W 1882 roku Adolf Pawiński zebrał i wydał w Warszawie dzieło Akta metryki koronnej co ważniejsze z czasów Stefana Batorego 1576-1586. Niejakim wstępem do dzieła jest rozprawa o królu Stefanie jako myśliwcu, a że temat ten wydał mi się niezwykle ciekawy, postanowiłem w oparciu o pracę Pawińskiego (poszperawszy także nieco w Internecie) napisał o tym słów kilka. Jako pierwszy temat wybierzemy sokolnictwo. Nieprzypadkowo zresztą, gdyż to właśnie za panowania Batorego Mateusz Cygański wydał w Roku Pańskim 1584 w Krakowie rozprawę Myślistwo ptasze, w którym się opisuje sposób dostawania wszelakiego ptaka.
Król Stefan Batory był nie tylko dobrym organizatorem i reformatorem armii, lubił wszak i odpocząć od wojaczki. Monarcha był bowiem zapalonym myśliwym, a szczególnie upodobał sobie polowanie z sokołami. Co prawda kiedy objął tron okazało się, że w zawierusze po wyjeździe Walezego i poszukiwaniach nowego władcy upadł sokolarnia krakowska (dziurę w skarbie trzeba było czymś łatać, nikt nie miał głowy do utrzymywania drapieżnych ptaków), jednak króla Stefan stopniowo zaczął odbudowywać kolekcję. Niejaki Chłopicki miał już w 1576 roku przysłać w darze władcy jastrzębia i kilka rarogów (bardzo popularnych w tym czasie w sokolnictwie). Niedługo potem Batory kazał sobie przysłać sokoły z rodzinnego Siedmiogrodu – niestety przy pierwszym ‘locie testowym’ ptaki udały się w kierunku nieznanym (do ciepłych krajów może?) i nikt ich więcej już nie zobaczył. Jak widać pobyt w Polsce im się nie spodobał.
Na ratunek przyszedł jednak, jako wierny lennik Korony, książę pruski Fryderyk Jerzy. Ze swojej wspaniale utrzymanej sokolarni w Królewcu przysłał bowiem kilka dobrze ułożonych sokołów. Także i polscy panowie, goszcząc władcę, starali się zaprosić go na łowy z sokołami – 19 marca 1577 roku pod Inowrocławiem król miał korzystać z ptaków z sokolarni kasztelana międzyrzeckiego Górki. Sokoły podarowali także Batoremu książę kurlandzki i starosta wyszogrodzki Starzechowski.
Król postanowił więc odbudować sokolarnię – którą przeniesiono do Grodna – i przekształcono w swoistą ‘szkołę’, gdzie nasi sokolnicy mieli się uczyć od najlepszych. W tym celu w 1581 roku zatrudnił dwóch niemieckich (być może z Kurlandii) sokolników – Wilhelma Ludwika i Eweharda Szmaldera. Musieli to być nie lada specjaliści, wszak każdy z nich miał otrzymać po 204 złotych za rok, nie licząc utrzymania na cztery konie. Niemieccy sokolnicy przywieźli też swoje sokoły, za które król także hojnie zapłacić – za jednego samca białozora dał 20, a za sześć samic tego samego gatunku po 30 złotych. Oprócz tych sześciu białozorów (niezwykle cenionych wśród miłośników sokolnictwa) w tymże 1581 roku wydano jeszcze dodatkowe 100 złotych na inne sokoły.
Sokolnikami władcy ‘dowodził’ Rusin Łukasz Biedrzycki, w czasie polowań to w jego pieczy były królewskie białozory. Towarzyszyli mu z reguły niemieccy sokolnicy, a także moskiewscy krzeczotnicy – ci zajmowali się białozorami przysłanymi przez Iwana Groźnego. Jak widać grupa królewskich sokolników była iście międzynarodowa. Oprócz tej ‘uprzywilejowanej’ grupy na polowaniach królowi towarzyszyli sokolnicy niższego rzędu. W ich pieczy znajdowały się jastrzębie, krogulce, rarogi i dziwoki (tak określano młode sokoły, jeszcze nie przyuczone do polowań). Co ciekawe, kilka królewskich białozorów przyuczono, by przysiadały na karkach lub nawet głowach koni (sic!) – trening musiał oczywiście obejmować także i konie.
Niedługo słów kilka o psich towarzyszach polowań, temat także bardzo ciekawy…