Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przesądy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przesądy. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 sierpnia 2019

Z gdańskiej księgi horroru – odsłona piąta



Teraz to dopiero powieje grozą, Charles Ogier przytoczy bowiem straszliwą historię sekty magów, która onegdaj terroryzowała wioski między Elblągiem a Gdańskiem. Oczywiście musi to być powiastka prawdziwa, wszak opowiadał to Francuzowi poważny mieszczanin gdański, człek bystry i wnikliwy.
Dodał przy tym, że on i jego sąsiedzi, którzy pod Elblągiem mieli pewne posiadłości, domy i grunty wiejskie,  zaznali wielu szkód od czarowników. Uśmiercili oni przeszło 4 tysiące krów i wołów, i to nie trucizną, żelazem czy innymi wynalazkami człowieka, lecz diabelskimi czarami, także że bydło to, całkiem przedtem zdrowie i silne, w jednej chwili popadało. Kiedy zaś rozpłatano ciała tych zwierząt, nie znaleziono w nich ani jednej całej lub nie pokruszonej kości. Co dziwniejsze i sprzeciwiające się naturalnemu porządkowi rzeczy, kości te były popękane wzdłuż, a nie złamane w taki sposób, jak łamie się kij czy kość. Ciągnęły się w tych wsiach podobne zbrodnie bez mała lat trzydzieści[1], aż wreszcie siedmiu czarowników zapłaciło za to głową. Przyznali się wobec sędziów, że to demony przywiodły ich do takich złych czynów, i że to demony przymuszały ich, by tę lub inną zbrodnię popełnili. Jeżeli zaś czasami nie odważyli się ich dokonywać na swoich sąsiadach – z lęku przed narażeniem się na podejrzenia lub zarzuty – to niejednokrotnie nakazywali złym duchom własne bydło wytracać, gdyż w przeciwnym razie sprowadzały na nich przeróżne udręki.
Z dalszej rozmowy Ogier dowiedział się, że większa część sekty czarowników składała się z luteranów, którzy się tych sztuczek wyuczyli od dwóch anabaptystów przybyłych z Holandii. Jak widać mieliśmy własne Salem, ciekawe czy są ślady źródłowe owych procesów ‘magicznej siódemki’?




[1] Ogier spisywał to w 1636 roku, więc zapewne chodzi o okres od początku XVII wieku.

poniedziałek, 8 lipca 2019

Nożem go i czapką




W pamiętniku Teodora Jewłaszewskiego możemy znaleźć wiele interesujących zapisów dotyczących wydarzeń z życia podsędka nowogrodzkiego w latach 1546-1604. Nie brak tu rodowych waśni czy historii nadnaturalnych. Jako że tych ostatnich na blogu nigdy za wiele, pozwolę sobie zamieścić fragment dotyczący przypadku z jesieni 1566 roku, kiedy to pan Teodor napotkał straszliwe widmo, które pokonał za pomocą noża i czapki.




piątek, 21 czerwca 2019

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona czwarta



[Tydzień z Królestwem Szwecji, wpis 4/7]

Wracamy do gdańsko-szwedzkich historii strasznych acz prawdziwych, wszak opowiadał je jakże poważny człowiek, jakim był Jan Zierenberg. Tym razem o szwedzkich magach-elementalistach, dokładnie rzecz biorąc o specjaliście od wiatrów (i nie, nie chodzi o handlarza cebulą i fasolą…).

