Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdecydowanie unikać (książki). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdecydowanie unikać (książki). Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 marca 2020

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XXIX



Blogowa ankieta dotycząca następnej pozycji którą mam recenzować – wybór był między serią Historyczne Bitwy a Century of the Soldier – została zdecydowanie wygrana przez zwolenników HBków. Wybór książki jest jednak w moich rękach, zdecydowałem się więc przeczytać pracę „Kraków 1655-1657” Ryszarda Dzieszyńskiego. Najpierw spojrzymy na ogólną strukturę pracy, a potem zajmiemy się bardziej szczegółowymi komentarzami.

Jak wskazuje tytuł, książka ma przybliżyć losy Krakowa w czasie pierwszych lat „Potopu”. Po krótkim wstępie historycznym który ma tłumaczyć podstawy konfliktu polsko-szwedzkiego, przechodzimy do wybuchu wojny w 1655 roku. Pokrótce widzimy tu dwa pierwsze miesiące konfliktu, po czym Autor zaczyna opisywać sam Kraków i przygotowania miasta do obrony przed Szwedami. W kolejnym rozdziale mamy opis nadciągającej armii szwedzkiej i oblężenia miasta. Przy okazji walk o Kraków, możemy też pokrótce zapoznać się z innymi wydarzeniami w Polsce, jak np. bitwa pod Wojniczem. W rozdziale piątym Kraków w końcu poddaje się Szwedom, w kolejnych częściach książki czytelnik znajdzie informacje o szwedzkich rządach w mieści, kolaboracji części mieszczan z okupantem, kontrybucjach wymuszanych na ludności. W międzyczasie gdzieś tam w tle widzimy kolejne fazy wojny: oblężenie Jasnej Góry, bitwy pod Gołębiem, Warką i Warszawą, walki partyzanckie. Pod miasto nadciąga z wojskami polskimi marszałek Lubomirski, znajdziemy więc tu nieco informacji o nieudanym oblężeniu Krakowa. Do wojny włączają się Siedmiogrodzianie i Cesarstwo. Latem 1657 roku oddziały polski i cesarskie oblegają Kraków, a we wrześniu tegoż roku szwedzki garnizon kapituluje i opuszcza miasto. Książką kończy kilkustronnicowe podsumowanie życiorysów najważniejszych postaci wspomnianych na kartach pracy.

W teorii mamy tu więc wszystko jak trzeba, zgodnie z tytułem Autor omawia kolejne fazy oblężeń i walk związanych z Krakowem. Niestety, problemem jest fatalna wręcz ilość błędów merytorycznych. Autor opiera się głównie o opracowania, ewidentnie jednak nie rozumie tematyki którą się zajmuje, nie potrafi bowiem bez błędów przepisać do swojej książki informacji podanych przez innych autorów. Oczywiście wypisywanie wszystkich rzeczy które znalazłem zajęłoby zbyt długo, przytoczmy jednak kilka najbardziej kuriozalnych przykładów, zapis z książki podaję kursywą:

- str. 6 27 czerwca 1629 roku koło Trzciany u ujścia Wisły polska piechota pod wodzą hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego (1591-1646) odniosła zwycięstwo nad wojskami szwedzkimi. Straty polskie w tej bitwie wyniosły 300 zabitych, a straty szwedzkie 1200 zabitych i 500 jeńców. Chodzi oczywiście o tryumf armii polsko-cesarskiej, gdzie piechoty polskiej nie było, Szwedzi nie stracili 1200 zabitych a i polskie straty 300 zabitych nie są pewne
- str. 12 armia polska w Koronie liczyła wtedy 52 000 żołnierzy, w tym 10 000 kwarcianych, 4300 piechoty łanowej i 32 000 wybranieckiej, prócz tego 5300 wojska pospolitego ruszenia. Pal licho, że w 1655 roku kwarcianych już nie było, ale te liczby! 32 000 to pospolite ruszenie, 5300 to zaciągi prywatne i wojewódzkie – taka pomyłka przy przepisywaniu z opracowania to po prostu żenada
- str. 13 1 lipca 1655 roku armia polska wyglądała następująco: husaria liczyła 20 321 konnych, arkebuzerzy 200 konnych, pancerni 24 335 konnych, chorągwie tatarskie 44 269 konnych, wołoskie 31 883 konnych, rajtarzy 25 348 konnych, piechota cudzoziemska 14 605 porcji, polska 27 820 porcji, dragoni 9340 porcji. Na Jowisza, jak żeśmy więc mogli przegrywać ze Szwedami, mając tak ogromną armię? Problemem jest oczywiście znów to, że Autor nie zrozumiał tego co przepisywał z pracy prof. Jan Wimmera. Tak wysokie liczby to łączna liczba koni danej formacji od lipca 1655 do 30 czerwca 1660 roku, do obliczenia wysokości żołdu (czyli prof. Wimmer dodał wszystkie kwartały służby, co dało łączną sumę koni).
- str. 32 Stefan Czarniecki szybki znalazł miejsce w armii polskiej jako towarzysz pancerny. Już w 1521 roku w wieku 24 lat widzimy go wśród obrońców Chocimia. 1521 to oczywiście błąd, chodzi o 1621. Czarniecki nie mógł być też wtedy towarzyszem pancernym, a towarzyszem kozackim (w chorągwi kozackiej).
- str. 33 w 1624 Koniecpolski jest nazwany hetmanem wielkim koronnym, mimo że został nim dopiero osiem lat później
- str. 72 w ramach armii koronnej pod Wojniczem mamy siedemdziesiąt chorągwi lekkich, liczących ponad 6000 konnych – gdy tak naprawdę chodzi o łączną liczbę chorągwi kozackich i lekkich

