Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in memoriam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in memoriam. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2016

Profesor Jan Wimmer (1926-2016)


Wczoraj doszła mnie niezwykle smutna wieść – w niedzielę, 7 sierpnia, zmarł w Warszawie profesor Jan Wimmer. Jeden z moich ulubionych badaczy zajmujących się wojskowością polską w (nie tylko) XVII wieku, autor wielu cenionych prac, by nazwać tylko kilka:
- Wojsko polskie w drugiej połowie XVII wieku
- Wiedeń 1683. Dzieje kampanii i bitwy.
- Historia piechoty polskiej do roku 1864
- seria artykułów „Materiały do zagadnienia organizacji i liczebności armii koronnej”

Nie ukrywam, że prace profesora Wimmera wywarły na mnie ogromny wpływ i w dużym stopniu wpłynęły na to, że zainteresowałem się XVII-wieczną wojskowością. Cieszę się, że ogromna spuścizna profesora, w postaci licznych publikacji, wciąż będzie w stanie przyciągać rzesze Czytelników i pozostanie ważną częścią polskiej historiografii wojskowej. 

środa, 12 września 2012

Wiedeń 1683 - in memoriam



Dawno nie katowałem Was moją grafomanią z tego cyklu, ale rocznica bitwy pod Wiedniem zobowiązuje. Staram się jednak zawsze, by In memoriam opowiadało o historycznych wydarzeniach z nieco innej perspektywy, zobaczymy więc jak dzisiaj mi się to uda. Być może ktoś odczyta to jako żart, zapewniam jednak że nie taka była moja intencja – w końcu uczestnicy w których imieniu chciałbym dzisiaj napisać nie mieli prawa głosu, a bez nich, cóż, na pewno ówczesne bitwy wyglądałyby inaczej…

Wreszcie wyszliśmy z tych przeklętych lasów, myślałem że sobie tam nogi połamię. Oddycham ciężko,  ból w grzbiecie daje znać o sobie. Ech, czuję w kościach co się będzie działo, z dala słychać odgłosy strzałów. Wzdrygam się nerwowo, ale Piotr uspokoją mnie, jak zwykle jego słowa działają jak balsam. Stajemy w szyku, proporce łopocą na wietrze, przestępuję  z nogi na nogę czekając na to co się zaraz stanie… Wreszcie ruszamy, nabieramy pędu, oddycham więc głęboko i przyśpieszam. Piotr pochyla kopie, kątem oka widzę jak  kawał drewna ozdobiony proporcem obniża się tuż przy mym boku. Ci na których szarżujemy (czuję od nich kwaśny zapach strachu… ) wrzeszczą i zaczynają strzelać. Huczą samopały, dziryty przecinają powietrze. Moi przyjaciele, ci których znam od tylu lat, z którymi przeżyliśmy niejedno, zaczynają ginąć. Po prawej z głośnym kwikiem pada Bystry, zaraz obok Wicher słania się krwawiąc z pyska. Po drugiej stronie Gwiazda rży nerwowo, gdy jej Krzysztof osuwa się w siodle, z dzirytem w szyi. Czyjaś krew, chyba Pałasza lub Wilka, ochlapuje mi bok. Chcę wykrzyczeć cały ból i strach, ale nie ma na to czasu ni miejsca, obracam więc to wszystko w gniew, wiedząc że Piotr i jego towarzysze pomszczą zaraz te śmierci, a i my będziemy mieli ku temu okazję. Wpadamy we wroga, kopie uderzają w ludzkie i końskie ciała. Gęsty zapach śmierci jest wszędzie, zalewa mi nozdrza. Boję się, jak zawsze w takiej sytuacji, ale ciało samo reaguje. Kopię najbliższego wrzeszczącego wroga, który próbował dźgnąć Kitajkę, Piotr odrzuca połamane drewno i sięga po szablę. Ktoś podbiega do mnie, wymachując zakrwawionym toporem. W zapamiętaniu gryzę go w twarz, ktoś z naszych poprawia kopniakiem. Ich rumaki także nie pozostają dłużne, tocząc na równi pianę jak przekleństwa z pysków. W innym czasie, w innym miejscu, moglibyśmy razem biec po stepie w stronę zachodzącego słońca… nie dzisiaj jednak, nie dzisiaj… Zabijamy więc i giniemy pospołu z ludźmi, nie zważając na nic. Grom i Zygmunt, Kamyk i Adam, Lewy i Paweł… jeden po drugim zalegamy na tym polu bitwy, płacąc krwawą daninę. Nagle przez hałas przebija się dobrze znana komenda, ciało reaguje na słowa zanim jeszcze wybrzmią. Zawracamy ku własnym liniom, ścigani ogniem i przekleństwami. Czuję nagły ból w piersi, ale nie zważam na to, wiedząc że muszę ocalić Piotra z tego zamętu. Zmęczenie jest coraz bardziej odczuwalne, coś ciepłego zaczyna mi się rozlewać… ech, jak boli… byle tylko zdążyć. Hałas zaczyna się oddalać, jednak nogi przestają mnie słuchać. Oto jednak jesteśmy już między swoimi, czuję dobrze znane zapachy i słyszę znajome dźwięki. Piotr daje mi znać, że mam się zatrzymać, po czym zsiada na ziemię. Nie mam już siły, wiem jednak że nam się udało, mogę więc odpocząć. To był dobry czas spędzony razem, żegnaj przyjacielu…
Husarz odrzuca zakrwawiony szyszak i przyklęka przy koniu. Ten leży na boku, całą pierś – gdzie trafiła turecka kula – ma zakrwawioną. Wystarczy jeden rzut doświadczonego oka, by wiedzieć, że to jego ostatnie chwile. Stojący obok odsuwają się, dając towarzyszowi chwilę na pożegnanie z wiernym wierzchowcem. Husarz jedną ręką gładzi szyję konia, drugą ściera łzy, które mieszają się z krwią na jego twarzy. Potem pochyla się i szepce do ucha umierającego – ‘Żegnaj przyjacielu’