Ktoś, kto chciał wyruszyć ze Szwecji, aby prędzej dopłynąć tam, gdzie zmierzał, kupił sobie wiatr; tam bowiem są i tacy, którzy kupczą wiatrami i burzami. Kupiec dał mu chusteczkę zawiązaną na trzy węzły. Pierwszy węzeł krył w sobie wiatr łagodny i pomyślny, drugi silniejszy, trzeci huragan; tymi się pewnikiem będzie mógł posłużyć, jeśli je wypuści. Wsiadł ów na okręt w zupełniej ciszy morskiej. Rozwiązał pierwszy węzeł chusteczki i oto powiał pomyślny, łagodny wiatr. Że mu ten był za powolny, rozwiązał drugi węzeł i natychmiast silniejszy wiatr popędził okręt tak, że w czasie niedługim spodziewał się dobić do upragnionego portu. Przecież, gdy się przez nieuwagę chusteczka, na której pozostał był jeszcze trzeci węzeł, wypadła ze sakwy tego człowieka, podniósł ją jakiś majtek, i myśląc że węzeł ten kryje pieniądze, rozwinął go. I natychmiast taki się zerwał huragan, że statek, okrutnie miotany, ciśnięty został na skały i tam się rozbił. Ocaleli jednak podróżni i majtkowie wraz z owym kupcem wiatrów i ci potem tę historię opowiadali.

Hmmm, może trzeba by przeanalizować szwedzkie bitwy morskie w XVII wieku, ciekawe przy których z nich pogoda odegrała ważną rolę.

środa, 6 marca 2019

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona trzecia



Po dwuletniej przerwie (urok bloga…) wracamy do opowieści z dreszczykiem, które Jan Zierenberg przekazał Charlesowi Ogierowi. Wcześniej na blogu można było znaleźć odsłonę pierwszą i drugą, trzecia zabiera nas do Laponii, znanej kolebki skandynawskiej magii:

Antoni Meidel, Inflantczyk, admirał szwedzki za króla Jana, ojca Zygmunta, wędrując przez Laponię z jednym sługą i z psem, a nie znalazłszy pewnego dnia nic do jadła ni do napitku, natrafił wreszcie na chatę jakieś staruchy, wdowy. Kiedy zażądał od niej jedzenia, utrzymywała, że nie ma ani chleba ani nic do położenia na ząb. Przecież gdy niewiasta z izby wyszła, on, szperając wszędy, dołapał na policy kawały sera za czym ułamawszy kęs jednego rzucił go swemu psu. Kiedy starucha wszedłszy zauważyła to, zagroziła mu że go spotka nieszczęście i w tej chwili pies padł nieżywy. Przerażeni tym i on i jego sługa nie odważyli się już jeść, sądząc przecież, że złości tej czarownicy złożyli tamtą psią duszą wystarczającą ofiarę, przemogli się, by przez tę noc, do świtu przynajmniej, przeleżeć na sieczce. Koło północy porwały jednak admirała tak gwałtowne boleści, że wił się w nich niby opętany lub oszalały przez pełną godzinę, a w końcu została mu po nich cała twarz wykrzywiona, tak że ani mówić nie mógł, ani jeść, ale tylko przez trzcinę można mu było wlewać do gardła polewki i napoje, o ile oczywista w okolicy pełnej tylko dzikiego zwierza można było uwarzyć sposobne i zdrowe polewki. Kiedy po tej metamorfozie puścił się dalej w drogę i przybył w końcu do szałasu jakiegoś starego człowieka, ów staruszek ulitowawszy się nad jego przygodą spytał go, czy chce doznać ulgi i odzyskać dawną twarz; to jednak stać się może tylko pod tym warunkiem, iż zgodzi się podczas kuracji wycierpieć takie same bóle, jak te, które wytrzymał podczas zapadu choroby. Kiedy się na ten warunek zgodził już nie tylko chętnie, ale zgoła łapczywie, musiał się o północy z takimi samymi najokrutniejszymi męczarniami zmagać przez godzinę, po jej upływie jednak odzyskał dawny kształt, zostało tylko przez kilka godzin jeszcze ogromne znużenie w całym ciele.

