In memoriam...

Pamięci mojego Taty, Andrzeja Paradowskiego. Mam nadzieję, że będziesz tu zaglądał, gdziekolwiek teraz jesteś...

środa, 4 marca 2015

Skacowany, pobity i bez płaszcza


Kilkakrotnie cytowałem zapiski z epoki, mówiące o tym jakim ciężarem dla ludności cywilnej było kwaterujące/maszerujące przez okolicę wojsko – niezależnie od tego czy pochodziło z własnej czy przeciwnej armii. Zdarzało się jednak i tak, że ludność brała sprawiedliwość w swoje ręce. Dziś ciekawa relacja cesarskiego żołnierza z jego pobytu w (nie)gościnnej Westfalii w roku 1642:
Wieczorem nieco [zbyt wiele] wypiłem i rankiem pozostałem daleko za [maszerującym] regimentem bo męczył mnie kac. Trzech chłopów czających się za żywopłotem pobiło mnie dotkliwie, zabierając mi płaszcz, torbę, wszystko [co miałem]. Tylko Opatrzności zawdzięczam to, że nagle uciekli, jakby ich kto gonił, mimo że w okolicy nikogo [poza nami] nie było. Tak oto pobity, bez płaszcza ni torby, powróciłem do regimentu gdzie srogo się ze mnie śmiano.

Przyznać trzeba, że wojakowi temu się upiekło. Maruderzy nie mogli bowiem liczyć na litość ze strony chłopów, nierzadko setki takich żołnierzy ciągnących za armią padało łupem żądnej odwetu ludności. 

wtorek, 3 marca 2015

Hej ho, hej ho, na wesele by się szło...


Ciekawostka przypadkiem znaleziona, czyli nie ma to jak przybyć na wesele w doborowej eskorcie…
10 maja 1671 roku odbyły się w Warszawie huczne zaślubiny jednego z najważniejszych urzędników koronnych. Oto pan Dymitr Jerzy Wiśniowiecki, hetman polny koronny, pojął za żonę pannę Teofilę Ludwikę Zasławską, siostrę Jana Sobieskiego (widzimy ją na załączonym portrecie). Jak mówiła pewna piosenka: 'miłość to pole bitwy’, więc książę Wiśniowiecki przybył do Warszawy w dobrej eskorcie. Kiedy wraz z hetmanem wielkim koronnym Janem Sobieskim wjeżdżali do miasta, poprzedani  [byli] różną kawalkatą, której było blisko tysiąca, przy chorągwiach jednej pancernej, drugiej tatarskiej, 6ciu węgierskich, 6ciu dragańskich, 2ch rajtarskich, 2ch multańskich[1]. Być może część z tych oddziałów należała do nadwornych wojsk Sobieskiego, o których już kiedyś pisałem.
Co ciekawe, cztery dni po zaślubinach do Warszawy przybyła pani wojewodzina ruska, Gryzelda Konstancja Wiśniowiecka[2], wdowa po ks. Jeremim Wiśniowieckim i matka króla Michała Korybuta. Jej wjazd miał miejsce wieczorem – samym mrokiem przybyła – a kolumnę blisko 20 karet osłaniała zacny pułk wojska: 8 chorągwi piechoty, 4 dragańskich i Raytaryi J.K.Mci; zapewne wszystkie te jednostki mogły należeć do jednostek gwardii.
A całe to wojsko zgromadzone w Warszawie na pewno przydałoby się do zwalczania Tatarów i Kozaków na granicach Korony. Jak widać jednak priorytety były nieco inne.