środa, 16 maja 2012

...

Przygarbionych w pustym polu,
Bez oparcia, bez osłony,
Bez niteczki choćby, co by
Przytwierdzała nas do ziemi,
Wiatr nas porwie i poniesie
Za kołnierze podniesione,
Porozrzuca. Gdzieś w przestrzeni...





wtorek, 28 czerwca 2011

Beresteczko 1651 (dzień pierwszy) - in memoriam

Znów rocznica – tym razem 360-lecie bitwy pod Beresteczkiem. Fakt, że bitwa była trzydniowa, jednak jako że zaczęła się 28 czerwca więc pierwszy, nader krótki wpis już dziś (postaram się w kolejne dni batalii dodać odpowiednie notki).  

Ksiądz wzniósł kielich, który zalśnił w czerwcowym słońcu. Tysiące żołnierzy, na czele z królem i hetmanami, pochyliło głowy, jednocześnie powtarzając słowa modlitwy. W różnych językach, ale słowa znaczyły to samo:
Ave Maria, gratia plena
Pan z Tobą
Blesse art thou among women and blessed
Owoc żywota Twojego, Jezus
Helige Maria, Mutter Gottes
Ora pro nobis peccatoribus
Noine i v chas smerti nasheii
Amen!

Po drugiej stronie pola, na którym przez kolejne trzy dni przelane zostanie tyle krwi, kolejne tysiące zastygły w modlitwie. Wąsaci mołojcy i ukraińscy chłopi powtarzali za przechodzącymi pomiędzy taborem popami:
Богородице Діво, радуйся, благодатна Маріє, Господь з Тобою. Благословенна Ти між жінками і благословенний плід лона Твого, бо Ти породила Христа Спаса, Ізбавителя душ наших!

Dalej tatarscy ordyńcy, zgodnie z regułą alāh, zwracali się w stronę Qibla:
Bismillāhi r-ramāni r-raīm
Al amdu lillāhi rabbi l-'ālamīn
Ar ramāni r-raīm
Māliki yawmi d-dīn
Iyyāka na'budu wa iyyāka nasta'īn
Ihdinā -irā al-mustaqīm
irā al-laīna an'amta 'alayhim ġayril maġūbi 'alayhim walā āllīn

