In memoriam...

Pamięci mojego Taty, Andrzeja Paradowskiego. Mam nadzieję, że będziesz tu zaglądał, gdziekolwiek teraz jesteś...

niedziela, 24 lipca 2016

Jak dobrze wydać 18 złotych


Przy okazji wypisów z indeksu cekhauzu warszawskiego znalazłem zapiski o zakupie muszkietów, zbroi pikinierskich i pik u toruńskiego kupca Szymona Bema (Bemy?). Dziś uzupełniający zapisek, w którym możemy znaleźć informację o koszcie tego wyposażenia. Notka pochodzi z 11 lutego 1647 roku i dość jasno wskazuje, jaka bieda z nędzą panowała w tym czasie w cekhauzie (czy raczej we wszystkich cekhauzach państwowych):
Przyszło ośm wozów z Torunia z rynsztunkiem z tej racyi, że w cekhauzach wszystkich nic rynsztunku nie było , aby subito aliquo casu[1] było się do czego sięgnąć, wprzód ustnie, a potem i listem rozkazał król JMć serio, abym[2] koniecznie zapłacił P. Szymonowi Bemie, mieszczaninowi toruńskiemu, i participantom jego [za] rynsztunek ten, który prezentował do [s]przedania, to jest muszkietów z bandolerami i forkietami dwanaścieset[3], każdy po ośmiu złotych, a zbroi z szyszakami i pikami[4] ośmset, każda po dziesięciu złotych.
Jest to też ciekawy przyczynek do cen uzbrojenia w tym okresie, interesująca jest różnica kosztu muszkietu z wyposażeniem i kompletu pikinierskiego. Warto też porównać to z cenami uzbrojenia jazdy, zwłaszcza husarii.



[1] (Łac.) w nagłym wypadku.
[2] To zapisek autorstwa Arciszewskiego, który pełnił funkcję starszego nad armatą.
[3] 1200.
[4] Czyli kompletu dla pikiniera. 

środa, 20 lipca 2016

Grenadierzy chlebowi


Dawno nie gościł na blogu pułkownik Jean De la Colonie, pora to więc dziś naprawić. Pisałem kilka lat temu (jakże ten czas leci) jak to jego grenadierzy objuczeni byli ekwipunkiem w czasie kampanii. Oficer zanotował w tym samym czasie, jak zapobiegliwi byli wojacy spod jego komendy. Tłumaczenie – z wersji angielskiej – jak zwykle dość luźne, w moim wykonaniu:
Nasi grenadierzy poprosili przy okazji by wydać im chleb, transportowany z naszą ariergardą. [Chleb] był już w tym czasie rzadkością, ale Generał przemyślał sytuację i wiedząc że będzie ich [grenadierów] bardzo potrzebował[1] nakazał wyładować przed nimi zawartość kilku wozów taborowych [a] żołnierze mogli zabrać ile chcieli – przy okazji nikt nie zapisywał ile im tego wydano. [Grenadierzy] dobrze wykorzystali taką okazję, jako że w ciągu kilku kolejnych dni nader drogo sprzedali nadliczbową ilość. Nigdy bym nie przypuścił, że możliwe jest dźwiganie takiej [dużej] ilości bochenków [chleba] jak to [im] się udało zapakować do swoich plecaków i [mimo tego ciężaru] wciąż zachować szybkie tempo marszu które wysforowało nas na początek awangardy.
Nic dziwnego, że pułkownik był bardzo dumny ze swojej jednostki „emigrantów”.




[1] Regiment prowadził bowiem awangardę. 

wtorek, 19 lipca 2016

Bić wszystkich co w pludrach, bo to wszystko zdrajcy!