Nie dojechaliśmy jeszcze do setnej strony a tu już tyle błędów merytorycznych. Do tego Autor ma bardzo irytującą, przynajmniej dla mnie, manierę uciekania w dygresje. Przy okazji każdej niemal postaci wspomnianej w tekście mamy od razu podany jej biogram, który często zupełnie nie jest związany z treścią książki. Klasyczny przykład mamy na stronach 22-23, kiedy z biogramu biskupa Piotra Gembickiego przechodzimy do Kostki Napierskiego. Zupełnie bez sensu, no ale pół strony wypełnione. Praca sprawia wrażenie napisanej ‘na kolanie’,  gdzie lista walczących wojsk sąsiaduje ze zbeletryzowanymi fragmentami, wszystko to przeplatane biogramami i dygresjami. Jako że Autor opiera się przede wszystkim o opracowania, nie próbuje nawet weryfikować zawartych w nich informacji, mimo dostępności innych źródeł i materiałów. Chętnie za tu używa sformułowań w typie „autorzy” czy „źródła” podają, acz bez odniesienia się w przypisach skąd wziął taką czy inną informację.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to bardzo mocne zdecydowanie unikać. Książka jest pełna błędów merytorycznych, ewidentnie wskazujących na to, że Autor ma małe pojęcie o czym pisze, a nikt z redakcji nie interesuje się błędami w książce. Szkoda czasu na lekturę tak słabego opracowania.

sobota, 7 maja 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XI


Z dużym zainteresowaniem przyjąłem wydanie w tym roku pracy Bartosza Głubisza Jazda kozacka w armii koronnej 1549-1696. Temat to wszak szalenie interesujący, do tego bardzo ambitny cel – opisanie formacji która była swoistym koniem roboczym armii koronnej. Co prawda nieco mnie zdziwiło zdanie na obwolucie, mówiące o tym że jazda kozacka walnie się przyczyniła do zwycięstw pod Kircholmem i Kłuszynem – pomyślałem jednak, że może to być tylko reklama ze strony wydawcy, nijak mająca się do treści. Spójrzmy więc co możemy znaleźć w samej pracy.

Oprócz wstępu i zakończenia, praca podzielona jest na trzy rozdziały (każdy liczący mniej więcej podobną ilość stron):
I. Pierwsze roty kozackie. Jazda kozacka w latach 1549-1579.
II. W cieniu husarii. Jazda kozacka w latach 1598-1647.
III. Kawaleria uniwersalna. Jazda pancerna w latach 1648-1696.
W każdym z nim możemy znaleźć podobne podrozdziały: Organizacja, Uzbrojenie, Skład społecznyu i narodowościowy, Finanse i sytuacja materialna żołnierzy, Udział jazdy kozackiej/pancernej w działaniach zbrojnych w wybranym okresie. Do tego w rozdziale trzecim mamy jeszcze „Przyczyny upadku jazdy pancernej pod koniec XVII wieku.