***

Co myśleli modląc się tego czerwcowego poranka? Błagali Najwyższego o opiekę? Wspominali najbliższych, w głębi ducha licząc, że będą jeszcze mieli okazję ich zobaczyć? A może żegnali się z życiem, w obliczu zbliżającej się bitwy godzili się z tym, że oto – już za godzinę czy dwie – mogą dotrzeć do krańca swej drogi. Czy przeklinali los, który kazał im stanąć tego akurat dnia na równinie nad Styrem? Kto wie, niektórzy może dziękowali za nadchodzącą okazję pomszczenia rodziny, przyjaciół, towarzyszy, których pożarły zachłanne szczęki wojny. Ilu drżało ze strachu, czując jak zastępuje on jakiekolwiek myśli czy uczucia które do tej pory mieli? Czy ten i ów spojrzał na wschodzące słońce, zastanawiając się, czy dane mu będzie je ujrzeć i kolejnego dnia?
Przez kolejne trzy dni dziesiątki tysięcy ludzi będą robić wszystko, by zabić tych którzy stoją po drugiej stronie pola bitwy. Nie będzie tam miejsca na litość, rannych będą deptać końskie kopyta a jeńcy pójdą pod nóż. Teraz jednak wszyscy nieświadomie łączą się we wspólnej modlitwie. Niesamowity wstęp do masowego mordowania się…

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Smoleńsk 1611 - in memoriam

W ramach tworzenia nowej świeckiej tradycji na blogu kolejny wpis z cyklu ‘in memoriam’. Tym razem moją grafomanią będę się pastwił nad Czytelnikami z okazji 400-lecia zdobycia Smoleńska przez wojska JKM Zygmunta III Wazy. Tekst nie będzie jednak w nastroju świętowania, znowu chciałbym bowiem zwrócić uwagę na aspekt o którym raczej nie chcemy pamiętać.

Miasto umierało z krzykiem, wybudzone z ciężkiego letniego snu wybuchem miny. Dziesiątki metrów muru zawaliły się pod wpływem eksplozji, zwiastując nadchodzący koniec. Dzwony zaczęły bić na trwogę, wzywając obrońców do załatania wyłomu – za późno… Setki napastników wdzierały się już do miasta, niczym fala rozlewając się po ulicach. Niemieccy knechci, polscy i litewscy piechurzy, węgierscy hajducy, Kozacy – z okrzykiem tryumfu na ustach zdobywali dom za domem, kolejne baszty i wieże. Długie miesiące frustrującego oblężenia, śmierć tylu towarzyszy broni, głód i trudy kampanii; za to wszystko nareszcie można było wystawić rachunek. Spłacali go obrońcy i mieszczanie -  krwią, która płynęła szeroką strugą po ulicach miasta, płomieniami które żarłocznie pożerały domy, łzami przerażenia i bezsilności.  Powiadają, że gdy miasto pada pod ciosami szturmujących, Bóg odwraca od niego swoją twarz. Tak było i tego czerwcowego poranka, gdy nie dawano żadnego pardonu a tysiące ginęły w zażartym starciu.
Historia nazwie to potem wielkim tryumfem, o którym będzie się uczyć w szkołach lub który wykreśli się z kart historii – wszystko zależne od strony która będzie opowiadała o tym dniu. Celebrować się będzie msze, eksplodują fajerwerki, drukarnie będą wysyłać do całej Europy opisy chwalebnej walki. To wszystko przyjdzie jednak po jakimś czasie: tygodniach, miesiącach, latach. A póki co trwa rzeź, opętańczy korowód twarzy bez imion i historii. Jednak i wśród całego tego szaleństwa zachował się okruch człowieczeństwa, którego nie zdławiła do końca rządza krwi i zemsty.
… chłopczyk ma nie więcej niż pięć lat, jest straszliwie wychudzony i osłabiony. Próbuje zmusić matkę by wstała, by uciekała, ale ta nie reaguje, a spod jej ciała rozlewa się plama szkarłatu. Chłopczyk płacze bezgłośnie, otumaniony odgłosami rzezi. Wtem podbiega do niego polski piechur, w ręku trzyma zakrwawioną szablę. Staje obok dziecka, które podnosi głowę – ich wzrok spotyka się i na moment obydwaj zastygają w bezruchu. Drab zamyśla się przez chwilę, jakby coś sobie przypomniał. Wypuszcza z dłoni broń, drugą dłonią przeciera spocone czoło. Nagle klęka przy dziecku i wyciąga do niego obydwie ręce. Chłopczyk, wciąż w szoku i przerażeniu,  obejmuje piechura, Polak zamyka go bezpiecznym uścisku. Po policzkach żołnierza lecą łzy, w których przez moment lśni promień czerwcowego słońca. Dookoła nich słychać strzały, krzyki walczących i umierających, żałosny odgłos smoleńskich dzwonów. Ale ci dwaj są w owej chwili bezpieczni od całego otaczającego ich szaleństwa, nie ma znaczenia religia, narodowość czy wiek. Jest tylko dwójka płaczących ludzi, bezpieczna wysepka w oceanie chaosu... 

