In memoriam...

Pamięci mojego Taty, Andrzeja Paradowskiego. Mam nadzieję, że będziesz tu zaglądał, gdziekolwiek teraz jesteś...

wtorek, 24 maja 2016

Rajtarzy, fauna wszelaka i kobieta pojmana


Wojna Trzydziestoletnia kojarzy się nie tylko ze słynnymi bitwami, ale i z potwornymi grabieżami, kiedy to walczące armie plądrowały teren działań wojennych. Wojciech Dembołęcki (Dębołęcki), kapelan jednej z wyprawy lisowczyków na służbie cesarskiej, opisał bardzo ciekawą scenę z pobytu wojsk cesarskich w Bystrzycy:
Rzecz barzo strojna była widzieć (między wielą takich inszych)kiedy jeden rajtar dobrze ubrany, konewek, flaszek, etc. około siebie nawiązawszy, gęś z gąsiętami jeszcze zieloniosieńkiemi go miasta zaganiając, z pułkownikiem się elearskim[1] i kilką jego rotmistrzów z miasta jadących, [s]potkał. Drugi za nim cielę, kozę i owcę, koniowi u ogona jak charty na smyczy uwiązawszy, a pstrą koteczkę na ręku miasto[2] zająca trzymając, z łów się wracał. Trzeci zaś trochę opodal za nimi, świnię także u ogona koniowi uwiązawszy, z kotłem na głowie, a garncem mleka w lewej ręce, za nimi leniwo doganiając, wlókł freza rozdartą pierzyną na kształt sakiew najukowanego; w której pierzynie tak pospołu i z pierzem, na jednej stronie widać było kilka połci słoniny i parę indyków, a na drugiej kobietę pojmaną, z pierza się obierającą.
Scenka bardzo charakterystyczna, zapewne często i lisowczycy występowali w podobnej roli jak wspomniani tu rajtarzy…



[1] Tak kapelan nazywał lisowczyków.
[2] Zamiast. 

sobota, 21 maja 2016

Jeden kapitan, drugi kapitan, trzeci kapitan, ha ha ha...


W mojej książce Studia i Materiały do historii wojen ze Szwecją 1600-1635 opublikowałem min. dokument Prezidia Wojskiem JKM opatrzone. Opisywał on garnizony armii koronnej w Prusach, miałem jednak problem z jego dokładniejszym datowaniem.  Trzy teorie którym się przyglądałem to:
- połowa 1627 roku
- późna jesień 1627 roku
- początek 1628 roku
W świetle nowych źródeł, do których dotarłem, mogę już zdecydowanie odrzucić pierwszą z tych dat i przesunąć datowanie na okres po bitwie pod Oliwą. Oznaczałoby to, że lista garnizonów dotyczy najwcześniej przełomu 1627 i 1628 roku. Skąd takie uściślenie?
- Tysenhaus wspomniany w dokumencie (w składzie garnizonu Pucka) to Dittloff Tyzenhauz, który objął freikompanie Storka/Storcha po śmierci tego kapitana pod Oliwą
- brak roty Otto Fittinhgoffa, za to obecność roty Gerharda Friedrcha/Friedrichsona; oficer ten objął dowodzenie freikompanii Fittinghoffa właśnie
Mogę też wreszcie zidentyfikować Leskwaga ze spisu, jako kapitana Jakuba lub Johanna von  Lessgewanga, pruskiego oficera który od 10 lutego 1627 roku dowodził freikompanią piechoty.

Wciąż nie jestem w stanie odcyfrować nazwiska oficera figurującego w spisie po Leskwangu właśnie. Biorąc jednak pod uwagę liczebność jego kompanii oraz fakt, że praktycznie wszystkie jednostki piechoty które możemy znaleźć w spisie wchodziły w skład regimentu Gustava Sparre, można się pokusić o próbę jego identyfikacji. Jest to prawdopodobnie kompania irlandzkiego kapitana Hugona O’Reilly. Jeżeli faktycznie chodziłoby o ten oddział, przesuwałoby to jednak datowanie całego dokumentu na luty 1628 roku, kompania ta bowiem dopiero wtedy rozpoczęła służbę. Ta kwestia wymaga jednak wciąż dokładniejszego badania… 

