Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pojedynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pojedynki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2020

Dałże tedy wprzód pięścią w gębę



Dziś powiastka o krewkim podkomorzycu i równie krewkim oficerze dragonów. Przekonamy się, że nawet w XVII wieku kłótnie na tematy wojskowe potrafiły być bardzo nerwowe. Rzecz będzie miała miejsca na dworze króla Jana III w 1694 roku,  a opisał ją Kazimierz Sarnecki.

Po obiedzie jmp. Dąbrowski podkomorzyc wileński z p. Lamarem starszym rotmistrzem dragańskim powadziwszy się z dyskursów o komendę, że ją lepiej Lamar rozumie, bo ma onej księgę, wprzód słowami, a potem pięściami solwowali sobie racyje. Dałże tedy wprzód jmp. podkomorzyc Lamarowi pięścią w gębę, a Lamar kijem oddać miał w głowę jmp. podkomorzycowi, potem do szpady się porwał jmp. Dąbrowski, za którą uchwycił p. Prusiński rotmistrz dragański j.k.m.; że ten uczynili eksces w zamku, przed skarbcem, pod bokiem pańskim i hetmańskim, odebrał zaraz te szpady pod wartę, a ichmciów aresztował na tym się miejscu, aby nie wychodzili, kawalerskim słowem, nie biorąc samych pod warte. Zaraz tedy powiedziano królewsku ichm., inkwizycyją czynić kazano, z której się pokazało, że obadwa byli pijani, i tak się tego nie aprehendowano, że po pijanu ten eksces zrobili, szpady im oddać kazano, żeby się sami po trzeźwiu pogodzili.  

sobota, 27 stycznia 2018

O jeden pojedynek pięć dusz zginęło


Podczytuję sobie właśnie zbiór źródeł Kampania żwaniecka 1653 roku. Diariusze i relacje wojenne. Osoba redaktora – Dariusza Milewskiego – gwarantuje wysoki poziom edycji i naprawdę ułatwia odbiór XVII-wiecznych tekstów. Wśród zapisków dotyczących tej nieszczęsnej kampanii, znalazłem ciekawy zapisek dotyczący jednego z ulubionych tematów blogowych, czyli pojedynków. Oddajmy głos anonimowemu autorowi Krótkiej narratywy… który opisze nam krwawe przypadki z końca października:
P. Bolie [?] pokojowy ks. J.Mci pana koniuszego [Bogusława Radziwiłła] umarł. Był to cudowny i prawie casus: o jeden pojedynek pięć dusz zginęło. Bo ci jadąc na ks. J.Mci i ostał się był w Kamieńcu, gdzie z oficerem jednym z gwardyjej zostający[m] powadziwszy się i w gębę od niego wziąwszy, zabił go z pistoletu. Porucznik tejże kompanii wziął go zaraz za wartę, pistolet i szpadę odebrał i dopiero inarmatum, a wiedząc żeby ks. J.Mci pokojowy, bił, tłuk[ł] pistoletem w łeb pistoletem, aż się potrzaskał i jedną ranę walcem w łeb śmiertelną zadał. Książę J.M. dowiedziawszy się posłał [po] p. Boliego do Kamieńca, kilku dragonów, z których jeden z żołdatem się z tegoż regimentu zwadziwszy, zabił go, a jemu nazajutrz szyję ucięto. Bolie z rany umarł, a Kencissowi [?] porucznikowi szyję uciąć kazano.

I tak to książę Radziwiłł stracił pokojowego i dragona, a gwardia dwóch oficerów i jednego knechta.  A wszystko to bez udziału Kozaków i Tatarów, którzy byli nominalnym przeciwnikiem w tej kampanii…

środa, 10 maja 2017

Ono słowo, o które się i chłopi w karczmie gniewają


Kniaź Temruk Onychowicz Szymowicz Petyhorski gościł już wcześniej na blogu, bo też był z niej wojak niezwykle dzielny. W czasie swojej kariery przyszło mu walczyć z Turkami, Gdańszczanami i Moskwą, znalazłem jednak epizod w którym doszło do specyficznej walki bratobójczej z udziałem naszego rotmistrza. W 1578 toku, w czasie pobytu Stefana Batorego we Lwowie, Temruk miał się pokłócić z pisarzem polnym Wacławem Wąsowiczem. Oto jak doszło do zwady:
Wąsowicz Pisarz polny na ratuszu oddawał z kwarty pieniądze żołnierzom. Timrukowi się coś do Pisarza nie podobało, że mu się ta czegoś z służby wytrącać miał, napominał się często by mu tego nie czynił a niewinności swej rationes dawał. Owa na rynku zetknąwszy się z nim Timruk surowo z nim mówić począł, odpowiadać słowa za słowa, aż Timruk zapalony powiedział mu ono słowo, o które się i chłopi w karczmie gniewają, za tym Wąsowicz pięścią mu w gębę dał, on zaś do szable, owa było ich wnet kilkadziesiąt dobytych. Timruk jakoś ustępując się z bronią padł, i w prawą rękę obrażon,  nie wiedzieć od kogo, nie od Wąsowicza, ale w rozwadzeniu od kogoś innego, owa skoczyli, to ten, to ów, rozerwali je, kłopotu dosyć było. Timruk jako wściekły żadnym sposobem jednać się nie chciał.
Panowie byli tak skłóceni, że sprawę przedłożono przed sąd królewski, gdzie Temruka, jako cudzoziemca, reprezentował przydany przez Batorego jako prokurator Dutkowicz. Król próbował pogodzić skonfliktowane strony, jednak Petyhorski okazał się w bardzo gorącej wodzie kąpany. Jedno chciał aby Wąsowiczowi gardło wziąć, a jemu rękę uciąć, albo niemożeli być tak, więc powiada i mnie i onego ściąć, a inaczej serce moje ukojone być nie może.