Dwukrotnie opisywałem- tutaj i tutaj – burdę do jakiej doszło w czasie negocjacji polsko-szwedzkich w 1635 roku. Znalazłem jeszcze jeden, dość obszerny, opis tej sytuacji, tym razem z listu Janusza Radziwiłła do jego ojca, Krzysztofa II Radziwiłła. Historia przepiękna, więc warto ją przytoczyć.
Kommissarze nasi nastawać zaczęli, kazali Szwedowie w bębny i trąby uderzyć (a było szwedzkich rajtarów kompanji dwie i jedna piesza). Nasi Panowie Kommissarze usłyszawszy trąby powiedzieli Panom Mediatorom: Że tu trąbkami nas nie ustraszą; i posłali żeby też i nasi uderzyli w trąby i bębny (a były nasze chorągwie Usarskie P. Starosty Puckiego i P. Niemirycza[1]). Tam któryś niecnota przybiegłszy do chorągwi krzyknął: „Panowie do koni! Biją, Kommissarzów wzięto!”. A właśnie wtenczas towarzystwo do pierścieni biegało[2] i kilkadziesiąt Szwedzkich przypatrywali się. Nasi troszeczkę też sobie byli podpili; bez porządku zaraz na tych co się gonitwom przypatrywali wsiedli, siekli, wjechali na nich aż na namioty Kommissarskie. Nasi wypadli hamować, a Szwedzcy Kommissarze dopadłszy karet w nogi. Wrangiel[3] wpadł na koń, ludzie sporządził[4], a trzeci kornet Szwedzów nie wiedzieć zkąd się urodził[5]. Piechota p. Hetmana [Stanisława Koniecpolskiego] co przy Kommissarzach i piechota P. Wojewody Bełzkiego[6] zaraz namioty Kommissarzów zastąpiła. Nasi bez porządku zaczęli te rzecz byli, pewnieby ich tam Szwedzi wyćwiczyli.  Nasi Kommissarze w strachu byli, osobliwie P. Pernawski[7], P. Starosta Kościerzyński[8] i insi co po cudoziemsku chodzą, bo pijani ludzie zaraz poczęli wołać „Bić wszystkich co w pludrach, bo to wszystko zdrajcy!”. Z naszej strony masz jednego rannego, jeno jeden trębacz. P. Hetman bardzo frasowny i boję się, że komu tej gry przypłacić przyjdzie.
Jak widzimy towarzystwo popiło sobie i zagrała w nich gorąca krew sarmacka. Na szczęście cała rzecz rozeszła się „po kościach”…





[1] Jerzy Niemirycz.
[2] Znane ćwiczenie husarskie. Jak to opisywał Gloger w Encyklopedii Staropolskiej: „Rycerz, goniący w całym pędzie konia, usiłował trafić kopją w pierścień, wiszący na sznurze. Stopień jego zręczności sędziowie oznaczali liczbą. Kto pierścień wdział na kopję, zapisywano mu 6, kto górą weń uderzył, miał 3, dołem 2, a kto z boków — ten dostawał najniższą liczbę 1. Rycerze gonitwę kilkakroć powtarzali. Kto kopją sznur przeniósł, tracił wszystkie razy, równie jak ten, komu noga ze strzemienia wypadła, albo hełm spadł z głowy. Kto kopję złamał albo ziemi nią dotknął, musiał opuścić szranki”
[3] Herman Wrangel.
[4] Ustawił w szyku.
[5] Pojawił.
[6] Rafał Leszczyński
[7] Ernest Magnus Denhoff.
[8] Jeden z Weiherów? Jakoś nie mogę go zidentyfikować.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Ustawiczne chorowite ponosząc prace


Dziś niezwykle ciekawy dokument, datowany na 17 maja 1659 roku. To manifest złożony przez Michała Paca i starszyznę koła wojskowego z dywizji hetmana polnego litewskiego Wincentego Korwina Gosiewskiego. Żołnierze - obydwu autoramentów - przedstawiają w nim przejmujący obraz nieopłaconego, wykrwawionego i zmęczonego przez dwa lata z pola nie schodząc wojska. Pozbawieni dowództwa hetmana (wziętego w 1658 roku do niewoli moskiewskiej pod Werkami), walczący zarówno przeciw Szwedom jak i Moskalom, wojacy Gosiewskiego upominają się u króla o zaległy żołd i poprawę warunków służby. Warto poczytać w jakich to słowach wypowiadali się w tej petycji, wszak podobna sytuacja była i w armii koronnej.



piątek, 8 lipca 2016

Soczewica koło miele młyn


Wracam dziś do Ksiąg hetmańskich Stanisława Sarnickiego, tym razem przypatrzymy się zapisowi dotyczącemu haseł używanych w czasie wypraw wojennych. Notka momentami dosyć rozrywkowa, ale trudno nie przyznać Sarnickiemu racji:
Są jeszcze inne znaki wojenne, które zowią hasła, co u Rzymian też beło, a zwali to oni symbolum.
U Poliaków piękne hasła bywały. Pan Bóg z nami abo od herbów [wzięte]: Orzeł, Łodzia, Śreniawa, item koło mieli młyn[1] etc. Gdy się tedy trefiłby jaki odmieniec, szpieg, co więc sobie zwykli barwę, strój odmieniać, abo bindy tawciane przekładać, jako w Niemczech czynią, abo krzyże na kabaciech wszywane, jako Włochowie mają obyczaj, po których znakach oni się znaczą co przyjaciel, co nieprzyjaciel. Jeśli tedy na barwie na tawcie, na krzyżu omyliłeś się, żebyś tejże barwy ujrzał człowieka, czerwonej abo białej co twoi [taki strój] noszą, w nocy abo we dnie, tedy na haślie, które nie jednej zawżdy godziny trębacz rozdaje, trudno się omylić możesz. I barzo to mądrze starzy wynalieźli. Do tego jest nasz język, który jest trudny cudzoziemcom ku wymówieniu, barzo dobry. A Niemcowi zwłaszcza trudny ku wymówieniu.
Koło miele młyn mnie rozczuli, przypomniało mi się jak pacholęciem będąc czytałem komiks o królu Łokietku – w jednej ze scen, gdy opisywano bunt wójta Albera z 1312 roku, krakowscy mieszczanie zdawali taki właśnie test polskości: soczewica koło miele młyn. Jak widać pan Stanisław także znał ową historię…



