Pokazywanie postów oznaczonych etykietą armia turecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą armia turecka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 września 2023

‘The Khotyn Campaign of 1621’ właśnie się ukazała!



Dziś jest dla mnie wyjątkowy dzień: dziesiąte urodziny mojego syna Ezry i wydanie mojej nowej książki ‘The Khotyn Campaign of 1621’. To moja czwarta książka z serii ‘Century of the Soldier 1618-1721’ i czwarta współpraca z utalentowanym Siergiejem Szamenkowem, który przygotował kolorowe plansze z wizerunkami żołnierzy i dwie dodatkowe postaci na okładki.

Tym razem chciałbym przedstawić historię wojny pomiędzy Rzeczpospolitą Obojga Narodów a Imperium Osmańskim, która toczyła się w latach 1620-1621. Choć tytuł sugeruje jedynie bitwę pod Chocimiem w 1621 r., tak naprawdę zawarłem tu także dość szczegółowy rozdział opisujący ostatnią wyprawę hetmana Żółkiewskiego do Mołdawii w 1620 r.

W pracy znajdziecie opis głównych armii biorących udział w wojnie: polskiej, litewskiej, kozackiej, osmańskiej i tatarskiej; co jak mam nadzieję pomoże w lepszym zrozumieniu ich organizacji, możliwości i liczebności. Sama kampania chocimska opisana jest w trzech rozdziałach: pierwszy obejmuje przygotowanie wojsk, drugi ich przemarsz w kierunku Chocimia i pierwsze walki w Mołdawii, trzeci to kronika historia oblężenia obozu polsko-litewsko-kozackiego obejmująca wrzesień i początek października 1621 roku.

Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jak zawsze zachęcam do przesyłania komentarzy i uwag. A w międzyczasie pracuję już nad kolejną pracą…

‘The Khotyn Campaign of 1621’ jest już dostępna na stronie Helion & Company w specjalnej promocyjnej cenie. 


 


poniedziałek, 3 października 2022

By the sword, famine, sickness and cold

 


Jako że już październik, zabrałem się za pisanie następnej książki (tak, miesiąc odpoczynku pomiędzy pisaniem zleciał nader szybko). Po ‘Potopie’ teraz czas na wojnę chocimską 1621 roku. Wypisując sobie co ciekawsze fragmenty z relacji sir Thomasa Roe, angielskiego ambasadora w Konstantynopolu, znalazłem zapisek dotyczący strat tureckiej armii w czasie kampanii chocimskiej w 1621 roku. Mimo że liczby wydają się nader przesadzone, to jednak warto je podać, wszak Roe czerpał informacje bezpośrednio od Turków. Tłumaczenia z języka angielskiego własne, czyli jak to często nader luźne. Roe wspomniał, że armia turecka miała pod Chocimiem 300 000 ludzi, ‘mimo że niektóre raport mówią [nawet] o 600 000’. Co więc napisał o stratach:

Według relacji tych biorących udział w owej wojnie, w tureckim obozie, od miecza, głodu, chorób i chłodu, zginęło około 80 000 ludzi i około 100 000 koni; a ci którzy przeżyli, po powrocie wyglądali tak nago, biednie i chorowicie, że byli widocznym przykładem tego jakie poniesiono straty i przez co musieli przejść.

Co ciekawe, Roe wspomniał też i o stratach strony polskiej:

Polacy, w swych okopach, stracili blisko 20 000 [ludzi] z powodu głodu na który cierpieli w czasie oblężenia.

czwartek, 13 maja 2021

Armaty, rusznice, bomby tudzież inne ogniste szataństwa

 



Akurat podczytuję sobie kronikarzy tureckich piszących o wyprawie wiedeńskiej (oczywiście we wspaniałym przekładzie i opracowaniu Zygmunta Abrahamowicza) i znalazłem przepiękny fragment którym chciałbym się podzielić. To fragment zapisków uczestnika kampanii, Hasan Esiri, który w nader interesujący sposób opisał wkład Turcji w rozwój wojskowości europejskiej.

W jakiej epoce, za jakiego panującego oglądało się taką wspaniałą wyprawę i takie potężne wojsko? Gdzież jest taka władza, która podobnie jak sułtanowie osmańscy dawałaby bez przerwy żołd i wikt setkom tysięcy żołnierza? Jakaż jest władza, jakie państwo, które pozwala i jest w stanie dać, gdy wybuchnie wojna, tyle prowiantu, sprzętu i innych rzeczy, takie olbrzymie zapasy prochu i kuł, trzysta lub czterysta sztuk armat i moździerzy, tyle wielbłądów i innych zwierząt oraz podwód do przewozu bagaży, ciężarów i rzeczy żołnierzy, kilimów dla nich do podścielania pod siebie, der do owijania w nie ich rzeczy, koni do rozwożenia wody z zaopatrzonymi w kurki bukłakami, przykrytych cudnymi kobiercami, kom) pociągowych i, mówiąc pokrótce, różnego sprzętu domowego aż po świece, łyżki i latarnie w ilościach takich, w jakich nie w każdym domu spotyka się go, a czasami również okręty — i ponieść takie wydatki?