Dziwna ta Laponia, co krok to wiedźma czy mag, niesamowita kraina. Całe szczęście że staruszek był chaotyczny dobry i pomógł w potrzebie. 


czwartek, 18 stycznia 2018

Węgrów w piekle nie masz i nie będzie


Przepyszna anegdota z połowy XVII wieku, tłumacząca dlaczego to (jakoby)w piekle nie ma Węgrów. Ciekawe ukazuje ona, jak widziano naszych sąsiadów w Polsce w tym czasie. Ubawiła mnie setnie, pozwolę więc sobie przytoczyć in extenso:

Jeden kaznodzieja węgierski, świadom będąc dobrze affektów i postępków swego ludu i narodu powiedział, że Węgrów w piekle nie masz i nie będzie, bo i ci, którzy tam byli, stamtąd wszyscy wyszli, a to takim sposobem. Naszło się niemało, owszem pełne piekło Węgrów, a najbardziej za zdrady, rozbojów i złodziejstwa; więc kto [do] czego nawykł, trudno poprzestać: toż Węgrowie działali  w piekle, [tak samo]  co i na ziemi: ludzi rozbijali, obdzierali, etc. Gdy częste skargi o to chodziły Lucypera, jął się bardzo frasować o nierząd takowy; zaczym zwoławszy rady piekielnej, to medium do pozbycia się złej zgraje wynaleźli. Kazano naprzód piekłu bić w bębny, chorągwie wystawiać, dardy wszystkie wytykać, służbę dobrą obwoływać. Co radzi bardzo Węgrowie słysząc a uprzedzając się do służby, jeden przed drugim wszyscy hurmem powypadali z piekła. Co widząc Lucyper, że ich już nie masz, co prędzej kazawszy piekło zamknąć, od tego czasu dekret taki wydał, aby tam żadnego więcej Węgrzyna nie wpuszczano dla złodziejstwa, wydzierstwa i rozboju. 

piątek, 7 lipca 2017

Magiczne działa i moździerze


Nasz dobry znajomy Holsten (muszę mu w końcu kiedyś dorobić blogowego taga), po wojażach w szeregach armii szwedzkiej i polskiej, trafił w połowie lat 60. do wojsk wojowniczego księcia  biskupa Munsteru, Christopha Bernarda von Galena (to sympatyczny jegomość powyżej). Ten westfalski szlachcic, weteran wojny trzydziestoletniej, postanowił we wrześniu 1665 roku wesprzeć walczących przeciwko Zjednoczonym Prowincjom Anglików króla Karola II. Jego oddziały wkroczyły na terytorium prowincji Overijssel, zdobywając kolejne miasta. Kawaleria biskupa dokonywała rajdów poza granice holenderskie, łupiąc i zbierając spyżę. W jednym z takim podjazdów – liczących 1000 rajtarów – brał udział Holsten. Żołnierze von Galena dotarli do miejsca, gdzie stał duży dom, po jednej stronie bagnisko, z drugiej był umocniony fosą i wałem. Tak silna pozycja miała być broniona przez 150 Holendrów. Munsterczycy chętnie by zaatakowali, nie mieli jednak przy sobie ani jednego dragona, a tym bardziej muszkietu. Postanowiono więc uciec się do podstępu…
Wzięliśmy z wielkich wozów chłopskich największe długi drągi i położyliśmy je na kołach, miały one naśladować półkartauny. Na inne koła nałożyliśmy duże, grube sękate bale, miały to być duże moździerze. Zrobiliśmy tych wozów w sumie ze 12, zaprzęgliśmy do nich woły, krowy i konie po 20 w każdym.

Następnie żołnierze biskupa przedefilowali kilka razy z tym ‘parkiem artyleryjskim’ przed obliczem obrońców, wywołując ich zrozumiały niepokój. Potem wysłali do Holendrów trębacz z ultimatów: obrońcy mieli się poddać w ciągu czterech godzin, inaczej zagrają działa i moździerze, tak że nie zostanie kamień na kamieniu. Morale garnizonu załamało się, po czym Holendrzy poddali się bez walki. Jakie było ich zdumienie, gdy – mając okazję z bliska obejrzeć owe działa i moździerze przekonali się, że to tylko maskirowka. I tak przekonali się poczciwi Holendrzy, że byliśmy prawdziwymi czarownikami, skoro mogliśmy im tak zamydlić oczy lub przemienić metal w drzewo. Zadowoleni wojacy biskupa zabrali łupy i wrócili na swoje kwatery. 

