Pokazywanie postów oznaczonych etykietą armia francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą armia francuska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lipca 2021

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XLI

 



Dzisiejsza recenzja będzie mocno nietypowa, dotyczyć bowiem będzie aż czterech książek. Chodzi o mini-serię The armies and wars of the Sun King 1643-1715, autorstwa kanadyjskiego badacza Rene Chartranda. Tomy to (w nawiasie numer z serii ‘Century of the Soldier 1618-1721’):

- Tom I: Gwardia (nr. 41), ukazał się w 2019 roku

- Tom II: Piechota (nr. 50), ukazał się w 2020 roku

- Tom III: Kawaleria (nr. 58), ukazał się w 2020 roku

- Tom IV: Wojna o sukcesję hiszpańską, artyleria, inżynierowie i milicje (nr. 70), ukazał się w 2021 roku

Wydaje mi się logiczne, by zrecenzować wszystkie tomy w jednym wpisie, bo są one ze sobą połączone i w całości budują bardzo ciekawą i spójną historię wojskowości francuskiej w okresie 1643-1715. Każdy tom ma podobną strukturę. Około 1/3 zawartości danej książki to opisy wojen i kampanii za panowania Ludwika XIV opisanych chronologicznie, więc np. w drugim tomie autor kontynuuje tam gdzie zakończył w pierwszym. Potem następuje opis tytułowej formacji, zwieńczony kilkoma aneksami. Jeden lub dwa aneksy w każdym tomie to skrótowy opis armii walczącej przeciw Francji lub wojsk sojuszniczych.

Przyjrzymy się najpierw strukturze każdego tomu, by zobaczyć jakie konflikty są opisane w poszczególnej książce i ile miejsca poświęcono tytułowym zagadnieniom. 

Tom I:



-  rozdziały 1-4 omawiają młodość Ludwika XIV, objęcie przez niego tronu i pierwsze konflikty jego panowania, kończąc na wojnie dewolucyjnej (1667-1668). Kolejne trzy rozdziały zajmują się strukturą wyższego dowództwa w armii francuskiej. Znajdziemy tu informacje o tym jak wyznaczano wyższych dowódców, kwestie finansowania, a nawet strojów i jednostek przybocznych generałów. Bardzo obszerny jest tu rozdział 6, w którym autor zamieścił biogramy wszystkich ważniejszych francuskich marszałków i generałów doby Ludwika XIV. W rozdziale 8 możemy przeczytać o rozmaitych orderach, przyznawanych przez króla oficerom i żołnierzom za udział w kampaniach. W kolejnych czterech rozdziałach przechodzimy wreszcie do omawiania tytułowej gwardii:

- rozdział 9 to jednostki przyboczne króla, służące ‘w ramach pałacu’ (au dedans du Louvre) jak Garde du Corps czy Szwajcarzy

- rozdział 10 to jednostki służące ‘poza pałacem’ (au dehors du Louvre), czyli żandarmi, szwoleżerowie, muszkieterzy i konni grenadierzy gwardii

- rozdział 11 to piechota gwardii, czyli regimenty Gwardii Francuskiej i Gwardii Szwajcarskiej

- rozdział 12 to pozostałe jednostki gwardyjskie, takie jak Gwardia Szkocka i gwardie członków rodziny królewskiej.

Każda jednostka jest opisana bardzo szczegółowo, z historią jej utworzenia, kampaniami w których służyła, organizacją, umundurowaniem i wyposażeniem. Dodatkowo w dwóch aneksach znajdujemy jeszcze więcej informacji o umundurowaniu jednostek gwardii z 1692, 1698 i 1702 roku. W ostatnim aneksie mamy pokrótce opisaną armię hiszpańską, jednego z głównych przeciwników Francji w okresie omawianym w tym tomie.

Bardzo charakterystycznym i mocno rzucającym się w oczy elementem książki (jak i pozostałych tomów) jest ogromna ilość ilustracji. Mamy tu mnóstwo czarno-białych rysunków i obrazów ukazujących starcia, generałów i (przede wszystkim) żołnierzy z omawianych formacji. Do tego aż 32 plansze z kolorowymi ilustracjami. Pięć z nich (każda z trzema żołnierzami) to wizerunki narysowane specjalne do książki przez Eda Doveya, pozostałe to kolorowe ilustracje z epoki, a także XIX-wieczne ilustracje lub kopie rysunków z epoki. Wśród nich pojawiają się także i te przedstawiające sztandary różnych formacji. Jak już wspomniałem, w każdym tomie mamy podobną obfitość ikonografii, a także taką samą ilość kolorowych plansz (tak jak w pierwszym tomie, tak i w pozostałych trzech to 32 plansze, w tym 5 autorstwa Eda Doveya), stąd też dalej będę opisywał już tylko zawartość rozdziałów każdego tomu.

Tom II:



- pierwsze pięć rozdziałów to wojna francusko-niderlandzka w okresie 1672-1678, z jej rozlicznymi kampaniami. Z kolei w rozdziale 6 możemy zapoznać się z francuską polityką zagraniczną ukierunkowaną na Turcję i rolą jaką stosunki tych dwóch krajów odgrywały w czasie konfliktów Ludwika XIV

- rozdział 7 omawia zagadnienia finansowania wojny, ze szczególnym naciskiem na sposoby uzyskiwania pieniędzy przez Francją, a także kwestii żołdu dla piechoty

- obszerny rozdział 8 zajmuje się tytułową piechotą w armii Ludwika XIV. Mamy tu więc organizację i liczebność regimentów, opis poszczególnych rang, a także formacji pikinierów i muszkieterów

- rozdział 9 to najemne oddziały cudzoziemskie: szwajcarskie, niemieckie i szkockie

- w rozdziale 10 autor opisał uzbrojenie piechoty: broń ręczną, muszkiety, bagnety, a także taktykę piechoty francuskiej

- rozdział 11 to kwestie umundurowania piechoty, sztandarów a także muzyki wojskowej

- rozdział 12 to zagadnienia związane z obozami wojskowymi i zaopatrzeniem w ramach kampanii

Pierwszy aneks omawia francuską walutę i miary długości we Francji. Aneks drugi to lista 728 (sic!) regimentów piechoty istniejących w czasie panowania Ludwika XIV. Kolejny aneks omawia zagadnienia umundurowania piechoty, podając przykłady wielu regimentów. W ostatnim aneksie mamy pokrótce opisaną armię Zjednoczonych Prowincji.

