poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Blogowa przerwa 2019



W blisko dziesięcioletniej historii tego bloga miałem już kilka dłuższych przerw. Przyczyn były różne – od problemów zdrowotnych po zwykłe „zmęczenie materii” – zawsze jednak udawało się pozbierać do kupy i wrócić do pisania. Przyszła pora ogłosić kolejną taką przerwą, tym razem dość konkretną, bo do końca tego roku. Główne przyczyny są dwie.  Z jednej strony znów daje o sobie znów znać „zmęczenie materii”, kilka razy złapałem się ostatnio na tym, że przygotowałem wpis o czymś co już mam na blogu – jak widać sam już nie do końca pamiętam co przez te wszystkie lata zamieściłem. Z drugiej strony mam kilka projektów pochłaniających dużo czasu nad klawiaturą, nad którymi muszę się skoncentrować w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Nie chce zdradzać czego dotyczą, bo poprzednie przechwałki dotyczące ambitnych planów zawsze kończyły się niepowodzeniem, lądowały w szufladach i nic z nich nie wychodziło – odrobiłem pracę domową i tym razem będę się chwalił dopiero jak już będzie czym…

Przerwa będzie miała jednak nieco inną formę, bo mam od pewnego czasu dość dobrze działającą stronę na FB, a wiadomo jak takie strony szybko znikają z horyzontu jeżeli nic się tam nie dzieje:

- na blogu praktycznie nie będzie nowych wpisów, od czasu do czasu może się jednak pojawić jakaś recenzja czy ogłoszenie (zwłaszcza jeżeli któryś z projektów w które jestem w ten czy inny sposób zaangażowany ujrzy światło dzienne)

- na FB bardzo ograniczę liczbę ‘albumów’ z obrazami/ikonografią które tak lubię tam zamieszczać. Poszukiwanie i przygotowanie takich materiałów jest dość praco- i czasochłonne, stąd nowości będzie o wiele mniej

- wciąż na FB będą się zmieniały zdjęcia w tzw. ‘cover picture’, bo to zawsze generuje ruch na stronie, a przy okazji pozwala mi zamieszczać sporo ciekawych materiałów

- od czasu do czasu będą zapewne pojawiały się na FB jakieś nowinki, typu ‘ech, Kadrinazi znowu się chwali nową książką’. Jak się uda, będę też tam uchylał rąbka tajemnicy dotyczącej owych ‘projektów’

- wciąż można się ze mną kontaktować przez prywatne wiadomości na blogowym FB, skrzynka będzie monitorowana

Pozdrawiam,
Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski

niedziela, 11 sierpnia 2019

Milagro de Joannes



Cud pod Empel to epizod z Wojny Osiemdziesięcioletniej, wydaje się jednak że wieści o tym wydarzeniu były znane i w Polsce. Oto bowiem blisko sto lat później po bitwie pod Empel, kiedy to armia Jana III Sobieskiego maszerowała na Wiedeń, miał miejsce praktycznie identyczny przypadek, także dotyczący obrazu przedstawiającego Marię Matkę Niepokalanego Poczęcia. Oddajmy zresztą głos naocznemu świadkowi, Mikołajowi Dyakowskiemu:




środa, 7 sierpnia 2019

Z gdańskiej księgi horroru – odsłona piąta



Teraz to dopiero powieje grozą, Charles Ogier przytoczy bowiem straszliwą historię sekty magów, która onegdaj terroryzowała wioski między Elblągiem a Gdańskiem. Oczywiście musi to być powiastka prawdziwa, wszak opowiadał to Francuzowi poważny mieszczanin gdański, człek bystry i wnikliwy.
Dodał przy tym, że on i jego sąsiedzi, którzy pod Elblągiem mieli pewne posiadłości, domy i grunty wiejskie,  zaznali wielu szkód od czarowników. Uśmiercili oni przeszło 4 tysiące krów i wołów, i to nie trucizną, żelazem czy innymi wynalazkami człowieka, lecz diabelskimi czarami, także że bydło to, całkiem przedtem zdrowie i silne, w jednej chwili popadało. Kiedy zaś rozpłatano ciała tych zwierząt, nie znaleziono w nich ani jednej całej lub nie pokruszonej kości. Co dziwniejsze i sprzeciwiające się naturalnemu porządkowi rzeczy, kości te były popękane wzdłuż, a nie złamane w taki sposób, jak łamie się kij czy kość. Ciągnęły się w tych wsiach podobne zbrodnie bez mała lat trzydzieści[1], aż wreszcie siedmiu czarowników zapłaciło za to głową. Przyznali się wobec sędziów, że to demony przywiodły ich do takich złych czynów, i że to demony przymuszały ich, by tę lub inną zbrodnię popełnili. Jeżeli zaś czasami nie odważyli się ich dokonywać na swoich sąsiadach – z lęku przed narażeniem się na podejrzenia lub zarzuty – to niejednokrotnie nakazywali złym duchom własne bydło wytracać, gdyż w przeciwnym razie sprowadzały na nich przeróżne udręki.
Z dalszej rozmowy Ogier dowiedział się, że większa część sekty czarowników składała się z luteranów, którzy się tych sztuczek wyuczyli od dwóch anabaptystów przybyłych z Holandii. Jak widać mieliśmy własne Salem, ciekawe czy są ślady źródłowe owych procesów ‘magicznej siódemki’?




[1] Ogier spisywał to w 1636 roku, więc zapewne chodzi o okres od początku XVII wieku.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Misiurki u pasa zawieszone




W dzisiejszym wpisie pochodzący z Reformacyi obyczajów Szymona Starowolskiego  przytyk w stronę magnatów i szlachty, dotyczący nadmiernej ‘militaryzacji’ ich służby. Interesująca jest zwłaszcza notka dotycząca anonimowego magnata, który po 1621 roku przybył ze swoimi przybocznymi do Warszawy –ciekawe kogo Starowolski miał na myśli?





sobota, 3 sierpnia 2019

Barwa gwardii JKM – cz. XIV



Osiem lat temu zamieściłem na blogu notkę dotyczącą oddziałów saskich towarzyszących Augustowi II w jego wjeździe do Warszawy w styczniu 1698 roku. Tym razem cofamy się do lata 1697 roku, kiedy to król elekt bawił w  Krakowie. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć jego saskich gwardzistów, których tak miał opisać naoczny świadek:
Przyszły z królem JMścią trzy tysiące Rajtaryi wybornej, dwa tysiące piechoty i przy niej 20 dział polnych. Rajtarya na koniach bardzo dobrych, każdy może być płacony tysiącem złotych.
Mamy też nieco dokładniejszą informację, dotyczącą prawdopodobnie drabantów, którzy w pewnym momencie towarzyszyli królowi w drodze do kościoła św. Bernardyna na Stradomiu:
Rajtaryi kornet w karmazynowych płaszczach ze szpadami, drugi zaś w łosich skórach [koletach] na których zbroje mieli,  z karabinami jechali.


czwartek, 1 sierpnia 2019

Hetman nad żywnością



Hiszpańskie oblężenie Bredy w latach 1624-1625 było ogromnym przedsięwzięciem logistycznym, gdzie jedną z głównych bolączek było wykarmienie armii. Stefan Pac, który w 1624 roku towarzyszył królewiczowi Władysławowi Wazie wizytującemu obóz hiszpański, zwrócił uwagę na ten aspekt zaopatrzenia armii, tak oto komentując dostarczanie żołnierzom chleba:

Jechaliśmy potem widzieć prowizyją żywności, gdzie na każdy dzień 17 000 chlebów pieczono, które żołnierzowi w pieniądzach dawano. Tamże było 8 browarów wielkich, co w nich ustawicznie piwo warzono na żołnierza, a piece żelazne za obozem zawsze jeździły dla pieczenia chleba. Jaki tam około tego porządek, zdziwić się trzeba było. Starszy nad tą żywnością był człowiek zacny, co go Hiszpani zowią general de los biuzes, jakoby hetman nad żywnością. Ten zaś miał pod sobą oficyjały, którzy ad amusim porządek ten w zasięganiu i rozdawaniu na wojsko tej żywności odprawowali, wszystko ludzie roztropni i stipendiati.


