bo pochodząca z tego roku, praca Mariana Huflejta Bitwa pod Oliwą 1627, fakty i mity. Wojna o ujście Wisły 1626-1629 to zdecydowanie mój ulubiony konflikt XVII-wieczny, nic więc dziwnego że byłem bardzo zainteresowany zapoznaniem się z tą pracą. Oczywiście spec od marynistyki ze mnie żaden, ale po zapoznaniu się z bardzo pozytywną recenzją autorstwa niekwestionowanego autorytetu – p. Krzysztofa Gerlacha – wiedziałem że praca p. Huflejta musi trafić do mojej biblioteki.
Jak to zwykle w przypadku recenzji blogowych, pokrótce omówimy strukturę pracy a potem przejdziemy do dodatkowych komentarzy. 

Książka podzielona jest na cztery rozdziały i jeden aneks. W rozdziale pierwszym zapoznamy się z przebiegiem tytułowego starcia, gdzie narracja autora pracy przeplata się z rozlicznymi cytatami z zeznań uczestników bitwy – to przetłumaczone z języka niemieckiego fragmenty przesłuchań marynarzy floty królewskiej z Diariusza Królewskiej Komisji Okrętowej. Każda kolejna faza starcia jest obficie okraszona diagramami ukazującymi manewry i pozycje walczących okrętów. Rozdział drugi to dziesięć pytań (oczywiście z odpowiedziami) dotyczącymi różnych aspektów starcia – od broni używanej przez szwedzkiego admirała, przez bardzo ważny wątek ”polskości” floty  Zygmunta III po problemy w przyjętych w historiografii polskich nazwach okrętów czy nazwisk oficerów.W rozdziale trzecim zapoznamy się z nietypowym wątkiem, czyli aresztem pokładowym w galionie okrętowym,  a także bardzo ciekawego propagandowego wydźwięku dwóch rzeźb przedstawiających Polaków na słynnym okręcie Vasa. Czwarty, bardzo obszerny rozdział dotyczy zagadnienia bander króla Zygmunta III, mitów i błędów z tym związanych. Aneks to lista urzędników i członków załóg floty królewskiej, oparta o Diariusz.

Ogromny plus książki to użycie dużych fragmentów przetłumaczonego Diariusza. Dzięki temu czytelnik znajdzie tu wiele nowych, do tej pory nieznanych czy słabo opisanych aspektów bitwy – jak nowy poziom niekompetencji kapitana Murraya. Pozwala to na wręcz drobiazgową analizę starcia, mamy okazję prześledzić rozwój wypadku i to w perspektywie samych uczestników. W pracy tej znajdziemy wiele polemik z dotychczas przyjętymi ustaleniami dotyczącymi zarówno tytułowej bitwy jak i floty królewskiej. Osobiście bardzo zainteresował mnie fragment dotyczący narodowościowego składu floty i sposób w jaki  autor analizuje cytaty do tej pory używane w historiografii na dowód ‘polskiego’ pochodzenia wielu marynarzy. Wiele miejsca poświęcono kwestii tłumaczenia niemieckich nazw okrętów na język polski , przy okazji autor wsparł swoje rozważania sporą dawką ikonografii. Miłośnicy weksylologii będą z kolei bardzo zadowoleni z rozważań na tematy bander polskich, gdzie po raz kolejny autor polemizuje z wieloma utartymi do tej pory ustaleniami.  