poniedziałek, 16 maja 2016

Inflanckie falkonety, halabardy i ruśnice


Wypadałoby od czasu do czasu coś wrzucić poza recenzjami, żeby tu blog nie zarósł pajęczynami. Znalazłem niezwykle ciekawy spis z 1565 roku, zatytułowany Strzelba i Munitia własnym nakładem sprawiona w Wilnie i na Zamki pograniczne rozesłana. Pokaźne to źródło, więc będę je wrzucał w częściach. Zaczniemy od końca, czyli informacje o broni i ekwipunku wysłanym na zamki w Inflantach, włącznie z Rygą. Bardzo ciekawa lektura, bo mamy tam wszystko czego dusza zapragnie: od dział, przez rusznice, halabardy, pokaźne zapasy prochu, siarki czy saletry aż po ekwipunek w typie motyk, rydli i łopat. Trochę się tego uzbierało...












sobota, 7 maja 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XI


Z dużym zainteresowaniem przyjąłem wydanie w tym roku pracy Bartosza Głubisza Jazda kozacka w armii koronnej 1549-1696. Temat to wszak szalenie interesujący, do tego bardzo ambitny cel – opisanie formacji która była swoistym koniem roboczym armii koronnej. Co prawda nieco mnie zdziwiło zdanie na obwolucie, mówiące o tym że jazda kozacka walnie się przyczyniła do zwycięstw pod Kircholmem i Kłuszynem – pomyślałem jednak, że może to być tylko reklama ze strony wydawcy, nijak mająca się do treści. Spójrzmy więc co możemy znaleźć w samej pracy.

Oprócz wstępu i zakończenia, praca podzielona jest na trzy rozdziały (każdy liczący mniej więcej podobną ilość stron):
I. Pierwsze roty kozackie. Jazda kozacka w latach 1549-1579.
II. W cieniu husarii. Jazda kozacka w latach 1598-1647.
III. Kawaleria uniwersalna. Jazda pancerna w latach 1648-1696.
W każdym z nim możemy znaleźć podobne podrozdziały: Organizacja, Uzbrojenie, Skład społecznyu i narodowościowy, Finanse i sytuacja materialna żołnierzy, Udział jazdy kozackiej/pancernej w działaniach zbrojnych w wybranym okresie. Do tego w rozdziale trzecim mamy jeszcze „Przyczyny upadku jazdy pancernej pod koniec XVII wieku.

Tym razem zacznę jednak od końca, czyli kwestii bibliografii. Jest to o tyle ważne, że od razu pokazuje sposób w jaki do badań nad tematem podszedł autor. Na liście bibliograficznej mamy rozliczne źródła drukowane, jeszcze więcej opracowań (czasami dość zaskakujących, jak np. wiele prac popularno-naukowych z serii „Historyczne Bitwy”) za to w pozycji „starodruki” znajdziemy zaledwie dwie (sic!) pozycje, dotyczące zresztą tylko jednego konfliktu (powstań kozackich z okresu 1637-38). Porównajmy to teraz z buńczucznymi zapowiedziami autora, który we wstępie pisze o „kompleksowym obrazie jazdy kozackiej” i „wnikliwiej analizie wojskowości staropolskiej”, od razu możemy zacząć podejrzewać, że coś tu jest nie tak. Temat niezwykle obszerny, co najmniej na pracę doktorską czy habilitację (podczas gdy mamy do czynienia z pracą magisterką), napisany bez wizyt w archiwach? Żadnego studiowania dostępnych listów przypowiednich, komputów, rozlicznej korespondencji? Autor wspomina we wstępie o używaniu w swoich badaniach komputów, popisów wojska oraz akt wojskowo-skarbowych  -problem tylko, że korzystał wyłącznie z tych które już ktoś przed nim opracował i opublikował, brak tu więc jakiegokolwiek wkładu własnego.