Takie dictum musiało rozwścieczyć Batorego, który nie był władcą skorym do tego, by ktoś dyktował mu warunki. Kazał więc obydwu uczestników bójki zamknąć na Wysokim Zamku. Po dwóch tygodniach ogłosił dekret, że obydwaj są niewinni – chociaż Wąsowicz niewinniejszym nalezion jest, niż Timruk. Nerwowy rotmistrz mógł ruszyć na wyprawę przeciw Moskwie i  tam odzyskać łaskę królewską. 

środa, 19 sierpnia 2015

Ten go w gębę, a on w nogi


16 grudnia 1643 roku Janusz Radziwiłł wydał w Wilnie ucztę, którą chciał uhonorować odwiedzających miasto króla Władysława IV Wazę i królewicza duńskiego Waldemara Christiana[1]. Towarzystwo bawiło się przednio, gdy nagle doszło do głośnej sprzeczki dwóch biesiadników. Byli to kapitanowie[2] gwardii: Hołowczyński[3] i Mikołaj Konstanty Giza (jego wizerunek widzimy powyżej). Nie wiadomo dokładnie o co poszło, ale sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli – Hołowczyński spoliczkował bowiem Gizę. Władysławowi IV brakowało chyba w tym czasie rozrywek dworskich, zezwolił bowiem na pojedynek. Obecnie na tak udanej imprezie Albrycht Stanisław Radziwiłł zanotował:
[Hołowczyński] żołnierskim zwyczajem zaproponował broń. Wtedy Giza jął powściągać gniew na obliczu i lekceważąc wyzwanie na pojedynek, chyżością nóg, jawną ucieczką podał swoją cześć na wzgardę, czas jakiś unikając ludzkich oczu.
Co ciekawe, panowie jeszcze przez kilka lat służyli razem w tym samym regimencie, ciekawe czy jakoś się pogodzili. Tchórzostwo w obliczu pojedynku nie zaszkodziło najwyraźniej Gizie, który za Jana Kazimierza dochrapał się rangi podpułkownika w regimencie pieszym gwardii, otrzymał także indygenat.



[1] Co ciekawe, miał on w grudniu 1656 roku umrzeć  w Polsce, walcząc w szeregach… armii szwedzkiej. Dziwnie to się czasami w historii układa.
[2] Dowódcy kompanii w regimencie gwardii pieszej Władysława IV.
[3] Według ustaleń prof. Nagielskiego był to Samuel lub Mikołaj. 