środa, 31 lipca 2019

Młódź, rajtarzy i hajducy



W opisach poselstw z epoki można czasami znaleźć ciekawe informacje dotyczące wyglądu eskorty – każdy taki okruch źródłowych się przydaje. Poselstwo Andrzeja Olszowskiego, podkanclerzego koronnego, do Wiednia w 1669 roku chyba jeszcze się pojawiło na blogu, sprawdźmy więc któż też towarzyszył biskupowi w czasie wjazdy do cesarskiej stolicy:
My w kalwakacie (ze 24 nas osób) przed karetą [posła] jechaliśmy, za nami trębacze, a nie trąbiąc, koło karety hajduków 16 bogato od srebra ubranych pieszo, a na koniach z sahajdakami ze 30 młodzi w koralowych kontuszach a blemurowych atłasowych żupanach, za nimi Rajtaryi 24 w błękitnej dość pozornej barwie, potym pachołkowie odziani w różne barwy nowo.
Nie mam pojęcia czym jest ów ‘blemurowy’ wspomniany w tekście, może ktoś ma jakiś pomysł?

poniedziałek, 29 lipca 2019

Jako synowe jednej tej matki...



[Tydzień z Zygmuntem III – wpis 7/7]

Królewski tydzień na blogu zakończymy listowną prośbą z listopada 1628 roku czyli z okresu mojego ulubionego konfliktu z udziałem Rzplitej. Zygmunt III będzie oto prosił wojsko koronne w Prusach o pozostanie w służbie i spokojne czekanie na opóźniony żołd. Zaległości były duże, wojsko było zmęczone po ciężkiej kampanii 1628 roku, w której – mimo że zadano Szwedom duże straty ‘małą wojną’ – utracono Brodnicę. 





Jako dodatek list króla do hetmana Koniecpolskiego, w którym monarcha zezwala, na wypadek konfederacji wojska, na zawarcie rozejmu ze Szwedami do czerwca 1629 roku. Ciekawe pole do popisu dla tych którzy lubią alternatywną historię…



niedziela, 28 lipca 2019

Król przez błazna uratowany



[Tydzień z Zygmuntem III – wpis 6/7]

W przedostatnim wpis z naszej tygodniowej serii przygoda z zaślubin z Konstancją Habsburżanką w 1605 roku. W roli głównej wystąpią brat nowej królowej, arcyksiążę Maksymilian Ernest oraz błazen Zygmunta III, niejaki Pankracy. Ilustracji dostarczy (za zbiorami Rijkmuseum) Pieter Jansz. Quast a historię opowie Albrycht Stanisław Radziwiłł. Przekonamy się, jak przydatny potrafił być dworski błazen – zwłaszcza taki który znał języki obce.  

Przy odjeździe ich [chodzi o Marię Annę Bawarską czyli matkę królowej oraz o arcyksięcia, który jej towarzyszył] gdy król [Zygmunt III] wdział kaftan jedwabny, na dwadzieścia kilka tysięcy złotych szacowany, arcyksiążę, trochę napity, prosił króla, aby mu go darował; gdy się bardzo począł naprzykrzać królowi, postrzegł to błazen Pankracy i chcąc uwolnić  pana swego od naprzykrzonej prośby, rzekł po niemiecku do arcyksiążęcia: „Nie proś W. Ks. M. gdyż ja pięć lat służę królowi za ten kaftan, i wczoraj ledwie otrzymałem obietnicę, że go dostanę”. Rozgniewany arcyksiążę nie chciał współ ubiegać się z błaznem i przestał naprzykrzać się królowi; który Pankracemu dał kilka czerwonych złotych za dowcipny koncept.

piątek, 26 lipca 2019

Tryumf Zygmunta III



[Tydzień z Zygmuntem III – wpis 5/7]
Tym razem będzie obrazkowo, ale wizerunek chyba mało znany więc warto się nim podzielić. Autorem jest rytownik Schelte a Bolswert (1586-1659), niestety brak dokładnego datowania, sam wizerunek i jego symbolika wskazują jednak że dzieło powstało po 1621 roku.





Widzimy tu króla Zygmunta III tryumfującego nad Turcją – uosabianą przez orientalnie ubraną figurę z prawej strony. Siedzący na tronie władca jest flankowany przez Rzplitą (przedstawioną jako wojownicza Minerwa) i Szwecję (a ta to z kolei dosyć smutnie wyglądają matrona). Po lewej stronie króla widzimy postać przedstawiającą Święte Cesarstwo Rzymskie, ofiarowującą królowi koronę. Do tego sporo ciekawych detali, jak zdobyczne chorągwie i broń.