Wszystko to z ogromną dawką ilustracji, zwraca uwagę bardzo dużo rysunków sztandarów z epoki.

Tom III:



- zagadnienia polityczno-wojenne zajmują tu aż osiem rozdziałów. Dowiadujemy się o odwołaniu edyktu nantejskiego, wygnaniu hugenotów, wojnie w Irlandii w latach 1689-1691. Głównym konfliktem opisanym w kilku rozdziałach jest wojna dziewięcioletnia (1688-1697) znana także jako wojna z Ligą Augsburską

- rozdział 9 to kolejne rozważania na temat finansowania wojny, tym razem ukazujące problemy z jakimi borykały się państwa biorące udział w wojnie 1688-1697

- rozdział 10 to opis żandarmerii (ciężkiej jazdy) i karabinierów w armii francuskiej. Mamy tu znów historię jednostek, ich umundurowanie, wyposażenie i kampanie w których brały one udział

- rozdziały 11-13  to kawaleria liniowa, stanowiące rdzeń francuskiej jazdy. Przeczytamy tu o instytucji generała kawalerii, znajdziemy podrozdziały o umundurowaniu, uzbrojeniu, koniach czy siodłach

- rozdział 14 to dragoni, także z opisem struktury jednostek, wyposażenia, etc.

- w rozdziale 15 zapoznamy się z początkami służby huzarów w armii francuskiej, tak jak przy poprzednich formacjach są tu informacje o organizacji, wyposażeniu i taktyce w walce

- rozdział 16 to ‘Dzikie Gęsi’, czyli irlandzkie oddziały jakobitów, służące przy armii francuskiej w latach 1691-1698, a później włączone bezpośrednio w skład wojsk Ludwika XIV

Pierwszy aneks jest podobny do drugiego z tomu drugiego, jest to bowiem ogromna lista 734 regimentów jazdy, służących w latach 1643-1715. Aneks drugi i trzeci to notatki o umundurowaniu kawalerii i dragonii w latach 1683-1714. Kolejny aneks dotyczy oddziałów irlandzkich jakobitów, z kolei aneks piąty to jednostki hugenotów w armii brytyjskiej. Aneks szósty omawia armię cesarską, a siódmy brandenbursko-pruską.

Tom IV:



 - rozdziały 1-11 to wojna o sukcesję hiszpańską (1701-1714), z jej rozlicznymi teatrami działań: Niemcy, Flandria, Włochy, Hiszpania. Część historyczno-wojenna kończy się na śmierci króla Ludwika XIV 1 września 1715 roku

- rozdział 12 to po raz kolejny rozważania ekonomiczne, skupione na Francji i Wielkiej Brytanii

- w rozdziale 13 zapoznamy się z zagadnieniem artylerii w armii francuskiej. Mamy tu więc typ dział, kwestie kanonierów, ich wyposażenia i umundurowania

- rozdział 14 to inżynierowie i fortyfikacje. Oczywiście nie mogło tu zabraknąć Vaubana i jego pomysłów, autor zamieścił też bardzo przydatny słownik terminologii związanej z fortyfikacjami

- w rozdziale 15 mamy informacje o lokalnej strukturze dowodzenia w ramach francuskich prowincji, korpusie kadetów i nieco nietypowych jednostkach lekkiej piechoty

- rozdział 16 omawia  rozbudowaną strukturę lokalnej policji (constabulary) tak w prowincjach jak i w miastach, a także zajmuje się zagadnieniem dyscypliny wojskowej

- rozdział 17 to kolejna ciekawostka, czyli drobne jednostki rezerwowe, opłacana ze skarbca królewskiego lub bezpośrednio przez miasta, służące jako symbol władzy królewskiej w wielu fortach i miastach

- w rozdziale 18 mamy nieco informacji o kapelanch wojskowych i służbie medycznej

- rozdział 19 to rodziny żołnierzy towarzyszące armii

- rozdział 20 omawia kwestie zaciągu wojsk najemnych i  poboru krajowego

- w rozdziale 21 znajdujemy obszerną listę milicji lokalnych i miejskich, ich organizacji, liczebności i przywilejów. Mamy tu także informacje o formacjach obrony wybrzeża

W aneksie pierwszym autor omawia armię hiszpańską Filipa V, w drugim ODB armii francuskiej i hiszpańskiej w 1706 roku. Z kolei w trzecim mamy informacje o armii portugalskiej.

Trochę się rozpisałem, ale wydaje mi się, że warto wiedzieć co można znaleźć w poszczególnych tomach. Autor oparł swoje badania zarówno o materiały źródłowe jak i opracowania, co ciekawe w bibliografii (na końcu tomu IV) krótko skomentował każdą książkę, której użył w czasie pisania swojej pracy. Muszę przyznać, że bardzo odpowiada mi sposób narracji Chartranda, jest czytelny i autor zachowuje balans pomiędzy własnymi rozważeniami i cytatami ze źródeł. W tych czterech tomach otrzymujemy bardzo dokładną historię francuskiej wojskowości dobry Ludwika XIV, gdzie każdy może znaleźć coś ciekawego: od opisu kampanii, poprzez zagadnienia organizacji armii po kwestie mundurów czy sztandarów. Podział na cztery tematyczne tomy wydaje się logiczny i pozwala na skupienie się na wybranych formacjach, jednocześnie poświęcając sporo miejsca kolejnym konfliktom, zapewniając ciągłość narracji. Wielu czytelnikom przypadnie do gustu bardzo bogata warstwa ikonograficzna, z ogromną ilością ilustracji w każdym kolejnym tomie. Należy jednocześnie pamiętać, że znaczna część z nich powstała w XIX wieku, stąd też mogą tam występować pewne nieścisłości. Nie zmienia to jednak faktu, że wszystkie cztery tomy stoją na bardzo wysokim poziomie merytorycznym.

Ocena w rankingu blogowym [trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to oczywiście trzeba mieć. Jeżeli ktoś jest zainteresowany armią francuską czy wojnami z okresu Ludwika XIV, to prawdopodobnie nie znajdzie w języku angielskim lepszego opracowania tematu. Każda formacja jest tu dokładnie opisana, nie brak szczegółów dotyczących organizacji czy umundurowania nawet mniej znanych oddziałów. Blisko 1000 stron bardzo przydatnej lektury.