środa, 20 maja 2015

W konie (kopią!) - rzekł podstępny Hiszpan


Wczoraj pozostawiliśmy pana Bayarda tuż po pojedynku z Don Alonzem. Ciało Hiszpana zostało zabrane przez jego towarzyszy, tryumfujący Francuzi powrócili do swojego obozu pod zamkiem Monervine. Podpisano mający trwać dwa miesiące rozejm, ale sprawy nie wracały do normy. Hiszpanie nie mogli się pogodzić ze śmiercią Soto Mayor, niektórzy z nich przybywali do francuskiego obozu i zdawali się zaznawać niezwykłej przyjemności w próbach obrażania Francuzów.
Pewnego dnia Bayard i jeden z jego dobrych przyjaciół – D’Oroze – spotkali nieopodal swojego obozu grupę Hiszpanów. Panowie skłonili się sobie, a wtem jeden z Hiszpanów odezwał się do Bayarda:
Mój dobry francuski panie, ten rozejm trwać będzie jeszcze tylko osiem dni, a my jesteśmy nim już bardzo zmęczeni, być może i wy odczuwacie tak samo. Jest nas tu trzynastu; jeżeli zebralibyście swoją grupę [złożoną z] trzynastu [i stanęli na pojedynek] przeciw nam, byłaby to dla mnie i mych towarzyszy ogromna przyjemność.
Mówiący te słowa, Don Diego de Bizagna, miał w tym wszystkim ukryty motyw. Ten odważny i śmiały rycerz należał bowiem do kompanii poległego Soto Mayor, chciał więc pomścić jego śmierć. Bayard i D’Oroze zgodzili się na propozycję starcia i umówili się z Hiszpanami za tydzień w miejscu odległym o dwie mile. Jak można sobie wyobrazić, nie mieli żadnego problemu ze znalezieniem jedenastu ochotników do pojedynkowej kompanii…
Ustalono następujące warunki starcia:
- jeżeli rycerz straci swojego konia nie może już dalej walczyć
- ten który przekroczy wyznaczone granice pola starcia zostanie wzięty w niewolę
- starcie zakończy się z nadejściem zmroku
- jeżeli każda ze stron zachowa po jednym konnym na placu boju pojedynek zakończy się honorowym remisem.
W wyznaczonym dniu dwudziestu sześciu uzbrojonych w kopie rycerzy stanęło w szranki. Szybko okazało się jednak, że Hiszpanie mają opracowany plan zwycięstwa. Atakowali bowiem konie miast jeźdźców, czyniąc to tak skutecznie że po niedługim czasie jedenaście [francuskich] z nich leżało już martwych na placu. Hiszpańskie konie nie chciały jednak przestępować przez wał zabitych rumaków. Wykorzystali to Bayard i D’Oroze, szarżując śmiało i często na Hiszpanów, po czym wycofując się za wał trupów. Kiedy zapadł zmrok, Hiszpanie zeszli z pola walki, a dwa Francuzi zostali bezapelacyjnie ogłoszenie zwycięzcami.

Niestety kronika wyczynów Bayarda nie mówi co stało się z żądnym zemsty Don Diego de Bizagna, widać jednak że jego plan spalił na panewce. Bayardowi przybyło kolejne pióro do pióropusza jego rycerskiej sławy. Zapewne wspomnę w przyszłości o jego kolejnych wyczynach.

wtorek, 19 maja 2015

W akompaniamencie głośnego płaczu i lamentów...


Dawno temu obiecałem, że seigneur Bayard pojawi się po raz kolejny na blogu (pozdrowienia Matheo!). Pora więc obietnicy dotrzymać i to w najlepszym stylu, czyli opisując przesławny pojedynek z 1503 roku. Słynny rycerz wojował wtedy w szeregach armii francuskiej Karola VIII przeciw wojskom hiszpańskim w Italii – tak to się ślicznie w historii układalo…
W czasie tej kampanii doszło do starcia z oddziałem hiszpańskim dowodzonym przez kapitana Don Alonzo de Soto Mayor. Francuzi rozbili przeciwnika a sam Bayard pokonał Don Alonza i wziął go do niewoli. Bayard potraktował swego przeciwnika honorowo, oddając mu szacunek jako znanemu żołnierzowi, pozwalał mu więc na wiele, w zamian za danie słowa honoru że [Hiszpan] nie opuści murów zamku[1]. De Soto Mayor miał jednak inne plany i przemyśliwał jak to dać drapaka. Przekupił więc Albańczyka imieniem Theode, by ten pomógł mu w ucieczce i dostarczył dwa konie. Don Alonzo umknął do swojego obozu, mając jednak w planach przesłanie Bayardowi okupu za siebie, ustalonego wcześniej na 1000 dukatów. Gdy tylko Francuz zdał sobie sprawę z tego, że jego cenny więzień zniknął, wpadł w furię i wysłał oddział swoich przybocznych na poszukiwanie zbiegów. Po dwóch milach pościgu Hiszpan i Albańczyk zostali jednak złapani i przyprowadzeni do Bayarda. Ten skarcił Hiszpania, traktując cały pomysł ucieczki jako wyjątkowo niehonorowy. Kazał go od tej pory trzymać w jednej z zamkowych wież, acz we wszystkich pozostałych aspektach traktował go [honorowo] jak wcześniej. Po kilku dniach hiszpański herold i jeden z paziów Don Alonza przybyli z hiszpańskiego obozu z wyznaczoną sumą okupu. Panowie rozstali się – wydawało się – w zgodzie i Hiszpan powrócił do swoich towarzyszy.
Tu wydawałoby się, że historia mogłaby się zakończyć. Nic jednak z tego. Dumny Hiszpan zaczął bowiem narzekać na warunki w jakich go przetrzymywano, chociaż jednocześnie wychwalał charakter samego Bayarda. Le chevalier sans peur et sans reproche nie mógł jednak puścić tego płazem. Wysłał więc do Andres[2] herolda z pismem, w którym wyzywał Don Alonza na pojedynek. Hiszpan odpowiedział twierdząco, starcie ustalono na mające się odbyć za piętnaście dni. Bayard uzyskał zezwolenie od swoich dowódców na wzięcie udziału w pojedynku i poprosił swojego dobrego przyjaciela Bellabre’a by ten został jego sekundantem.
W dniu starcia Bayard był bardzo chory, nie powstrzymało go to jednak od stawienia się na polu. Czekał jako pierwszy, konno i ubrany na biało. Don Alonzo, wiedząc o chorobie Bayarda, postanowił zmienić warunki pojedynku i poprosił by walczyć pieszo. Myślał bowiem, że Bayard, będąc ciężko chorym, będzie zmuszony zrezygnować z pojedynku. Hiszpan jednak przeliczył się w swoich kalkulacjach, Bayard przyjął bowiem jego warunek. W obliczu licznie zgromadzonych szlachciców z obu stron, panowie stanęli do pojedynku, który trwał niezwykle długo. Przeciwnicy byli siebie warci i długo żaden z nich nie mógł zdobyć przewagi. Wreszcie Bayardowi udało się trafić Don Alonza w szyję, a w miarę upływu krwi Hiszpan zaczął słabnąć. Francuski rycerz rzucił się na niego i obydwaj padli na zakurzoną ziemię. Wykorzystując moment zamieszania, Bayard pchnął swoim poniardem pomiędzy nos a lewe oko. Zakrzyknął wtedy do przeciwnika, by ten poddał się  - Hiszpan jednak już skonał. Bayard, zasmucony śmiercią przeciwnika, oddał ciało Don Alonza pogrążonym w żałobie towarzyszom kapitana. Wtedy, w akompaniamencie głośnego płaczu i lamentów, Hiszpanie odjechali z ciałem poległego, a Francuzi zaprowadzili zwycięzcę [do swojego zamku] przy dźwięku trąb, obojów i licznych innych instrumentów.
I tu wydawałoby się, że historia mogłaby się zakończyć. Francuski honor został uratowany, Bayard podziękował Bogu za tryumf, Hiszpanie pogrążyli się w żałobie. To byłoby jednak za proste, prawda? Jutro napiszę więc o pojedynku, który był następstwem śmierci Don Alonza i utrwalił sławę le chevalier sans peur et sans reproche.


