In memoriam...

Pamięci mojego Taty, Andrzeja Paradowskiego. Mam nadzieję, że będziesz tu zaglądał, gdziekolwiek teraz jesteś...

wtorek, 2 lutego 2016

Wystrzelali ie nasi z legieru


Ciężki był żywot piechura w armii Rzplitej pierwszej połowy XVII wieku[1]. Płacili marnie i rzadko kiedy na czas, człowiek często musiał chodzić o pustym żołądku i jeszcze świecić gołym zadkiem jak się strój zużył. Chwałę zdobywała jazda – na czele ze słynną husarią – a draby i hajducy w tym czasie budowali i obsadzali szańce czy głodowali i dezerterowali z garnizonów. Miała jednak i ta BPP swoje momenty chwały, odgrywając ważną rolę w słynnych bitwach. Hajducy królewscy zapłacili bolesną daninę krwi, zatrzymując niemieckich landsknechtów pod Lubiszewem (Lubieszowem)w 1577 roku. Piechota spod komendy Żółkiewskiego skutecznym ogniem wsparła jazdę pod Kłuszynem w 1610 roku. Piechota niemiecka i polska odegrała ogromną rolę w obronie Chocimia w 1621 roku. Knechci, hajducy i dragoni dzielnie walczyli w Prusach w latach 1626-1629, biorąc udział w każdej z ważniejszych bitew.
Dziś chciałem przypomnieć mniej znany epizod, dotyczący bitwy stoczonej pod Kokenhausen[2] 23 czerwca 1601 roku[3]. Litwini Krzysztof „Pioruna” Radziwiłła pokonali w niej zgrupowanie szwedzkie Carla Carlssona Gyllenhielma. Bitwa to niezwykle ciekawa, bo też bardzo zacięta; to w jej toku szarżująca do walki na białą broń jazda szwedzka i inflancka przełamała jedno skrzydło Radziwiłła, żeby ulec dopiero szarży odwodowej husarii. W ciężkie walce udało się Litwinom złamać jazdę Gyllenhielma i spędzić ją z pola bitwy. Została im jednak do pokonania „drobna” zagwozdka: dwa regimenty szwedzkiej piechoty, obsadzające ruiny folwarku w centrum linii szwedzkiej. Piechurzy – sami strzelcy – osłonili się wozami i kozłami hiszpańskimi, mieli także do dyspozycji kilkanaście działek. Litewska jazda, zmęczona zaciętą walką ze swoimi szwedzkimi odpowiednikami, spróbowała ataków na świetnie bronioną pozycję, spełzły one jednak na niczym. Jak pisał po bitwie sam Radziwiłł, ledwie nam powróte nie do tęższej rozprawy z ona piechotą aniż z iezdą przichodziło. W międzyczasie Gyllenhielm próbował zebrał swoją jazdę i namówić ją do powrotu na pole bitwy. Wstrząśnięci porażką rajtarzy nie mieli już jednak ochoty na dalszą walkę, czemu nie należy się zbytnio dziwić – nawet szwedzki generał opisuje jak wspaniale zaszarżowała na jego lewe skrzydło. Z ciężkim sercem Gyllenhielm wysłał więc do swoich knechtów jednego z rotmistrzów z rozkazem odwrotu. Piechota miała zabrać działa i wycofać się do pobliskich lasów; tam miała połączyć się z resztą jazdy.
Szwedzki pech chciał, że wtedy akurat weszła do walki litewska piechota. Nie wiemy niestety, które roty i o jakiej liczebności weszły do walki. Badający kampanię 1601 roku prof. Stanisław Herbst wspomina o przynajmniej 200 piechurach. Jako że wchodzili w skład odwodu hetmańskiego, być może byli to żołnierze z chorągwi samego Radziwiłła? Niezależnie jednak od tego, ilu ich weszło do walki, wykonali swoją robotę wzorowo. Ogień z rusznic i przyprowadzonych z piechotą działek zaczął spadać na ściśniętych za taborem Szwedów. Cytując po raz kolejny Radziwiłła, wystrzelali ie nasi z legieru[4] ich, że zaraz uciekać od dział poczęli, których niewiele coś żywych uszło, wszyscy niemal na placu polegli. Jak widać ogień piechoty zmusił Szwedów do wycofania się ze swojej pozycji; w ręce tryumfujących Litwinów wpadło 17 dział i blisko 200 wozów. Ciekawa jest wzmianka o tym, że praktycznie cała piechota szwedzka miała paść trupem. Regiment dowodzony przez Henrika Liewe miał bowiem stracić nieco ponad 25 % stanu wyjściowego, ponad 400 żołnierzom tej jednostki udało się z unieść głowę z pola bitwy. Być może wojska litewskie skupiły się na „agresywnym przejmowaniu taboru”, co dało szansę tak wielu Szwedom ujść pomiędzy niedaleko rosnące lasy.
Tak czy inaczej, piechota litewska zapisała w toku tego starcia piękną kartę i – chociaż jej udział był epizodyczny – bez wątpienia oszczędził dodatkowych strat jeździe; zwłaszcza wśród koni których i tak w tej bitwie utracono wiele.