[1] Czyli lekkiej jazdy wołoskiej.
[2] Z domy Zamoyska. 

niedziela, 1 marca 2015

Deli i weneckie żywiołaki


Kolejny ciekawy opis pióra Ogiera Ghiselina de Busnecq, tym razem dotyczący tureckich deli. Cesarski dyplomata zrelacjonował jak to dalmacki jeździec przybył, niosąc wieści o wielkiej porażce [tureckiej]. Mąż ten należał do tych których Turcy zowią Deli, to jest szaleni, z racji ich szalonej i ślepej odwagi. Posłaniec zameldował, że grupa sandżakbejów i dowódców nadgranicznych garnizonów zaatakowała terytorium nieprzyjaciela[1], biorąc liczne łupy. Turecka wyprawa zapuściła się jednak zbyt daleko i starła się z oddziałem chrześcijan, złożonym z konnych muszkieterów. Angielskie tłumaczenie na którym się opieram używa właśnie określenia ‘musketeers’, jest jednak nieco uwspółcześnione[2], wydaje mi się więc że chodzi raczej o arkebuzerów czy podobną im formację ‘rajtarską’. Niezależnie od tego o jaką jazdę chodzi, pobiła ona Turków na głowę, zadając im duże straty.
W starciu miał zginąć niejaki Achilles, krewniak wielkiego wezyra Rustama Opukowica paszy[3], nic więc dziwnego że wieść o klęsce bardzo zasmuciła paszę. Deli-posłaniec musiał następnie odpowiedzieć na serię pytań ze strony urzędników Dywanu. Zapytany o liczebność wojsk tureckich, odparł że było ich ponad 2500 żołnierzy. Następnie zapytano go ilu było chrześcijan, na co odpowiedział: wydaje się, że nie więcej niż 500 – tylum widział – acz znacznie więcej mogło leżeć w zasadzce. Sądzę, że ukrywało się ich tam wielu więcej, ale mogę przysiąc, że [przeciwnika] było znacznie więcej niż [faktycznie] wzięło udział w walce. Taka odpowiedź wywołała gniewną reakcję urzędników, którzy zarzucili mu, że to wielki wstyd iż regularna armia sułtana została pokonana przez garstkę chrześcijan. Zdało im się straszną obrazą, że wybrani wojownicy[4], których uhonorowano przynależnością do nadwornych wojsk [sułtana] Sulejmana i dopuszczono do jedzenia sułtańskiego chleba, mogli w ten sposób zhańbić się [w walce].
Deli, być może czując że oto zagrożona jest jedność jego głowy i karku, odpowiedział bez wahania:
Źle patrzycie na tę sprawę. Czyście nie słyszeli żeśmy zostali pokonani dzięki potędze broni palnej? To ogień zmusił nas do odwrotu, nie męstwo przeciwnika. Na niebiosa, jakże inny były wynik walki, gdyby stanęli przeciw nam jak odważni mężowie. [Miast tego] wezwali na pomoc ogień; przemocą ognia zostaliśmy pokonani; nie ma tu więc żadnego wstydu; jest to bowiem jeden z żywiołów i najgorszy z nich, a kto spośród śmiertelników ma tyle siły by oprzeć się potędze żywiołów?
Tyrada posłańca przyniosła chyba pożądany dla niego skutek, bo świadkowie z trudem mogli powstrzymać śmiech, co rozbroiło sytuację. Ogier mógł jednak skomentować: tak oto dowiedziałem się, że Turcy wielce obawiają się arkebuzów i pistoletów, gdy są używane przez konnych. Nic więc dziwnego, że sami niechętnie w tym okresie używali broni palnej, o czym już zresztą pisałem.



[1] Zapewne chodzi i posiadłości weneckie.
[2] Np. tureckich sipahów z bronią palną nazywa dragonami.
[3] Urzędnik ten pochodził z Bośni.
[4] Chodzi o deli. 