 

 

 

 

 

środa, 11 grudnia 2019

Brisak forteca w Alzacyi bardzo mocna



Tydzień z Wojną Trzydziestoletnią, wpis 3/7

Sięgamy tym razem po jednego z moich ulubionych pamiętnikarzy, czyli Albrychta Stanisława Radziwiłła. Od czasu do czasu notował on cóż też wydarzyło się na polach bitewnych Wojny Trzydziestoletniej. Taki oto zapisek znajdziemy w styczniu 1639 roku:
Brisak forteca w Alzacyi bardzo mocna, która dotychczas, gdy nieprzyjacielowi się nie poddała, od francuzkiego wojska za generalstwa Wejmera głodem przciśniona, wzięta jest. Co wszystkie szyki cesarskie pomieszało. Getz, generał wojska cesarskiego, o zdradę podejrzany, wzięty i do Wiednia zaprowadzony. Różnie to ludzie tłumaczyli; jedni dziwowali się nieszczęściu cesarskiemu, i ubolewali na jego niedostatek w ludziach mężnych i wiernych; drudzy utyskowali na niewdzięczność austryacką, która żołnierską pracę i odwagę rycerską więzieniem i kajdanami nagradza. Cóżkolwiek jest, szkoda zaprawdę wielka się stała cesarstwu stratą Brisaku, gdy Francuz klucz do Niemiec i Tyrolu otrzymał.  

Wypada tu parę rzeczy wyjaśnić. Ów ‘Brisak’ to twierdza Breisach (Brisach), która 18 grudnia 1638 roku, po czterech miesiącach oblężenia, wpadła w ręce Francuzów. Dowodził nimi książę Bernard Sasko-Weimarski, czyli wspomniany tam ‘Wejmer’. Z kolei pechowy generał ‘Getz’ to Johann baron von Gotzen, feldmarszałek w służbie Bawarii. Brał udział w przegranej bitwie pod Wittenweiher (9 sierpnia 1638), gdzie duże straty poniosły sprzymierzone oddziały cesarskie dowodzone przez Federigo Savelliego. Ten miał jednak ‘chody’ na dworze cesarskim, stąd też ostatecznie kozłem ofiarnym stał się oficer bawarski. Nic zresztą dziwnego,  że wybrano go na ofiarę. Od 1626 roku walczył bowiem w szeregach armii cesarskiej i w 1635 został wydalony z armii za błędy popełnione w kampanii śląskiej (i zbyt bliskie kontakty z  Wallensteinem). Nasz baron jednak długo nie przebywał na emeryturze, bo przyjął go na służbę elektor Bawarii.  Nie można mu było jednak udowodnić żadnych błędów w kampanii alzackiej, gdzie robił co mógł by ocalić Breisach W sierpniu 1640 ogłoszono więc jego niewinność i powrócił do służby cesarskiej. Zginął w 1645 roku, dowodząc kawalerią w bitwie pod Jankowem (Jankau).

piątek, 12 lipca 2019

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XXIII



Nareszcie w moje ręce trafiła praca Gregory’ego Hanlona Italy 1636. Cemetery of Armies. Wydana po raz pierwszy w twardej okładce w 2016 roku miała niestety na tyle zaporową cenę, że nigdy nie zdecydowałem się na kupno. Nareszcie jednak wydano ją w miękkiej okładce, co czyni ją o wiele bardziej dostępną. Mogłem ją wreszcie przeczytać, stąd i obiecana na blogu recenzja.

Praca podzielona jest na cztery rozdziały, jak zwykle najpierw pokrótce omówię ich zawartość, po czym przejdę do ogólnej oceny. Zaczynamy od wstępu, w którym autor nakreśla dostępne materiały źródłowe i dotychczasowe badania dotyczące Wojny Trzydziestoletniej we Włoszech, a zwłaszcza 1636 roku. Rozdział pierwszy to wprowadzenie do polityki francuskiej doby Richelieu, ze szczególnym uwzględnieniem konfliktów związanych z Wojną Trzydziestoletnią. Oczywiście zgodnie z tematyką książki, najwięcej miejsca poświęcone jest tu sytuacji w Północnych Włoszech i walce Francji i Hiszpanii o wpływy w regionie. Poznajemy tu także najważniejsze postacie dramatu: włoskich władców, francuskich i hiszpańskich dowódców którym przyszło się zmierzyć w 1635 roku.
 
Rozdział drugi to opis działań tytułowej kampanii 1636 roku, gdzie z jednej strony walczyli Francuzi i ich sabaudzcy (czy jak kto woli piemonccy) sojusznicy, z drugiej zaś Hiszpanie i ich jakże międzynarodowa armia. Sporo miejsca poświęcono tu strukturze armii, znajdziemy tu więc kolejne regimenty i tercios którym przyszło walczyć w kolejnych starciach. Autor opisuje kolejne fazy walk w Lombardii, przetykane odniesieniami do pracy teoretyków wojskowości o tym jak powinna zachowywać się armia w marszu i w obozie.

W rozdziale trzecim możemy przeczytać o najważniejszej bitwie kampanii, czyli starciu pod Tornavento, które miało miejsce 22 czerwca 1636 roku. Obok samego przebieg bitwy, mamy tu długie rozważania na temat motywacji i psychologii żołnierzy, taktyki walczących stron i wyposażenia poszczególnych formacji. Sam opis walk jest bardzo interesujący, oparty o źródła z epoki. Bitwa, mimo że nie należy do najbardziej znanych czy przełomowych, to ciekawe starcie – chociażby dlatego, że walki trwały aż 14 godzin. Autor wnikliwie analizuje źródła dotyczące strat, rozważając co tak naprawdę w głównej mierze mogło wpłynąć na taki rozlew krwi w czasie bitwy.
Rozdział czwarty to dalszy przebieg kampanii, ze szczególnym naciskiem na pacyfikacje jakich dokonały oddziały sprzymierzonych. Czytelnik dowie się z tej części, dlaczego Tornavento było niewykorzystanym zwycięstwem i jak ostatecznie zakończyła się kampania 1636 roku.
W książce znajdziemy znaczną ilość czarno-białych ilustracji, są to obrazy i ryciny z epoki. Obok portretów władców i generałów, mamy tu sporo prac Stefano della Belli (które faktycznie przedstawiają kampanie italskie z tego okresu) czy Johanna Wilhelma Bauera. Osobiście bardzo zainteresowały mnie fragmenty z manuskryptu doktora Giovanniego Polino, ukazujące rany bitewne żołnierzy w XVII wieku. Tekstowi towarzyszy także 10 map, obrazujących teatr działań. Niestety te na których przedstawiono bitwę pod Tornavento są bardzo nieczytelne, nie posiadają one bowiem legendy i na pierwszy rzut oka nie wiadomo nawet, która armia jest ukazana po której stronie.