[1] Bayard wchodził wtedy w skład garnizonu w Monervine.
[2] Gdzie znajdował się obóz hiszpański. 

środa, 25 lutego 2015

Niewieściuchy i niegodni zacnego imienia żołnierza


Dziś (czyli oczywiście później niż zakładałem…) drugi obiecany pojedynek z zapisów Wespazjana Kochowskiego. Tak jak i poprzedni pochodzi z 1671 roku, tyle tylko że dotyczyć będzie wydarzenia w które zaangażowane było więcej osób.
Jak to napisał kronikarz: opowiem to, a chociaż całą duszą brzydzę się rzezią obywatelską, to nie zawodzi podawać przykład waleczności żołnierskiej, oburzonej zniewagą sobie wyrządzoną. Oddziały koronne rozłożone w okolicach Opatowca były niezwykłym ciężarem dla lokalnej ludności. Chorągiew kozacka Mikołaja Daniłowicza miała wyznaczoną stację w wsi Pałuszyce. Szlachcic Pałuski, starzec sędziwy,  do którego należała owa wieś wyjechał na spotkanie żołnierzy, prosząc by chorągiew stacji nie niszczyła, a jeżeliby na mocy prerogatyw szlacheckich nie mógł uzyskać bezpieczeństwa własności, błaga ich, aby przynajmniej szanowali włość jego, jako posiadłość męża, którego syn także służył wojskowo. Niestety błagania na nic się nie zdały – żołnierze Daniłowicza zelżyli starca, a nawet plagami przez nich został znieważony. Wieczorem oddział zjechał do Pałuszyc i rozzuchwaleni kozacy zaczęli tam dokazywać.
W tym samym czasie Pałuski junior postanowił wybrać się do rodzinnego gniazda, opuścił więc chorągiew w której służył[1] i pojechał na spotkanie z ojcem. Ten opowiedział mu o krzywdach jakie go spotkały, w młodym towarzyszu zagotowała się więc krew. Ruszył wraz z ojcem i dwoma sługami w ślad za chorągwią Daniłowicza. Dopadł ją w okolicy Opatowca, gdy oddział przeprawiał się przez Wisłę. Na małym statku z dwudziestu żołnierzy z chorągwią przeprawiło się na przeciwległy brzeg [i] przewoźnicy nazad wracali, aby resztę wojska przewozić.
Młody Pałuski chcąc pomścić krzywdy ojcu wyrządzonej, każdego żołnierza z osobna wyzywa na pojedynek. Wszyscy odmawiali mu jednak satysfakcji, rozjątrzone umysły uśmierzając śmiechem i perswazją. Pałuski junior z przekleństwem na ustach – nazywając kozaków niewieściuchami i niegodnymi zacnego imienia żołnierza – i z dwoma sługami u boku rzucił się na żołnierzy. Rozproszył grupę na brzegu, porwał znak rycerski[2], drzewce połamał i w nierównej walce, wsparty sługami swymi, z placu spędził 20 zbrojnych ludzi. Świadkami wydarzenia byli pozostali żołnierze Daniłowicza, którym udało się udobruchać Pałuskich i wyprosić zwrot chorągwi haniebnie sobie odebranej[3]. Jak podsumowuje to wydarzenie pan Wespazjan: a tak garść ludzi wet za wet większej oddziała liczbie.
Ciekawi mnie, w jakim oddziale służył młody Pałuski, zawadiaka z niego był jak widać niezgorszy. W tym przypadku walczył oczywiście w słusznej sprawie, broniąc honoru ojca i rodu – przykre jest to, że przeciw własnym towarzyszom broni…