Tym razem zacznę jednak od końca, czyli kwestii bibliografii. Jest to o tyle ważne, że od razu pokazuje sposób w jaki do badań nad tematem podszedł autor. Na liście bibliograficznej mamy rozliczne źródła drukowane, jeszcze więcej opracowań (czasami dość zaskakujących, jak np. wiele prac popularno-naukowych z serii „Historyczne Bitwy”) za to w pozycji „starodruki” znajdziemy zaledwie dwie (sic!) pozycje, dotyczące zresztą tylko jednego konfliktu (powstań kozackich z okresu 1637-38). Porównajmy to teraz z buńczucznymi zapowiedziami autora, który we wstępie pisze o „kompleksowym obrazie jazdy kozackiej” i „wnikliwiej analizie wojskowości staropolskiej”, od razu możemy zacząć podejrzewać, że coś tu jest nie tak. Temat niezwykle obszerny, co najmniej na pracę doktorską czy habilitację (podczas gdy mamy do czynienia z pracą magisterką), napisany bez wizyt w archiwach? Żadnego studiowania dostępnych listów przypowiednich, komputów, rozlicznej korespondencji? Autor wspomina we wstępie o używaniu w swoich badaniach komputów, popisów wojska oraz akt wojskowo-skarbowych  -problem tylko, że korzystał wyłącznie z tych które już ktoś przed nim opracował i opublikował, brak tu więc jakiegokolwiek wkładu własnego.

Widać to zwłaszcza przy okazji – zupełnie jak dla mnie bezsensownego – publikowania obszernych fragmentów komputów, które jednak nic nie wnoszą do treści pracy. Chyba że mają służyć jako wypełniacz miejsca? Kilka przykładów:
- przy wyprawie mołdawskiej Zamoyskiego autor serwuje nam (oczywiście za artykułem opracowanym przez kogoś innego) listę pułków i wymienia wszystkie obecne tam chorągwie kozackie
- absolutnie kuriozalne to publikowanie na stronach 123-132 pełnego komputu na wojnę chocimską, który opracowali Z. Hundert i K. Żójdź (źródło to zresztą jest źle opisane w przypisie, gdzie autor zignorował Z. Hunderta jako jednego z redaktorów). Mamy więc wypis wszystkich pułków, włącznie z husarią, rajtarią czy piechotą. Po co to? Czemu to ma służyć?
- jeszcze gorzej jest w przypadku drugiego rozdziału, gdzie mamy wszystkie chorągwie kozackie pod Żółtymi Wodami i Korsuniem (str. 194-195), wszystkie z zaciągów wojewódzkich 1648 roku (str. 196-198), Beresteczkiem (205-209) czy Batohem (210-211). Totalne wodolejstwo, nic nie wnoszące do treści pracy.Aż się prosiło o jakąś analizę liczebności  jazdy kozackiej na tle innych formacji jazdy w armii: tak w przypadku całej armii jak i poszczególnych pułków. Zamiast tego mamy przydługi fragmenty przepisane z innych prac.

Co gorsza, autor nie zadał sobie trudu i nie próbował identyfikować oficerów jazdy, pozostawiając oryginalne zapisy jak ‘chorągiew pancerna jp. wojewody sandomierskiego” czy „chor. pancerna jp. podczaszego”. Podpowiem: spisy urzędników koronnych są dostępne, opracowano je lata temu i wydano drukiem, naprawdę można je znaleźć i wyjaśnić czytelnikom kim jest ów tajemniczy podczaszy w danym roku. Rozumiem jednak, że jak nie było tego w opracowaniu na którym oparł się autor, to już nie było sensu marnować na to czasu?

Autor w swej „wnikliwej analizie” pełnymi garściami czerpie od innych autorów, podając po prostu swoimi słowami to co inni napisali już przed nim. Klasyczny przykład to str. 63-66, gdzie dwanaście kolejnych przypisów odnosi się do  pracy M. Plewczyńskiego, czy też str. 103-105 z kolejnymi dwunastoma przypisami do innej pracy M. Plewczyńskiego.

We wstępie wspomniano o „kompleksowym obrazie”, nic więc dziwnego że autor stawia różne tezy dotyczące jazdy kozackiej. Przyjrzymy się niektórym, bo też są niezwykle ciekawe:
- dla okresu 1598-1647 jazda kozacka to według autor a tylko roty zaciężne służące  w armii koronnej, otrzymujące żołd, formowane sposobem towarzyskim, których dowódca wybierany był przez króla bądź hetmana wielkiego koronnego. Oznacza to więc, że np. chorągwie lisowczyków wchodzące w skład w armii koronnej (np. w czasie wojny o ujście Wisły) już nie były kozackimi? A co z chorągwiami powiatowymi czy pospolitym ruszeniem służącym po kozacku? Jazdą kozacką nie były też według takiej definicji chorągwie prywatne, nieprawdaż? Oj kłania się brak znajomości źródeł…
- lisowczycy to tu zupełnie odrębna formacja, a jednym z ich wyróżników jest poruszanie się komunikiem. Tak jakby oddziały kwarciane czy komputowe nigdy komunikiem nie maszerowały na wroga
- nie wiedzieć czemu autor upiera się, by całość jazdy kozackiej od 1648 roku nazywać jazdą pancerną. Ech, znów należy odesłać do źródeł, chociażby komputów i popisów armii, gdzie nazwa kozacy czy jazda kozacka występuję nagminnie
- według autora od 1647 roku jazda kozacka zaczęła ewoluować w kierunku formacji średniozbrojnej . Podstawą tej tezy nie jest jednak analiza listów przypowiednich czy źródeł ikonograficznych, a fakt wyodrębnienia w ramach jazdy kwarcianej dwóch chorągwi wołoskich. Dziwny tok rozumowania…
- z wojny o ujście Wisły autor wysnuwa wniosek, że jazda polska miała małą odporność na zmasowany ostrzał z broni strzeleckiej. Naprawdę, nie chcę się nad tym rozwodzić, bo czy jest sens?