W naszych czasach do wielkich państw zalicza się Niemcy, Francję, Moskwę. Ale gdy wydarzy im się wojna, dają one jeden tylko suchy chleb i namiot jeden na dziesięciu ludzi, namioty zaś i słupki do nich niosą tam i wożą na zmianę sami ludzie nie wyłączając jazdy, a swoje rzeczy też każdy tam dźwiga na plecach lub wozi w trokach.

Któreż [zatem] państwo darzy wojsko taką życzliwością, takim szacunkiem, jak sułtanowie osmańscy?

Dawniej armat, rusznic, bomb i innego podobnego sprzętu ognistego nie było i wszystkie ówczesne wojska jechały na wojnę tak jak Tatarzy czy Uzbecy — lekko, bez żadnych bagaży, kiedy zaś oblegali jaki zamek, budowali katapulty i miotali kamienie. Gdy się pojawił islam, to ponieważ nikt nie potrafił oprzeć się jego mieczowi, plemię Franków wynalazło i wymyśliło armaty, rusznice, bomby tudzież inne ogniste szataństwa. Natomiast po zdobyciu Krety [przez wojska muzułmańskie] i po oblężeniu Wiednia wyszły u nich książki i ryciny o sposobach użycia owych ognistych rzeczy, o szkoleniu i ćwiczeniu żołnierza, o budowie zamków oraz o bastionach, palisadach i minach, a także pojawili się specjalni nauczyciele [tych umiejętności], a w każdej z nich doszli oni od dawna do wielorakich znakomitych osiągnięć.

Jakie różnice zachodziły między obiema stronami podczas oblężenia zamku Wiednia, gdy już została opanowana fosa, to wiedzą ci, którzy brali w tym udział. Słowem, na skutek wyżej przez nas wspomnianych okoliczności pod Wiedniem doszło do takiej klęski. Ale też nigdy jeszcze ziemia i nacja germańska nie dostała tak po twarzy i nie oberwała po uszach! Na obróconych w perzynę jej obszarach nie unosi się teraz dym [z kominów] ani kogut nie zapieje, a powiadają, że okolic takich jest bardzo wiele. Owe wydarzenia pod Wiedniem opisali oni w kronice. Kiedym ja, nędzny, był w niewoli, czytali ją sobie w zimowe wieczory, powiadając po przeczytaniu kilku kartek, że takiego nieszczęścia nie było jeszcze od czasów Adama, oraz błagając Boga Najwyższego, by na swe sługi chrześcijańskie nie zsyłał więcej podobnej plagi, a potem, przy słowach o innym jakim zamku czy okręgu, znowuż się tak polecali Opatrzności. To prawda, że potem sprawy przyjęły taki obrót, ale pamięć o poniżeniu, zadanym ich krajom podczas tej wyprawy, do samego Sądu Ostatecznego nie wywietrzeje z ich dusz oraz będzie dla nich przestrogą. Z tego też właśnie powodu zmieniają oni konstrukcję budowli w Wiedniu i innych swoich zamkach, a wprowadzając nowe pomysły i wynalazki umacniają partie ongiś nie dość wytrzymałe tudzież pilnie szkolą i ćwiczą żołnierza.

 

czwartek, 13 sierpnia 2020

Biadaż tej zarozumiałości, biada owej bezmyślności!



Nasz dobry blogowy znajomy, Silahdar Mehmed aga z Fyndykły, opowie dzisiaj o słabości artylerii tureckiej w czasie oblężenie Wiednia w 1683 roku. Kronikarz nie omieszka też wskazać na błędy Kary Mustafy:

Dziwne jest jednak, że pomimo takiego przepychu i świetności, pomimo znakomitego uzbrojenia wojsk, pomimo takich zapasów kuł, prochu i sprzętu oraz takich kosztów i wydatków wielki serdar nie sprowadził wielkich dział i moździerzy do [miotania] bomb. Właśnie rozpoczynając wyprawę na Niemcy i ważąc się w swym sercu na oblężenie zamku takiego jak zamek wiedeński, winien był on wyposażyć obóz wojsk monarszych w czterdzieści czy pięćdziesiąt bałjemezów z rodzaju tych, które strzelają kulami o wadze co najmniej od dziesięciu do trzydziestu okk, w piętnaście albo dwadzieścia armat kolubryn, w takąż samą liczbę moździerzy do [miotania] bomb oraz w ze trzysta szahi-darbuzenów. Co prawda, do przewozu takiej liczby dział potrzeba kilku tysięcy par wołów, żeby więc mieć tyle wołów, musiałoby się spędzić bydło z całej Rumelii. Mógłby tedy ktoś zauważyć, że to pociągnęłoby za sobą konieczność użycia przemocy. Odpowiedź na to jest jednak taka, że były to czasy, kiedy moc i potęga państwa, bogactwo i zasobność skarbu i arsenału była w stanie zagwarantować bezpieczeństwo mienia i inwentarza zarówno żołnierza muzułmańskiego, jak też rajów. Gdyby się bowiem wedle ówczesnych warunków z każdej brody oddało tylko po jednym włosku, to zgromadzenie pięciu czy dziesięciu tysięcy wołów nie przedstawiałoby trudności najmniejszej, a szczególnie nie dokonałoby się tego przemocą, lecz w drodze kupna ich przez skarb za zgodą właścicieli. Wielkich armat nie potrzeba było sprowadzać aż ze Stambułu, bo od dawna istniało prawo pozwalające zabierać je i ściągnąć z Budzina i okolicznych zamków granicznych. Dawnymi bowiem czasy padyszachowie i serdarowie z [ich] ramienia, wyruszając na wyprawy węgierskie, zwykli byli brać i sprowadzać wielkie działa wedle potrzeby najczęściej z zamków granicznych.
Ale wielki serdar nie wpadł na ten pomysł i prawa owego [zastosować] nie chciał. „Państwem cesarza zawładnę bez wojny i walki" — myślał sobie, więc wyruszył mając w obozie jedynie dziewiętnaście kolubryn strzelających pociskami trzy- do dziewięciookkowymi, pięć moździerzy do [miotania] bomb oraz sto dwadzieścia dział szahidarbuzenów, a z tej liczby dwie kolubryny zostawił pod zamkiem Jawarynem. (Mianem kolubryn określa się działa strzelające kulami trzy-do dziewięciookkowymi; bałjemezami natomiast nazywa się armaty, które miotają pociski od dziesięciu do czterdziestu okk.) Czyż można jednak z takich drobnych działek bombardować zamek tak potężny, a z nieprzyjacielem niemieckim rozprawiać się, nie poczyniwszy odpowiednich przygotowań? Biadaż tej zarozumiałości, biada owej bezmyślności! Później kazał on ważyć pociski armatnie, którymi nieprzyjaciel z naprzeciwka ostrzeliwał działa jego własne, oraz ubolewał i zdumiewał się nad nimi. Ale czy to mogło w czymkolwiek pomóc?


środa, 17 czerwca 2020

Ci konie mieli przednie, bystre niby prąd dunajski



Dziś fragment przepięknego opisu wjazdu poselstwa tureckiego do Wiednia w 1665 roku, autorstwa Ewliji Czelebiego. Oczywiście kronikarz ten miał niezwykły talent do ubarwiania rzeczywistości, zwłaszcza kiedy wydarzenia dotyczyły jego samego, tu jednak bardzo spodobał mi się zapisek dotyczący wyglądu tureckich wielmożów:
Później wespół z nami agowie z Budy, Egeru, Kanizsy i Ostrzyhomia – w hełmach pozłocistych z chroniącą kark siatką ze stalowych pierścieni zrobioną, w skórach tygrysich i z orlimi skrzydłami na plecach, w czapach na głowach, jakie ongiś Salih, Jahia, Gurz Ilias, Porcza i Ewrenos nosili, oraz myckach niewielkich z wypustkami, co jak żagle wyglądały. Ci konie mieli przednie, bystre niby prąd dunajski przy Demirkapu, z grzywami i ogonami henną ubarwionymi, i takież konie też luzem prowadzili; dzierżyli oni w rękach lance takie, jakie w miasteczku Kostajnicy są wyrabiane, w skórę wilczą z włosiem oprawne i proporczykami z rozmaitego jedwabiu u góry ozdobione oraz strzelby przez plecy przerzucone mieli i tak szli równo z głowami końskimi.
Kronikarz opisał całą kawalkadę, z wieloma równie przepięknie przybranymi postaciami, ale kolejne fragmenty zostawię już na inne wpisy.

sobota, 9 maja 2020

Z drzewkami i szablami tylko na kształt węgierskiego usarza



Kilka ciekawych fragmentów z relacji polskiego szpiega, który był świadkiem wymarszu sułtana Osmana II i armii tureckiej z Konstantynopola (czy jak kto woli Stambułu) 29 kwietnia 1621 roku. Całość opisu jest bardzo obszerna, wynotuję więc tylko część:

I.                     Sułtan Osman II w czerwoney ferezji atłasowey, gronostaikami podszytey, w dołamanie czerwonym atłasowym w pąsy drukowanym, na koniu żółtawey sierści, pod dwiema kitami siedział
II.                   Wojna wojną, ale trzeba było zabrać psy myśliwskie: psów brytańskich[1], ogarów swor 6, chartów smyczów 2.
III.                 Sułtanowi towarzyszył ogromny dwór, liczący 4000 ludzi.
IV.                Cztery wozy sułtańskie, po cztery konie siwych [każdy]. Jeden wóz złotogłowiem kryty, drugi zielonym suknem, dwa czerwonym suknem także.
V.                  Słonie 4 z namiotkami pięknemi, może w każdym osób 15 siedzieć.
VI.                Wielbłądy z pieniędzmi których naliczono 400.
VII.               A na koniec ciekawostka, nietypowy oddział janczarów konno pod jedną chorągwią z drzewkami i szablami tylko na kształt węgierskiego usarza.