[1] Później też był trudny, ale takie stwierdzenie pasowało mi do narracji wpisu, więc cicho…
[2] Czy jak kto woli Koknese.
[3] Podziękowania dla niezawodnego Daniela Staberga (many thanks!) za udostępnienie szwedzkich materiałów źródłowych.
[4] Laager/wagenburg, szyk bojowy złożony z wozów taborowych. 

niedziela, 31 stycznia 2016

Lemoniada i sorbet


Dziś piękna anegdotka z 1647 roku. Kardynał Mazarin wysłał wtedy marszałka Ludwika Burbona, znanego lepiej jako Kondeusz[1] do Katalonii. Miał on tam – na czele francusko-katalońskiej armii – zająć się oblężeniem Lleidy, na której zęby połamało sobie już kilku francuskich generałów. Impreza nie zakończyła się jednak sukcesem i Kondeusz jak niepyszny powrócił po pewnym czasie do Francji. Obroną Lleidy dowodził don Gregorio Bito, kurtuazyjny w mowie i bezwzględny w czynach. „Umilał” on czas oblegającym, często wyprowadzając z twierdzy wycieczki i nękając ich ostrzałem. Prowadził jednocześnie bardzo sympatyczną korespondencję z Kondeuszem, komplementując go ile wlezie. I tu dochodzimy do anegdotycznej sytuacji, do której doszło w  czasie jednego z „gorętszych” dni oblężenia, gdy francuski książę – jak zwykle zresztą – nie oszczędzał się i był często widoczny wśród żołnierzy pierwszej linii. Hiszpan wysłał mianowicie do francuskiego obozu dwóch czarnoskórych paziów, którzy przynieśli podarunek dla Kondeusza. Brito nakazał im oto dostarczyć lemoniadę i sorbet, by Francus mógł się odświeżyć po męczącym dniu. Urocze, prawda?



[1] A nawet Wielki Kondeusz. 

wtorek, 26 stycznia 2016

Żurawie i czaple


Kontynuujemy motywy tureckie, dziś kilka wyjątków z dzieła o przydługim tytule Wypisanie drogi tureckiej, gdym tam z posłem wielkim wielmożnym panem Andrzejem Bzickim, kasztelanem chełmskim, od króla Zygmunta Augusta posłanym roku pańskiego 1557 jeździł. Skupię się tylko na fragmentach dotyczących żołnierzy sułtańskich i ich strojów, w przyszłości zapewne jednak wrzucę też zapiski z innych dziedzin.
Janczarowie zaś wszyscy pieszo, tylko z kijem pospolicie dereniowym[1], tych są rozmaite ubiory na głowach, to jedni w zawojach, drudzy w zarkułach z białej pilśni wysoki kołpak, który się nazwa szeroko zawiesza, a skoffie mosiądzowe pozłociste, u nich i kity pierza białego czaplego. Drudzy zaś miedziane albo mosiądzowe pozłociste kołpaki mają wysokie ze skoffiami z pierzem.
Pograniczni ludzie albo służebni, którzy tam przyjeżdżają, które oni Deliami zową, ci tylko tak chodzą jako i jeżdżą  w ostrogach, z pierzem pospolicie żórawiem białem, i według tego jako który zwycięstwo otrzymał, tylko piór białych u kiwiora nosi i z bronią wielką, aby znać było ukrainnego witezia.
Są place wielki, niskie i przekopy wymurowane, gdzie się uczą strzelać z łuków i rusznic, dawszy asprę[2] od łuku na dzień, a od rusznic mało więcej, kto swojej nie ma.