poniedziałek, 27 września 2010

Kircholm 1605 - in memoriam


[mam dziwny nastrój, więc będzie nietypowo – acz mam nadzieję, że i tak interesująco…]

Historię piszą zwycięzcy, czyż nie tak mówi stare przysłowie? Dla zwyciężonych pozostaje tylko kilka słów w szkolnym podręczniku nad którym będzie przysypiał znudzony uczeń… to i dwa metry ziemi, którą zasypano zbiorową mogiłę do której wrzucano zwłoki poległych. O tryumfatorach powstaną pieśni, poematy, ich będzie wieczna chwała i sława… przegrani zaś będą szczęśliwi, jeżeli uniosą cało kark z miejsca klęski. Tych którzy zginęli, okryje swym skrzydłem anioł śmierci, a ten przynajmniej będzie sprawiedliwy – nie rozróżni na lepszych i gorszych, zwycięzców i przegranych. Złoży im na czole zimny pocałunek, zabierze ostatnie tchnienie, wsłucha się w końcowe bicie serca. I niezależnie od imienia, pochodzenia i narodowości nie zapomni o nich, nie ominie żadnego. Czytając o słynnych bitwach, wielkich tryumfach i straszliwych porażkach pamiętajmy tych wszystkich, którym nie dane było przeżyć, ginąc w bezimiennej masie za chwałę królów i generałów. Dla wszystkich poległych na równinie pod Kircholmem 27 (czy 17 jak kto woli) września Roku Pańskiego 1605…

Książę Fryderyk Luneburski, który oburzony przed bitwą na zarzut o tchórzostwo miał powiedzieć do Karola IX – Niesłusznie mię, królu, nazywasz tchórzem i niewiastą. Wtenczas będę takim, kiedy dziś z placu, jak ty nieraz, ucieknę. Na dowód tego, że się Polaków nie lękam, zsiadam z konia i pieszo mój regiment przeciwko nim powiodę. Próbował uratować swych knechtów, prowadząc pikinierów w próbie przedarcia się przez otaczającą ich jazdę litewską. Rotmistrz Tomasz Dąbrowa dopadł go i w scenie żywcem wyjętej z poematu Homera ciął pałaszem przez głowę, następnym ciosem odrąbując rękę szwedzkiego oficera. Jak napisał po bitwie hetman Chodkiewicz ubolewam zaś najwięcej nad losem ks. Luneburskiego Fryderyka, którego w kwiecie młodości, a w żołnierstwie mało ćwiczonego, Karol ks. Sudermanii jako ofiarę na rzeź wystawiając, na czele piechoty swej stanąć przymusił.

Towarzysz husarski Strepkowski, z chorągwi rotmistrz Wojny, którego wiernego Pałasza zabiła muszkietowa kula wystrzelona przez szwedzkiego knechta z regimentu Stuarta. Nim litewski husarz zdołał się podnieść z ziemi, trzy kolejne kule zadały mu śmiertelne rany. Padł tuż przy swym rumaku, umierając ostatnim gestem pogładził jeszcze wyciągniętą szyję zabitego wierzchowca. Zawsze razem, nawet u bram śmierci…

Carl Frederiksson Piper, z Aspelands w prowincji Kalmar. Szwedzki rajtar służący w Hovfanan ujrzał swoją śmierć w lufie pistoletu który wymierzył w niego litewski husarz. Piper szepnął tylko ‘Brigitta’ - imię ukochanej  która już nigdy nie miała go zobaczyć – po czym świat eksplodował w huku wystrzału.

Bracia Jurahowie – na polu walki zawsze razem, pilnując jeden drugiego jak przykazał ojciec leżąc na łożu śmierci. Pierwszy padł Jan, przeszyty pałaszem inflanckiego kirasjera z Dorpatu. Adam pomścił brata, jednak wtedy  kolejny Inflantczyk zajechał go z boku, strzelając z pistoletu w twarz. Po bitwie znaleziono braci leżących ramię w ramię, z twarzami zwróconymi w stronę wroga.