[1] Tu mam problem z odczytaniem źródła, może chodzi o „brytany” czyli popularne na dworze sułtańskim duże psy, jak mastiffy?

czwartek, 19 marca 2020

Chustki dwie i koń turecki jasno-gniady



Wracamy do opisów poselstwa Jana Gnińskiego do Turcji, tym razem do spotkania z armią turecką pod Kamieńcem. Będzie wymiana podarunków i ciekawe poczęstunki.




poniedziałek, 4 marca 2019

Paszowie podupadli, wyiskrzeni pierwszą wojną



Bardzo interesujący fragment z listu Samuela Proskiego, kawalera maltańskiego, do Jan Gnińskiego, wojewody chełmińskiego, datowany na 17 stycznia 1679 roku. Proski, przebywający wtedy w Adrianopolu (czy raczej Edirne) donosił Gnińskiemu jak wygląda sytuacja w państwie rządzonym przez sułtana Mehmeda IV i jego nowego, niezwykle ambitnego wezyra, Kare Mustafę. Poniżej zapisek dotyczącej fatalnej sytuacji tureckiej wojskowości, pełen słów zachęty do ataku na europejskie posiadłości sułtana. Znów kolejna pożywka dla miłośników historii alternatywnej.



piątek, 27 lipca 2018

Dali się unieść takiej pysze i takiemu zaślepieniu



Dziś pora na kolejny fragment z tureckiego kronikarza wojny 1683 roku, jak zwykle w przepięknym przekładzie Zygmunta Abrahamicza. Dżebedżi Hasan Esiri w swojej kronice Mijar ud-duwel we misbar ul-milel, (Probierz państw i sonda narodów) poświęcił sporo miejsca wyjaśnieniu przyczyn klęski tureckiej pod Wiedniem. Opis będzie przydługi, jednak na tyle interesujący że warto mu poświęcić chwilę.

Bardzo wielu prostych żołnierzy przebierało się też bez potrzeby w odzież niemiecką albo węgierską, odcinając jedynie rondo kapeluszy.
Jedną z przyczyn klęski było także to, że wszyscy dowódcy, oglądając po drodze z Jawaryna do Wiednia spalone i zrujnowane kraje oraz zwłoki pomordowanych ludzi — dzieło żołnierzy, którzy jechali jako straż przednia — dali się unieść takiej pysze i takiemu zaślepieniu, iż nie pomyśleli o tym, że wojsko tego kraju także kiedyś zbierze się i ruszy na nich. Z tego to powodu na początku oblężenia nie zanadto przykładano się do dzieła, a za to po domostwach na przedmieściach, po okolicznych ogrodach i winnicach ustawiano znaki i wbijano paliki oraz uważano [to wszystko] już za swoje. Różni też osobnicy, licząc, że po zdobyciu zamku osiądą na nim, chodzili od bramy do bramy i wyznaczali dla siebie nadania, a dyktując swą wolę temu, co [jeszcze w przyszłości] skryte, w pysze swej i zaślepieniu uważali je już za swoje.

Powodem przegranej było również to, że w gronie dowódców panował rozłam, a większość ich była niechętna nadmiernemu wzrostowi władzy prześwietnego serdara jegomości, toteż stając w jego obliczu wprowadzała go w błąd prawieniem pochlebstw oraz relacjami i replikami, które musiały [go] wpędzać w zaślepienie i pychę. W sumie, zarówno możni, jak i maluczcy byli owładnięci zarozumiałością i butą taką, iż sądzili, że ziemia ta już przeszła w ich posiadanie.