[Ze zbiorów Rijksmuseum.]

czwartek, 25 lipca 2019

Wielkomyślny, poważny, wstrzemięźliwy



[Tydzień z Zygmuntem III – wpis 4/7]

W dzisiejszym wpisie laurka wychwalająca króla, a dokładnie dokonania za jego panowania do początku 1619 roku. Pergaminy z owym Rysem czynów i dzieł Zygmunta III miały zostać umieszczone w gałce spiżowej na szczycie wieży Zamku Królewskiego w Warszawie. Zobaczymy więc cóż tam o naszym blogowym bohaterze napisał dworski propagandzista:








środa, 24 lipca 2019

Królewska połajanka



[Tydzień z Zygmuntem III – wpis 3/7]

Wyprawa Zygmunta III na czele armii koronnej pod Smoleńsk w 1609 roku spotkała się ze zrozumiałym oburzeniem ze strony polskich żołnierzy służących Dymitrowi. A co nam po tym, mamy na kogo robić; nie wiemy jakim duchem król na nasze prace krwawe nastąpił. Najemnicy wysłali wręcz do króla poselstwo, w którym prosili aby król jego mość z państw moskiewskich wyszedł, nam naszego przedsięwzięcia nie przeszkadzał. Posłów – Dudzińskiego, Marchockiego, Sladkowskiego i Wrzeszcza -  przyjęto nader gościnnie, każdy dzień bankietami nam zszedł u panów. W końcu wysłannicy otrzymali królewski respons, w którym – co oczywiste – Zygmunt III nie zrezygnował ze swoich planów. Przy okazji wręczania listu królewskiego podkanclerz koronny Szczęsny Kryski tak oto przymówił posłom, bez wątpienia mówiąc za zgoda królewską:
Wdzięcznie Jego Królewska Mość, pan nasz miłościwy, poselstwa przez waszmościów przyniesionego, dnia onegdajszego słuchał. Ale gdy się w dalszej deliberacjej rzecz ze słowy stosowała, dziwować się Jego Królewskiej Mości i ich mościom panom senatorom przyszło, co lubo czytali, lubo słuchali poselstwa tego. Dlaczego tak zuchwała i ostra rzecz z łagodnymi słowy pomieszana; dlaczego ta ofiarowana wiara ważyła się na pana swego tak bezpiecznie rzucić.
Ciekawe jak bardzo Zygmunt III wściekł się jak usłyszał że jego poddani, służący pretendentowi do moskiewskiego tronu, próbują mu dyktować zasady polityki zagranicznej...

wtorek, 23 lipca 2019

Weź no mnie kochanieńki kup tam...




[Tydzień z Zygmuntem III – wpis 2/7]

W 1600 roku Lew Sapieha wyruszył z ważną misją dyplomatyczną do Moskwy. Zygmunt III słał za nim rozliczne listy, wydając polecenia i zapewniając o swoim poparciu. Znalazłem jednak jeden wątek korespondencji o nieco lżejszej (przynajmniej dyplomatycznie) wadze. Monarcha zlecił bowiem posłowi zakup… futer z kun:
Za tą bytnością Uprzejmości Waszej w ziemi moskiewskiej radzilibyśmy, abyś nam Uprzejmość Wasza na potrzebę nasze czterdzieści soroków[1] kun kupić rozkazał. Co by były prawie cudne i przednie, gdyż tam tego niemało się najduję i nie trudno o przednie kuny, o które żądamy, aby się Uprzejmość Wasza tak jako sobie samemu sposobił. Co Uprzejmości Waszej w skarbie naszem przyjęto i wytrącone będzie.
W sumie ciekawe czy królowi faktycznie chodziło o futra z kun czy może soboli? Z drugiej strony w przypadku tych drugich zazwyczaj mamy dokładny zapis źródłowy mówiąc o sobolach, więc chyba trudno tu o pomyłkę.


