Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Żółkiewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Żółkiewski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 lutego 2018

Jak baby właśnie, albo raczej kur­wy



Samuel Maskiewicz w swoim Diariuszu przedstawia bardzo ciekawy opis kampanii 1618 roku pod Oryninem, gdzie wojskom koronnym nie udało się powstrzymać najazdu tatarskiego. Pamiętnikarz nie szczędzi słów krytyki pod adresem magnatów kresowych, skonfliktowanych z hetmanem Żółkiewskim. Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment z Maskiewicza, dobrze ukazujący bolączki towarzyszące obronie granic koronnych.

Obóz nasz pod Oryninem w Podolu albo w Wołoszech. Hetman koronny Stanisław Żółkiewski w obozie głową. Niezgoda i niedufhość między panięty ukrainnymi a hetmanem stąd [jak] się ludzie domyśli-wają, że jakoby hetman nie życząc księciu Koreckiemu w Wołoszech sławy i zwycięstwa przeszłego roku, sobie ten regiment przywłaszcza­jąc, do którego go uprzedził Korecki, spraktykował wojsko, którzy właśnie, kiedy się bić przyszło, odstąpiło go i na mięsne go jatki wy­dało, że się musiał w ręce nieprzyjacielowi dostać i był więźniem cesarza tureckiego z tym hospodarczykiem, co go prowadził na pań­stwo, i z matką jego, którzy snadź się i poturczyli. A on dziwnym spo­sobem z tego niepodobnego więzienia wyszedł i żonę wyswobodził.
Jego też hetman chciał właśnie, bo miał przy sobie Hauryłaszka, syna Bogdanowego, który był po Weremieju, bracie swoim, za niedojściem lat syna jego, hospodarem, i tego chciał hetman wsadzić na ho-spodarstwo wołoskie, a nie Weremejowego syna. I obawiał się snadź, aby mu za tą okazją z Tatary figlu Korecki nie wystroił, bo miał ludzi niemało z sobą. Do tego książęta Zbarascy, Wiśniowieccy, Sieniawski, Czartoryscy, którzy osobami swymi w obozie byli, nie chcieli się pod regiment hetmański podać mając tak piękne i chętne wojsko, że nie tylko potęgą równać z nieprzyjacielskim mogli, ale w liczbie ledwo nie tak wiele, jako nieprzyjacielskiego, naszych się liczyło. Żal się Panie Boże takiej niezgody, na którą nieprzyjaciel patrząc tak w górę wyniósł i znieważył naszych, że śród białego dnia mimo obóz nasz ru­szywszy się i poszedł w ziemię dalej na mil 30 za obóz. A nasi nie ja­ko rycerscy ludzie [zachowali się], ale baby właśnie, albo raczej kur­wy. Z obozu nie śmiał żaden wystąpić do nich. Niesłychana, ach i ża­łosna nowina do obozu mężom o zabranie żon, dzieci, synom ojców, matek, braci, sióstr przyniesiona. Żałośniejsza sowito i niewypowie­dzianie, kiedy oczyma swymi patrzali z obozu na nie. Ano nieprzyja­ciel pędzi, prowadzi ciężko narzekających, a o ratunek tylko Boga sa­mego wołających, w nieznośną niewolą. Nie był tam tak cnotliwy mąż, syn, brat, aby jeśli nie w nieprzyjacielu, tedy w wodzu samym, za którego sprawą o taką szkodę przyszli, szablę utopił.



piątek, 28 kwietnia 2017

Kącik polemiki - odsłona IV


[Dla tryumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili – Edmund Burke (1729-1797)]

Tym razem dość nietypowa polemika, bo połączona z dość gorzką obserwacją. Jak zapewne część z Czytelników tego bloga wie, od wielu już lat nie mieszkam w Polsce. Bacznie jednak obserwuję co dzieje się w kraju nad Wisłą, nie tylko na rynku wydawniczym… Przyznam, że coraz bardziej szokuje mnie w Polsce rozwój pseudohistorii, zataczającej coraz szersze kręgi i zdobywającej wielu wyznawców. Na pierwszy plan wybija się tu oczywiście turbolechityzm, do którego niestety wydatnie przyczyniło się Wydawnictwo Bellona, propagując fantastykę naukową autorstwa Janusza Bieszka jako pozycje historyczne. Co gorsza, wieść niesie że Bellona zamierza teraz wydać i książkę napisaną przez Pawła Szydłowskiego – a to będzie już totalny  skok na kasę i upadek na twarz…
Niestety takie pseudohistoryczne podejście nie ominęło i mojego ukochanego XVII-wieku. Już wcześniej na blogu komentowałem turbohusarskie memy, które stają się powoli podstawą edukacji. Było tez i kilka słów o książce która miała dużo wspólnego z ciekawostkami, ale mało z historią. Tym razem chciałbym kilka słów poświęcić artykułowi Polacy na Kremlu. O krok od imperium. Jego autorem jest Piotr Zychowicz, znany skądinąd ze swoich prac dotyczących XX wieku. Omawiany tu artykuł miał powstać w 2014 roku dla miesięcznika Historia Do Rzeczy, ja zapoznałem się z nim jednak dopiero teraz, kiedy zamieszczono go na stronie internetowej.