Innym powodem było to, że jeszcze przed dojściem do celu wojsko i Tatarzy posiedli takie ilości rzeczy, iż było bez liku ludzi, którzy w kraju służyli jako pastuchy za pięćset czy sześćset akcza na rok, natomiast tutaj zdobyli po sto, pięćset, tysiąc i więcej ałtynów. Co się zaś tyczy dowódców, to ci za bezcen nagromadzili wiele chłopców i dziewcząt tudzież złota, srebra, porcelany oraz innych przedmiotów i kosztowności, a bardzo wielu z nich posiadło i nabrało po trzydzieści lub nawet po czterdzieści niewolnic. Bankierzy, wojownicy i przekupnie ładowali złotem, srebrem, porcelaną i innymi cennymi rzeczami swoje kufry, Tatarzy zaś i lewendowie napełniali „peserami" i inną monetą, jako też srebrem i porcelaną torby na obrok, biesagi i dery. Podczas gdy na początku [wyprawy] za jednego ałtyna dawano po pięćdziesiąt albo i więcej takich „peserów", [teraz] było niezliczone mnóstwo wozów złota. Posiadłszy takie bogactwo jeszcze przed osiągnięciem celu [wyprawy] większość żołnierzy porzucała swoje chorągwie, brała najlepsze konie, przebierała się w strój wojska z pogranicza bądź w strój tatarski, a potem krążyła po równinach i wzgórzach, i [w ogóle] gdzie się jej tylko zachciało. Także wielu janczarów przebierało się za lewendów oraz porzucało własne chorągwie i przechodziło do innych pułków lub do swoich ziomków, [przez co] zamiast porządku panował wśród wojska całkowity chaos. Z tego też powodu wszyscy myśleli tylko o tym, by wywieźć swe skarby, bowiem takich, którzy zostali z pustymi rękami, było niewielu. Słowem, wzbogaciwszy się już w momencie dojścia pod Wiedeń czy jeszcze zanim dotarli [pod niego], żołnierze i lewendowie porzucali swoje chorągwie, więc z tylu setek tysięcy ludzi nie znalazło się w okopach nawet dziesięć tysięcy prostego żołnierza.


środa, 11 października 2017

W wielkim i ciężkim turbanie, biegle władając szablą


Nasz dobry blogowy znajomy – pułkownik Jean de la Colonie – po wojnie o sukcesję hiszpańską miał okazję walczyć przeciw Turkom w czasie konfliktu austriacko-tureckiego 1716-1718. Pamiętnikarz zostawił po sobie bardzo ciekawe opisy wojsk tureckich, poniżej drobny fragment. Jak zwykle to tłumaczenie własne z wersji angielskiej, a jako że łeb mi dzisiaj pęka od samego rana, to tłumaczenia będzie baaaaardzo luźne:
Ich jedyna szansa na sukces leży w przewadze liczebnej lub w jakowymś [szczęśliwym] przypadku, kiedy to Turcy okazują się o wiele bardziej niebezpieczni niźli inny przeciwnik; są tak aktywni i szarżują z takim impetem, choć bez większego porządku, że jeżeli ich przeciwnik raz pokaże im plecy, to może tylko ratować się ucieczką. Są niezwykle biegli w używaniu szabli, te które mają są z reguły naprawdę wspaniałej jakości, a oni tak potrafią ich używać, że jeżeli przeciwnik zacznie przed nimi uciekać, w niezwykle krótkim czasie [Turcy] potrafią go zmasakrować.
Inne uzbrojenie zależy od tego jakie narody wchodzą w skład armii; niektórzy mają muszkiety, tak jak janczarzy – w przypadku ludzi zwanych Arnautami ich broń ma długą lufę i duży zasięg; inni z wielką biegłością rzucają oszczepami; kolejni mają łuki i strzały, a jeszcze inni używają kopii[1], będących rodzajem lancy[2] czy pół-piki. Konni oprócz szabli mają krótkie muszkiety, nie noszą jednak pistoletów.
Nie ma żadnych reguł dotyczących strojów. Janczarzy jak i większość Turków ma duże, ciężkie turbany, długie stroje i bardzo szerokie spodnie, związane wokół kostki. Inni noszą [spodnie] bardzo obcisłe poniżej kolana, kurtki do połowy ciała i nader liche turbany. Niektórzy mają kaftan sięgający ledwie do pasa, z bardzo obcisłymi rękawami, które kończą się na łokciu; ich spodnie są krótki i kończą się na kolanie, mają [więc] gołe nogi i ręce, a z małymi czerwonymi czapeczkami na głowach wyglądają jak galernicy. Jeszcze inni ubrani są w szmaty i łachmany, którymi opatulają się zależnie od pogody.
Przy innej okazji zamieszczę kolejne fragmenty, bo obserwacje de la Colonie są nader ciekawe.



[1] W angielskim tłumaczeniu mamy słowo ‘coupies’.
[2] Czy kopii właśnie…

wtorek, 26 września 2017

Bociem Turcy takiem rządem wiele naprzód mają


Wracamy do pamiętników Konstantego z Ostrowicy, tym razem by przeczytać jego porady dotyczące walki z jazdą turecką w drugiej połowie XV wieku.
Gdy się ma Turki gotować macie, abyście się warowali zbroją obciążać, grubych drzew jezdeckich, samostrzałów, hewarów ciężkich abyście nie mieli, ale byście sobie wszystkie rzeczy ku wojnie a ku walnej bitwie letkie stroili, czym byście mogli bez obciążenia władać. Abociem Turcy takiem rządem wiele naprzód mają. Jeśli ji gonisz, tedy uciecze, a jeśli on cię goni, tedy mu nie ujedziesz. Turcy i konie ich dla wielkiej lekkości zawdży prędcy są, a my zawżdy przez ciężkie konie i obciążenie zbroje jestechmy leniwi, abociem wiele na głowie mając, duch trudny masz, a k temu słyszysz i wszedy dobrze nie widzisz, rękoma też i sam sobą dla ciężkości zbroje nie władniesz.