piątek, 27 lutego 2015

Mają ci tu rajtarowie imię dobre


Zawsze jest mi miło trafić w źródłach z epoki na pochwałę mojej ukochanej rajtarii: czy to koronnej czy to litewskiej. Dzisiaj zapisek dotyczący kampanii pskowskiej Stefana Batorego z 1581 roku. Co prawda roty rajtarskie są tam określane – przez Henryka Kotarskiego – jako arkabuzeria, niemniej jednak w tym przypadku wydaje się, że przynajmniej część tych chorągwi bliżej było jednak do rajtarii (albo po prostu zastosowano nazwę wymiennie). Z 6 chorągwi określanych jako ‘arkabuzeria’ w opracowania autorstwa Kotarskiego, 3 składały się z zaciężnych Niemców (Gostyńskiego, Sobockiego i Farensbacha), 1 z Kurlandczyków (Butlera) i 1 ze szlachty inflanckiej (Korffa). Nie zdziwiłbym się, gdyby i ostatnia rota – Bielawskiego – także składała się z żołnierzy niemieckich. Cytowałem zresztą już kiedyś opis roty Sobockiego z tej kampanii, gdzie opisana była ona jako koczwarterzy.
Właśnie o tej chorągwi chciałbym dzisiaj napisać. Tak oto sekretarz królewski, Jan Piotrowski, miał opisać działania tego oddziału. Ciekawostka – Piotrowski nazywa żołnierzy Sobockiego rajtarami, tak samo zresztą jak i w przypadku innych roty arkabuzerii:
[28 sierpnia 1581 roku] Tymczasem, czekając na ruszenie, Sobocki nasz 4 Moskwicinów strzelców przywiódł do P. Hetmana[1], których dopieruczko pod miastem jego rajtarowie porwali. Gdy szły węgierskie wozy[2] naprzód ku miejscu obozowi, wypadli z miasta, chcąc uderzyć na nie: rajtarowie, co przy Węgrach zawsze stoją, wypadli na nie, dwu albo trzech zabili, drugich poranili, a tych porwali; jest też kilka rannych rajtarów niebezpiecznie. Królowi miła ta Sobockiego posłużka i mają ci tu rajtarowie imię dobre.
Co ciekawe, przy chorągwi walczył także ochotnik ze Śląska, Hans von Reder, który przybył do wojska z kilkukonnym pocztem rajtarskim. Przyjachał Królowi służyć i przypatrować się. Pieniędzy ani niczego nie bierze. Stawał w tej potyczce na tyle dobrze, że został zaproszony na obiad do Zamoyskiego. Wraz z nim zaproszono porucznika chorągwi Sobockiego i – tu ciekawostka – kilku pacholików jegoż[3], tych co w tejże onej potrzebie byli. By okazać im wdzięczność Batorego, Zamoyski nagrodził śląskiego szlachcica łańcuchem wartym 200 czerwonych złotych. Trafiło się i rajtarom Sobockiego: porucznik otrzymał w papierze 100 abo złotych abo talerów, onym też pachołkom dwiema po kilkadziesiąt złotych także w papierze.
Wypadałoby się kiedyś zająć dokładniej działaniami rajtarii i arkabuzerii za czasów Batorego, oj wypadałoby: źródła są, materiału sporo, tylko czasu nie ma…




[1] Jana Zamoyskiego.
[2] Tabor chorągwi hajduków węgierskich.
[3] Z chorągwi Sobockiego. 

czwartek, 26 lutego 2015

Łóżkowe zwyczaje króla


Wczoraj mieliśmy kolejną rocznicę zwycięstwa Władysława IV w wojnie smoleńskiej, jakoś na blogu nic się o tym nie pojawiło. Pisałem jednak o tym  konflikcie sporo, można też wiele ciekawych wpisów znaleźć na poświęconym owemu tryumfowi Rzplitej blogu Tomka Rejfa (pozdrawiam!). Wrzucę więc dzisiaj coś lżejszego, wiążącego się jednak zarówno z władcą jak i z tą wojną.
Nuncjusz papieski Visconti tak miał oto napisać o zwyczajach króla Władysława IV:
Z zadziwieniem dodać muszę, że od wielu lat król inaczej nie jada, jeno w łóżku, czyli raczej nie wstaje z łóżka, aż po obiedzie, do czego tak przywykł, że nie mógł się pozbyć tego nałogu, lub potrzeby wtenczas nawet, kiedy Polacy uważali w tem przeszkodę do osiągnięcia tronu. Mówią także, że w czasie ostatniej wojny pod Smoleńskiem, gdzie sam ważniejszemi kierował obrotami, gdy znużony po bezsennie przepędzonej nocy, lub zaledwie trochę przespawszy się w powozie, mógł powrócić do namiotu na obiad, żadnej nie wziął do ust potrawy, póki go nie rozebrano i w łóżku nie położono.
W momencie objęcia tronu Władysław miał 37 lat, jak widać „podłapał” w międzyczasie dziwne zwyczaje. Swoją drogą ciekawie by to wyglądało, jakby król wyruszył w 1646 roku na wojnę turecką – trzeba by pewnie w taborze transportować nieliche łoże, żeby biedaczyna nie głodował.