Anders Lenartsson, doświadczony szwedzki oficer odradzający Karolowi IX stoczenie bitwy, wypełnił jednak swój żołnierski obowiązek do końca. Próbując uspokoić panikujących knechtów zsiadł z konia, z piką w ręku walczył w szeregu prostych żołnierzy. Jego pikinierów złamali husarze, jeden z Litwinów zranił go ciosem szabli. Lenartsson padł na kolana, krew zalewała mu twarz, ale wciąż nieugięty wyciągnął przed siebie pałasz, rzucając wyzwanie przeciwnikom. Gdyby go rozpoznano, być może wpadłby do niewoli, jednak kolejny z husarzy pochylił się w siodle i przeszył go koncerzem. Chodkiewicz uhonorował poległego generała kiedym Lennartssona w kościele katedralnym ozdobnie pogrześć rozkazał.

Maćko,  młody pocztowy towarzysza Skalskiego z chorągwi husarskiej Teodora Lackiego. Kula strzaskała mu kolano, szok i upływ krwi powoli ucinały nić jego żywota. Skalski trzymał go w ramionach, odmawiając modlitwę, którą ostatnim tchnieniem  powtarzał czeladnik. Nie wybrzmiało jeszcze  ‘amen’, gdy towarzysz delikatnym gestem zamknął niewidzące już oczy chłopaka.

Axel Henriksson  Roos, z Lojo w prowincji Nyland. Uciekając po szarży straszliwej husarii porzucił zmęczonego konia, zabierając ze sobą tylko pałasz i jeden pistolet. Zabłądził w nieznanej sobie okolicy, potknął się lądując z twarzą w błocie. Kiedy się podniósł, ujrzał jak zbliżała się do niego  grupka łotewskich chłopów, dzierżących w dłoniach cepy i kosy. Wiedział, że nie będzie z ich strony miłosierdzia, jednak po wszystkim czego tego dnia widział nie chciał już walczyć. Wyciągnął zza pasa pistolet, przystawił sobie do brody, modląc się w duchu, by zdołał wystrzelić. Bóg czasami spełnia nawet najdziwniejsze nasze modlitwy…

Otto von Sacken, rotmistrz pospolitego ruszenia z powiatu piltyńskiego, który u boku ks. Fryderyka Kettlera nadciągnął na pole bitwy tuż przed rozpoczęciem walki. Poprowadził do boju piltyńskich i litewskich piechurów.  Na białym koniu, w pięknej szmelcowanej zbroi, acz bez hełmu by żołnierze lepiej słyszeli jego komendy. Muszkietowa kula trafiła go w twarz, w jednej chwili osunął się z kulbaki na ziemię. Gdy dobiegli do niego najbliżsi knechci, Sacken już nie żył.

Inflancki szlachcic Henryk Wrede, uciekający wraz z Karolem IX w stronę okrętów. Ścigający Litwini zmasakrowali przybocznych rajtarów, roznosząc kornet w bitewnej furii. Ranny koń króla odmówił jednak posłuszeństwa. Wrede, widząc nadciągających litewskich jeźdźców, nie zawahał się. Oddał własnego fryza Karolowi, sam stanął na drodze pościgu. Nie miał najmniejszej szansy, ginąc na szablach husarzy i Tatarów, jednak uratował swego monarchę.

Książęta, szlachcice, czy zwykłe ciury – kim by nie byli, pamiętajmy o nich, wszak historia zawsze pisana jest krwią dzielnych ludzi…