W języku angielskim mamy idiom cherry picking, który idealnie oddaje to co możemy znaleźć w tym artykule. Tak jak zbieracz czereśni wybiera tylko najlepsze i najładniejsze okazy, tak i Autor wybrał sobie źródła, opracowania i cytaty pasujące do tezy, odrzucając te które mu nie pasowały. Ze zjawiskiem takim możemy się niestety spotkać w wielu pracach (mniej lub bardziej) historycznych – ale to już coś na inny wpis i inną opowieść.

Artykuł zaczyna się od opisu „bitwy pod Kłuszynem”. Musiałem to zawrzeć w cudzysłów, gdyż jest to fantastyka jakich mało. Jakiś zupełnie z kosmosu wzięty opis szarż husarii, szarżujących na wojska moskiewskie nijak się ma do rzeczywistego przebiegu bitwy, gdzie walka z Moskwą była ograniczona. Husaria piękna i wspaniała, do tego każdy jeden w lamparciej skórze. Na polu bitwy nie walczono z moskiewskimi rajtarami, bo też formacja taka jeszcze nie istniała. Zabawne jest sformułowanie o szwedzkich sojusznikach Rosjan i zachodnich wojskach zaciężnych, implikuje bowiem dwa różne zgrupowania. Tyle tylko że chodzi tu po prostu o wojska De la Gardie, złożone z wojsk najemnych z wielu krajów Europy, będących na żołdzie szwedzkim a wysłanych do Moskwy na mocy porozumienia z Karolem IX. Istnym majstersztykiem, typowym dla wspomnianego już cherry pickingu, jest podanie strat moskiewskich jako 17 000 zabitych. To wysoce zawyżone informacje z anonimowej relacji o bitwie, które nijak się mają do liczb podawanych przez uczestników starcia. Ale wiecie, na papierze to wygląda dobrze…

Zaraz potem Autor przechodzi do sedna, czyli snucia wizji Rzeczpospolitej od Bałtyku po Ocean Spokojny. Manipuluje przy tym faktami jak tylko się da, nie wspominając np. że hetman Żółkiewski należał do tych senatorów, którzy odradzali Zygmuntowi III mieszanie się we wrzący kocioł wewnętrznych spraw moskiewskich. Opiera się o wyliczenia Krzysztofa Warszewickiego, który zmarł w 1603 roku czyli nie mógł być świadkiem Dymitriad i zmieniającej się sytuacji na linii Rzplita-Moskwa. Kapitulację polskiego garnizonu Moskwy w 1612 roku określa jako klęskę, nie biorąc pod uwagę sytuacji w jakiej znajdował się wtedy Rzeczpospolita: zadłużona wobec wojska, którego cztery dywizje (zarówno te walczące wcześniej w Inflantach jak i w Rosji) rozlały się szeroko po ziemiach Rzplitej, paląc i rabując jakby byli w podbitym kraju. Niewydolny polski system podatkowy zalegał żołnierzom miliony złotych. Latem 1612 roku zaś w Mołdawii została zmasakrowana polska wyprawa Stefana Potockiego, która przy aprobacie króla (i z wieloma chorągwiami wojska kwarcianego) ruszyła po tron hospodarski. W Inflantach dopiero co udało się zakończyć wojnę ze Szwecją. Kraj był wyczerpany konfliktami toczonymi od 1600 roku, włącznie z rokoszem Zebrzydowskiego (czy jak to się często teraz ujmuje – sandomierskim). O tym jednak w artykule nie przeczytamy, bo nie pasuje to do przyjętej przez Autora koncepcji potężnego państwa które miało szansę stać się jeszcze potężniejsze na wieki wieków amen. Król Zygmunt III jest tu fantastą i zazdrośnikiem, a Żółkiewski to według Autora najwybitniejszy, najbardziej dalekowzroczny mąż stanu epoki. Naprawdę nie wiem jak się do tego odnieść, bo to tezy żywcem wyjęte z XIX-wiecznych opracowań. Zdobycze z rozejmu dywilińskiego to według Autora ochłapy - pewnie, Smoleńsk to wszak zupełnie nieważna twierdza, nikt się nim nigdy nie przejmował i nie koncentrowały się na nim późniejsze kampanie…  