sobota, 27 maja 2017

O wojakach co się ich ani szabla ani kula nie ima


Okazuje się, że armia koronna miała w Prusach kuloodpornych żołnierzy. Co prawda było w to zaangażowane nieco magii, ale czego się nie robi by pokonać Szwedów? Charles Ogier pod koniec marca 1636 roku zanotował taką oto historię opowiedzianą przez gdańskiego mieszczanina:

(…) prawdziwe są opowieści o pewnych żołnierzach, którzy dzięki diabelskim i czarodziejskim sztuczkom tak są przeciw kulom muszkietowym zabezpieczeni, iż nie można ich zranić. Kiedy bowiem kula ich trafi, to nie wchodzi w ciało, lecz robi tylko guza, który da się wyleczyć w ciągu kilku dni. Opowiadał też co z kolei zasłyszał od swojego brata, kiedy tamten, będąc jeszcze młodzieńcem, wybierał się na wojnę. Otóż pewnego razu wsiadł on na wóz jakiegoś chłopa, ten zaś widząc młodzieńca sposobiącego się do wojaczki, zadeklarował się wtajemniczyć go w ów sekret przeciw kulom muszkietowym. Wówczas młodzieniec, mając przy sobie muszkiet, bez zastanowienia wypalił do woźnicy. Ten, będąc pod wpływem czarów, lecz nie spodziewając się takiej reakcji, zwalił się wprawdzie na ziemię, ale kula nie utkwiła w jego grzbiecie. Nieco rozgniewanych powiedział, że gdyby został o tym uprzedzony, to nawet z kozła by nie spadł. Kerschenstein wymienił mi nawet pewnego kapitana czy pułkownika, który wielu takich żołnierzy do Prus ściągnął; sam zresztą widział niektórych z nich.

Dociekliwy Francuz wrócił do tego jakże fascynującego tematu miesiąc później, znów wypytując Gdańszczanina o owych zaczarowanych, co to się ich ani szabla ani kula nie ima. Odrzekł mi ten człowiek, nie lękliwy  i rozumny, że z taką pewnością może mi o nich opowiedzieć, z jaką by chciał, żebym go uważał za człowieka uczciwego. Oświadczył, że widział nawet cały regiment takich żołnierzy, którymi dowodził Ernest Denhoff, ten sam co w Sztumskiej Wsi był z nami w charakterze komisarza. Nazywano ich passawczykami, gdyż – jak już wspominałem – przybyli z wojska biskupa Passawy. Wielu chłopów z okolic Norymbergii do teraz praktykuje w życiu codziennym tę czarnoksięską sztukę.


 Księciem-biskupem Passawy był od 1625 roku arcyksiążę Leopold Wilhelm czyli nader bojowy pan którego widzimy powyżej. Nic dziwnego, że u tak wojowniczego władcy służyli kuloodporni żołnierze. A że były w to zaangażowane czarty i magia? Cóż, cel uświęca środki...
Co do Ernesta Denhoffa – wydaje mi się, że chodzi o Magnusa Ernesta Denhoffa, który pod koniec 1626 roku zaciągał regiment piechoty niemieckiej dla armii koronnej. Oddział ten dotarł do wojsk Koniecpolskiego po bitwie pod Tczewem, a po pewnym czasie Magnusa Ernesta zastąpił Gustav Sparre. Kuloodporni służyliby więc głównie w obronie wybrzeża w okresie po 1627 roku. 