Co do składu społeczno-narodowościowego chorągwi kozackich: dopóki autor może korzystać (dla XVI wieku) z pracy M. Plewczyńskiego wszystko jest w porządku, wszak badacz ten wszechstronnie zanalizował owo zagadnienia. W dwóch kolejnych rozdziałach mamy jednak na ten temat bardzo ogólne informacje, bez żadnej dogłębnej analizy. Autor nie podjął próby przeanalizowania rolli popisowej chociażby jednej  chorągwi kozackiej – znów kłania się podejście do źródeł.

Bardzo słabe są fragmenty dotyczące udziału jazdy kozackiej w działaniach bojowych. Oparte głównie o opracowania (np. „Historyczne Bitwy”), są bardzo pobieżne a i dobór starć dziwi. Przykład z mojego podwórka: z wojny o ujście Wisły mamy pierwszą fazę bitwy pod Trzcianą i walki pod Malborkiem w 1629 roku, do tego dwa zdania o podjazdach jazdy kozackiej w sierpniu i wrześniu 1626 roku, a także trzech chorągwiach kozackich pod Puckiem. A aż się prosi o działanie Moczarskiego w 1626 roku (chociaż pewnie według autora, jako że to chorągiew lisowczyków, to już nie jest to jazda kozacka), udział kozaków w operacji zakończonej tryumfem pod Hammerstein w 1627 czy „małą wojną” w 1628 roku. Powtórzę niczym popsuty zegar: wystarczyłoby poczytać więcej źródeł…

Uwaga do korektora i redaktora: w tekście można znaleźć nieco literówek, nie jest jednak ich zbyt wiele. Za to za stwierdzenie, że w 1626 roku w Prusach wylądował król Gustaw August to ktoś powinien się mocno zaczerwienić…  Polacy w Danii nie zdobyli Koldingu, a Koldyngę (jak się kiedyś pisało), ewentualnie Kolding.

Rozpisałem się chyba nawet za mocno, pora więc na podsumowanie.  Praca Jazda kozacka w armii koronnej 1549-1696 niestety mocno rozczarowuje. Jest to kompilacja różnego rodzaju opracowań, często już mocno nieaktualnych, bez oparcia się o ważne materiały źródłowe. Wbrew szumnym zapowiedziom nie jest gruntowana analiza. Być może gdyby autor ograniczył się raptem do jednego z trzech omawianych przez siebie okresów i wykonał porządną kwerendę, można by jego wysiłek jakoś docenić. Na dzień dzisiejszy jednak jest to rozczarowująca i raczej nieudana próba kompleksowego ujęcia historii jazdy kozackiej w armii koronnej.


Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to niestety lepiej odpuścić, w kierunku do zdecydowanie unikać.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. IX