Muszę przyznać, że po lekturze tej książki jestem nieco skonfundowany. Z jednej strony mamy tu bardzo interesujący opis mniej znanego teatru działań i ciekawej bitwy. Praca opiera się na gruntownie zbadanej bazie źródłowej, z uwzględnieniem materiałów z obydwu walczących stron. Bitwa pod Tornavento przedstawiona jest bardzo dokładnie, także bez problemu możemy prześledzić jej kolejne fazy. Te fragmenty czyta się naprawdę dobrze, bo generalnie książka napisana jest przystępnym językiem. Ale… no właśnie, czasami jest jakieś ale, prawda? Niestety widać, że autor niezbyt dobrze ‘czuje się’ w klimatach wojskowości XVII-wiecznej, stąd informacje o poszczególnych formacjach i oddziałach są bardzo porozrzucane w tekście i czasami sprawiają wrażenie, że autor przypomniał sobie w ostatnim momencie, że warto napisać, że dana kawaleria to kirasjerzy czy że walcząca piechota miała też piki. Aż się prosi o wyodrębnienie w tekście głównym (albo w aneksie) ODBu walczących w bitwie armii – niestety czytelnik mu się sam to sobie mozolnie pozbierać z fragmentów rozrzuconych po całej książce. Co jednak było dla mnie najbardziej męczące, to dygresje autora, które strasznie rozbijają narracje wydarzeń. Przykładowo rozdział dotyczący bitwy otwiera prawie sześć stron dywagacji na temat motywacji żołnierzy i  psychologii na polu walki. Po tym mamy pięć stron ogólnych rozważań na temat taktyki armii na polu bitwy, żeby dopiero po 11 stronach takiego wstępu przejść wreszcie do samej bitwy. Podobnie w ostatnim rozdziale dotyczącym dalszych wydarzeń mamy nagle w połowie tekstu kilku stronnicowe rozważania o problemach z higieną wśród walczących armii. Są to wszystko bardzo ciekawe rzeczy, ale samą książkę czytałoby się o wiele lepiej, gdyby nieco inaczej wyglądała jej struktura i gdyby pewne fragmenty zostały wyodrębnione do osobnych, krótszych rozdziałów.

Jest to bez wątpienia ciekawa i interesująca książka, którą można spokojnie polecić zainteresowanym XVII-wieczną wojskowością i historią. Co prawda ci którzy są nieco ‘oczytani’ w temacie pewnie się skrzywią na pewnie odniesienia w przypisach (do praca, nazwijmy to, o niezbyt dobrej renomie), wydaje mi się jednak, że jest to zrównoważone doborem i ilością materiałów źródłowych z epoki.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to ostatecznie można mieć. Duży plus za tematykę i użyte źródła, jednak dziwna struktura pracy i męczące (oczywiście dla mnie, każdy czytelnik będzie to odbierał inaczej) dygresje powodują, że nie jestem skłonny przyznać tu najwyższej noty w moim blogowym rankingu.

wtorek, 8 stycznia 2019

Paaaanie, a ile trzeba haggisu żeby to wykarmić?



W 1635 roku resztki szkockich regimentów walczących pod Nordlingen w szeregach armii szwedzkiej weszły, wraz z innymi oddziałami księcia Bernarda Sasko-Weimarskiego , na służbę francuską. Tu szkoccy weterani spotkali się ze starym znajomy, sir Johnem Hepburnem, który do 1632 roku walczył pod sztandarami Gustawa II Adolfa. Jeżeli wierzyć legendzie, niejeden żołnierz miał w czasie tego spotkania uronić łzę, a jedyny ocalały dudziarz[1] (z regimentu McKaya) włożył w swoją melodię całe serce. Ex-szkockie regimenty połączono z nowymi zaciągami Hepburna, tworząc Regiment d’Hebron[2].  W owym czasie była to największa jednostka armii francuskiej, zachowała się bowiem lista popisowa na której zapisano jej liczebność jako 8116 ludzi. Jako że znamy dokładny spis, chciałbym go tu zacytować:

- pułkownik sir John Hepburn
- podpułkownik Munro
- major sir Patrick Monteith
- 45 kapitanów
- 1 kapitan-porucznik[3]
- 45 poruczników
- 48 chorążych
- 4 chirurgów
- 6 adiutantów
- 2 kapelanów
- 1 tamburmajor
- 1 dudziarz
- 88 sierżantów
- 288 kaprali
- 288 funkcyjnych[4]
- 96 doboszy[5]
- 7200 szeregowych pikinierów i muszkieterów, podzielonych na 48 kompanii po 150 ludzi

Robi wrażenie, bo to bez mała mini-dywizja piechoty, będąca de facto odpowiednikiem 4 regimentów (12 kompanijnych) w armii szwedzkiej czy cesarskiej. Dla porównania z innymi regimentami francuskimi tej doby:
- Gardes Francaises miała w (w teorii) 30 kompanii po 200 ludzi
- Gardes Suisses miała 12 kompanii po 200 ludzi
- Gardes Ecossaises zaś 30 kompanii po 150 ludzi.