środa, 17 maja 2017

Padli na kolana zaraz i śpiewali nabożnie


Wspominałem kiedyś o przykładzie dobrej religijnej „wróżby” przed bitwą pod Beresteczkiem. Stanisław Oświęcim podał jeszcze jeden, nieco wcześniejszy przykład z tej kampanii, wskazujący jak ważną rolę przy morale armii polskiej odgrywała religia.
Tej nocy zaraz[1], która to była ze środy na czwartek, chorągiew[2] Pana Stanisława Potockiego, Wojewody Podolskiego, na straży będąc w polu, widzieli białogłowę na powietrzu płaszczem swym obóz nas okrywającą, co Najświętszej Pannie przypisawszy, padli na kolana zaraz i litaniam Lauretanam śpiewali nabożnie. Które widzenia mieliśmy sobie za oczywiste znaki protekcyej Jej nad wojskiem i przyszłych, da Bóg, zwycięstw. A nie dziw, było albowiem na ten czas tak żarliwie w obozie nabożeństwo, że szopa królewska, w której na ołtarzu cudowny N. Panny stał zawsze obraz, we dnie i w nocy bez przestanku napełniona zawsze była towarzystwa, czeladzi i innych różnych ludzi, nabożeństwa swoje z wielką odprawujących pokorą.
Swoją drogą zaciekawił mnie wątek owego cudownego obrazu, towarzyszącego Janowi Kazimierzowie. Kojarzy ktoś o co chodzi?




[1] Z 31 maja na 1 czerwca.
[2] Mogła to być chorągiew husarska lub jedna z trzech chorągwi kozackich wojewody. 

wtorek, 14 marca 2017

Węgrowie przysięgą to potwierdzali


W XVII-wiecznych armiach religia odgrywała niezwykle ważną rolę. Od haseł przed bitwą, przez zawołania bojowe, po wizerunki na sztandarach: towarzyszyła żołnierzom w niemal każdym aspekcie ich życia. Nic więc dziwnego, że zawsze wysoko ceniono sobie boskie wsparcie i błogosławieństwo przed bitwą. Podawałem już na blogu przykłady dobrych „wróżb” przed bitewnych, dzisiaj z takiej właśnie kategorii epizod który miał miejsce miesiąc przed bitwą pod Beresteczkiem. Tak oto opisał go Stanisław Oświęcim:
Nocy przeszłej różne nad obozem widziane były spectacula. Rotmistrz X. Kanclerzów i z piechotą na warcie będąc, widział w jednę stronę Króla, w obłokach na tronie złotym siedzącego; z jednę stronę onego anioł trzymał koronę, a z drugą stronę drugi anioł stał z mieczem nad głową jego. Opodal od tego widzieli znowu w obłoku błękitnym ogród zielony, barzo piękny, we środku którego napisane były wielkiemi złotemi literami te słowa: Salvator mundi, które Węgrowie z tej piechoty, po łacinie umiejący, że realiter czytali, przysięgą tego potwierdzali.

Cuda zaiste, cuda. Trochę strach się bać, jakim to trunkiem musiała się raczyć owa piechota stojąca na straży…