[1] Niestety nie wiem jaki był to oddział.
[2] Chorągiew oddziału.
[3] Utrata sztandaru, o czym kilkakrotnie pisałem na blogu, była bodaj największą hańbą jaka mogła się przytrafić. 

niedziela, 22 lutego 2015

Pistolety, szabla polska i szpada francuska


[Dzisiejszy wpis z dedykacją dla wszystkich miłośników szermierki, zwłaszcza dla Rafała, który właśnie w Toruniu kłuje, siecze i rąbie. Zdjęcia to oczywiście najwspanialsza scena pojedynku w polskiej kinematografii i przedstawiać jej nie trzeba.]
Wspominałem już jak to panowie Pasek i Poczobut Odlanicki lubowali się w opisach pojedynków w których przyszło im brać udział. Nie każdemu jednak takie starcia przypadały do gustu. Wespazjan Kochowski tak oto napisał o nowej „modzie” szerzącej się w czasie panowania króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego: coraz też liczniejsi u nas występowali zapaśnicy[1] popisujące się z szczególniejszą sztuką szermierską. Nareszcie powszechne urosło mniemanie, iż szkoła pojedynkarska przez Polaków, którzy przecie sądzą, że szlachetniejsza srożyć się na wroga[2] niż na nieprzyjaciela, ledwo rzadko kiedy sprowadzana z zagranicy, obecnie całkiem wśród nas się rozgościła. Kilka też pojedynków odbyli tacy, których dręczyło pragnienie krwi ludzkiej, innym zaś zapobiegła powaga królewska, grożąca karami aktorom takich sztuk tragicznych, lub załatwiono je za wdaniem się w przyjaciół.
Po takim wstępie pan Wespazjan opisuje przypadek niecodziennego pojedynku. Starosta oświęcimski Jan Pieniążek poróżnił się dla małej jakiejś zwady  z podstolim sandomierskim Marcjanem Chełmskim. Krewcy szlachcice wzajemnie się wyzwali na pojedynek z tym dziwacznym warunkiem, że gdzie się spotkają, tam się też rozprawią. Panowie spotkali się przypadkiem pod Odrzywołem, ale wydawało się, że do pojedynku nie dojdzie. Pieniążek jechał bowiem na wozie, bo bardzo bolała go noga, podczas wojny szwedzkiej kulą armatnią mocno zraniona. Chełmski zelżył przeciwnika, wyrzucając mu, że oto chowa się na wozie, podczas gdy według zasad[3] powinien stanąć do pojedynku. Uznając się za zwycięzcę, pan Marcjan odjechał. Starosta nie mógł jednak wytrzymać zniewagi, przy pomocy czeladzi na chorą nogę włożywszy obuwie, dosiadł konia, dogonił przeciwnika i wyzwał go w szranki.
Na szczerym polu, z równymi końmi i równą bronią szlachcice rzucili się do walki. Spiąwszy konie, skoczyli ku sobie; jeszcze chwilkę czekali (bo tak chciał honor), wyglądając niby, kto też z nich pierwszy wypali. Kochowski komentuje to gorzko: zaprawdę barbarzyński to zwyczaj co żąda, abyś zabijał lub sam został zabitym, i zaiste czcza to ceremonia, która każe pilnować honoru wtenczas kiedy zamyślasz krwią przeciwnika śmierci składać ofiarę. Panowie jednak spudłowali strzelając do siebie z pistoletów, w pierwszym spotkaniu nie zaspokoili zemsty. Zsiedli więc z koni i ruszyli do starcia wręcz. Co ciekawe, Pieniążek miał walczyć szpadą francuską, a Chełmski szablą polską. Tu wynik mógł być tylko jeden – bo szpada francuska nie sprostała szabli polskiej i zwyciężony Pieniążek uszedł z placu. Pan Marcjan nie ścigał pokonanego, szlachetny gniew powściągnął.
Jak widać w tym przypadku obyło się bez zbędnego rozlewu krwi, chociaż nie zawsze tak bywało. Kochowski opisał jeszcze jeden niecodzienny pojedynek, o którym napiszę jutro.