[1] Sorok to 40 futer, więc zapis oznacza ’40 x 40’.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Przeszło tysiąc Jezuitów w odzież piechoty węgierskiej przybranych



[Tydzień z Zygmuntem III – wpis 1/7]

Zaczynamy blogowy tydzień z Jego Królewską Mością Zygmuntem III Wazą, z Bożej łaski królem Polski, wielkim księciem litewskim, pruskim, mazowieckim, żmudzkim, inflanckim a także dziedzicznym królem Szwedów, Gotów i Wandalów. Wylądujemy w 1594 roku w Szwecji, gdzie Zygmunt przybył by koronować się na króla Szwecji po śmierci swojego ojca, Jana III. Tam już dobry stryjek, Karol książę Sudermański[1], rozsiewał odpowiednią propagandę, starając się zwrócić opinię publiczną przeciw polskiemu władcy. Biskup Paweł Piasecki w swojej kronice przytacza zapiski dotyczącej tej propagandowej wojny, zwłaszcza argument o jezuitach przebranych za hajduków jest przedni – jakie pole do popisu dla znajomych szlafrokowych reenaktorów (pozdrawiam!).





[1] Którego znamy też pod późniejszym mianem Karola IX.

niedziela, 21 lipca 2019

In extraordinary good equippage



Rocznicowo, bo to przecież w lipcu 1655 roku feldmarszałek Arvid Wittenberg wkroczył na czele swojej dywizji na tereny Korony. Wspominałem kilka lat temu o organizacji tego zgrupowaniu, w oparciu o relację Patricka Gordona. Tym razem kolejna wzmianka z pamiętników naszego znajomego Szkota. 
Pod datą 14 lipca 1655 zapisał, że armia składa się z 34 brygad piechoty i 7000 rajtarów (ruiters) z porządnym parkiem artyleryjskim (gallant traine of artillery). Szkot wspomniał o dobrym stanie tych wojsk, gdzie jazda była wyposażona w porządne konie (being very well mounted), co przecież nie zawsze się zdarzało. Piechota miała być zarówno wyekwipowana jak i odziana (well cloathed and armed), a nade wszystko oficerowie mieli być niezwykle dobrze wyposażeni (in extraordinary good equippage). Co jednak ciekawe, dzień wcześniej mamy zapisek o tym, że Gordona wysłano do Szczecina by zakupił  broń białą i buty dla żołnierzy, więc z tym porządnym wyposażeniem to może nie do końca prawda. 

sobota, 20 lipca 2019

Nie ma państwa, w którym polityka byłaby tak trudna jak w Polsce



Phillipe le Masson (Dupont) pozostawił po sobie bardzo interesujące zapiski dotyczące życia i czynów Jana III Sobieskiego. Francuski inżynier wychwala w swoich pamiętnikach Jana III,  skupiając się na jego przewagach militarnych w walkach z Turkami i Tatarami.  Zdarza się jednak, że tu i ówdzie Dupont komentuje z niejaką uszczypliwością lub przyganą zjawiska które widział w Polsce. Poniżej taki właśnie fragment dotyczący systemu elekcyjnego:
Elekcja królów Polski odbywa się na dwa sposoby: albo poprzez wolne zgromadzenie szlachty albo jedynie przez senat i sejm[1]. Pierwszemu rodzajowi elekcji zawsze towarzyszą zamieszki i niepokoje. Rzadko okazywał się on korzystny dla Rzeczypospolitej z powodu zgromadzenia niezliczonej rzeczy różnych temperamentów, nieświadomych, co naprawdę jest dla niej korzystne, i gotowych poświęcić wszystko dla prywaty. Taki czy inny minister obcego państwa często próbuje nimi manipulować wedle własnej woli, wydając dużo pieniędzy. Ale zwykle zostaje wystrychnięty na dudka, gdy sądzi, że sprawy układają się najkorzystniej z punktu widzenia księcia, któremu służy.
Nie ma państwa, w którym polityka byłaby tak trudna jak w Polsce. Wybitne umysły, wielcy ludzie wykształceni w dyplomacji i wyrobieni w najdelikatniejszych kwestiach mają mnóstwo trudności z osiągnięciem sukcesu w tym kraju. Większość zgromadzonej szlachty hamuje mądre i rozsądne projekty obywateli, którzy poświęciliby wszystko dla dobra i chwały narodu przy wyborze króla, gdyby mieli większe możliwości. Jednak podejmowane wysiłki często zostają udaremnione przez prywatne interesy i pasje. Tak dzieje się zawsze przy okazji elekcji odbywających się w sposób, jaki opisałem. Są one tym bardziej niespokojne i niebezpieczne dla Rzeczypospolitej, im większa liczba szlachty bierze w nich udział. Nazywa się je elekcjami na koniu i towarzyszy im zawsze rozlew krwi.