Widać to zwłaszcza przy okazji – zupełnie jak dla mnie bezsensownego – publikowania obszernych fragmentów komputów, które jednak nic nie wnoszą do treści pracy. Chyba że mają służyć jako wypełniacz miejsca? Kilka przykładów:
- przy wyprawie mołdawskiej Zamoyskiego autor serwuje nam (oczywiście za artykułem opracowanym przez kogoś innego) listę pułków i wymienia wszystkie obecne tam chorągwie kozackie
- absolutnie kuriozalne to publikowanie na stronach 123-132 pełnego komputu na wojnę chocimską, który opracowali Z. Hundert i K. Żójdź (źródło to zresztą jest źle opisane w przypisie, gdzie autor zignorował Z. Hunderta jako jednego z redaktorów). Mamy więc wypis wszystkich pułków, włącznie z husarią, rajtarią czy piechotą. Po co to? Czemu to ma służyć?
- jeszcze gorzej jest w przypadku drugiego rozdziału, gdzie mamy wszystkie chorągwie kozackie pod Żółtymi Wodami i Korsuniem (str. 194-195), wszystkie z zaciągów wojewódzkich 1648 roku (str. 196-198), Beresteczkiem (205-209) czy Batohem (210-211). Totalne wodolejstwo, nic nie wnoszące do treści pracy.Aż się prosiło o jakąś analizę liczebności  jazdy kozackiej na tle innych formacji jazdy w armii: tak w przypadku całej armii jak i poszczególnych pułków. Zamiast tego mamy przydługi fragmenty przepisane z innych prac.

Co gorsza, autor nie zadał sobie trudu i nie próbował identyfikować oficerów jazdy, pozostawiając oryginalne zapisy jak ‘chorągiew pancerna jp. wojewody sandomierskiego” czy „chor. pancerna jp. podczaszego”. Podpowiem: spisy urzędników koronnych są dostępne, opracowano je lata temu i wydano drukiem, naprawdę można je znaleźć i wyjaśnić czytelnikom kim jest ów tajemniczy podczaszy w danym roku. Rozumiem jednak, że jak nie było tego w opracowaniu na którym oparł się autor, to już nie było sensu marnować na to czasu?

Autor w swej „wnikliwej analizie” pełnymi garściami czerpie od innych autorów, podając po prostu swoimi słowami to co inni napisali już przed nim. Klasyczny przykład to str. 63-66, gdzie dwanaście kolejnych przypisów odnosi się do  pracy M. Plewczyńskiego, czy też str. 103-105 z kolejnymi dwunastoma przypisami do innej pracy M. Plewczyńskiego.

We wstępie wspomniano o „kompleksowym obrazie”, nic więc dziwnego że autor stawia różne tezy dotyczące jazdy kozackiej. Przyjrzymy się niektórym, bo też są niezwykle ciekawe:
- dla okresu 1598-1647 jazda kozacka to według autor a tylko roty zaciężne służące  w armii koronnej, otrzymujące żołd, formowane sposobem towarzyskim, których dowódca wybierany był przez króla bądź hetmana wielkiego koronnego. Oznacza to więc, że np. chorągwie lisowczyków wchodzące w skład w armii koronnej (np. w czasie wojny o ujście Wisły) już nie były kozackimi? A co z chorągwiami powiatowymi czy pospolitym ruszeniem służącym po kozacku? Jazdą kozacką nie były też według takiej definicji chorągwie prywatne, nieprawdaż? Oj kłania się brak znajomości źródeł…
- lisowczycy to tu zupełnie odrębna formacja, a jednym z ich wyróżników jest poruszanie się komunikiem. Tak jakby oddziały kwarciane czy komputowe nigdy komunikiem nie maszerowały na wroga
- nie wiedzieć czemu autor upiera się, by całość jazdy kozackiej od 1648 roku nazywać jazdą pancerną. Ech, znów należy odesłać do źródeł, chociażby komputów i popisów armii, gdzie nazwa kozacy czy jazda kozacka występuję nagminnie
- według autora od 1647 roku jazda kozacka zaczęła ewoluować w kierunku formacji średniozbrojnej . Podstawą tej tezy nie jest jednak analiza listów przypowiednich czy źródeł ikonograficznych, a fakt wyodrębnienia w ramach jazdy kwarcianej dwóch chorągwi wołoskich. Dziwny tok rozumowania…
- z wojny o ujście Wisły autor wysnuwa wniosek, że jazda polska miała małą odporność na zmasowany ostrzał z broni strzeleckiej. Naprawdę, nie chcę się nad tym rozwodzić, bo czy jest sens?

Co do składu społeczno-narodowościowego chorągwi kozackich: dopóki autor może korzystać (dla XVI wieku) z pracy M. Plewczyńskiego wszystko jest w porządku, wszak badacz ten wszechstronnie zanalizował owo zagadnienia. W dwóch kolejnych rozdziałach mamy jednak na ten temat bardzo ogólne informacje, bez żadnej dogłębnej analizy. Autor nie podjął próby przeanalizowania rolli popisowej chociażby jednej  chorągwi kozackiej – znów kłania się podejście do źródeł.