środa, 25 lutego 2015

Niewieściuchy i niegodni zacnego imienia żołnierza


Dziś (czyli oczywiście później niż zakładałem…) drugi obiecany pojedynek z zapisów Wespazjana Kochowskiego. Tak jak i poprzedni pochodzi z 1671 roku, tyle tylko że dotyczyć będzie wydarzenia w które zaangażowane było więcej osób.
Jak to napisał kronikarz: opowiem to, a chociaż całą duszą brzydzę się rzezią obywatelską, to nie zawodzi podawać przykład waleczności żołnierskiej, oburzonej zniewagą sobie wyrządzoną. Oddziały koronne rozłożone w okolicach Opatowca były niezwykłym ciężarem dla lokalnej ludności. Chorągiew kozacka Mikołaja Daniłowicza miała wyznaczoną stację w wsi Pałuszyce. Szlachcic Pałuski, starzec sędziwy,  do którego należała owa wieś wyjechał na spotkanie żołnierzy, prosząc by chorągiew stacji nie niszczyła, a jeżeliby na mocy prerogatyw szlacheckich nie mógł uzyskać bezpieczeństwa własności, błaga ich, aby przynajmniej szanowali włość jego, jako posiadłość męża, którego syn także służył wojskowo. Niestety błagania na nic się nie zdały – żołnierze Daniłowicza zelżyli starca, a nawet plagami przez nich został znieważony. Wieczorem oddział zjechał do Pałuszyc i rozzuchwaleni kozacy zaczęli tam dokazywać.
W tym samym czasie Pałuski junior postanowił wybrać się do rodzinnego gniazda, opuścił więc chorągiew w której służył[1] i pojechał na spotkanie z ojcem. Ten opowiedział mu o krzywdach jakie go spotkały, w młodym towarzyszu zagotowała się więc krew. Ruszył wraz z ojcem i dwoma sługami w ślad za chorągwią Daniłowicza. Dopadł ją w okolicy Opatowca, gdy oddział przeprawiał się przez Wisłę. Na małym statku z dwudziestu żołnierzy z chorągwią przeprawiło się na przeciwległy brzeg [i] przewoźnicy nazad wracali, aby resztę wojska przewozić.
Młody Pałuski chcąc pomścić krzywdy ojcu wyrządzonej, każdego żołnierza z osobna wyzywa na pojedynek. Wszyscy odmawiali mu jednak satysfakcji, rozjątrzone umysły uśmierzając śmiechem i perswazją. Pałuski junior z przekleństwem na ustach – nazywając kozaków niewieściuchami i niegodnymi zacnego imienia żołnierza – i z dwoma sługami u boku rzucił się na żołnierzy. Rozproszył grupę na brzegu, porwał znak rycerski[2], drzewce połamał i w nierównej walce, wsparty sługami swymi, z placu spędził 20 zbrojnych ludzi. Świadkami wydarzenia byli pozostali żołnierze Daniłowicza, którym udało się udobruchać Pałuskich i wyprosić zwrot chorągwi haniebnie sobie odebranej[3]. Jak podsumowuje to wydarzenie pan Wespazjan: a tak garść ludzi wet za wet większej oddziała liczbie.
Ciekawi mnie, w jakim oddziale służył młody Pałuski, zawadiaka z niego był jak widać niezgorszy. W tym przypadku walczył oczywiście w słusznej sprawie, broniąc honoru ojca i rodu – przykre jest to, że przeciw własnym towarzyszom broni…



[1] Niestety nie wiem jaki był to oddział.
[2] Chorągiew oddziału.
[3] Utrata sztandaru, o czym kilkakrotnie pisałem na blogu, była bodaj największą hańbą jaka mogła się przytrafić. 