[1] Jak widać Francuz niezbyt zrozumiał ideę sejmu elekcyjnego, stąd nagle pojawiły się u niego dwa sposoby elekcji.

środa, 17 lipca 2019

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XXIV



Świeżo z drukarni dotarła do mnie książka Landsknechts on Campaign. Battle and Siege Scenes in Detail from Geisberg’s German Single Sheet Woodcuts of the early 16th century, opracowana i wydana przez Marion McNealy. Wspomniany w podtytule Max Geisberg (1875-1943) wydał w swoim czasie kilka książek z XVI-wiecznymi drzeworytami i niniejsza praca (która, jeżeli dobrze pójdzie, będzie pierwszym tomem w serii) to wybór przedstawień bitew i działań oblężniczych z jego pracy, uzupełnionych przez kilka dodatkowych drzeworytów. Autorka przedstawia nam najpierw pokrótce historię powstania formacji lancknechtów i żołnierskiego życia w pierwszej połowie XVI wieku. Następnie przechodzimy do tego co tygrysy lubią najbardziej czyli samych drzeworytów. Znajdziemy tu 22 „główne” drzeworyty, każdy poprzedzony krótkim wstępem historycznym opisującym daną bitwę czy oblężenie. Następnie każdy z drzeworytów rozłożony jest na części pierwsze, z ukazaniem wielu detali – od walczących piechurów i kawalerzystów po życie obozowe. Lista prac wygląda następująco:



Wśród autorów drzeworytów oczywiście same znane nazwiska, jak Sebald Beham czy Erhard Shone. Oprócz lancknechtów znajdziemy tu także sporo wizerunków wojowników tureckich, stron walczących w wojnie szmalkaldzkiej czy konfliktu z anabaptystami. Zdecydowanie nie jest to książka do przeczytania ‘na raz’, to coś do czego będzie się wracać i wracać, by analizować kolejny szczegół czy fragment.
Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to zdecydowanie trzeba mieć. Miłośnicy lancknechtów bez wątpienia pokochają tę książkę, znajdą tam bowiem mnóstwo ciekawych szczegółów dotyczących wyglądu ich ulubionej formacji. Oczywiście jest to też bardzo ciekawy dodatek do biblioteki czytelników zainteresowanych XVI-wieczną wojskowością i ikonografią ukazującą konflikty z tego okresu.

wtorek, 16 lipca 2019

Ostatnim ładunkiem



Interesująca przygoda pana Bogusława Kazimierza Maskiewicza z 1647 roku, kiedy to wraz z dwoma towarzyszami, jadąc tylko w pojedynkowych saniach, utknął z powodu zawierzuchy i śniegów wielkich w szczerym polu. Trzem sługom księcia Wiśniowieckiego przyszło spędzić noc w znalezionym bajraczku (szałasie). Tak oto pan Bogusław opisał jak udało im się przetrwać noc:
Stanąwszy tedy w chruścinie nałamałem chrustu i wyjąwszy siana trochę, co w saniach pod nogami było, nakręciwszy bandolet, podsypię procha, ale się i ogień nie jął siana, w które nogami natrzęsiono było śniegu. Nie było, tylko 12 ładunków, do tego przyszło aż do ostatniego ładunka. Wsypałem połowę na panewkę, a gacie wszystkie poszarpałem, okręcając korek, żeby się zatłała chusta, ale i to nie pomogło, aż do tego ostatniego ładunka zakradła się iskierka w sienie, na którą ostatek wysypałem prochu, i już się zajęło siano. Tamże całą noc chrust przykładaliśmy sobie, który tylko tkał, a nie gorzał, mało też i ciepła było, więcej dymu, od którego nazajutrz, choć dzień był pogodny i mroźny, świata nie widziałem.
Na szczęście towarzysze Maskiewicza wsadzili go rano na sanie i całą trójka dotarła do Olszanki, w której urzędował Bazyli Tatomir, rotmistrz piechoty nadwornej księcia Wiśniowieckiego. Tam całe towarzystwo mile sobie popiło, a sam Maskiewicz, choć omackiem pijąc, dzięki dobroczynnemu działaniu miodu odzyskał wieczorem wzrok.