To bardzo ciekawe spostrzeżenia, cenne o tyle, że pochodzące od kogoś kto walczył u boku armii tureckiej i miał okazję widzieć sipahów i jazdę lekką w akcji.   

poniedziałek, 11 września 2017

Rocznicowo - Na odsiecz Wiedniowi (raz jeszcze...)


W 1983 roku nagrano w Polsce fabularyzowany film dokumentalny dla uczczenia 300-lecia odsieczy wiedeńskiej. Już to kiedyś wrzucałem na blog, ale od tego czasu film został usunięty z YB. Można go jednak obejrzeć pod tym linkiem. Zdecydowanie warty polecenia, bo też mimo upływu lat wciąż bije na głowę wszystko co później zrealizowano 'filmowo' na temat tej bitwy. Wykorzystano sceny z kilku klasycznych filmów - "Potopu", "Pana Wołodyjowskiego" i 'Ojca królowej" - nagrano też jednak wiele dodatkowych scen, z udziałem znanych i cenionych polskich aktorów. Naprawdę warto poświęcić półtorej godziny na obejrzenie tej perełki.

sobota, 26 sierpnia 2017

Raz po raz siekli biczem po twarzy i oczach


Dawno nie gościł na blogu nasz dobry znajomy, Silahdar Mehmed aga z Fyndykły. Jak zwykle we wspaniałym tłumaczeniu Zygmunta Abrahamowicza, przedstawi nam tym razem bardzo ciekawy epizod z okresu oblężenia Wiednia przez armię turecką. Oto przed oblicze Kara Mustafy przyprowadzono cesarskiego kirasjera, schwytanego przez podjazd tatarski.
Od chana przyprowadzono żołnierza giaurowskiej jazdy pancernej, pojmanego w okolicy odległej o trzydzieści godzin od Linzu. Utrzymywał on w obliczu serdara, że kula nie przebije jego pancerza, oraz stanął na placu i nadstawił piersi, by spróbować. Po trzykroć strzelano do niego, ale pocisk uderzał tylko o pancerz i ani trochę nie przenikając w głąb niego, opadał na ziemię. Potem ściągnięto z niego pancerz i ucięto mu głowę, owego zaś mirzę, który go przyprowadził, przyodziano w chylat. Pytano zaś owego giaura: — „Jakże to, mając taki pancerz i hełm oraz konia pod sobą, nie wstyd wam było dać się schwytać Tatarom, których strzała nie przeszyje ni szabla nie przetnie [tej zbroi]?" Odpowiedział, że go raz po raz siekli biczem po twarzy i oczach, a potem powalili na ziemię i związali.

Swoją drogą pokazuje to, jakie problemy miała jazda cesarska walcząc z Tatarami. Nic dziwnego, że tak nalegano na zaciągnięcie w Polsce jazdy dowodzonej przez Lubomirskiego. 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. XL (dodatek)


Rålambska dräktboken już się na blogu pojawiła, teraz jednak można zdigitalizowaną kopię ściągnąć (w formacie pdf) i podziwiać z tej strony. Zapewne wielu z Was widziało część z tych miniatur, wydaje mi się jednak że warto mieć w zbiorach całość.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXXXIV


We wczorajszym wpisie wspomniałem, że znalazłem bardzo specyficzną kopię albumu kostiumów Lamberta de Vos. Możecie ją obejrzeć w zbiorach Gallici jako album strojów orientalnych. Niestety brak tam wzmianki o autorze i datowaniu tego uroczego zbioru. Widać jednak, że malarz kopiował z mistrza Lamberta na potęgę - te same pozy, mini-koniki, kolory. Bardzom ciekawy historii tego album, muszę napisać do Francuzów w tej sprawie. Dam znać jeżeli czegoś się dowiem.