[1] Dla niezorientowanych: chodzi o grajka który morduje w czasie gry pewne ryczące zwierzę. Błędnie zwykło się go nazywać kobziarzem.
[2] Taki zapis nazwiska Hepburna stosowali bowiem Francuzi.
[3] Dowodził kompanią pułkownika.
[4] W angielskim zapisie: lance corporal, co czasami tłumaczone jest jako starszy szeregowy. Pomagał kapralowi w dowodzeniu kapralstwem.
[5] Po 2 na kompanię.

poniedziałek, 3 lipca 2017

4000 d'Artagnanów na Dzikich Polach


Do  elekcji 1573 roku stanęło kilku kandydatów, wśród nich (ostateczny zwycięzca) Henryk Walezy, reprezentujący Cesarstwo Ernest Habsburg czy szwedzki król Jan III Waza. Posłowie każdego z chętnych do polskiej korony składali szlachcie różnorakie obietnice, próbując zjednać sobie głosy. Ciekawy jest zestaw przygotowany przez Francuzów:


Oczywiście starano się trafić do możliwe najszerszej grupy wyborców: obiecując owe urzęda i godności czy finansowanie edukacji zagranicznej dla 100 szlacheckich młodzianów. Najbardziej jednak ubawiła mnie propozycja dotycząca posiłków wojskowych. 4000 strzelców z Gaskonii – a region ten znany był jako prowincja dostarczająca armii francuskiej nader walecznych wojaków – miało oto stanowić część sił chroniących granice Korony.  Trochę trudno mi sobie wyobrazić takie oddziały uganiające się za czambułami tatarskimi na Dzikich Polach. Pomysł pozostał jednak, mimo tego że Henryk wygrał elekcję, tylko na papierze. Może to i lepiej…

niedziela, 2 lipca 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXXX


Za dzisiejsze znalezisko serdecznie dziękuję Tomaszowi Łomnickiemu (w pas się kłaniam czapką służbową z czaplim piórkiem!), który znalazł je w zasobach Rijksmuseum. To wydane w drugiej połowie XIX wieku rysunki drukarza van der Haeghena, ukazujące żołnierzy z okresu 1720-1725. Co ciekawe, mamy tam - oprócz żołnierzy francuskich i 'niemieckich' także i Polaków. A że stroje wyglądają tam bardzo ciekawie, pozwolę sobie wrzucić kilka rysunków.
 Okropności wojny
 Wojskowi i inne profesje
 Typy żołnierzy: trzy górne rzędy to Francuzi, dwa dolne to Polacy. 
 Jazda: 10 Francuzów i 10 Niemców
Typy wojskowe

piątek, 12 maja 2017

Szalony koń i italskie winorośla


Wracamy do przygód seigneura de Bayard, tym razem lądując pod Marignano pierwszego dnia bitwy, czyli 13 września 1515 roku.  Chociaż to Francuzi ostatecznie wygrali to krwawe starcie, pierwsza faza bitwy wcale na to nie wskazywała. To wtedy właśnie nasz rycerz otarł się o śmierć w czasie walk ze szwajcarskimi piechurami. Jak zwykle luźne tłumaczenie z angielskiego jest mojego autorstwa.
W toku ostatniej [tego dnia] szarży na Szwajcarów nader dziwna przygoda przydarzyła się Bayardowi, który cudem tylko uratował swój kark. Dosiadał wtedy narowistego konia, który, ranion od wielu pik, pozbył się ogłowia i nie czując już [kontroli ze strony jeźdźca] ruszył prosto śród Szwajcarów i zawiózłby swego jeźdźca w kolejny oddział [którego żołnierze] nie daliby [Bayardowi] pardonu. Szczęśliwym jednak trafem, koń zaplątał się w winoroślą wiszące, jak to zwykle w Italii, między drzewami i musiał się zatrzymać.
Jeżeli Bayard kiedykolwiek bał się o swe życie, to właśnie wtedy. Zsunął się z siodła na ziemię, pozbył się całej zbroi i pełznąc na czworaka – by nikt go nie zauważył – ruszył w tę stronę skąd dochodziły okrzyki ‘Francja! Francja!’ i tak dotarł bezpiecznie do obozu królewskiego [króla Franciszka I], z całego serca dziękując Najwyższemu za wybawienie z tak wielkiego niebezpieczeństwa.

Jak widać Bayard nie widział nic niehonorowego w takiej ucieczce, zresztą walki z drugiego dnia bitwy pokazały, że duch w rycerzu nie upadł, a ostatecznie to Francuzi przeważyli w bitwie. Ale to już historia na inną okazję…

sobota, 25 marca 2017

Wtem jakby się otworzyły bramy Piekła!


20 sierpnia 1648 roku armia francuska dowodzona przez Kondeusza pokonała pod Lens Hiszpanów arcyksięcia Leopolda Wilhelma. W starciu tym ważną rolę odegrała kawaleria z obydwu stron. Zachowało się kilka bardzo ciekawych źródeł opisujących bitwę, poniżej interesujący przykład potyczki kawalerii właśnie. Dobrze pokazuje różnice w taktyce i agresywności walczących stron.  Jak zanotował francuski uczestnik bitwy:
Książę Salm podjechał kłusem na czele pierwszej linii [złożonej z] Walonów i Lotaryńczyków przeciw pierwszej linii Kondeusza, która zbliżyła się  z wolna by stawić mu czoła. Dwie linie stanęły naprzeciw siebie, koń w konia, pistolet w pistolet i pozostały w takiej pozycji przez dłuższy czas, czekając która strona wystrzeli jako pierwsza [a] żadna ze stron się nie ugięła.
Nieprzyjaciel [tj. Hiszpanie] okazał się bardziej niecierpliwy i otworzył ogień: wtem jakby się otworzyły bramy Piekła! Wszyscy nasi oficerowie w pierwszych szeregach zginęli, zostali ranni lub utracili konie. Kondeusz dał sygnał byśmy otworzyli ogień, po czym, z uniesionym pałaszem [ruszył] na czele regimentu Gassiona[1], miażdżąc skwadron [hiszpański] stawiający im czoła. Jego [pozostałe] sześć skwadronów szybko poszło śladem,  gwałtownie atakując pierwszą linię wroga, tak że ta została [szybko] pokonana.  




[1] Regiment jazdy niemieckiej w służbie francuskiej. 

wtorek, 7 lutego 2017

Bang bang there goes your heart


Dzisiejszy wpis krótki, a historia smutna i krwawa. Pan którego portret widzimy powyżej to Louis de Bourbon[1], hrabia Soissons, urodzony w 1604 roku. Młody człowiek był niezwykle ambitny, do tego nienawidził (do bólu) de facto rządzącego Francją kardynała Richelieu. W 1636 roku zawiązał nawet ze swoim kuzynem – Gastonem de Bourbon, księciem Orleanu – spisek na życie kardynała, pomysł jednak spalił na panewce. Młody Burbon jednak się nie poddawał, w 1641 roku przy wsparciu księcia de Bouillon i wojsk hiszpańskich stanął do otwartej rewolty. 6 lipca tegoż roku rebelianci zostali jednak rozbici w bitwie pod Marfee, a sam Louis poległ na placu boju.
To właśnie okoliczności jego śmierci są dosyć zagadkowe i to o nich chciałem wspomnieć. Według jednej wersji zabił go – i to już po bitwie – jeden z jego oficerów, opłacony przez kardynała Richelieu. Nazwisko tego zdrajcy-skrytobójcy jednak się nie zachowało. Druga wersja jest o wiele bardziej interesująca i zadziwiająca. Otóż według niej hrabia… przypadkowo sam się zastrzelił (sic!). Nabitym pistoletem miał bowiem podnosić zasłonę hełmu (co wskazywałoby, że stanął do bitwy w zbroi kirasjerskiej, jak na rycinie poniżej), kiedy to pistolet wystrzelił i kula zabiła go na miejscu. Przyznaję, że jeżeli chodzi o  zgony na XVII-wiecznych polach bitwy ten przypadek jest zaiste zadziwiający…