sobota, 13 lipca 2019

Na śniadanie po kawałku chleba i piwa po kufelku



Ciekawy fragment źródłowy, znaleziony w ‘Historii artylerii polskiej’ Konstantego Górskiego. Dotyczy wyprawy hetmana polnego koronnego Mikołaja Sieniawskiego do Mołdawii w 1552 roku. Armia hetmańska miała zabrać ze sobą pewną ilość dział, sporządzono więc podsumowanie w którym zapisano jaki prowiant mieli otrzymywać puszkarze i furmani, ciągnący z wojskiem. Smacznego!



piątek, 12 lipca 2019

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XXIII



Nareszcie w moje ręce trafiła praca Gregory’ego Hanlona Italy 1636. Cemetery of Armies. Wydana po raz pierwszy w twardej okładce w 2016 roku miała niestety na tyle zaporową cenę, że nigdy nie zdecydowałem się na kupno. Nareszcie jednak wydano ją w miękkiej okładce, co czyni ją o wiele bardziej dostępną. Mogłem ją wreszcie przeczytać, stąd i obiecana na blogu recenzja.

Praca podzielona jest na cztery rozdziały, jak zwykle najpierw pokrótce omówię ich zawartość, po czym przejdę do ogólnej oceny. Zaczynamy od wstępu, w którym autor nakreśla dostępne materiały źródłowe i dotychczasowe badania dotyczące Wojny Trzydziestoletniej we Włoszech, a zwłaszcza 1636 roku. Rozdział pierwszy to wprowadzenie do polityki francuskiej doby Richelieu, ze szczególnym uwzględnieniem konfliktów związanych z Wojną Trzydziestoletnią. Oczywiście zgodnie z tematyką książki, najwięcej miejsca poświęcone jest tu sytuacji w Północnych Włoszech i walce Francji i Hiszpanii o wpływy w regionie. Poznajemy tu także najważniejsze postacie dramatu: włoskich władców, francuskich i hiszpańskich dowódców którym przyszło się zmierzyć w 1635 roku.
 
Rozdział drugi to opis działań tytułowej kampanii 1636 roku, gdzie z jednej strony walczyli Francuzi i ich sabaudzcy (czy jak kto woli piemonccy) sojusznicy, z drugiej zaś Hiszpanie i ich jakże międzynarodowa armia. Sporo miejsca poświęcono tu strukturze armii, znajdziemy tu więc kolejne regimenty i tercios którym przyszło walczyć w kolejnych starciach. Autor opisuje kolejne fazy walk w Lombardii, przetykane odniesieniami do pracy teoretyków wojskowości o tym jak powinna zachowywać się armia w marszu i w obozie.

W rozdziale trzecim możemy przeczytać o najważniejszej bitwie kampanii, czyli starciu pod Tornavento, które miało miejsce 22 czerwca 1636 roku. Obok samego przebieg bitwy, mamy tu długie rozważania na temat motywacji i psychologii żołnierzy, taktyki walczących stron i wyposażenia poszczególnych formacji. Sam opis walk jest bardzo interesujący, oparty o źródła z epoki. Bitwa, mimo że nie należy do najbardziej znanych czy przełomowych, to ciekawe starcie – chociażby dlatego, że walki trwały aż 14 godzin. Autor wnikliwie analizuje źródła dotyczące strat, rozważając co tak naprawdę w głównej mierze mogło wpłynąć na taki rozlew krwi w czasie bitwy.
Rozdział czwarty to dalszy przebieg kampanii, ze szczególnym naciskiem na pacyfikacje jakich dokonały oddziały sprzymierzonych. Czytelnik dowie się z tej części, dlaczego Tornavento było niewykorzystanym zwycięstwem i jak ostatecznie zakończyła się kampania 1636 roku.
W książce znajdziemy znaczną ilość czarno-białych ilustracji, są to obrazy i ryciny z epoki. Obok portretów władców i generałów, mamy tu sporo prac Stefano della Belli (które faktycznie przedstawiają kampanie italskie z tego okresu) czy Johanna Wilhelma Bauera. Osobiście bardzo zainteresowały mnie fragmenty z manuskryptu doktora Giovanniego Polino, ukazujące rany bitewne żołnierzy w XVII wieku. Tekstowi towarzyszy także 10 map, obrazujących teatr działań. Niestety te na których przedstawiono bitwę pod Tornavento są bardzo nieczytelne, nie posiadają one bowiem legendy i na pierwszy rzut oka nie wiadomo nawet, która armia jest ukazana po której stronie.