sobota, 3 lipca 2010

Kłuszyn 1610 - in memoriam




Spoglądam na dłoń, którą przed chwilą obtarłem pot z twarzy – jest czerwona od krwi która oblepia mi lewy policzek. W czasie pierwszej szarży straciłem szyszak walcząc z pikinierami, spadł gdzieś między końskie kopyta. Kiedyśmy poszli do drugiego ataku, jadący obok mnie Piotr dostał postrzał walcząc z Niemcami przy tym przeklętym płocie. Jeden z muszkieterów strzelił mu z muszkietu w twarz, krew mojego pocztowego chlusnęła mi szerokim strumieniem na policzek. Pomściłem jego śmierć, dźgając Niemca koncerzem, zakwiczał jak zarzynana świnia. Odparli nas jednak, na rozkaz rotmistrz rota poszła do tyłu, podczas gdy w tym samym czasie obok nas Pan Struś poprowadził swoją chorągiew do ataku. Wiem że zaraz padnie komenda do kolejnej szarży, więc poprawiam się w siodle i staram złapać głębszy oddech. Bystry rży nerwowo, strzygąc uszami na dźwięki walki. Gładzę go po szyi, mrucząc uspokajająco - wiem że jest zmęczony, droga spod Carewa i dwie szarże dały mu się we znaki. Jednak jeszcze nie czas na odpoczynek przyjacielu, jeszcze nie… Pośpiesznie sprawdzam ekwipunek: pistolety gotowe do strzału, koncerz pod tybinką gotowy by znów go użyć – ech, przydałaby się kopia, jednak straciłem swoją w pierwszej szarży, wyrzucając z siodła opancerzonego rajtara. Nic to, z Boską pomocą tym razem się uda, daj znak rotmistrzu, jesteśmy gotowi. Jego Miłość Pan Hetman podjeżdża do rotmistrza, wymieniając z nim kilka słów i wskazując na oddział Niemców, uwikłany w walkę z husarzami Pana Strusia. Rotmistrz kiwa głową i obraca się do nas w siodle. Podnosi do góry prawą dłoń, w której trzyma buławę. Prostuję się w siodle, sięgając po koncerz. Zbroja zaczyna mi ciążyć, dobrze że skrzydło zostało w obozie, teraz to byłby tylko zbędny balast przy siodle. Rotmistrz daje znak, chorągiew powoli rusza w stronę przeciwnika. Już czas! Zdrowaś Maryo, łaskiś pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty…

***

Gott mit uns, ci szaleni jeźdźcy znowu atakują na płot! Porucznik wykrzykuje rozkazy, powtarzane prze kaprali. Wielu z pikinierów straciło swoją broń, czekają teraz wśród reszty oddziału, niepewnie trzymając muszkiety zabrane z rąk poległych . Kolejne szeregi muszkieterów czekają na swoją kolej, by zająć miejsce do salwy. Polacy nabierają rozpędu, mam ochotę natychmiast wystrzelić i uciekać, pewien że ich szarża zmiecie nas z miejsca. Nie ma jednak gdzie ani jak uciec, pozostaje więc czekać na rozkaz do strzału. Co ja tu robię? Ech, zachciało się uciec z domu i posmakować żołnierskiego życia w jakimś zawszonym kraju. Och Liebe Mutter, trzeba Cię było posłuchać, jaki ja jestem głupi…
Wtem pada wyczekiwana komenda – czy nie za późno, husarze są już tak blisko... Strzelam w najbliższego konia, po salwie pada na ziemię przygniatając jeźdźca. Szereg w którym stoję cofa się, nasze miejsce zajmują pikinierzy i strzelcy z bronią gotową do strzału. Trzęsącymi się rękami zaczynam nabijać muszkiet, podczas gdy nasza przednia linia walczy z polską jazdą forsującą mocno już uszkodzony płot.. Z jednej strony piki i muszkiety, z drugiej długie kopie, szable wszelkiej maści i pistolety. Obok mnie ktoś pada z jękiem na ziemię – zabłąkana kula musiała go dosięgnąć nawet z tyłu. Opancerzeni jeźdźcy z wysokości siodeł atakują naszych. Potężny husarz walczy pieszo, może ubito mu konia – strzałem z pistoletu kładzie jednego z pikinierów, potem ciosem szabli ścina próbującego mu zagrodzić drogę porucznika. Polak zaczyna mocować się z przeszkodą, jeżeli zdoła uczynić w niej wyrwę jesteśmy zgubieni. Muszkieterzy strzelają do niego – raz, dwa, trzy wystrzały. Mein Gott, kule nie przebijają zbroi, ale husarz chwieje się na nogach. Ta chwila wystarczy – jest przy nim od razu dwóch podoficerów z halabardami. Jeden łapie się za szyję, trafiony z pistoletu innego Polaka, próbującego osłonić towarzysza, za to drugi ma więcej szczęścia. Ostrze halabardy wbija się w napierśnik husarza, ten krzyczy z bólu i pada na ziemię. Nasz kapral – teraz go poznaję, to ‘Gruby’ Johann – próbuje wyciągnąć halabardę, jednak nie ma na to czasu. Kolejny husarz tnie go na odlew przez twarz. Mein Gott, jakie to szaleństwo, co ja tu robię…