[1] A gdzie soczewica?

środa, 6 lipca 2016

Z zasadzki na (znowu) dragona


[Ilustracja, bojowa jak chłopi z Liszek, od zaprzyjaźnionego blogu Projekt Chłop, którego lekturę serdecznie polecam]
Kolejna historia za przywołanym wczoraj artykułem prof. Nagielskiego, o tyle ciekawa że wspomina także o strojach dragonii polskiej. Tym razem jesień 1654 roku, wieś Liszki należąca do benedyktyńskiego opactwo w Tyńcu. Na kwaterze stała tam chorągiew hajduków Bazylego Branickiego, dowodzona przez porucznika Dąbrowskiego. Oficer ten, dowiedział się że okolicy ma teraz maszerować kompania Pawła Hertmana z regimentu gwardii Fryderyka Mohla. Widząc w nich, zapewne słusznie, konkurencję do „wybierania chleba” na kwaterach, dogadał się z administratorem wsi, niejakim Boniszkem. Obydwaj panowie zebrali pod swoją komendę okolicznych chłopów ze strzelbą, szablami, kosami, kijami i nasiekami po czym uderzyli z zasadzki na dragonów. W zaskakującym ataku miało zginąć aż 15 – zapewne niczego się nie spodziewających – gwardzistów, po czym napastnicy zajęli się rabowaniem taboru kompanii.  Jak to wymieniał straty kapitan dragonii: naprzód prochu beczkę niemałą, szpad, szabel, kontuszów, żupanów, białych chust, muszkietów i inszych tak wiele rzeczy.

Widzimy że porachunki mieszkańców z wojskiem mogły czasami mieć bardzo krwawe epilogi… Swoją drogą bardzo interesujący jest spis utraconego przez dragonów wyposażenia. Mamy tam bowiem obok siebie broń „zachodnią” (szpady) jak i „wschodnią” (szable), do tego gwardziści królewscy jak widać nie mieli problemów z noszeniem polskiego stroju czyli kontuszy i żupanów. Ot, kolejny drobny okruch wiedzy do historii tej ciekawej formacji.

wtorek, 5 lipca 2016

Dragona niewinnie zabił


W bardzo ciekawym artykule prof. Mirosława Nagielskiego Opinia szlachecka o gwardii królewskiej znalazłem niezwykle interesujący przypadek z sierpnia 1657 roku. W rolach głównych – dragoni gwardii Jana II Kazimierza  (regiment Jana  Henryka Bockuma) i nader krewski szlachcic z Pyzdr, nazwiskiem Stefan Kotarski. Gwardziści, jak i reszta armii koronnej w tym okresie, mieli zwyczaj nadmiernego eksploatowania wyznaczonych im kwater („stacji”), nic więc dziwnego że nierzadko dochodziło do rękoczynów. Jak to wyglądało w Pyzdrach? Kotarski, na widok wkraczającej do jego gospodarstwa kompanii dragonów kapitana Michała Gutowskiego na nich zaraz następować począł i słowami zelżywymi onych znieważał, a potem do szable się porwawszy na nich potężnie przycinał. Na tym jednak bójka się nie zakończyła, bo jak referował składający skargę porucznik Michał Szauba z kompanii Gutowskiego, Kotarski następnie do szlachetnego Jakuba Mazowskiego gefrajtera tejże chorągwie, spokojnie sobie z drugimi żołdatami stojącego, z pistoletu strzelił i onego niewinnie zabił. W zamieszaniu szlachcicowi udało się jednak umknąć dragonom i ocalić własny kark. Na skutek skargi złożonej przez gwardzistów w kancelarii Pyzdr, nałożono jednak na niego karę („areszt”) na sumę 1000 złotych.