Temat bitwy pod Trzcianą jest mi (zwłaszcza ostatnio) niezwykle bliski, z dużym zainteresowaniem przyjąłem więc opublikowanie przez wydawnictwo Bellona nowego zeszytu z serii „Zwycięskie bitwy Polaków”, dotyczącego właśnie tego starcia. Autorem „1629 Trzciana” jest Tomasz Mleczek; szybkie wyszukanie w sieci wydaje się wskazywać, że to dr Tomasz Mleczek, opiekun zbiorów Gabinetu Genealogiczno-Heraldycznego Zamku Królewskiego w Warszawie.
Zeszyt liczy 90 stron, przyjemnie to wygląda bo czytelnik może tam znaleźć mnóstwo kolorowych ilustracji: od obrazów z epoki po zdjęcia eksponatów muzealnych. Perełką jest zwłaszcza plan bitwy pod Kokenhausen z 1601 roku ze zbiorów MWP w Warszawie (podpowiem – według ryciny G. Lauro, o czym autor już nie wspomniał). Niestety, ilustracje to jedyny plus tego krótkiego opracowania…
Zeszyt to de facto krótka historia konfliktów polsko-szwedzkich w okresie 1600-1629, samej bitwy autor poświęcił raptem 10 stron. Dużo miejsca zajmuje opis wyposażenia i organizacji walczących stron, niestety mamy tam do czynienia z dużą ilością błędów. Przykładowo jazda kozacka jest tu jazdą średniozbrojną; koronna rajtaria dzieli się na duże regimenty; szwedzcy rajtarzy dosiadali rosłych i ciężkich zimnokrwistych koni, Gustaw II Adolf używał w swojej armii łuczników. To tylko drobna próbka, naprawdę jest tego dużo więcej.
Jeszcze gorzej jest z samym opisem bitwy: poczynając od błędnego datowania (autor podaje 25 czerwca, chociaż bitwa miała miejsca 27 czerwca), po kuriozalne czasem opisy starcia (jazda kozacka w szarży składa rohatyny – chociaż królestwo temu, kto będzie w stanie znaleźć dowód źródłowy na używanie tej broni w toku wojny 1626-29; 3000 rajtarów ma jednocześnie oddać salwę do szarżujących sprzymierzonych; Gustaw Adolf jest biegły w tajnikach walki). Niestety autor powtarza wciąż pokutujące w polskiej (i nie tylko) historiografii błędy: masakra jazdy szwedzkiej, pułkownik Eric Soop ratujący życie króla, syn feldmarszałka Wrangla prowadzący ostatni kontratak jazdy szwedzkiej. Żadnych nowych wniosków, żadnych nowych badań – po prostu wklepanie starych błędów, okraszonych wziętymi z kapeluszami opisami wojsk, o których autor ma najwyraźniej nikłe pojęcie.
Szybkie spojrzenie na listę bibliografii wręcz zjeżyło mi resztkę włosów na głowie. Mamy tam jedno (tak, słownie jedno) źródło i to bardzo pośrednio dotyczące bitwy (chodzi o Pamiętniki do panowania Zygmunta III, Władysława IV i Jana Kazimierza). Do tego cztery opracowania, na czele z Rapier i koncerz. Z dziejów wojen polsko-szwedzkich Leszka Podhorodeckiego, na którego błędnym opisie oparł przebieg bitwy autor zeszytu. Woła to wręcz o pomstę do nieba, bo też ilość materiałów dostępnych nawet w sieci (kronika Piaseckiego, kronika Hoppe’go, Pamiętniki o Koniecpolskich, źródła dotyczące bitwy opracowane przez Ottona Laskowskiego) wystarczyłyby do uniknięcia takich chociażby bzdur jak datowanie bitwy.
Przykro mi, ale muszę użyć dosadnych słów: dawno takiego gniota pseudohistorycznego nie czytałem. Dr Mleczek powinien się wstydzić, że popełnił coś tak fatalnego, pełnego błędów, nie wnoszącego nic do wiedzy o bitwie pod Trzcianą. Bellona sprezentowała nam ślicznie wydanego bubla…

Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to po trzykroć zdecydowanie unikać.