[1] Tak, wiem, w języku polskim zwykło się pisać Ludwik Burbon, ale oryginał brzmi znacznie lepiej. 

wtorek, 29 listopada 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. X


Dawno nie było recenzji, pora to zmienić. Przyjrzymy się pracy Johna Barratta, o przydługim tytule Better Begging than Fighting – The Royalist Army in exile against Cromwell 1656-1660. Ukazała się ona w tym roku, w ramach serii Century of the Soldier 1618-1721. Seria ta, z którą się jeszcze w kąciku recenzji zetkniemy, wydaje książki dwóch typów: tzw. ‘culverin’ to monografia w twardej okładce, ‘falconet’ to zawierająca kolorowe ilustracje książeczka w miękkiej okładce. Omawiana praca należy właśnie do tej drugiej kategorii – liczy sobie bowiem 125 stron, włącznie z indeksem.
Po krótkim wstępie i szczątkowym kalendarium wojny, mamy tu 9 rozdziałów:
1. Wojna z Hiszpanią (6 stron)
2. Armie (Armia Flandrii, Armia francuska, Siły Cromwella) (łącznie 8 stron)
3. Armia na wygnaniu (13 stron)
4. Wkracza Cromwell (17 stron)
5. Mardyke (16 stron)
6. 1658: Rozpoczyna się kampania (9 stron)
7. Bitwa na wydmach (26 stron)
8. Upadek Dunkierki (5 stron)
9. Dalsze wydarzenia (13 stron)
Tekst jest gęsto, a wręcz zbyt gęsto, poprzetykany cytatami ze źródeł, których zresztą autor w żaden sposób nie komentuje.  Opis armii jest do bólu wręcz skrótowy i brakuje w nim pewnych informacji – np. w przypadku Hiszpanów nie dowiadujemy się nic o ich kawalerii. Rozdział o armii królewskiej na wygnaniu jest zdecydowanie najciekawszy, głównie jednak dzięki bogatym cytatom z epoki. Sam opis bitwy na wydmach to praktycznie tylko kompilacja źródeł dostępnych w języku angielskim, do tego sam opis autora nie pokrywa się z kolorową mapą którą mamy dołączoną do pracy (chodzi głównie o rozmieszczenie i ilość kawalerii).
Trzy kolorowe ilustracje autorstwa Petera Barfielda, przedstawiające żołnierzy z epoki, także nic nie wnoszą do samej treści, są poza tym delikatnie rzecz biorąc brzydkie. Praca zawiera także kilka kolorowych portretów z epoki, a także dużo więcej czarno-białych. Te ostatnie są niestety często w fatalnej jakości.
Szczerze – to jestem rozczarowany. Spodziewałem się czegoś więcej, jakoś bardziej spoistej pracy a nie tylko takiej kompilacji źródeł (anglojęzycznych) jaką tu otrzymałem. Na bezrybiu i rak ryba, więc lepsze to niż nic w przypadku tak słabo znanego tematu. Jednak biorąc pod uwagę cenę (‘okładkowa’ to prawie 20 funtów) mamy tu za mało treści i płacimy głównie za kredowy papier i kilka kolorowych obrazków.

Końcowa ocena [według rankingu : trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to można mieć jeżeli ktoś jest zainteresowany armią angielską/brytyjską, a lepiej odpuścić dla całej reszty Czytelników.


niedziela, 31 stycznia 2016

Lemoniada i sorbet


Dziś piękna anegdotka z 1647 roku. Kardynał Mazarin wysłał wtedy marszałka Ludwika Burbona, znanego lepiej jako Kondeusz[1] do Katalonii. Miał on tam – na czele francusko-katalońskiej armii – zająć się oblężeniem Lleidy, na której zęby połamało sobie już kilku francuskich generałów. Impreza nie zakończyła się jednak sukcesem i Kondeusz jak niepyszny powrócił po pewnym czasie do Francji. Obroną Lleidy dowodził don Gregorio Bito, kurtuazyjny w mowie i bezwzględny w czynach. „Umilał” on czas oblegającym, często wyprowadzając z twierdzy wycieczki i nękając ich ostrzałem. Prowadził jednocześnie bardzo sympatyczną korespondencję z Kondeuszem, komplementując go ile wlezie. I tu dochodzimy do anegdotycznej sytuacji, do której doszło w  czasie jednego z „gorętszych” dni oblężenia, gdy francuski książę – jak zwykle zresztą – nie oszczędzał się i był często widoczny wśród żołnierzy pierwszej linii. Hiszpan wysłał mianowicie do francuskiego obozu dwóch czarnoskórych paziów, którzy przynieśli podarunek dla Kondeusza. Brito nakazał im oto dostarczyć lemoniadę i sorbet, by Francuz mógł się odświeżyć po męczącym dniu. Urocze, prawda?