środa, 16 sierpnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXXXIII


Kilka lat temu wspominałem na blogu o słynnym albumie kostiumów autorstwa Lamberta de Vos. W owym czasie nie udało mi się znaleźć zdigitalizowanej kopii tego przepięknego dzieła, jednak latka lecą i sytuacja uległa zmianie. Teraz znalazłem ją już bowiem na dwóch stronach:
- biblioteka w Bremie, posiadająca oryginalne wydanie, opublikowała wersję online tutaj
- w formie pokazu slajdów można ją z kolei podziwiać na stronie ateńskiej biblioteki Gennadiusa. Należy kliknąć tutaj, a potem z menu w górnym lewym rogu wybrać odpowiednią książkę
Polecam, bo też album ten jest naprawdę śliczny. Co ciekawe, znalazłem także w sieci jego bardzo specyficzną kopię. Ale o tym już jutro...

niedziela, 13 sierpnia 2017

Wielkie Oblężenie Malty - crowd funding


Miał być zestaw albumowy z FB, zamiast tego notka informacja - może kogoś zachęci. Profesor Arnold Cassola - tu można poczytać jego biogram  a tu konto na academia.edu - prowadzi kampanię crowd fundingową w celu wydania swojej najnowszej książki. Będzie to historia Wielkiego Oblężenia Malty z 1565 roku, oparta o źródła tureckie z tego okresu. Profesor ma już na koncie kilka książek o tym jakże ważnym wydarzeniu, tu jednak ciekawi mnie właśnie tureckie ujęcie tematu. Kampania trwać będzie jeszcze 18 dni, brakuje jeszcze 300 Euro do jej zrealizowania. Ja sam już ją wsparłem, 7 Euro za e-booka na tak ciekawy temat to grosze. Zachęcam do zajrzenia na stronę projektu, może i niektórzy Czytelnicy tego bloga będą chcieli wesprzeć wydanie książki.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Ze sznurem (pewnie jedwabnym) na sułtana


Następstwem kampanii chocimskiej w 1621 roku był turecki przewrót pałacowy: obalono sułtana Osmana II, przekazując władzę jego stryjowi, Mustafie I Szalonemu. W iście wschodnim stylu pozbyto się ambitnego władcy (udusili go gwardziści janczarscy), stryjek jednak rządził po nim zaledwie jeden rok. Ot, działo się w tym Konstantynopolu, działo… Niech nasz dobry znajomy, Miron Costin, przedstawi nam to wydarzenie. Pamiętajmy jednak, że jego opis powstał kilka dziesięcioleci później, jest jednak na tyle barwny, że warto się z nim zapoznać. Co do bohaterów dramatu – Osmana II widzimy powyżej, Mustafę I poniżej.

Przyczyna zaś buntu janczarów przeciw sułtanowi Osmanowi była taka: sułtan Osman, powracając bez sukcesu spod Chocimia, zrzucił całą winę na janczarów, że nie chcieli stawić się do walki, jak wypadałoby dobrym żołnierzom, napominając ich zawsze, że są dobrzy tylko do pijaństwa i że stają się przestępcami religii Mahometa. Powziął więc myśl, aby uczynić żołnierzami Arabów, którzy najdzielniej stawali w walce pod Chocimem i tak każdej nocy kazał dusić janczarów. Nie mogąc jednak wypełnić swego zamiaru w Carogrodzie, zamierzał udać się do Anatolii, aby się pokłonić pomnikowi swego proroka, dał to według zwyczaju heroldom do ogłoszenia i heroldowie dali wiadomość o przygotowywanym wyjeździe cesarskim.
Janczarzy, widząc zamysł cesarza zmierzający do ich zniszczenia, szli najpierw zebrani w grupę do wezyra i do muftiego. Krzyczeli, ażeby powiedzieli cesarzowi, by cesarz odstąpił od tej drogi, gdyż wojsko niedawno zsiadło z koni i brakuje mu wszystkiego. Skoro jednak nie mogli przez rozmowy wezyra i muftiego nic uczynić, aby cesarz zawrócił z drogi, na drugi dzień zebrali się wszyscy, przeciągając ku sobie także spahisów, weszli na dwór cesarski i krzyczeli, aby cesarz odstąpił od drogi, w tym dniu weszli jeszcze bez broni. Odpowiedział im jednak sułtan Osman, że tak będzie czynił, jak czyni, więc na trzeci dzień przyszli z tłumem ze wszystkich stron Carogrodu, z wieloma, którzy nawet nie byli janczarami, uderzyli na pałace cesarskie i natychmiast rozbili w puch eunuchów, co pełnili straż obok sułtana Osmana. Sam sułtan Osman zaraz uszedł do stajni, ale janczarzy go znaleźli.
Był ukryty między ogrodami tych domów sułtan Mustafa, wuj sułtana Osmana, który był najpierw cesarzem przez krótki czas, ale złożono go z tronu[1] i trzymano w zamknięciu wśród ogrodów, gdyż był z natury bardzo głupi[2]. Skoro janczarzy zobaczyli go tam zaatakowali, pochwycili go stamtąd śmiertelnie przestraszonego i posadzili na tronie ogłaszając wspólnie: "Ten naszym cesarzem".
Skoro sułtan Mustafa został cesarzem[3], z jego rozkazu wzięli janczarzy sułtana Osmana, wsadzili go na zwykłego konia, osłonili głowę, aby nie mógł nikogo poznać i prowadzili go najpierw do Jedykuly. Później sułtan Mustafa, obawiając się, aby jakkolwiek nie wszedł na cesarstwo, wydał rozkaz, aby go zabić[4] i zabili go janczarzy[5] na drodze do Jedykuły i pochowali go w meczecie cesarskim, ale bez honorów.