[1] Opis dotyczy janczarów chodzących po ulicach Stambułu.
[2] Srebrna moneta, będąca podstawą obiegu monetarnego w Imperium Osmańskim. 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Sprawa rycerska - Mołdawianie (Wołosi)


Kończymy wreszcie opisy ze Sprawy rycerskiej…  Marcina Bielskiego, dziś pora na Mołdawian[1]. Tu autor ma dobre rozeznanie, wszak tom widział na onczas gdy z nimi bitwa była pod Obertynem[2]. Widzimy że Bielski chwali ich jako dzielnych, acz nieco prymitywnych wojowników, sporo miejsca poświęca też artylerii hospodara. 





[1] Opisywanych oczywiście jako Wołosi.
[2] W 1531 roku. 

sobota, 23 stycznia 2016

Semeni, solakowie i janczary w lampartach


Kilka dodatkowych opisów, dotyczących armii tureckiej w 1678 roku, w końcu jakaś odmiana od wyprawy na Wiedeń...
Gniński w liście do Jana III, datowanym na 16 czerwca 1678 roku, opisał armię turecką w obozie pod Sachezi nad Dunajem. Wspomina tam o deli: odważnisiów między nimi, co szalonymi zowią, wątpię by co nad tysiąc. Całej jazdy tureckiej, zresztą włącznie z semenami, miało być mniej niż 15 000. Uzbrojenie jazdy to dzida a szabla pod nogą, już i z semenami konnymi, którzy z janczarkami. Samych janczarów miało być ledwo i to wątpię 4000.
Cytowany wczoraj Samuela Proskiego Dyarusz  także wspomina o składzie armii tureckiej w wyprawie na Czehryń. Konnych chorągwi narachowało się więcej nad 600, Janczarów było 8 tysięcy. Wśród kadry oficerskiej uwagę zwraca Czorbadziejów 54 (w pancerzach, z łukami na koniach dobrych). Zachodziłem w głowę o kogo chodzi, takie spolszczenia to czasami zagwozdka. Na szczęście z pomocą przyszedł nieoceniony Rafał Szwelicki (serdecznie pozdrawiam!) i wskazał że chodzi o Corbaci. Mogli to więc być albo oficerowie dowodzący ortami janczarów albo też cywilni urzędnicy z europejskich części imperium[1]. Wersję ‘janczarską’ zdaje się potwierdzać wzmianka z 1676 roku, dotycząca eskorty tureckiej dla polskich posłów: czorbadziej Bajuk Achmet aga przystawem był naszym, który miał 4 chorągwie do prowadzenia nas z semenami pieszymi, którzy straż konną i pieszą odprawowali zawsze koło nas.
Co ciekawe, w eskorcie wielkiego wezyra znajdujemy sułtańskich solaków, którzy mieli zapewne trzymać oko na Sztandarze Proroka. Opis jest interesujący: w złotogłowych czerwonych kaftanach, w srebrnych złocistych wysokich na łokieć jak pudełko czapkach pod czarnemi kitami w ręku z berdyszkami obosiecznymi, w srebro oprawnemi, że się wszytkie srebrne zdadzą.
Kara Mustafa jachał na dropiatym koniu w szkarłatnej ferezyi bez kołnierza sobolami podszytej, w białym atlasowym żupanie, w turbancie trójgraniastym w tym, w którym na dywan zasiada. Jego przyboczni to czterech janczarów w lampartach pod wiekiemi kitami z piór jako Czorbadzieje zażywają.
Ostatni opis pochodzi z 26 czerwca, kiedy to obozu weszły wojska trzech paszów tureckich. Jeden z nich – Tapis-Achmet-Pasza – prowadził bardzo ciekawą grupę. Przed nim szło chorągwi ośm w kupie, za któremi Szpachiów[2]z Kopijnikami naliczyliśmy 150, znowu niesiono chorągwi 4, pod któremi Semenów naliczyliśmy sto kilkadziesiąt, po tym dwa buńczuki i z chorągwią, za któremi szło kilkadziesiąt koni. Dopiero prowadzono pięć koni jez[d]nich pod bechterami żelaznemi z kałkanami złocistemi. Za końmi jechał sam Pasza, sześc  szatyrów około niego w purpurowych żupanach w pasach srebrnych w pancerz. Za Paszą młodzi strojnej w pancerzach z dzidami jachało par 16. Za młodzią chorągwi trzy niesiono, ludzi kilkadziesiąt pod nimi i muzyka zwyczajna, było wszytkich koni pod 600.
Niestety reszta posiłków nie jest już tak barwnie opisana. Hali-Pasza miał poczet liczący mniej niż 500 koni, Achmet-Pasza zaś 530. Przybyło także dwóch baszów: Salanik-Bej miał 80 a Ejueduł-Bej 100 koni.