niedziela, 6 marca 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. VIII


Stare porzekadło mówi, że każdy może pisać, acz nie każdy powinien. Na szczęście (?) Internet wiele zniesie, stąd też i różne cuda wianki można znaleźć na rozmaitych blogach[1]  i stronach internetowych. Z racji moich zainteresowań szczególną uwagę zwracam na takie zakątki Internetu gdzie autorzy piszą o XVII-wiecznej historii. Pal jednak licho, jeżeli piszą o tym tylko w sieci, problem zaczyna się gdy postanawiają z takich wpisów skompilować książkę i wydać ją drukiem. Wszak misja historyczna jest ważna, niechaj wiedza trafia pod strzechy. Niestety, czasami powstaje z tego dzieło tak kuriozalne, że włos się jeży przy lekturze. Taką też książką zajmiemy się dzisiaj. Chodzi mianowicie o pracę Polskie Imperium. Wszystkie kraje podbite przez Rzeczpospolitą spod pióra Michaela Morysa-Twarowskiego. Biogram autora można przeczytać na stronie Ciekawostki Historyczne.
Już samo hasło reklamujące ową pozycję przygotowuje Czytelnika: Z kim graniczyła Wielka Polska? Z kim chciała. Dodajmy do tego obowiązkowy wizerunek szarżującej husarii na okładce i mamy hit. Z opisów na stronie wynika, że książka sprzedaje się świetnie, wypadłoby więc się jej przyjrzeć.
Autor podzielił ją na kilkanaście rozdziałów, w każdym z nich opisuje dany region/kraj który w różnym czasie miała należeć do owego Polskiego Imperium. Tu od razu napotykamy problem – bo w swoim wehikule czasu autor cofa się do średniowiecza (Kijów 1018-1019, Berlin i okolice 1150-1197 czy Polska nad Morzem Czarnym od 1394 roku). Cóż, jeśli pamięć mnie nie myli, to jednak o Rzeczpospolitej w tym okresie jeszcze nie możemy mówić, ale co ja tam wiem – tak jest w książce, więc musi to być prawda…
Każdy rozdział to kilku stronnicowy esej, czasami nawet z przypisami do źródeł czy opracowań. Tu ówdzie napotkamy także i materiał ilustracyjny, od wizerunków władców po zdjęcia opisywanych lokacji. Są tam jednak perełki, przegapione przez redaktora[2], jak datowanie obrazu Bitwa pod Kłuszynem pędzla Szymona Boguszewicza na rok 1920.
Po lekturze widać, że autor świetnie się bawił pisząc ową książkę, zapewne nieraz zaśmiewał się pod nosem czytając kolejny tytuł podrozdziału który wyszedł spod jego klawiatury. Perełki jak „Imperium kontratakuje”, „Ruska gra o tron”, „Syn efekciarsko, ojciec efektywnie” czy „Żywy w morzu trupów” to tylko drobna próbka tego z czym mamy tu do czynienia.  Jak to opisuje wydawca, autor brawurowo i ze swadą opisuje czasy, gdy Polska naprawdę była supermocarstwem. Niestety, dla mnie te zabawy językowe autora bardzo szybko stają się nużące, widać że pisane są na siłę, byle tylko zainteresować Czytelnika (o czym poniżej). Widać, że autor sporo czytał o wydarzeniach które opisuje, miesza to jednak z popkulturowymi odniesieniami i szybko zatraca się w chaotycznym bełkocie. Boleśnie widoczny jest brak redaktora, który okiełznałby zbyt rozbiegane piór autora. Pozwolę sobie przytoczyć kilka fragmentów, po których nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać:
Wtedy pojawili się elearzy z bojowym okrzykiem na ustach i żądzą mordu w oczach.
Tatarzy zaatakowali Polaków z drugiej strony. Jak wampiry, które zwietrzyły krew.
Co pięćdziesiąty mieszkaniec ziemi był poddanym Zygmunta III
Wrzeszczeli tak jakiś czas, siedząc na koniach. Wiele osób ziewało, bo przecież wypominanie, co robili Rosjanie Polakom, a co Polacy Rosjanom przez ostatnie kilka lat do niczego nie prowadziło.
Żółkiewski, jak Hannibal Smith z Drużyny A, miał plan…
Hałas zwabił kostuchę, która w tę październikową noc przyszła zbierać ponure żniwo.
O porównaniu hetmana Zamoyskiego do Franza Maurera z Psów Pasikowskiego nawet nie chce mi się pisać.
Niezwykle irytujące są kolokwializmy, od których się tu wręcz roi – zapewne to po prostu przeniesienie języka użytego na stronie internetowej. Tatarów się więc tu załatwia, petarda u bram Moskwy robi bum, decyzje władców to często głupota do kwadratu. Naprawdę nie mam tu siły wypisywać kolejnych, bo też lista taka byłaby zbyt długa.
Bolesne są też spotykane tu i ówdzie błędy faktograficzne. Przykładowo według autora pod Połonką w 1660 roku armia moskiewska miała 22 000 ludzi, z czego straciła 8000 zabitych i rannych. Nic to, że poczynione już 10 lat temu badania pokazują, że Chowański miał pod komendą niewiele ponad połowę tej liczby – autor zupełnie to ignoruje, bo też zwycięstwo nie wyglądałoby tak dobrze. Walczący w tej bitwie Paweł Sapieha był hetman litewskim, ale wielkim a nie polnym. Rajtarzy są w kilku miejscach opisywani jako kawaleria uzbrojona w pistolety, tak jakby broń tego typu była jakimś specjalnym wyróżnikiem. Opis taki jest o tyle śmieszny, gdy autor używa go dla szwedzkiej jazdy z końca XVII wieku, której często pistoletów właśnie brakowało. Pod Kłuszynem mamy w armii Żółkiewskiego husarów – zresztą i tu ilość wojska jest znacznie przesadzona, bez uwzględnienia nowych badań.
Odnoszę wrażenie, że autor jest zafascynowany wczesnym pisarstwem Waldemara Łysiaka – stąd też rozliczne nawiązania popkulturowe i forma luźnych esejów. Niestety pisarsko nie jest to taka liga jak Cesarski poker czy Empirowy pasjans, chociaż u obydwu autorów widać czasami bardzo luźne podejście do faktów, byle tylko na papierze wyglądało to dobrze. Zapatrzenie w idola zrozumiałe, ale wykonanie o wiele gorsze.
Przyznam szczerze, że zachodzę w głowę kto jest docelowym odbiorcą tej książki? Ktoś kto zna historię raczej po nią nie sięgnie, a jeżeli to zrobi to może się – podobnie jak ja – boleśnie rozczarować. A może jest to zbiór przeznaczony dla kogoś kto swoją przygodę z polską historią dopiero zaczyna? Odnoszę więc wrażenie, że taka osoba może po lekturze dojść do dziwnych wniosków i stworzyć sobie w głowie bardzo uproszczony i dość jednostronny opis owej Wielki Polski, sąsiadującej z kim chciała.
Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to zdecydowanie unikać



