Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedźmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedźmy. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 marca 2019

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona trzecia



Po dwuletniej przerwie (urok bloga…) wracamy do opowieści z dreszczykiem, które Jan Zierenberg przekazał Charlesowi Ogierowi. Wcześniej na blogu można było znaleźć odsłonę pierwszą i drugą, trzecia zabiera nas do Laponii, znanej kolebki skandynawskiej magii:

Antoni Meidel, Inflantczyk, admirał szwedzki za króla Jana, ojca Zygmunta, wędrując przez Laponię z jednym sługą i z psem, a nie znalazłszy pewnego dnia nic do jadła ni do napitku, natrafił wreszcie na chatę jakieś staruchy, wdowy. Kiedy zażądał od niej jedzenia, utrzymywała, że nie ma ani chleba ani nic do położenia na ząb. Przecież gdy niewiasta z izby wyszła, on, szperając wszędy, dołapał na policy kawały sera za czym ułamawszy kęs jednego rzucił go swemu psu. Kiedy starucha wszedłszy zauważyła to, zagroziła mu że go spotka nieszczęście i w tej chwili pies padł nieżywy. Przerażeni tym i on i jego sługa nie odważyli się już jeść, sądząc przecież, że złości tej czarownicy złożyli tamtą psią duszą wystarczającą ofiarę, przemogli się, by przez tę noc, do świtu przynajmniej, przeleżeć na sieczce. Koło północy porwały jednak admirała tak gwałtowne boleści, że wił się w nich niby opętany lub oszalały przez pełną godzinę, a w końcu została mu po nich cała twarz wykrzywiona, tak że ani mówić nie mógł, ani jeść, ale tylko przez trzcinę można mu było wlewać do gardła polewki i napoje, o ile oczywista w okolicy pełnej tylko dzikiego zwierza można było uwarzyć sposobne i zdrowe polewki. Kiedy po tej metamorfozie puścił się dalej w drogę i przybył w końcu do szałasu jakiegoś starego człowieka, ów staruszek ulitowawszy się nad jego przygodą spytał go, czy chce doznać ulgi i odzyskać dawną twarz; to jednak stać się może tylko pod tym warunkiem, iż zgodzi się podczas kuracji wycierpieć takie same bóle, jak te, które wytrzymał podczas zapadu choroby. Kiedy się na ten warunek zgodził już nie tylko chętnie, ale zgoła łapczywie, musiał się o północy z takimi samymi najokrutniejszymi męczarniami zmagać przez godzinę, po jej upływie jednak odzyskał dawny kształt, zostało tylko przez kilka godzin jeszcze ogromne znużenie w całym ciele.

Dziwna ta Laponia, co krok to wiedźma czy mag, niesamowita kraina. Całe szczęście że staruszek był chaotyczny dobry i pomógł w potrzebie. 


niedziela, 14 sierpnia 2016

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona druga


Kilka miesięcy temu zamieściłem mroczną historię magii i morderstw, przytoczoną przez Ogiera w jego zapiskach z podróży do Polski. Wypadałoby odkopać wątek, dziś wiedźma rodem ze Szwecji:
Pewien gdański ławnik – nazwiska jego nie pomnę – miał pomocnika. Temu zdarzyło się, gdy był w Sztokholmie, iż się w nim zakochała pewna niewiasta tak, że puścić od siebie go nie chciała i wszelkimi obietnicami i pokusami go nakłaniała, by pozostał w Szwecji. Wreszcie gdy go coraz częściej jego pryncypał do powrotu wzywał i gdy już i sam powziął zamiar wracania, zażądała od niego owa rozpustna i nieopanowana niewiasta kosmyka włosów na pociechę w jego nieobecności i jako zakład miłości. Tamten znając namiętność swej bogdanki i znając sposoby czarownic w tym kraju i lękając się czegoś złego, wydarł kudeł z kożucha niedźwiedziego, który wdziewał w podróży na suknię i włosy te niezbyt różne od własnych, przemięszawszy je z nitkami jedwabiu, ofiarowuje niewieście z oznakami okrutnej miłości i tak kochankę (choć wzdrygnąć się tu może Dydona) wywodzi w pole. Wsiadł na okręt i już był wiele mil od wybrzeża szwedzkiego, kiedy o pełnym dniu położył się podścieliwszy sobie kożuch. Jednakże, gdy już zasypiał, uczuł, że mu ktoś wyskubuje spod głowy kudły jego kożucha. Rozbudził się, nic nie widząc. Kładzie się znowu i czuje, że go znowu ktoś spod niego wyciąga. Wpadł w złość myśląc, że ktoś z jego towarzyszy tak się z nim drażni, ale nikogo koło siebie nie widzi, natomiast widzi i teraz, czuwając że jego skórę coś ciągnie i wlecze, a gdy on ją chce przytrzymać, ciągnie ją coś tym mocniej. Krzyczy więc i przywołuje na ten dziw podróżnych i marynarzy, którzy patrząc własnymi oczami (rzecz zdumiewająca!) widzą, jak niedźwiedzia skóra wyrywa się i jedzie przez powietrze, niby druga Kallisto którą Jowisz po raz wtóry na północ porywa.