[1] W znaczeniu: biorący udział w pojedynkach (zapasach).
[2] W znaczeniu: wroga prywatnego, czyli innego Polaka.
[3] Pieniążek był w tym pojedynku wyzywającym, który zawsze powinien być w pogotowiu [do starcia].

wtorek, 2 grudnia 2014

Pana Jana jeszcze więcej machania szabelką


Wspominałem kiedyś, jak to często pan Jan Poczobut Odlanicki pojedynkował się w czasie swojej służby wojskowej. 13 października 1671 roku chorągiew w której służył została zwinięta, jednak i ‘w cywilu’ pan Jan wciąż nie unikał pojedynków. Prześledźmy kilka przykładów:
- w styczniu 1672 roku Poczobut Odlanicki pokłócił się z panem Korsakiem. Krewcy szlachcice rzucili się do szabel, jednak powstrzymali ich pisarz grodzki wileński Dąbrowski i sędzia grodzki Chojecki. Korsak przysłał Poczobutowi czeladnika z wiadomością żebym jutro był gotowy na pojedynek wyniść, na co pan Jan miał zapytać tylko: czy pieszo czy na koniu? Noc jednak ostudziła gorące głowy litewskich szlachciców i do pojedynku nie doszło
- 25 września 1674 roku w czasie stypy swojej bratowej – Maryanny Siesickiej Poczobutowej – pan Jan pokłócił się z podkomorzym wileńskim Białłozorem. Podkomorzy miał zaatakować Poczobuta za jakąś zadawnioną krzywdę, na mój dobry afekt, mając dawny jakiś, jako widzę, renkor. Panowie rzucili się do szabel, ale zgromadzona szlachta zdołała ich powstrzymać. Po raz kolejny krewcy Litwini uspokoili się przez noc i rankiem wyperswadowano im ideę pojedynku
- 30 grudnia tegoż roku pan Jan gościł u siebie sędziego grodzkiego wiłkomierskiego, Mariana Wysockiego Hrehorowicza, który przybył ze stryjecznym swym, panem Konstantym Hrehowiczem. Poczobut miał upominać łagodnymi słowy młodego Hrehowicza, który miał obrazić sędziego. Słowa nie pomagały, więc pan Jan użył silniejszych argumentów, o co musiałem go ręką moją skonfudować. Panowie wybiegli na podwórze i imć Konstanty wyzwał Poczobuta na szable. Ten nie zastanawiał się zbyt długo, od pierwszego ścięcia szablę wyciąłem z garści, zadawszy mu rysę we łbie i w rękę. Ot, taka przyjemna końcówka roku…
- w maju 1675 roku w czasie chrzcin Antonego, syna pana Jana, doszło do poważnej awantury i bójki pomiędzy biesiadnikami i ich czeladzią. Poczobut następnego dnia wyjechał na pojedynek z panem Stanisławem Szemiotem, który już po pierwszym cięciu poprosił o zakończenie starcia

- w maju 1680 roku w czasie sejmu w Wilnie, pan Jan poczuł się obrażony na słowa rzucone w jego stronę przez Michała Ciechanowickiego, współdeputata na sejm. Wyzwał go więc na Święty Stefan, na pole, jednak do pojedynku nie doszło. Pan Michał przeprosił – dwa razy – za obraźliwe słowa i sprawa rozeszła się po kościach

czwartek, 20 grudnia 2012

Po białogłowsku



Stanisław Zygmunt Druszkiewicz w swoim pamiętniku zanotował ciekawy przypadek ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości. Grunt to rodzina…
[W 1641 roku] Zabiłem w Słucku w pokoju w dzień świąteczny komornika jego, niejakiego Zgłębickiego, o żarty, pod bytność [w obecności] Pana Eliasza Arciszewskiego. In recenti [zaraz potem] z gorącego uczynku wszedłem był do kościoła, a że trudno było z miasta wylecieć ptakiem (miasto wysokiemi obwarowane murami i warta była potężna), przyjechała umyślnie ciotka moja, Pani Szpęgowska z domu Rutkowska, i ubrawszy mnie po białogłowsku (jeszczem też natenczas nic nie miał na gębie) wywiozła mnie do Zamościa do szwagra mego (…) za Słuck trzy mile.
Pan Stanisław postanowił jednak oddalić się pośpiesznie od Słucka – przez Nowy Bychów dotarł bajdakiem do Kijowa, a stamtąd do Kudaku. Zaciągnął się potem na parę koni po kozacku do chorągwi Krzysztofa Grodzickiego, gubernatora twierdzy, gdzie służył do 1643 roku. Wtedy to, po pojedynku z towarzyszem Truszyńskim, został wydalony spod chorągwi. To już jednak inna historia, o której być może opowiem przy inszej okazji.