niedziela, 14 sierpnia 2016

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona druga


Kilka miesięcy temu zamieściłem mroczną historię magii i morderstw, przytoczoną przez Ogiera w jego zapiskach z podróży do Polski. Wypadałoby odkopać wątek, dziś wiedźma rodem ze Szwecji:
Pewien gdański ławnik – nazwiska jego nie pomnę – miał pomocnika. Temu zdarzyło się, gdy był w Sztokholmie, iż się w nim zakochała pewna niewiasta tak, że puścić od siebie go nie chciała i wszelkimi obietnicami i pokusami go nakłaniała, by pozostał w Szwecji. Wreszcie gdy go coraz częściej jego pryncypał do powrotu wzywał i gdy już i sam powziął zamiar wracania, zażądała od niego owa rozpustna i nieopanowana niewiasta kosmyka włosów na pociechę w jego nieobecności i jako zakład miłości. Tamten znając namiętność swej bogdanki i znając sposoby czarownic w tym kraju i lękając się czegoś złego, wydarł kudeł z kożucha niedźwiedziego, który wdziewał w podróży na suknię i włosy te niezbyt różne od własnych, przemięszawszy je z nitkami jedwabiu, ofiarowuje niewieście z oznakami okrutnej miłości i tak kochankę (choć wzdrygnąć się tu może Dydona) wywodzi w pole. Wsiadł na okręt i już był wiele mil od wybrzeża szwedzkiego, kiedy o pełnym dniu położył się podścieliwszy sobie kożuch. Jednakże, gdy już zasypiał, uczuł, że mu ktoś wyskubuje spod głowy kudły jego kożucha. Rozbudził się, nic nie widząc. Kładzie się znowu i czuje, że go znowu ktoś spod niego wyciąga. Wpadł w złość myśląc, że ktoś z jego towarzyszy tak się z nim drażni, ale nikogo koło siebie nie widzi, natomiast widzi i teraz, czuwając że jego skórę coś ciągnie i wlecze, a gdy on ją chce przytrzymać, ciągnie ją coś tym mocniej. Krzyczy więc i przywołuje na ten dziw podróżnych i marynarzy, którzy patrząc własnymi oczami (rzecz zdumiewająca!) widzą, jak niedźwiedzia skóra wyrywa się i jedzie przez powietrze, niby druga Kallisto którą Jowisz po raz wtóry na północ porywa.

Oj, nie chciała się rozstawać z kochankiem owa Szwedka, nie chciała…

piątek, 1 stycznia 2016

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona pierwsza


Rok 2016 zaczniemy magicznie i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Charles Ogier zapisał w swoim dzienniku, jak to francuskie poselstwo spotkało się z burmistrzem Gdańska, Imć Czirenbergiem[1]. Gdańszczanin miał opowiedzieć Francuzom kilka fascynujących historyjek, dotyczących głównie czarów i stworów ze Szwecji. Ogier pilnie wszystko zapisał, tym skwapliwiej (…) iż mówił je człowiek bystry i kalwin, a zatem człek zgoła nie tak łatwowierny. Historii jest kilka, będę je więc od czasu do czasu prezentował w odcinkach, jeden na wpis. Zaczniemy od historii szlachcianki o straszliwych skłonnościach, według tłumaczenia z łaciny autorstwa Edwina Jędrkiewicza z 1950 roku:
Była niewiasta ze szlacheckiej rodziny Ranzauów, która osławiła się zbrodniami wszelkiego rodzaju, a zrzuciwszy z siebie skromność jej płci przystojną i przybrawszy męskie szaty i zuchwalstwo, mieszała się i do wojny i do rozmaitych czynów zbrodniczych. Tę, gdy w końcu w Gdańsku człowieka zabiła, do więzienia wtrącono. Zwracano uwagę burmistrzowi, wujowi tegoż Czirenberga, człekowi uczonemu i roztropnemu, by się miał na baczności przed tej czarownicy sztukami. Kiedy pewnego razu szedł na Radę, rzucono chytrze z więzienia złożoną kartę papieru. Gdy ją pisarzowi kazał podnieść, ów zaraz po podniesieniu jej upadł na twarz i chociaż żadnej na ciele nie miał obrazy[2], nie mógł się podnieść bez pomocy towarzyszy. Rozwinięto kartkę i znaleziono w niej igiełki, włosy i insze takie drobiazgi. Ucięto w końcu głowę zbrodniczej niewieście.
Jak widać czar nie podziałał tak jak zamierzała czarownica, sprytny burmistrz nie dał się złapać w pułapkę. Ciekawe to gdańskie voodoo, idealne na sesję w „Dzikie Pola”. A w zanadrzu mam jeszcze kilka takich smaczków…




[1] Jan Zierenberg (1574-1642), od 1630 roku burmistrz Gdańska .
[2] Tj. obrażeń. 