Bardzo słabe są fragmenty dotyczące udziału jazdy kozackiej w działaniach bojowych. Oparte głównie o opracowania (np. „Historyczne Bitwy”), są bardzo pobieżne a i dobór starć dziwi. Przykład z mojego podwórka: z wojny o ujście Wisły mamy pierwszą fazę bitwy pod Trzcianą i walki pod Malborkiem w 1629 roku, do tego dwa zdania o podjazdach jazdy kozackiej w sierpniu i wrześniu 1626 roku, a także trzech chorągwiach kozackich pod Puckiem. A aż się prosi o działanie Moczarskiego w 1626 roku (chociaż pewnie według autora, jako że to chorągiew lisowczyków, to już nie jest to jazda kozacka), udział kozaków w operacji zakończonej tryumfem pod Hammerstein w 1627 czy „małą wojną” w 1628 roku. Powtórzę niczym popsuty zegar: wystarczyłoby poczytać więcej źródeł…

Uwaga do korektora i redaktora: w tekście można znaleźć nieco literówek, nie jest jednak ich zbyt wiele. Za to za stwierdzenie, że w 1626 roku w Prusach wylądował król Gustaw August to ktoś powinien się mocno zaczerwienić…  Polacy w Danii nie zdobyli Koldingu, a Koldyngę (jak się kiedyś pisało), ewentualnie Kolding.

Rozpisałem się chyba nawet za mocno, pora więc na podsumowanie.  Praca Jazda kozacka w armii koronnej 1549-1696 niestety mocno rozczarowuje. Jest to kompilacja różnego rodzaju opracowań, często już mocno nieaktualnych, bez oparcia się o ważne materiały źródłowe. Wbrew szumnym zapowiedziom nie jest gruntowana analiza. Być może gdyby autor ograniczył się raptem do jednego z trzech omawianych przez siebie okresów i wykonał porządną kwerendę, można by jego wysiłek jakoś docenić. Na dzień dzisiejszy jednak jest to rozczarowująca i raczej nieudana próba kompleksowego ujęcia historii jazdy kozackiej w armii koronnej.


Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to niestety lepiej odpuścić, w kierunku do zdecydowanie unikać.