[1] Mało prawdopodobne, zważywszy na ekwipunek.
[2] Sipahów. 

piątek, 22 stycznia 2016

Z muzyką polską i turecką


Hospodarstwa mołdawskie i wołoskie rzadko goszczą na blogu, dziś znalazłem jednak bardzo ciekawe opisy, więc nieco nadrobię. Latem 1678 roku hospodarowie, jako lennicy sułtana, pojawili się ze swoimi wojskami w obozie armii tureckiej w czasie wyprawy na Czehryń. Polecam przy okazji bardzo ciekawy artykuł autorstwa Dariusza Milewskiego, tłumaczący zawiłą kwestię nazewnictwa źródłowego, czyli (cytując) w źródłach staropolskich kraj, zwany obecnie Mołdawią, to Wołoszczyzna, zaś państwo które dziś mienimy Wołoszczyzną – to Multany.
Jako pierwszy – 28 czerwca – przybył hospodar mołdawski (w diariuszu z którego pożyczam opis to oczywiście Hospodar Wołoski) Antoni Ruset[1]. Jego wojska rozbiły obóz dwie mile od tureckiego, a oficerom sułtańskim prezentowali się partiami, zapewne by nieco zafałszować prawdziwą liczbę wojska. Więc powiadano jakoby ośm tysięcy wszystkich Wołochów[2]być miało, wysłano jednak inspekcję by policzyć ich we własnym obozie. Okazało się, że jest ich tylko ok. 2000, podzielonych na 32 chorągwie: ludzi coś nad dwa tysiące i to barzo nużnych[3]. Do tego ich przydatność wojskową oceniano bardzo słabo, więcej z koszami i inszym do mostów i przepraw [niż do] robienia rynsztunkiem.
Sam Ruset pokazał się jednak z jak najlepszej strony, wjeżdżając z 200-osobową eskortą do obozu tureckiego. Tu pozwolę sobie na dłuższy fragment:
Naprzód szedł znaczek turecki, przed nim Turków koni 30, za Turkami bojarów 12, za bojarami buńczuków 2, po tym muzyka; trębaczów polskich 4 z kotłami usarskimi. Za muzyką koni powodnych 4, jeden po kozacku ubrany, drugi pod dekiem czerwonem, trzeci po turecku, czwarty z polska po usarsku[4], wszytkie konie mierne, jednak dość bogato ubrane.
Po tym sam jachał Hospodar na koniu dzielnym i bogato ubranym, około konia 4 paików[5] w purpurowych żupanach w srebrnych złocistych pasach z [h]andżarami oprawnemi, w czapkach polskich sobolich, z berdyszami nie wielkimi obosiecznymi, w rękach w srebro oprawnemi. Za Hospodarem dwóch młodszi przybranych, z łubiami oprawnemi na dobrych koniach, na ostatku dwie chorągwie w kupie z muzyką turecką.
Dwa dni później nadciągnął hospodar wołoski (czyli według źródła Hospodar Multański) Jerzy Duca na czele 4000 żołnierzy. Tu dysponujemy jeszcze ciekawszym opisem – włącznie ze sztandarami wołoskimi.
Miał chorągwie dość okryte i prawie wszyscy z strzelbą, dzidami, munderowni, insi zaś po petiorsku[6]. Miasto draganów był ze dwa tysiące ludzi z muszkietami, z bębnami dragańskimi i manierą dragańską. Przed Hospodarem szło pięćset petiorców po armaucku; za nimi dwieście w pancerzach z dzidami, wszyscy w kontuszach musułbasowych czerwonych pod rękę. Było i dwie chorągwie Tatarów Lipków, była siła Polaków. Prowadzono przed nim pięć koni po turecku pod kałkanami, sam siedział na koniu dropiatym pięknym; paików sześć około niego, w purpurowych żupanach z złocistymi pasami i [h]andżarami.
Na chorągwiach wszytkich krzyże, a na dwóch co przed samym Hetmanem Multańskim niesiono: na jednej św. Jerzy, na drugiej św. Michał malowany. Pod każdą chorągwią muzyka polska: kotły, surmy, trębacze, a za samym Hospodarem muzyka turecka.
Co ciekawe, w tym samym roku Jerzy Duca miał zastąpić Ruseta w Mołdawii, hospodarem wołoskim na jego miejsce został Serban Kantakuzen.