[1] A nawet Wielki Kondeusz. 

wtorek, 22 grudnia 2015

Kadrinazi radzi i odradza - cz. VI


Dzisiejsza recenzja dotyczy pracy Stéphane’a Thiona, French Armies of the Thirty Years’ War, wydanej w 2008 roku. Jest to angielska wersja książki, która w wersji francuskiej ukazała się wcześniej w tym samym roku. Autor, znany chociażby jako autor bloga De Rohan à Turenne, od wielu lat zajmuje się XVII-wieczną armią francuską.  Cóż tu dostajemy – mam oto przed sobą książkę sporego formatu (ani chybi A4), w miękkiej okładce, wydanej na bardzo dobrym papierze. Zawiera bardzo dużo ilustracji (o czym poniżej) i kilka map ze starych atlasów.
Praca podzielona jest następująco:
- wstęp
- krótki opis Wojny Trzydziestoletniej i okoliczności włączenia się Francji do tego konfliktu
- rozdział opisujący armię francuską w okresie 1617-1634; mamy tu podrozdziały o piechocie, kawalerii, artylerii, dowództwie armii a także liczebności i działaniach Francuzów w czasie kampanii wojennych
- kolejny rozdział – podzielony na takie podrozdziały jak poprzedni – pozwala nam się zapoznać z tym jak zmieniała się armia francuska w okresie 1635-1648, w czasie działań związanych z ‘francuskim’ etapem WT
- bardzo krótki rozdział o mundurach i sztandarach
- opis ważniejszych operacji armii francuskiej w czasie wojny
- aneksy (kalendarium wojny, relacje bitewne kilku francuskich oficerów, krótki artykuł o malowaniu ‘figurkowego’ popiersia kardynała Richelieu)
- bibliografia
Praca jest napisana niezwykle przystępnym językiem, do tego obficie okraszona cytatami z epoki, które pomagają się ‘wrzuć’ w klimat armii i jej żołnierzy. Informacje są podane przejrzyście, identyczny układ dwóch rozdziałów ‘armijnych’ pozwala także łatwo znaleźć szukane informacje, jeśli chcemy do czego wrócić przy późniejszej lekturze. Dla mnie osobiście bardzo interesujące są wyjątki z pamiętników francuskich oficerów, których normalnie – z racji nieznajomości języka – nie mógłbym z taką łatwością przeczytać.  
Wspominałem o kwestii ilustracji. Jest ich w tekście bardzo dużo: mamy zarówno zdjęcia eksponatów muzealnych (broń, uzbrojenie ochronne) jak i obrazy i rysunki. W przypadku tych ostatnich sporo z nich jest autorstwa XIX i XX-wiecznych artystów francuskich, co oczywiście każde podchodzić do nich nieco z rezerwą w kwestii wierności historycznej. W dwóch przypadkach mamy dwa obrazy dotyczące Angielskiej Wojny Domowej – ich obecność akurat dziwi. Niewątpliwie jednak tak duża ilość ilustracji pomaga Czytelnikowi w budowaniu wizerunki armii francuskiej, który nakreślił autor.
Próżno szukać w omawianej książce przypisów do podawanych przez autora informacji, ale też nie jest to praca naukowa, a próba przybliżenia Czytelnikom – zwłaszcza tym spoza Francji –  jak wyglądała struktura i liczebność armii francuskiej w toku przełomowego europejskiego konfliktu.
Wydaje mi się jednak, że spokojnie można było zrezygnować z 2-3 dużych (zajmujących po 2 strony) ilustracji, a na ich miejsce wstawić dokładniejsze mapy, na których zaznaczono by działania wojsk francuskich i główne bitwy z ich udziałem.

Na pewno interesujące było wydanie tej pozycji w języku polskim, aczkolwiek obawiam się, że z powodu znacznej ilości materiału ilustracyjnego książka taka mogłaby być stosunkowo droga. Nie jestem więc w stanie powiedzieć, czy jakikolwiek polski wydawca byłby zainteresowany przetłumaczeniem i wydaniem jej. Zainteresowanych tematem zachęcam do zakupy wersji angielskiej (lub francuskiej, jeżeli znacie język), sądzę że będziecie zadowoleni z zakupu.

Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć - można mieć - lepiej odpuści - zdecydowanie unikać] to można mieć (zwłaszcza jeżeli ktoś jest zainteresowany armią francuską i/lub Wojną Trzydziestoletnią

środa, 28 maja 2014

Kto dziś z boju szybko zmyka, jutro zwalczy przeciwnika


Dotarł do mnie wczoraj reprint pracy Johna Cruso The Art of Warre, or militarie discourses of levying, marching, encamping; and embattailing an armie. Oryginalne wydanie pochodzi z 1639 roku i jest de facto tłumaczeniem na język angielski francuskiej pracy Du Praissaca Les discours militairies. Stąd też opisy dotyczą armii francuskiej i wynikają z jej doświadczeń z pierwszej połowy XVII wieku. Od czasu do czasu pozwolę sobie coś z tej pracy zacytować.
Pierwsza próbka dotyczyć będzie roli kawalerii. Jest ona podzielona na dwie formacje: jazdę (horse) i kirasjerów. W skład tej pierwszej wchodzi lekka jazda (light horse) i karabinierzy (carbines). Wydaje mi się, że pewne rzeczy mogły tu zostać zgubione w tłumaczeniu z francuskiego na angielski, pozwolę sobie więc wytłumaczyć jak to rozumiem[1]. Lekka jazda to szwoleżerowie[2]: wyposażeni w hełmy (kapaliny lub burgonety), napierśniki i (czasami) napleczniki, uzbrojeni w pałasz, parę pistoletów i długą broń palną[3]. Karabinierzy[4] to generalnie odpowiednik arkebuzerów w innych armiach tego okresu: uzbrojeni byli identycznie jak szwoleżerowie, de facto po wymianie przez tych pierwszych arkebuzerów na muszkietony obydwie formacje były uzbrojone identycznie. Niektórzy teoretycy piszący w XVII wieku stawiają znak równości pomiędzy karabinierami i dragonami, nic nie wskazuje jednak na to, żeby w tym akurat przypadku Du Praissac/Cruso mieli właśnie dragonów na myśli.
Oto jak autor(zy) wyobraża(ją) sobie użycie takiej jazdy w kampanii (tłumaczenie własne z języki angielskiego):
Zadaniem (tych) oddziałów jest zawsze badać i odnajdywać nowe drogi i trasy, którymi mógłby nadciągnąć nieprzyjaciel i by zawsze krążyć wokół (wojsk) nieprzyjaciela; stąd też (by wykonywać takie zadania) muszą wyruszać na długie wielodniowe wyprawy, ale (z tego powodu) nie muszą wystawiać wart w nocy (a tylko) przy swojej kwaterze (a nie na straży całej armii).
W czasie operacji oblężniczej[5] wysyła się ich by siali spustoszenie, zdobywali przejścia[6], atakować miasta[7], harcować[8] i łapać jeńców, by zdobywać informacje o stanie miast.
Nie przynosi żadnej hańby lekkiej jazdy, jeżeli ucieka (od przeciwnika) galopem, bo też do jej zadań należy zarówno (by) walczyć, wycofywać się jak i następować (w stronę przeciwnika), (niezależnie od tego czy jest) 10 (naszych) przeciw 50, 30 (naszych) przeciw 100; muszą więc (lekkokonni) być dobrze wyszkoleni w uporządkowanym odwrocie, a także w odrywaniu się od liczniejszego przeciwnika (by potem) zaatakować go ponownie w dogodnym czasie, wedle własnej odwagi i oceny (sytuacji).
O kirasjerach mamy o wiele krótszą i mniej treściwą wzmiankę. Cruso nie używa francuskiej nazwy gendarmes, a angielskiej cuirassiers. Zaznacza, że to specjalna formacja, podlegająca wyłącznie dowódcy całej armii – podczas gdy lekką jazdą dowodzi generał jazdy. Według planu bitewnego i widzimisię generała, kirasjerzy mogą walczyć w każdej części szyku bitewnego. Jazda ta ma nigdy nie odwracać się plecami (do wroga)i z tego powodu winna być ciężej uzbrojona[9].