środa, 22 sierpnia 2012

Strzelanina w Wilnie

Dzisiejszy wpis to w sumie prośba do Czytelników – może ktoś zna inne źródła opisujące poniższe wydarzenie i jest w stanie mi coś podsunąć w tej materii? Już tłumaczę o co chodzi. W sierpniu 1662 roku Jan Antoni Chrapowicki zapisał w swoim metodycznie prowadzonym dzienniku:
Przyszła ponowa, że w Wilnie na komisyjej [wojskowej Egidiusza] Bremera pułkownika zabił Rogucki na pojedynku, Roguckiego zabił Irzykiewicz, a tego zaś postrzelony Rogucki postrzelił że umarł.
Egidiusz Bremer (de Britmar) był oberszterem w dywizji hetmana Sapiehy. Pochodził (zależnie od źródeł) z Flandrii lub z Bremy. Karierę rozpoczął w armii szwedzkiej (w randze kapitana), po krótkim epizodzie w armii koronnej (skąd za rozboje wyrzucił go Stefan Czarniecki)  zadomowił się w wojskach Sapiehy. Początkowo dowodził, w randze kapitan, chorągwią dragonii, jednak szybko awansował. Na początku 1658 roku, już w stopniu oberszter lejtnanta, dowodził regimentem (skwadronem) dragonii hetmana, rok później otrzymał też komendę regimentu piechoty cudzoziemskiej. W 1660 roku obsadził z regimentem pieszym Mitawę, której został komendantem. Sejm w 1662 roku nagrodził go indygenatem, jednak Bremer nie zdążył się nim długo nacieszyć.
Rogucki nie jest mi znany, być może to towarzysz z jednej z chorągwi jazdy? Może to być jednak i oficer spod komendy Bremera – nie jestem w stanie tego zweryfikować.
Irzykiewicz to prawdopodobnie (Władysław?) Irzykowicz-Montwid, służący w randze kapitana. Co ciekawe, żona obersztera Bremera to Eleonora Irzykowicz, podkomorzanka drohicka. Czyżby ów postrzelony oficer był z nią jakoś spokrewniony, może jeszcze służył pod komendą Bremera i pomścił swojego pułkownika w ten sposób?
Stąd właśnie moja prośba – może ktoś z Was zna jakieś inne źródła opisujące to wydarzenie, interesuje mnie jak doszło do całej sytuacji która przerzedziła w ten sposób kadrę oficerską armii litewskiej. Będę wdzięczny za wszelkie sugestie, czy to w komentarzach czy to na maila.
PS. Swoją drogą blog przeżywa ostatnio niezłe oblężenie, ponad 1500 odsłon w dwa dni, głównie w tematach związanych z bitwą pod Kircholmem. Ciekawe skąd taki nagły ruch?