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Wianek ze skóry zajęczej


W źródłach dotyczących wojen polsko-kozackich możemy czasami znaleźć bardzo interesujące zapiski dotyczące zjawisk nadprzyrodzonych. Pisałem kiedyś o wiedźmach kozackich i wyrywaniu serca, dzisiaj z kolei czary tatarskie. Taki oto przedmiot magiczny zdobyli Polacy w czasie bitwy pod Beresteczkiem:
Wczora oddawali j.k.mć odjęte nieprzyjacielowi buńczuki, chorągwie, między inszemi pułkownik województwa rawskiego oddał chorągiew kitajczaną błękitną o dwu ogonach, (do) dzidy przebitych, sznur zielony włóczkowy między tymi ogonami dwiema (…)a nad grotem u dzidy miasto zwyczajnego wianka był wianek z skóry zajęczej zrobiony, musi to być, że to na jakieś czary. Te chorągiew wydarł to nieprzyjacielskiemu chorążemu p. Romanowski, towarzysz z pułku pomienionego, [za co] mu król j. mć. podziękował.

Niestety brak informacji o tym jakie dokładne właściwości magiczne miał ów sztandar… Skórka zajęcza, więc może Błękitny Sztandar Chyżości? ;) 

niedziela, 1 lutego 2015

Wojny gwiezdne z półksiężycem w roli głównej...


Od czasu do czasu udaje mi się w źródłach z epoki znaleźć ciekawe zapiski dotyczące fenomenów pogodowych, dziwnych zwierząt czy zjawisk (prawie) nadprzyrodzonych. Czytając ostatnio Klimakter czwarty Roczników Polskich pióra Wespazjana Kochowskiego natknąłem się na przepiękną perełkę w tym typie. Rzecz działa się w 1671 roku, więc była potem – po wybuchu wojny z Turcją - jak znalazł dla proroków w typie „a nie mówiłem, że coś złego się stanie”. Oto co napisał pan Wespazjan:
Ale następujące zdarzenie, o którym ludzie wiarygodni z sąsiednich Węgier dali znać, z największą ciekawością przyjętym zostało przez ludzi łatwowiernych, a później uważano je za nieomylną przepowiednię niebios. Wieczorną porą w pobliżu miasta węgierskiego Potoku, na pogodnym, czystym niebie, gwiazdy w porządku swoim stanęły, jakoby w szyku gotowym do boju z przeciwnymi gwiazdami, które od wschodu nadciągały, by zgnębić gwiazdy na zachodzie jaśniejące. Dziwna to rzecz i cudowi podobna! Owe ognie niebieskie przy błyszczących światłach zodiaku, z nagła wzajemną zapaliwszy się odrazą, stanęły w szyku bojowym, gotowe do bitwy. Walczyły na otwartym polu sfery półksiężycowej, póki po zaciętej walce, wschodnie przemagające liczbą, zwycięstwa nie odniosły nad zachodnimi. Jednakże mniejsza gwiazda nadbiegłszy od zachodu czterema innymi okolna, na nowo rozpoczęła bój i stronę już zwycięską z placu spędziła. Ta to przeciwnych gwiazd walka, malowniczo przedstawiła postępy mocarstwa tureckiego w Europie, albo ludy przeciwko Turkom sprzymierzone liczbą gwiazd oznaczając, najkrwawsze wojny koniec w obrazie ukazała. Ja zaś, przystając na zdanie Kościoła, sądziłbym, że gwiazdy wskazują, ale nie wywołują, ni wydają, ruchu rodowi ludzkiemu przychylnego, ku przestrodze przyszłości, nie zaś jakby na wzór postępowania.
Jak widać wszystko było zapisane w gwiazdach…


sobota, 1 grudnia 2012

Cecylia Renata Winchester [tribute to 'Supernatural']