[1]  Był uprzednio sułtanem w latach 1617-1618.
[2] Najprawdopodobniej cierpiał na bliżej niesprecyzowaną chorobę umysłową.
[3] Już w 1623 roku został zmuszony do zrzeczenia się tronu na rzecz Murada IV.
[4] Jak widać nie był aż taki głupi…
[5] 20 maja 1622 roku. 

sobota, 5 sierpnia 2017

Janczar strażakiem


Wracam do jednego z moich ulubieńców, czyli Ogiera Ghiselina de Busnecq. Tym razem opowie nam o janczarskich strażakach – i nie tylko. Rzecz dzieje się w 1555 roku w mieście Amasya.

W noc naszego przybycia wybuchł wielki pożar, który zgasili janczarzy, robiąc to na swój sposób to jest burząc pobliskie budynki. Jak doszło do zaprószenia ognia, tego nie wiem, nie ulega jednak wątpliwości, że żołnierze mają dobre powody by oczekiwać pożarów. Jak wspomniałem, są używani to ich tłumienia, zazwyczaj poprzez burzenie sąsiednich domów, daje im to jednak okazję by plądrować dobra i mienie ruchome nie tylko tych których dotknął ogień, ale i ich sąsiadów. Okazuje się więc, że często to żołnierze są winni podpaleniom, jako że daje im to okazję do plądrowania.


Pamiętam przypadek który miał miejsce gdym odwiedzał Konstantynopol. Wybuchło wtedy tam wiele pożarów i było pewne, że nie są one przypadkowe, jednak podpalaczy nigdy nie złapano  [na gorącym uczynku]. Większość ludzi kładła owe pożary na karb perskich szpiegów; po pewnym czasie jednak, w trakcie dokładnego śledztwa, odkryto że była to sprawka marynarzy z okrętów zakotwiczonych w porcie, którzy podpalali budynki by w zamieszaniu kraść dobra z [ich] sąsiedztwa. 

niedziela, 7 maja 2017

Smutni i w milczeniu


We wczorajszym wpisie obiecałem, że będę kontynuował historię egzekucji księcia Mustafy, syna Sulejmana Wspaniałego.  Oczywiście znów pomocą przysłuży nam nieoceniony Ogier Ghiselin de Busnecq. Egzekucja została wykonana, ciało zamordowanego Mustafy – przede wszystkim jako pogróżkę dla janczarów – wystawiono na dywanie przed namiotem…
Kiedy wieść [o śmierci i wystawieniu zwłok] rozeszła się po obozie, wszyscy w armii poczuli smutek i żałość; nikt też nie zrezygnował z okazji by podejść tam i przyjrzeć się temu smutnemu widokowi. Pierwsi wśród nich byli janczarzy, tak zdumieni i oburzeni [tym co się stało], że gdyby znalazł się wśród nich przywódca, nie powstrzymali by się przed niczym. Jednakże ten którego wybrali na swego wodza leżał oto teraz bez życia na ziemi. Jedyne co mogli zrobić to czekać znieść cierpliwie swoją żałość. Tak też, smutni i w milczeniu, wielu z nich roniąc łzy, odeszli do swych namiotów, gdzie w spokoju mogli poddać się żałości na tak smutny koniec młodego faworyta.
Najpierw ogłosili, że [sułtan] Sulejman jest zdziecinniałym starcem[1] i szaleńcem.  Potem wyrazili swoje zgorszenie z powodu okrutnej zdrady macochy[2] i niegodziwości Rustema[3], którzy między sobą zgasili najwspanialszy promyk nadziei w domu osmańskim. Spędzili ten dzień poszcząc, nie tykając nawet wody; niektórzy z nich zresztą nie jedli i nie pili przez  o wiele dłuższy okres czasu.
Przez kilka dni w obozie panowała powszechna żałoba, wydawało się że nie ma żadnej szansy na uspokojenie smutku żołnierzy, dopóki Rustem nie zostanie usunięty z urzędu[4]. Sulejman podjął ten krok, jak się wierzy za podszeptem samego Rustem. Zwolnił go więc  z urzędu i w niełasce odesłał do Konstantynopola[5].



[1] Sułtan miał wtedy 59 lat.
[2] Czyli Roksolany.
[3] Rustem Pasza, pochodzący z Chorwacji wielki wezyr. To jego wizerunek otwiera ten wpis.
[4] Innymi słowy, w wojsku wybuchł bunt.
[5] Rustem zmarł tam 8 lat później, spędzając czas w błogim luksusie – w czasie swojego urzędowania zgromadził bowiem ogromny majątek. Już w 1555 roku został zresztą znów powołany na wielkiego wezyra i piastował to stanowisko aż do śmierci.