czwartek, 5 maja 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. X


W kąciku recenzji pozostaniemy dziś w klimatach wojen polsko-szwedzkich, ale zajmiemy się o wiele poważniejszą pracą. Chodzi mianowicie o opublikowaną w 2002 pracę habilitacyjną profesora Ryszarda Skowrona, Olivares, Wazowie i Bałtyk. Polska w polityce zagranicznej Hiszpanii w latach 1621-1632. Jeżeli ktoś nie zna badań tego historyka, to szybciutko proszę sprawdzić tutaj.
Autor jest specjalistą od historii Hiszpanii w XVI i XVII wieku, jej relacji z Rzplitą w tym okresie a także historii dyplomacji europejskiej. Wszystkie te wątki znajdziemy w omawianej pracy, ukazane na tle wojny hiszpańsko-holenderskiej, polsko-szwedzkiej i Wojny Trzydziestoletniej.
Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej możemy zapoznać się z relacjami polsko-hiszpańskim w okresie 1518-1623. Mamy tu więc wątek sum neapolitańskich, a także polityki hiszpańskiej dotyczącej Bałtyku – ten ostatni dotyczący bezpośrednio koncepcji planów wojny ekonomicznej, która miała uderzyć w zbuntowane Zjednoczone Prowincje. Znajdziemy tu także elementy polityki Zygmunta III w stosunku do Szwecji i prób uzyskania wsparcia hiszpańskiego dla idei odzyskania przez polskich Wazów tronu w Sztokholmie.
Druga część (nieco ponad 2/3 książki) to skupienie się na planach Olivaresa, czyli różnych koncepcjach uczynienia z Bałtyku strefy wpływów Habsburgów (hiszpańskich i austriackich) przy wsparciu Zygmunta III. W niezwykle interesujący sposób autor przedstawia nam różnorodne wizje i plany współpracy katolickich monarchów, to wszystko za pomocą mniej lub bardziej tajnych poselstw, korespondencji i obrad politycznych gabinetów. Dla polskiego czytelnika bardzo ciekawe muszą być zwłaszcza dalekosiężne plany Zygmunta III, włącznie z wizją Wazów na tronach trzech krajów: Zygmunta III w Polsce, królewicza Władysława w Szwecji i królewicza Jana Kazimierza w Danii. Jednocześnie widzimy jak zmieniająca się sytuacja polityczno-militarna, np. „duńska” faza Wojny Trzydziestoletniej czy wybuch wojny o ujście Wisły, wpływała na zmianę postaw i planów zaangażowanych w dyplomatyczne negocjacje stolic. Sporo miejsca autor poświęcił też planom Wallensteina, dotyczącym tworzenia sojuszniczej floty na Bałtyku i próbom współpracy z Zygmuntem III i Hiszpanami w tej materii. Do tego dodajmy kolejne pomysły inwazji Szwecji, inicjowane przez polskich Wazów – wskazuje to na bardzo ciekawy aspekt walk polsko-szwedzkich w tym okresie.
Z pracy wyłania się niezwykle interesujący obraz politycznej mapy Europy, gdzie ścierają się różne wizje hiszpańskich i austriackich Habsburgów (nie zawsze zbieżne), Zygmunta III i jego syna Władysława (zwłaszcza w kontekście jego zbliżenia z tronem hiszpańskim) a także władców protestanckich. Wszystko to ukazane w kontekście trwających w tym czasie konfliktów zbrojnych, z dużym naciskiem na ekonomiczny aspekt tych wojen. Wszystko to przedstawione w bardzo ciekawy sposób; narracja jest bardzo płynna, wydaje mi się że nawet czytelnik mało zorientowany w temacie mógłby z łatwością śledzić rozwój wydarzeń.
Niezaprzeczalną zaletą omawianej pracy jest bogata baza źródłowa, na której oparł się w swoich badaniach autor. Kwerendy w hiszpańskim Archivo General w Simancas przyniosły ogromy i bardzo szeroki wybór materiału: od protokołów z obraz hiszpańskiej Rady Państwa, poprzez liczne listy, relacje posłów czy instrukcje wydawane tymże przez Radę Państwa. Wiele dodatkowych materiałów autor odnalazł także w Bibliotece Narodowej w Madrycie i Państwowym Archiwum Głównym w Pradze (materiały związane z Wallensteinem). Odniósł się także, nierzadko krytycznie, do wielu opracowań: w języku polskim, hiszpańskim, czeskim czy niemieckim. Z punktu widzenia czytelników nieznających języka hiszpańskiego niezwykle ważne jest to, że liczne cytaty zawarte w tekście książki są w przypisach przetłumaczone na język polski.
Twarda okładka (z trzema głównymi „graczami politycznymi” omawianych wydarzeń) przykuwa uwagę i zachęca do zainteresowania się pracą. Bardzo przydatny jest indeks osobowy, który pozwala łatwiej śledzić rozlicznych posłów i polityków zaangażowanych w negocjacje. Mamy też kilka map, ułatwiających analizowanie polskich i hiszpańskich planów morskich. Znalazłem w tekście kilka drobnych literówek, nie stanowią one jednak żadnego problemu w lekturze – ot, korektor nie zauważył, zdarza się.


Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to zdecydowanie trzeba mieć. Praca jest wręcz fundamentalna dla wszystkich zainteresowanych panowaniem Zygmunta III, konfliktami polsko-szwedzkimi czy Wojną Trzydziestoletnią. 