Kilka drobnych uwag, które rzuciły mi się w oczy w czasie lektury, oczywiście jako szczur lądowy zwróciłem uwagę na aspekty najlepiej mi znane. Autor nazywa (zarówno w tekście jak i bibliografii) uczestnika niderlandzkiego poselstwa Abrahamem Bootem, podczas gdy wszystkie prace tego podróżnika podpisane są Booth. Brakuje mi odniesień do Diariusza albo summy spraw… gdzie znajdujemy przecież interesującą (acz nieco mylącą) notkę dotycząca bitwy pod Oliwą. Jest mi niezwykle miło, że autor powołuje się w kilku miejscach na mój blog, nie sądzę jednak by informacje dotyczące uzbrojenia rot piechoty cudzoziemskiej w Inflantach w 1601 roku można użyć jako dowód na podobne wyposażenie oddziałów  w Prusach w 1627 roku. Zaczynam tez mieć poważne wątpliwości, czy moja hipoteza dotycząca polskich muszkieterów i pikinierów broniących Iławy w 1628 roku jest właściwa -  w świetle moich najnowszych ustaleń (o których jeszcze nie wspominałem na blogu – nie omieszkam jednak zamieścić wkrótce sprostowania) garnizon należał do wojsk brandenburskich/pruskich, a kapitan Jakub Morszen to brandenburski Jacob Morss z regimentu Hilebrada von Krachta. Z tego miejsca muszę więc przeprosić zarówno p. Huflejta jak i wszystkich zainteresowanych za wprowadzenie w błąd. Cóż, rzeczą badacza jest mylić się, ale i naprawiać własne błędy. Można też dyskutować, że to ‘głównie etniczni Niemcy’ wchodzili w skład zaciężnej piechoty służącej na okrętach: rota Astona była szkocko—angielska, sam Aston był Anglikiem, Murray Szkotem, du Plessis Francuzem a Appelman Holendrem. Nie znamy niestety struktury narodowościowej ich oddziałów. Przy informacji o piechocie walczącej pod Oliwą brakuje też zaskakująco wzmianki o oddziałach Ernesta Fittinghofa i Balthasara Rotsteina – trochę dziwi to przeoczenie. Z kolei rzecz która rzuciła mi się w oczy w czasie lektury i która bardzo szybko stała się dość męcząca – każdy okręt królewski jest w tekście opisany każdorazowo pod oryginalną niemiecką nazwą, wraz z najczęściej przyjętą polską nazwą w nawiasie.  Sądzę że wystarczyło zastosować taki zapis tylko na początku, przy wymienieniu wszystkich okrętów, a potem stosować już tylko i wyłącznie nazwy niemieckie. Są to jednak naprawdę mało istotne szczegóły, które nie rzutują na odbiór książki.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać]  to zdecydowanie trzeba mieć. Tryumf królewskiej floty pod Oliwą jest ukazany tu w nowym świetle, autorowi udało się zwalczyć wiele mitów związanych tak ze starciem jak i flotą Zygmunta III. Książka naprawdę przydatna i wręcz niezbędna dla zainteresowanych konfliktami polsko-szwedzkimi. Bardzo się cieszę że tak dobrze opracowana pozycja trafiła na rynek wydawniczy, mam nadzieję że zdobędzie ona uznanie w gronie zainteresowanych epoką.


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Blogowa przerwa 2019



W blisko dziesięcioletniej historii tego bloga miałem już kilka dłuższych przerw. Przyczyn były różne – od problemów zdrowotnych po zwykłe „zmęczenie materii” – zawsze jednak udawało się pozbierać do kupy i wrócić do pisania. Przyszła pora ogłosić kolejną taką przerwą, tym razem dość konkretną, bo do końca tego roku. Główne przyczyny są dwie.  Z jednej strony znów daje o sobie znów znać „zmęczenie materii”, kilka razy złapałem się ostatnio na tym, że przygotowałem wpis o czymś co już mam na blogu – jak widać sam już nie do końca pamiętam co przez te wszystkie lata zamieściłem. Z drugiej strony mam kilka projektów pochłaniających dużo czasu nad klawiaturą, nad którymi muszę się skoncentrować w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Nie chce zdradzać czego dotyczą, bo poprzednie przechwałki dotyczące ambitnych planów zawsze kończyły się niepowodzeniem, lądowały w szufladach i nic z nich nie wychodziło – odrobiłem pracę domową i tym razem będę się chwalił dopiero jak już będzie czym…

Przerwa będzie miała jednak nieco inną formę, bo mam od pewnego czasu dość dobrze działającą stronę na FB, a wiadomo jak takie strony szybko znikają z horyzontu jeżeli nic się tam nie dzieje:

- na blogu praktycznie nie będzie nowych wpisów, od czasu do czasu może się jednak pojawić jakaś recenzja czy ogłoszenie (zwłaszcza jeżeli któryś z projektów w które jestem w ten czy inny sposób zaangażowany ujrzy światło dzienne)

- na FB bardzo ograniczę liczbę ‘albumów’ z obrazami/ikonografią które tak lubię tam zamieszczać. Poszukiwanie i przygotowanie takich materiałów jest dość praco- i czasochłonne, stąd nowości będzie o wiele mniej

- wciąż na FB będą się zmieniały zdjęcia w tzw. ‘cover picture’, bo to zawsze generuje ruch na stronie, a przy okazji pozwala mi zamieszczać sporo ciekawych materiałów

- od czasu do czasu będą zapewne pojawiały się na FB jakieś nowinki, typu ‘ech, Kadrinazi znowu się chwali nową książką’. Jak się uda, będę też tam uchylał rąbka tajemnicy dotyczącej owych ‘projektów’