Oj, nie chciała się rozstawać z kochankiem owa Szwedka, nie chciała…

piątek, 1 stycznia 2016

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona pierwsza


Rok 2016 zaczniemy magicznie i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Charles Ogier zapisał w swoim dzienniku, jak to francuskie poselstwo spotkało się z burmistrzem Gdańska, Imć Czirenbergiem[1]. Gdańszczanin miał opowiedzieć Francuzom kilka fascynujących historyjek, dotyczących głównie czarów i stworów ze Szwecji. Ogier pilnie wszystko zapisał, tym skwapliwiej (…) iż mówił je człowiek bystry i kalwin, a zatem człek zgoła nie tak łatwowierny. Historii jest kilka, będę je więc od czasu do czasu prezentował w odcinkach, jeden na wpis. Zaczniemy od historii szlachcianki o straszliwych skłonnościach, według tłumaczenia z łaciny autorstwa Edwina Jędrkiewicza z 1950 roku:
Była niewiasta ze szlacheckiej rodziny Ranzauów, która osławiła się zbrodniami wszelkiego rodzaju, a zrzuciwszy z siebie skromność jej płci przystojną i przybrawszy męskie szaty i zuchwalstwo, mieszała się i do wojny i do rozmaitych czynów zbrodniczych. Tę, gdy w końcu w Gdańsku człowieka zabiła, do więzienia wtrącono. Zwracano uwagę burmistrzowi, wujowi tegoż Czirenberga, człekowi uczonemu i roztropnemu, by się miał na baczności przed tej czarownicy sztukami. Kiedy pewnego razu szedł na Radę, rzucono chytrze z więzienia złożoną kartę papieru. Gdy ją pisarzowi kazał podnieść, ów zaraz po podniesieniu jej upadł na twarz i chociaż żadnej na ciele nie miał obrazy[2], nie mógł się podnieść bez pomocy towarzyszy. Rozwinięto kartkę i znaleziono w niej igiełki, włosy i insze takie drobiazgi. Ucięto w końcu głowę zbrodniczej niewieście.
Jak widać czar nie podziałał tak jak zamierzała czarownica, sprytny burmistrz nie dał się złapać w pułapkę. Ciekawe to gdańskie voodoo, idealne na sesję w „Dzikie Pola”. A w zanadrzu mam jeszcze kilka takich smaczków…




[1] Jan Zierenberg (1574-1642), od 1630 roku burmistrz Gdańska .
[2] Tj. obrażeń. 

niedziela, 19 września 2010

Wiedźmy, szabla i łacina


Ostatnimi czasy zasiedziałem się nad źródłami do Powstania Chmielnickiego i przy tej okazji znalazłem opis który wzbudził moją niebywałą wesołość. Oto 2 czerwca 1649 roku Krzysztof Przyjemski w liście do kanclerza koronnego opisywał starcie wojsk koronnych z Kozakami pod Sulżenicami. Jego opis starcia jest niemal kapką w kapkę jak u Andrzej Firleja, który tego samego dnia napisał list do króla Jana Kazimierza, relacjonując to samo starcie (o którym napiszę przy innej okazji…). Przyjemski jednak dodał do swojego listu nader ciekawy detal, który wygląda niczym prosto z bogatej wyobraźni panów z Grupy Monty Pythona (stąd i odpowiednie zdjęcie). Uwaga, będzie strasznie i śmiesznie…
Między inszemi i tego zamilczeć nie chcę, że dwie babie wiedzmy, na harc przeciwko naszym wyjechały, z których jedne gdy tam coś kreśliła, jeden z naszych zajechawszy szyję jej uciął [to dopiero jest antymagia!]: drugą w taborze żywcem wzięto i przyprowadzono, na imię jej Sałochna. Ma to być sławna czarownica, i Chmielnicki siła na niej polegał, obiecując wynaleźć jakieś ziele, za którem zaraz śmierć ma być, byle ją tylko przy zdrowiu zachowano, ale contra vim mortis, nulla herba crescit in hortis [na śmierć nie ma lekarstwa], przyjdzie kiedy jej prawo drugim na przykład.
Przyjemski nie dodał jednak, w jaki sposób pozbyto się owej drugiej wiedźmy – a szkoda, byłby to zapewne niezwykle interesujący opis…