[1] Antonie Ruset (Rosetti), który zresztą w tymże 1678 roku utracił hospodarstwo.
[2] Czyli Mołdawian.
[3] Zmęczonych.
[4] Jak widać mieli słabość…
[5] Paziów.
[6] Petyhorsku. 

środa, 20 stycznia 2016

Insza na papierze szykować albo ołowianych chłopów na stole


We wrześniu 1653 roku w dowództwie wojsk polskich stojących pod Kamieńcem debatowano bezustannie nad planem działań przeciwko Kozakom i Tatarom. Część oficerów i dygnitarzy popierała pomysł dalszej ofensywy, inni skłonni byli na ustępstwa wobec Kozaków i wierzyli w dobre intencje Chmielnickiego. Listownie brał też udział w tych rozmowach hetman polny litewski Janusz Radziwiłł[1], który od początku był przeciwny (chybionemu jak się okazało) pomysłowi wyprawy  żwanieckiej. Jego kuriery bezustannie krążyli między Kiejdanami a obozem koronnym, tegoż dnia którego przyszła poczta, nazad oną odprawuję. Wśród korespondencji ks. Janusza zachował się jego list do brata stryjecznego czyli ks. Bogusława Radziwiłła. Hetman zawarł w nim ciekawą myśl, która jest na tyle uniwersalna – mimo upływu wielu lat – że warto ją przytoczyć[2] i zapamiętać:
Trzebaby i mnie i wielu innych o to hałasować, że nie możemy z dobrem sumieniem takich rad[3] chwalić ani sposobu prowadzenia wojny takiego, choćby nam też najbardziej zadawano, że się na wojnie nie znamy, kiedy sam skutek pokazuje że i sami[4] nie przejedli wojennego rozumu; bo insza na papierze szykować albo ołowianych chłopów na stole, insza bram i szyldwachów w mieście z ciepłej izby pilnować, insza kształtnie z kopią skoczyć i piękną zapuścić brodę, a insza rady wojennej przewodnictwo prowadzić.  



[1] De facto dowodzący armią litewską, gdyż stary i schorowany hetman wielki Janusz Kiszka nie brał udziału w walkach; zmarł zresztą w 1654 roku.
[2] Podaję wersję bez wtrąceń po łacinie, przetłumaczone one zostały przez Edwarda Kotłubaja.
[3] O kontynuowaniu wyprawy.
[4] Dygnitarze koronni.