***

Porucznik pogania nas by stanąć w szyku, Jezusie Nazareński, ledwo oddycham, brak mi tchu po tej szalonej drodze, rusznica jest ciężka niczym wór kamieni. Dziesiętnicy ustawiają szeregi, obok nas równie zmęczeni puszkarze szykują falkonety. Mija ledwie kilka pacierzy, a już otwieramy ogień do Niemców czających się za zniszczonym już nieco płotem. Kule z falkonetów żłobią dziury w owych zasłonach, my z kolei szereg za szeregiem strzelamy w kłębowisko piechurów. Ci odpowiadają ogniem – przede mną jeden z hajduków pada na ziemię, gdzieś z tyłu ktoś wrzeszczy przeraźliwie. Porucznik wyciąga szable wskazując na zniszczone płoty, przerzucamy rusznice na plecy i z szablami w garści ruszamy do ataku. W biegu spoglądam wokół siebie – tuż obok husarze nabierają tempa w szarży na niemieckich jeźdźców. Docieramy do płotu, obalając resztki zasłony. Niemcy cofają się bez walki, osłaniając się przed nami pikami. Ha, sucze syny, boją się nagiej stali, paniczyki jedne…

***

Aya laddie, nalej jeszcze ale’a, tego smaku mi brakowało wtedy, w Roku Pańskim 1610. O czym to ja? Acha, tak, jak mówiłem, było to w odległym kraju Muskowitów, gdyśmy pod panem Cobronem walczyli przeciw Polanderom. Jak się nazywało to miejsce? Czekaj.. Klush… Klushin.. damn that… Klushino. Miałem wtedy pewnie tyle lat co ty laddie, mleko jeszcze miałem pod nosem. Byłem wtedy w kornecie kawalerii pod panem Thomasem Crichtonem, szlachetny to był gentelman. Tchórzliwi Francuzi… damn those buggers… aye… uciekli do Polanderów albo dali dyla z pola bitwy, ale pan Cobron na czele naszych sześciu kornetów nie uląkł się przeciwnika. Poszliśmy śmiało do boju, dając ognia z pistoletów i dźgając pałaszami. Straszna jednak to była potrzeba, bo przyszło się potykać z jazdą Polanderów… hell riders, I be damned... Złamali nas w końcu, potężni jeźdźcy w zbrojach, walczący dziwnymi mieczami, niektórzy z nich mieli nawet długi lance. To właśnie taki jeździec zabił dobrego pana Crichtona - nigdy tego nie zapomnę, chociażbym miał przeżyć sto lat. To koszmar który często powraca do mnie w bezsenne noce. Długa lanca przeszyła zbroję kapitana łatwo jak nóż wchodzący w masło. Ohydny trzask pękającego drzewców i krzyk bólu umierającego oficera były wszystkim co docierało do moich uszu. Polander odrzucił złamaną kopię i sięgnął po zakrzywiony miecz. Miałem więcej szczęści niż umiejętności – udało mi się sparować dwa pierwsze ciosy. Zaraz potem mój oszalały ze strachu koń wyrwał się do tyłu, a ja byłem tak przestraszony że nie próbowałem go powstrzymać, nie zważając na nic. Przeżyłem, uciekając niczym zając ścigany przez ogary… Czemu jesteś taki zaskoczony laddie? Wierz mi, w obliczu owych, jak na nich mówiono… hussars… damn… nawet najodważniejszy żołnierz czuł strach. A ja wolę być żywym tchórzem niż martwym bohaterem. Ech, nalej jeszcze ale’a laddie...

***

Hetman Stanisław Żółkiewski przymknął oczy, wsłuchując się w odgłosy dochodzące z obozowiska. Siedział tak przez dłuższą chwilę, po czym wrócił do dyktowania listu, który kaligrafował jego sekretarz:



Nie mianuję na ten czas nikogo, jako kto sobie poczynał przy tej służbie W. Król. Mci; bo i tak chociaż się spodziewałem poczynając pisać, ze miał być list krótki, przyszło przedłużyć; atoli o wszystkich nie tylko ja, ale rzecz sama daje świade¬ctwo, że sobie mężnie, jako się godzi cnym rycerskim ludziom, poczynali przy tej służbie W. Król. Mci; pewienem że W. Król. Mci raczysz to od nich miłościwie przyjąć.