[1] Włącznie z tym…
[2] Jeżeli przy owej książce był taki? Ebook którego posiadam milczy o tym. 

wtorek, 29 grudnia 2015

Kadrinazi radzi i odradza - cz. VII


W dzisiejszej recenzji sięgamy po pracę Macieja Hubki Jazda polska doby Wazów. Organizacja, uzbrojenie, taktyka. Ukazała się ona w 2007 roku, nakładem Naukowego Wydawnictwa Piotrkowskiego. Co prawda nie jestem tego pewien, wydaje mi się jednak że jest to publikacja pracy licencjackiej lub magisterskiej Autora - stąd też bardzo mały nakład (100+20 egzemplarzy). Temat niezwykle rozległy, wszak okres panowania trzech Wazów to lata 1588-1668, sporo się w tym czasie w polskiej wojskowości działo. W nasze ręce trafia praca, która ma raptem ok. 170 stron, włącznie z bibliografią i ilustracjami (o czym wspomnę dalej).

Praca podzielona jest na cztery rozdziały:
- w pierwszym z nich Autor omawia ogólnie wojskowości zachodnio i wschodnioeuropejską, a także rozwój wojskowości europejskiej na przełomie XVI i XVII wieku
- w rozdziale drugim możemy zapoznać się z ogólnymi informacji na temat wojskowości za Wazów, od organizacji sił zbrojnych po polską myśl wojskową
- rozdział trzeci to organizacja i uzbrojenie jazdy polskiej w omawianym okresie, podzielone na dwa podrozdziały, opisujące autorament narodowy i cudzoziemski
- rozdział ostatni to taktyka jazdy: przeznaczenie bojowe poszczególnych formacji, użycie jazdy w skali taktycznej i operacyjnej

Następnie możemy się zapoznać z krótkim podsumowaniem, a także bibliografią. Tu zatrzymam się na chwilę, bo to ważne. Autor wymienia tam archiwalia, acz podaje tylko ogólne nazwy z AGADu, zresztą bardzo mało źródeł tego typu uświadczymy w pracy. Następnie mamy listę źródeł publikowanych – zaledwie 15, po nich znacznie większą listę opracowań i artykułów, aż po strony internetowe jako wpis o husarii na wikiperii , strony kismeta.com czy husaria.jest.pl. Widzimy tu więc główny problem niniejszej pracy – jest to zbiorcze opracowanie, bez pracy na źródłach i próby zweryfikowania, często błędnych, ustaleń pokutujących w opracowaniach.

Następnie możemy znaleźć załączniki – jest to kilka ilustracji i map. Te ostatnie to przedruki z pracy prof. Jana Wimmera Dawne wojsko polskie XVII-XVIII wieku, które nie wnoszą żadnej wartości do omawianej książki. Ilustracje to standardowy zestaw kilku rycin z pracy płka. Gembarzewskiego, do tego człowieka może głowa rozboleć gdy widzi podpis dragonia – jazda cudzoziemskiego autoramentu. Do tego kilka zdjęć z Wikipedii, a na koniec wisienka na torcie, czyli grafiki wzięte żywcem z Ospreya o armii szwedzkiej – oj, chyba ktoś się nie przejmował prawami autorskimi.