poniedziałek, 12 marca 2012

Pana Jana machanie szablą

Pisałem ostatnio jak to pan Jan Poczobut Odlanicki i jego koledzy potykali się z dragonią. Przypomniało mi to, że nasz towarzysz husarski był osobą nader krewką i często opisywał swoje pojedynki z czasów służby wojskowej. Przejrzałem więc jeszcze raz jego pamiętniki, starając się wynotować przypadki z okresu do 1667 roku:
- we wrześniu 1658 roku, kiedy pan Jan służył (jako 18-latek) po kozacku w chorągwi pospolitego ruszenia, pojedynkował się w obozie armii litewskiej z niejakim Hołubockim. Gdy walczących oddzielono od siebie i pan Jan miał schować szablę do pochwy, Hołubocki znienacka ciął Poczobuta przez plecy, raniąc w łopatkę. Musiał się za to tłumaczyć przed oficerami, czego nie omieszkał z satysfakcją podkreślić pan Jan w swoich zapiskach
- także jesienią tegoż roku pan Jan stojąc na straży, powadził się z towarzyszem spod swojej chorągwi, Ussakowskim. Po zejściu z posterunku panowie szlachcice stanęli do pojedynku, o którym Poczobut napisał  lubo w młodym wieku, mocnom się oparł, dawszy mu upominek przez nos.
W 1659 roku Poczobut, zasmakowawszy wojaczki, odkupił od brata poczet husarski i stanął pod chorągwią hetmana polnego Gosiewskiego. W czasie służby miał niejedną okazję do pojedynków:
- 28 lutego 1660 pan Jan trafunkiem [przez przypadek] przez drzwi w stopę postrzelił czeladnika jednego z towarzyszy własnej chorągwi husarskiej. Pechowy pocztowy został śmiertelnie ranny i zmarł po dwóch tygodniach. Poczobut ubolewał nad przypadkową śmiercią, za co mię Boże mój miłościwy nie karz, ale bądź miłościw, bom go wcale i nie znał
- 15 sierpnia 1660 roku Poczobut, tym razem już jak najbardziej świadomie, stanął do pojedynku z towarzyszem Kazimierzem Jurewiczem. Stawką pojedynku było miejsce w rejestrze chorągwianym. Pan Jan wygrywał już pojedynek, gdy został zaatakowany przez kilku (zapewne zbytnio za nim nieprzepadających) towarzyszy z chorągwi, którzy chcieli wziąć go na szable. Poczobut został jednak ocalony przez towarzyszy z innych chorągwi, którzy interweniowali w porę i ocalili go od rozsiekania. Dzięki temu pojedynkowi zachował swoje miejsce w rejestrze
- Z kolei jesienią 1661 roku pan Jan musiał stanąć przeciw kolejnemu towarzyszowi spod swej chorągwi, Krzysztofowi  Szumskiemu. Poczobut i ten pojedynek wygrał, dałem mu raz łeb dobrze, że aż kulka wywrócił i kostki ze łba potem wybierał. Kilku towarzyszy było świadkami całego zdarzenia i złożyli zeznanie, w którym stwierdzili że Poczobut nie jest winny gdyż to Szumski dążył do starcia
- styczeń 1662 roku pan Jan zaczął od burdy pomiędzy towarzyszami i czeladzią z kilku chorągwi, wziął udział w potyczce wspierając pewnego znajomego. W tej zwadzie jak ją lapidarnie określił, zginął jeden pocztowy, a siedemnastu uczestników starcia odniosły rany. Sam Poczobut stracił w walce szablę i mało mię nie rozsiekano
- 2 sierpnia tegoż roku Poczobut miał stanąć do pojedynku ze Stanisławem Wołkiem, porucznikiem chorągwi kozackiej Stanisława Jana Lipnickiego. Zabroniono jednak odbycia tego pojedynku, doszło też do pogodzenia zwaśnionych stron. Pięć dni później, gdy pan Jan uczestniczył w mszy, czeladź z jednej z chorągwi litewskich napadła na jego husarski poczet i okrutnie pobiła ją, jak stwierdził pan Jan, bez powodu. Doszło do ogólnej zwady, w wyniku którego polała się krew po obu stronach. Poczobut kolejnego dnia wdał się w burdę z pijanymi towarzyszami, raniąc jednego, nazwiskiem Jałosz (Jałosza), szablą w rękę. Starszy brat rannego próbował potem z zasadzki ustrzelić pana Jana, kilka razy strzelając do niego przez okno.
- 13 sierpnia Poczobut wdał się w kolejną serię zwad, raniąc jednego z towarzyszy spod chorągwi Nowickiego. Kolejny towarzysz spod chorągwi rannego, Snarski, zaatakował i ciężko zranił Poczobut, tnąc go w róg głowy, żem się na nogach nie ostał. Ciężko rannego pana Jana okradziono z ubrania (sic!) i musiał poświęcić dłuższy czas na dojście do zdrowia
- rok 1662 zakończył w grudniu pojedynek z towarzyszem Michałem Rajeckim, spod chorągwi Judyckiego, gdzie pan Jan zranił przeciwnika w rękę
- w czerwcu 1663 roku Poczobut ciężko zranił w burdzie Floryana Strawińskiego z drugiej chorągwi husarskiej hetmana polnego. Zaciąłem trzy razy w obie ręce, w jedną raz, w drugą dwa razy, za com mocno potem w obozie przybeczał. Poczobutowi groziła za to starcie infamia a nawet kara na gardło, udało mu się jednak załagodzić sytuację, płacąc Strawińskiemu 500 złotych i godząc się z nim
- 3 listopada 1664 roku Poczobut został w karczmie wyzwany przez Unichimowskiego. Zelżony pan Jan bezlitośnie ukarał przeciwnika, raniąc go w głowę i rękę. Doszło do ogólnej zwady, w toku której przez przypadek (niezła musiała być zadyma) Poczobut odciął rękę swojemu koledze Samuelowi Zabuskiemu, towarzyszowi husarskiej chorągwi JKM. Sam pan Jan sztychowy raz w rękę dostał jednak udało mu się uniknąć większych ran
- 4 marca 1665 roku Poczobut wziął udział w starciu z dragonią Floka, co opisałem niedawno w osobnym wpisie
- 12 lipca tegoż roku pan Jan strzelał się (jaka miła odmiana od tego wymachiwania szablą) z towarzyszem Bohdanem Aleksandrowiczem z husarskiej chorągwi kanclerza Krzysztofa Paca.  Aleksandrowicz spudłował, a pan Jan postrzelił pod przeciwnikiem konia
- 30 grudnia 1666 roku doszło do zwady o upatrzoną panienkę jedną do wiekuistej przyjaźni. Pan Jan pokonał pana Brzuchańskiego, który wyzwał Poczobut na pojedynek. Tylko interwencja sekundantów spowodowała, że pan Jan nie zdołał w gębę wyrżnąć przeciwnika.
Jak więc widzimy pan Jan był w gorącej wodzie kąpany i chętnie sięgał po szable by rozwiązać swoje problemy. Miał przy tym dużo szczęścia i spore umiejętności szermiercze, bo najczęściej wychodził ze starć bez szwanku, za co zawsze gorliwie dziękował Najwyższemu.