[1] Posłużę się tu niezwykle interesującą pracą French armies of the Thirty Years’ War autorstwa Stephane’a Thion.
[2] Fr. Chevau gers.
[3] Do 1621 roku używali arkebuzów, po tym roku zastąpionych przez muszkietony.
[4] Fr. Carabins.
[5] Tzn. gdy nasza armia oblega twierdzę, a nie jest oblegana…
[6] Może chodzi o zabezpieczanie mostów, brodów i tym podobnych?
[7] W znaczeniu wzniecania w mieszczanach paniki, a nie w celu zdobycia miast.
[8] Ang. To skirmish.
[9] Chodzi tu oczywiście o uzbrojenie ochronne, w porównaniu z lekką jazdą. 

poniedziałek, 3 marca 2014

Odważny wbrew swej woli (głową w dół)

Wracamy do wspominków pana de Montluc, udało mi się znaleźć smakowity kawałek. Francuz tak oto opisywał pewien epizod ze szturmu na Thionville, który miał miejsce w czerwcu 1558 roku. Jeden z jego żołnierzy zameldował mu, że przeciwnik wycofał się z ważnej pozycji. Oficer odrzekł na to:
Wskakuj tam żołnierzu, a dam ci [za to] 20 sou. Żołnierz odrzekł jednak, że tego nie zrobi, [bo] jeśli skoczy w dół to [zaraz] będzie martwym człekiem. I zaparł się [w miejscu] z całych sił [tak, że Montluc nie mógł go zepchnąć ]. Mój syn kapitan Montluc i insi kapitanowie, nad którymi miałem komendę, stali tuż za mną. Krzyknąłem do nich, by pomogli mi z tym oto dzielnym żołnierzem [by zmusić go do skoku]. Cała nasza grupa [złapała więc żołnierza] i rzuciła go w dół, głową w dół, dodając mu odwagi [w momencie] gdy [mu] jej zabrakło. Kiedym ujrzał, że nikt go nie zastrzelił, wrzuciliśmy tam jeszcze dwóch arkebuzerów, także [jak i pierwszego] nieco wbrew ich woli.

Co ciekawe, dopiero potem zaczęli skakać tam oficerowie, na czele z synem naszego pamiętnikarza. Kiedy już pozycję zajęło kilku z nich, dopiero wtedy skoczył tam sam Montluc. Pragmatyzm Francuza jest godny uwagi, bo też nie rzucał się do ataku jako pierwszy, a ‘zachęcał’ do tego innych żołnierzy. Nic dziwnego, że tak długo udało mu się przetrwać na polu walki. 

środa, 1 stycznia 2014

Z piką na modłę szwajcarską

Nowy rok wypadałoby zacząć z przytupem… a przynajmniej jakąś zachęcającą do wysiłku mową. Z pomocą przyjdzie Blaise de Montesquiou de Lasseran-Massencome, seigneur de Montluc, XVI-wieczny marszałek Francji. Była to postać nietuzinkowa: ubogi szlachcic, zaczynał karierę wojskową w Italii, pod komendą słynnego Bayarda; pasowany na rycerza po bitwie pood Ceresole w 1544 roku, w 1574 roku mianowany – w uznaniu zasług, licznych ran i  półwiecza ciągłej służby wojskowej – marszałkiem Francji. W 1592 roku ukazały się jego pamiętniki, Commentaires de Messire Blaise de Montluc.  Niezwykle przypadły one do gustu królowi Henrykowi IV, który nazwał je żołnierską Biblią.
Seigneur de Montluc przywita więc 2014 rok przemową którą wygłosił do swoich żołnierzy przed bitwą pod Ceresole, gdzie przyszło im się zmierzyć z osławionymi niemieckimi lancknechtami. Tłumaczenie z wersji angielskiej mojego autorstwa, więc wszelkie ewentualne błędy spadają na moją głowę:

Towarzysze broni, winniśmy dziś  walczyć dzielnie a jeśli wygramy tę bitwę zdobędziemy sławę większą niż ktokolwiek przed nami. Historia uczy nas, że do tej pory, za każdym razem gdy Francuzi walczyli wręcz z Niemcami, to Niemcy zwyciężali [chodzi mu zapewne o starcie piechoty – K.]. By udowodnić żeśmy lepsi niż nasi przodkowie musimy walczyć z dwakroć większą odwagą by ich [Niemców] pokonać lub [w przypadku porażki honorowo] zginąć  - by ukazać im, kim tak naprawdę jesteśmy (…). Panowie, zda się że niewielu z tych których tu widzę walczyło wcześniej w bitwie. Powiem wam więc jedno – jeżeli będziemy dzierżyć nasze piki za ich końce i walczyć na pełną długość piki zostaniemy z pewnością pokonani (…) Musicie chwycić swą pikę w połowie, na modłę Szwajcarów, po czym z pełnym pędem ruszyć pomiędzy nich [Niemców] i ujrzycie jak zaskoczeni będą taką formą ataku].

Sugestia była jak najbardziej słuszna, o czym z fatalnym skutkiem przekonali się lancknechci. O bitwie pod Ceresole napiszę kiedyś więcej, w ramach XVI-wiecznych blogowych wycieczek; zapewne i seigneur de Montluc jeszcze nieraz pojawi się w tym kącie.