Pamiętniki Albrychta Stanisława Radziwiłła to istna kopalnia anegdot z czasów panowania Władysława IV. Czego tam nie ma – bratobójcy, pijacy, piesek przejechany przez karetę, nawet duch atakujący królową… Właśnie, tą ostatnią historyjkę chciałem przytoczyć. W czerwcu 1639 roku król Władysław IV i królowa Cecylia Renata  przejeżdżali przez Daugi, starostwo Radziwiłła. Para monarsza zatrzymała się na odpoczynek i wtedy zaczęły się dziwne rzeczy:
Gdy królowa z karety wysiadłszy poszła do komory, tam sama jedna zostawszy, przy otwartym oknie o ścianę się bokiem oparłszy, aż oto poczuła, że ją ktoś za rękę aż do boleści ściska, a nikogo nie widzi. Obejmuje królowę strach i pocznie wołać przenajsłodsze imiona Jezus Maria! Ustaje ściśnienie ręki, ale boleść nie zaraz ustała. Taiłać to milczeniem przed drugimi królowa, nam się jednak zwierzyła. Różne stąd konjektury i dyskursy formowaliśmy. Przychodziła też nam suspicya na metresę niegdyś królewską z niewstydu i publicznej niesławy o czarodziejstwo sławnej (którą król wydał za chorążego Nurskiego, dawszy jej starostwo mereckie), jeżeliby ona czego nie knowała przeciwko pobożnej królowej; gdyż w domu daugańskim żadnych nigdy strachów ani ja, ani kto inszy nie doznał.
Jak widać pobożna Habsburżanka poradziła sobie z magicznym (?) atakiem niczym doświadczony pogromca wiedźm,  niemniej jednak mnie najbardziej rozbawiła informacja o czarownicy-kochance króla. Ech ten Władek…

poniedziałek, 5 listopada 2012

Morska poczwara kapitana Garsa



Co Gustaw II Adolf ma wspólnego z potworem morskim zapytacie? Najwyraźniej sporo, jeżeli wierzyć jednemu z moich ulubionych XVII-wiecznych kronikarzy czyli biskupowi Pawłowi Piaseckiemu. Otóż wspomina on w swojej kronice o złowróżbnym znaku, jakim było złowienie koło Kalmaru potwora morskiego. Straszliwy ten lewiatan miał bowiem zwiastować wojny do których dojdzie za sprawą Gustawa Adolfa syna karolowego. Oddajmy więc głos biskupowi, niechże opisze poczwarę:
Potwór morski pod Kolmarem złowiony, na półtora łokcia długi, przy którego głowie skrzele podobne było do miecza; na grzbiecie miał jakby trzy groty od dzidy, w pysku dwa zęby słoniowe, a od pępka wyrastała mu stopa ludzka, z temi na boku słowami wyrytemi: biada! biada! biada! tobie człowiecze.
Wspaniały przykład fauny, ciekawe jaki zwierzak dał podstawę plotce? Może jakiś zabłąkany wstęgor królewski? Jakieś pomysły?

wtorek, 30 października 2012

Ja gorę! Historia prawdziwa...




Być może niektórzy z Czytelników bloga pamiętają znakomity filmik Ja gorę! Janusza Majewskiego, zrealizowany w 1967 roku.  Poniżej linki do YB, gdzie można obejrzeć całość – polecam. Znalazłem jednak opowiastkę z 1690 roku, która jak żywo przypomniała mi Ja gorę! więc pozwolę sobie ją zamieścić jako dzisiejszy wpis:
Dni przeszłych powiadają, iż dziwna przygoda trafiła się pewnemu kawalerowi tutejszemu, to jest iż w nocy podczas gdy zażywał zakazanych rozkoszy z białogłową, stanął nagle przed nim (lubo wszystkie drzwi były pozamykane) człowiek zbrojny ziejący ogniem przez oczy, usta i nozdrza, a gdy szlachcic porwał się dziarsko do karabeli wołając kto zacz? ów odpowiedział, że jest duszą jego rodzonego stryja, która za to samo życie, jakie on teraz prowadzi, cierpi wieczne katusze, co wyrzekłszy widmo przepadło w ziemię. Szlachcic na ten widok opamiętał się, spowiadał i komunikował, i zmienił odtąd żywot swój i obyczaje.