niedziela, 22 lutego 2015

Pistolety, szabla polska i szpada francuska


[Dzisiejszy wpis z dedykacją dla wszystkich miłośników szermierki, zwłaszcza dla Rafała, który właśnie w Toruniu kłuje, siecze i rąbie. Zdjęcia to oczywiście najwspanialsza scena pojedynku w polskiej kinematografii i przedstawiać jej nie trzeba.]
Wspominałem już jak to panowie Pasek i Poczobut Odlanicki lubowali się w opisach pojedynków w których przyszło im brać udział. Nie każdemu jednak takie starcia przypadały do gustu. Wespazjan Kochowski tak oto napisał o nowej „modzie” szerzącej się w czasie panowania króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego: coraz też liczniejsi u nas występowali zapaśnicy[1] popisujące się z szczególniejszą sztuką szermierską. Nareszcie powszechne urosło mniemanie, iż szkoła pojedynkarska przez Polaków, którzy przecie sądzą, że szlachetniejsza srożyć się na wroga[2] niż na nieprzyjaciela, ledwo rzadko kiedy sprowadzana z zagranicy, obecnie całkiem wśród nas się rozgościła. Kilka też pojedynków odbyli tacy, których dręczyło pragnienie krwi ludzkiej, innym zaś zapobiegła powaga królewska, grożąca karami aktorom takich sztuk tragicznych, lub załatwiono je za wdaniem się w przyjaciół.
Po takim wstępie pan Wespazjan opisuje przypadek niecodziennego pojedynku. Starosta oświęcimski Jan Pieniążek poróżnił się dla małej jakiejś zwady  z podstolim sandomierskim Marcjanem Chełmskim. Krewcy szlachcice wzajemnie się wyzwali na pojedynek z tym dziwacznym warunkiem, że gdzie się spotkają, tam się też rozprawią. Panowie spotkali się przypadkiem pod Odrzywołem, ale wydawało się, że do pojedynku nie dojdzie. Pieniążek jechał bowiem na wozie, bo bardzo bolała go noga, podczas wojny szwedzkiej kulą armatnią mocno zraniona. Chełmski zelżył przeciwnika, wyrzucając mu, że oto chowa się na wozie, podczas gdy według zasad[3] powinien stanąć do pojedynku. Uznając się za zwycięzcę, pan Marcjan odjechał. Starosta nie mógł jednak wytrzymać zniewagi, przy pomocy czeladzi na chorą nogę włożywszy obuwie, dosiadł konia, dogonił przeciwnika i wyzwał go w szranki.
Na szczerym polu, z równymi końmi i równą bronią szlachcice rzucili się do walki. Spiąwszy konie, skoczyli ku sobie; jeszcze chwilkę czekali (bo tak chciał honor), wyglądając niby, kto też z nich pierwszy wypali. Kochowski komentuje to gorzko: zaprawdę barbarzyński to zwyczaj co żąda, abyś zabijał lub sam został zabitym, i zaiste czcza to ceremonia, która każe pilnować honoru wtenczas kiedy zamyślasz krwią przeciwnika śmierci składać ofiarę. Panowie jednak spudłowali strzelając do siebie z pistoletów, w pierwszym spotkaniu nie zaspokoili zemsty. Zsiedli więc z koni i ruszyli do starcia wręcz. Co ciekawe, Pieniążek miał walczyć szpadą francuską, a Chełmski szablą polską. Tu wynik mógł być tylko jeden – bo szpada francuska nie sprostała szabli polskiej i zwyciężony Pieniążek uszedł z placu. Pan Marcjan nie ścigał pokonanego, szlachetny gniew powściągnął.
Jak widać w tym przypadku obyło się bez zbędnego rozlewu krwi, chociaż nie zawsze tak bywało. Kochowski opisał jeszcze jeden niecodzienny pojedynek, o którym napiszę jutro.



[1] W znaczeniu: biorący udział w pojedynkach (zapasach).
[2] W znaczeniu: wroga prywatnego, czyli innego Polaka.
[3] Pieniążek był w tym pojedynku wyzywającym, który zawsze powinien być w pogotowiu [do starcia].