Jakoś brak informacji, że moskiewscy bojarzy – negocjując kwestię tronu carskiego dla Władysława - nalegali na Żółkiewskiego, by ten namówił króla do odstąpienia od oblężenia Smoleńska i oddania wszystkich zajętych przez Polaków twierdz. Hetman miał się ku temu skłaniać, ale król okazał się pragmatykiem i realistą, nie zgadzając się na takie warunki. No ale to znowu nie pasuje do tezy, prawda? Brak dokładniejszego spojrzenia na różnice kulturowe między moskiewskimi bojarami i polską szlachtą, które mogłyby pokazać jak – na dłuższą metę – niemożliwa byłaby integracja. Autor pomija mechanizmy Smuty, kwestie wojny domowej będącej de facto rozgrywkami najważniejszych rodów bojarskich, które – w znacznej mierze dzięki polskim i szwedzkim „gościom” – mogły pozbywać się konkurencji i zmienić układ sił w państwie. Autor zapomina jak Filaret (Fiodor Nikiticz Romanow) pogrywał Żółkiewskiego, negocjował twardo z Zygmuntem III i manewrował moskiewską polityką – a warto pamiętać, kto został (w znacznej mierze dzięki jego polityce) carem moskiewskim w 1613 roku.

Z artykułu wyłania się niezwykle optymistyczna wizja, że gdyby tylko Zygmunt III posłuchał Żółkiewskiego i wysłał Władysława do Moskwy jako carewicza, to doszłoby do stopniowego przejęcie przez Rosję polskiej kultury i języka, tak jak to miało miejsce na Litwie. Wszystko byłoby pięknie i wspaniale, nigdy nie powstałaby potężna carska Rosja-przeciwnik Polski. To takie granie na patriotycznej trąbce, odrzucające wszystko co działo się po 1612 roku – kolejne konflikty europejskie pośrednio i bezpośrednio wpływające na Rzplitą, kolejnych władców i ich politykę, przemiany w obrębie samego kraju. Husaria pogoniła Moskwę, trzeba było to wykorzystać i słuchać Żółkiewskiego – bo przecież krew Polaków zamordowanych na Kremlu w maju 1606 roku już dawno wsiąkła w ziemię i Władysławowi włos by nie spadł z głowy.

 Może jednak niech p. Zychowicz bawi się w alternatywne historie związane z XX wiekiem, a wiek XVII pozostawi w spokoju…


poniedziałek, 15 sierpnia 2011

A tak napominam wszech wobec i z urzędu swojego rozkazuję


W lipcu 1594 roku rada miejska Lwowa poskarżyła się listownie hetmanowi polnemu koronnemu (a zarazem i kasztelanowi lwowskiemu) Stanisławowi Żółkiewskiemu na burdy wszczynane przez jego żołnierzy w mieście.  Hetman zareagował na skargę taką oto odezwą do wojska, datowaną na 30 lipca 1594 roku:
Wszem wobec panom żołnierzom wiadomym czynię, że panowie rajcy lwowscy uskarżali się przede mną, iż od ludzi żołnierskich w mieście Lwowie zuchwalstwa i gwałty nie małe się dzieją i przegrózki jakieś tak przeciwko osobom na urzędzie będącym jako i inszym obywatelom miasta tego. A tak napominam wszech wobec i z urzędu swojego rozkazuję, aby każdy raczej na stanowisku swoim był, a burkiem lwowskim się nie zabawiał, a jeśliby komu trafiło się dla oprawy rynsztunku tam przyjechać, iżby każdy skromnie i utściwie się zachował bez czynienia gwałtów, krzywd, szkód,  przegrózek  każdego stanu człekowi: gdyż jeśli kto krzywdę jaką ma, może jej urzędownie a nie przez gwałt albo przegrózki ścigać. Jeśliby więc kto się trafił tak niepowściągliwy i swawolny, któryby gwałt jaki popełnić się ważył, albo Krzywczy i szkody jakie ludziom, bądź w wydzieraniu żywności bądź z jakiejkolwiek inszej przyczyny uczynił, takowego każdego swawolnika, urząd miasta tego ma pojmać i zatrzymać in honesta tamen detentione do zniesienia się i informacji mojej.