- wciąż można się ze mną kontaktować przez prywatne wiadomości na blogowym FB, skrzynka będzie monitorowana

Pozdrawiam,
Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski

niedziela, 11 sierpnia 2019

Milagro de Joannes



Cud pod Empel to epizod z Wojny Osiemdziesięcioletniej, wydaje się jednak że wieści o tym wydarzeniu były znane i w Polsce. Oto bowiem blisko sto lat później po bitwie pod Empel, kiedy to armia Jana III Sobieskiego maszerowała na Wiedeń, miał miejsce praktycznie identyczny przypadek, także dotyczący obrazu przedstawiającego Marię Matkę Niepokalanego Poczęcia. Oddajmy zresztą głos naocznemu świadkowi, Mikołajowi Dyakowskiemu:




środa, 7 sierpnia 2019

Z gdańskiej księgi horroru – odsłona piąta



Teraz to dopiero powieje grozą, Charles Ogier przytoczy bowiem straszliwą historię sekty magów, która onegdaj terroryzowała wioski między Elblągiem a Gdańskiem. Oczywiście musi to być powiastka prawdziwa, wszak opowiadał to Francuzowi poważny mieszczanin gdański, człek bystry i wnikliwy.
Dodał przy tym, że on i jego sąsiedzi, którzy pod Elblągiem mieli pewne posiadłości, domy i grunty wiejskie,  zaznali wielu szkód od czarowników. Uśmiercili oni przeszło 4 tysiące krów i wołów, i to nie trucizną, żelazem czy innymi wynalazkami człowieka, lecz diabelskimi czarami, także że bydło to, całkiem przedtem zdrowie i silne, w jednej chwili popadało. Kiedy zaś rozpłatano ciała tych zwierząt, nie znaleziono w nich ani jednej całej lub nie pokruszonej kości. Co dziwniejsze i sprzeciwiające się naturalnemu porządkowi rzeczy, kości te były popękane wzdłuż, a nie złamane w taki sposób, jak łamie się kij czy kość. Ciągnęły się w tych wsiach podobne zbrodnie bez mała lat trzydzieści[1], aż wreszcie siedmiu czarowników zapłaciło za to głową. Przyznali się wobec sędziów, że to demony przywiodły ich do takich złych czynów, i że to demony przymuszały ich, by tę lub inną zbrodnię popełnili. Jeżeli zaś czasami nie odważyli się ich dokonywać na swoich sąsiadach – z lęku przed narażeniem się na podejrzenia lub zarzuty – to niejednokrotnie nakazywali złym duchom własne bydło wytracać, gdyż w przeciwnym razie sprowadzały na nich przeróżne udręki.
Z dalszej rozmowy Ogier dowiedział się, że większa część sekty czarowników składała się z luteranów, którzy się tych sztuczek wyuczyli od dwóch anabaptystów przybyłych z Holandii. Jak widać mieliśmy własne Salem, ciekawe czy są ślady źródłowe owych procesów ‘magicznej siódemki’?




[1] Ogier spisywał to w 1636 roku, więc zapewne chodzi o okres od początku XVII wieku.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Misiurki u pasa zawieszone




W dzisiejszym wpisie pochodzący z Reformacyi obyczajów Szymona Starowolskiego  przytyk w stronę magnatów i szlachty, dotyczący nadmiernej ‘militaryzacji’ ich służby. Interesująca jest zwłaszcza notka dotycząca anonimowego magnata, który po 1621 roku przybył ze swoimi przybocznymi do Warszawy –ciekawe kogo Starowolski miał na myśli?





sobota, 3 sierpnia 2019

Barwa gwardii JKM – cz. XIV



Osiem lat temu zamieściłem na blogu notkę dotyczącą oddziałów saskich towarzyszących Augustowi II w jego wjeździe do Warszawy w styczniu 1698 roku. Tym razem cofamy się do lata 1697 roku, kiedy to król elekt bawił w  Krakowie. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć jego saskich gwardzistów, których tak miał opisać naoczny świadek:
Przyszły z królem JMścią trzy tysiące Rajtaryi wybornej, dwa tysiące piechoty i przy niej 20 dział polnych. Rajtarya na koniach bardzo dobrych, każdy może być płacony tysiącem złotych.
Mamy też nieco dokładniejszą informację, dotyczącą prawdopodobnie drabantów, którzy w pewnym momencie towarzyszyli królowi w drodze do kościoła św. Bernardyna na Stradomiu:
Rajtaryi kornet w karmazynowych płaszczach ze szpadami, drugi zaś w łosich skórach [koletach] na których zbroje mieli,  z karabinami jechali.