czwartek, 28 kwietnia 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. IX


Temat bitwy pod Trzcianą jest mi (zwłaszcza ostatnio) niezwykle bliski, z dużym zainteresowaniem przyjąłem więc opublikowanie przez wydawnictwo Bellona nowego zeszytu z serii „Zwycięskie bitwy Polaków”, dotyczącego właśnie tego starcia. Autorem „1629 Trzciana” jest Tomasz Mleczek; szybkie wyszukanie w sieci wydaje się wskazywać, że to dr Tomasz Mleczek, opiekun zbiorów Gabinetu Genealogiczno-Heraldycznego Zamku Królewskiego w Warszawie.
Zeszyt liczy 90 stron, przyjemnie to wygląda bo czytelnik może tam znaleźć mnóstwo kolorowych ilustracji: od obrazów z epoki po zdjęcia eksponatów muzealnych. Perełką jest zwłaszcza plan bitwy pod Kokenhausen z 1601 roku ze zbiorów MWP w Warszawie (podpowiem – według ryciny G. Lauro, o czym autor już nie wspomniał). Niestety, ilustracje to jedyny plus tego krótkiego opracowania…
Zeszyt to de facto krótka historia konfliktów polsko-szwedzkich w okresie 1600-1629, samej bitwy autor poświęcił raptem 10 stron. Dużo miejsca zajmuje opis wyposażenia i organizacji walczących stron, niestety mamy tam do czynienia z dużą ilością błędów. Przykładowo jazda kozacka jest tu jazdą średniozbrojną; koronna rajtaria dzieli się na duże regimenty; szwedzcy rajtarzy dosiadali rosłych i ciężkich zimnokrwistych koni, Gustaw II Adolf używał w swojej armii łuczników. To tylko drobna próbka, naprawdę jest tego dużo więcej.
Jeszcze gorzej jest z samym opisem bitwy: poczynając od błędnego datowania (autor podaje 25 czerwca, chociaż bitwa miała miejsca 27 czerwca), po kuriozalne czasem opisy starcia (jazda kozacka w szarży składa rohatyny – chociaż królestwo temu, kto będzie w stanie znaleźć dowód źródłowy na używanie tej broni w toku wojny 1626-29; 3000 rajtarów ma jednocześnie oddać salwę do szarżujących sprzymierzonych; Gustaw Adolf jest biegły w tajnikach walki). Niestety autor powtarza wciąż pokutujące w polskiej (i nie tylko) historiografii błędy: masakra jazdy szwedzkiej, pułkownik Eric Soop ratujący życie króla, syn feldmarszałka Wrangla prowadzący ostatni kontratak jazdy szwedzkiej. Żadnych nowych wniosków, żadnych nowych badań – po prostu wklepanie starych błędów, okraszonych wziętymi z kapeluszami opisami wojsk, o których autor ma najwyraźniej nikłe pojęcie.
Szybkie spojrzenie na listę bibliografii wręcz zjeżyło mi resztkę włosów na głowie. Mamy tam jedno (tak, słownie jedno) źródło i to bardzo pośrednio dotyczące bitwy (chodzi o Pamiętniki do panowania Zygmunta III, Władysława IV i Jana Kazimierza). Do tego cztery opracowania, na czele z Rapier i koncerz. Z dziejów wojen polsko-szwedzkich Leszka Podhorodeckiego, na którego błędnym opisie oparł przebieg bitwy autor zeszytu. Woła to wręcz o pomstę do nieba, bo też ilość materiałów dostępnych nawet w sieci (kronika Piaseckiego, kronika Hoppe’go, Pamiętniki o Koniecpolskich, źródła dotyczące bitwy opracowane przez Ottona Laskowskiego) wystarczyłyby do uniknięcia takich chociażby bzdur jak datowanie bitwy.
Przykro mi, ale muszę użyć dosadnych słów: dawno takiego gniota pseudohistorycznego nie czytałem. Dr Mleczek powinien się wstydzić, że popełnił coś tak fatalnego, pełnego błędów, nie wnoszącego nic do wiedzy o bitwie pod Trzcianą. Bellona sprezentowała nam ślicznie wydanego bubla…

Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to po trzykroć zdecydowanie unikać.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Nowa książka, czyli przyjemności z pruskiej kąpieli


Miło mi poinformować, że na blogu zapanuje przez pewien czas cisza w eterze... Dlaczego miło? Jest to bowiem związane z książką, nad którą obecnie pracuję. Wydawnictwo NapoleonV rozpoczyna nową serię, zatytułowaną Armie Bitwy Wodzowie. Na pierwszy ogień pójdzie tu moja praca, o roboczym tytule Trzciana 1629. "Gorąca kąpiel" Gustawa II Adolfa. Z ogólnym zarysem serii jak i ze wstępnym planem książki można się zapoznać w odpowiednim wątku na forum historycy.org. Próbujemy wcelować w datę wydania na rocznicę bitwy, więc czasu mało a roboty sporo (chociaż sirca about 1/3 już napisana, więc nie jest źle...). Trzymajcie  kciuki, ja wracam do pisania.