A teraz najważniejsze, czyli próba oceny merytorycznej pracy. No i tu niestety jest słabo… Zaznaczyłem już powyżej, że mamy tu do czynienia z kompilacją informacji z różnych opracowań, co prowadzi do bardzo dziwnych ustaleń i powtarzania utartych mitów i błędów. Kilka co ciekawszych perełek:
- szwedzka fanika to dla Autora batalion, chociaż była to chorągiew
- szwedzki regiment jazdy za Gustawa II Adolfa miał być podzielony na 2 skwadrony po 2 kompanie. To taka bzdura, że nawet nie wiem skąd się wzięła…
- mit o zniesieniu karakolu przez powyższego władcę ma się tu dobrze
- w Turcji według Autora mieliśmy Konstantynopol. Rozumiem, że można się nie zgodzić z upadkiem Bizancjum, ale bez przesady (edit: wskazano mi jednak, że oficjalnie nazwa została zastąpiona 'Stambułem' w 1930 roku, do tego czasu używano obydwu. Niech więc i tak będzie, nie taki błąd jak napisałem)
- deli jako konna gwardia sułtana
- w jednym miejscu zachodni kirasjerzy = rajtarzy, w innym rajtarzy funkcjonują obok kirasjerów i arkebuzerów
A to tylko z pierwszego rozdziału… Czasami ma się wrażenie, że Autor ma słabe rozeznanie w XVII wiecznej wojskowości, pisząc np. że najwybitniejszym teoretykiem epoki[1] był marszałek Montecuccoli. Tak jakby nie istniały prace z początku XVII wieku, które miały tak ogromną wpływ na wojskowość europejską.
Czytając rozdziały dotyczące armii polskiej wciąż napotykamy wołające o pomstę do nieba „rewelacje”. Husaria poniosła klęskę pod Gniewem, a szarża pod Mitawą w 1622 roku załamała się pod ogniem muszkietów – klasyczny przykład. W armii polskiej istniała, według Autora, arkebuzeria. Tutaj jednak może to być kwestia błędu redakcji, która poprawiła arkabuzerię na arkebuzerię. Absolutną perełką jest zdanie szabla husarska nie dała rapierowi żadnych szans, dotyczące bitwy pod Trzcianą. Autor stawia znak równości pomiędzy jazdą kozacką, pancernymi i petyhorcami, co jest kwestią bardzo dyskusyjną. W jeździe lekkiej Autor wyróżnia chorągwie Tatarów litewskich, chorągwie wołoskie i lisowczyków, opisując (i mocno mitologizując) tylko tych ostatnich, którzy odegrali wszak dość epizodyczną rolę w okresie omawianym w książce. Brak informacji o wyposażeniu chorągwi tatarskich[2] i wołoskich.
Autor zalicza dragonię do formacji jezdnej i omawia ją jak inne jednostki jazdy, co według mnie jest ujęciem błędnym. Nie jest bowiem prawdą stwierdzenie, że dragonia w realiach XVII-wiecznej wojskowości polskiej pełniła rolę jazdy. Rajtaria w armiach Europy Zachodniej dzieli się na kartach tej pracy na lżejszą pod względem uzbrojenia i cięższą odmianę. Podpowiem Autorowi – to nieprawda, bo też samo określenie ‘rajtaria’ jest pojemnym workiem do którego w polskiej historiografii wrzucano co się dało. Jak już pisałem na blogu, obok siebie istniały formacje kirasjerów, arkebuzerów i rajtarów (czarnych jeźdźców); jedno nie szkodziło drugiemu. Nie mamy też dostatecznych danych by stwierdzić, jak to zrobił Autor, że w wojsku polskim dominowała owa cięższa wersja rajtarii. Kolejna perełka to oczywiście używanie fryzów w formacjach rajtarii, a i dragonii.
Prześliczny, a jakże błędny, jest opis uzbrojenia ochronnego dragonii: w postaci łosiowego koletu oraz futrzanego kołpaka podszywanego śliskiem materiałem. Do tego kolet ten miał być przez rajtarów i kirasjerów noszony pod pancerzem.
Jest jeszcze rozdział o taktyce, ale – jak to pisał Mark Twain – opuśćmy zasłonę miłosierdzia, już i tak się rozpisałem.

W pracy mamy też problemy językowe, chociaż tu winić można i redaktora. Na przykład kuriozalne piechota używała arkebuz czy jako broni palnej dragoni używali arkebuz. Autor też w kilku miejscach nadużywa określenia auxilia, opisując jazdę wspierającą husarię. Powtórzone w dwóch miejscach określenia pułhak nijak nie mogę wytłumaczyć, nie jest to cytat, więc ortograf jak nic…

Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć- można mieć- lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to zdecydowanie unikać [przykro mi, ale nie jestem w stanie w żadnym aspekcie pochwalić tej pracy i zachęcić do lektury]




[1] W tym przypadku chodzi o XVII wiek.
[2] Które nie były wszak formowane tylko spośród Tatarów litewskich, o czym Autor albo zapomina albo nie wie.