Muszę przyznać, że po lekturze tej książki jestem nieco skonfundowany. Z jednej strony mamy tu bardzo interesujący opis mniej znanego teatru działań i ciekawej bitwy. Praca opiera się na gruntownie zbadanej bazie źródłowej, z uwzględnieniem materiałów z obydwu walczących stron. Bitwa pod Tornavento przedstawiona jest bardzo dokładnie, także bez problemu możemy prześledzić jej kolejne fazy. Te fragmenty czyta się naprawdę dobrze, bo generalnie książka napisana jest przystępnym językiem. Ale… no właśnie, czasami jest jakieś ale, prawda? Niestety widać, że autor niezbyt dobrze ‘czuje się’ w klimatach wojskowości XVII-wiecznej, stąd informacje o poszczególnych formacjach i oddziałach są bardzo porozrzucane w tekście i czasami sprawiają wrażenie, że autor przypomniał sobie w ostatnim momencie, że warto napisać, że dana kawaleria to kirasjerzy czy że walcząca piechota miała też piki. Aż się prosi o wyodrębnienie w tekście głównym (albo w aneksie) ODBu walczących w bitwie armii – niestety czytelnik mu się sam to sobie mozolnie pozbierać z fragmentów rozrzuconych po całej książce. Co jednak było dla mnie najbardziej męczące, to dygresje autora, które strasznie rozbijają narracje wydarzeń. Przykładowo rozdział dotyczący bitwy otwiera prawie sześć stron dywagacji na temat motywacji żołnierzy i  psychologii na polu walki. Po tym mamy pięć stron ogólnych rozważań na temat taktyki armii na polu bitwy, żeby dopiero po 11 stronach takiego wstępu przejść wreszcie do samej bitwy. Podobnie w ostatnim rozdziale dotyczącym dalszych wydarzeń mamy nagle w połowie tekstu kilku stronnicowe rozważania o problemach z higieną wśród walczących armii. Są to wszystko bardzo ciekawe rzeczy, ale samą książkę czytałoby się o wiele lepiej, gdyby nieco inaczej wyglądała jej struktura i gdyby pewne fragmenty zostały wyodrębnione do osobnych, krótszych rozdziałów.

Jest to bez wątpienia ciekawa i interesująca książka, którą można spokojnie polecić zainteresowanym XVII-wieczną wojskowością i historią. Co prawda ci którzy są nieco ‘oczytani’ w temacie pewnie się skrzywią na pewnie odniesienia w przypisach (do praca, nazwijmy to, o niezbyt dobrej renomie), wydaje mi się jednak, że jest to zrównoważone doborem i ilością materiałów źródłowych z epoki.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to ostatecznie można mieć. Duży plus za tematykę i użyte źródła, jednak dziwna struktura pracy i męczące (oczywiście dla mnie, każdy czytelnik będzie to odbierał inaczej) dygresje powodują, że nie jestem skłonny przyznać tu najwyższej noty w moim blogowym rankingu.

środa, 10 lipca 2019

Oto mi wierny sługa!



Jan Sobieski miał niezwykłą słabość do Tatarów, czego dowody możemy znaleźć w wielu źródłach z epoki. W czasie kampanii 1684 roku przyprowadzono królowi kilku pochwyconych Tatarów, których przesłuchiwał sam monarcha. Sobieski zauważył, że jeden z ordyńców ma ucięty fragment ucha, zapytał go więc o przyczynę takiego ‘ubytku’. Tu wywiązał się bardzo interesujący dialog, który tak zapisał naoczny świadek wydarzenia:
Miałem – odpowiedział Tatar – w Krymie murzę, bardzo dobrego pana, który umierając zostawił mi parę sukien, broń, a w szczególności pałasz, któryś W.K.Mość kazał mi odebrać. Zwyczajem jest u nas po śmierci braci i najbliższych krewnych ucinać ogon koniowi, na znak smutku i żałoby, ale mnie się nie zdawało, aby to było dosyć, kiedy się traci tak dobrego pana, i dlatego nie przestając na ucięciu koniowi ogona, uciąłem sobie kawałek ucha.
Zdziwił się król i widać było, że mu się podobała cnota tego barbarzyńcy, który dał taki dowód wdzięczności zmarłemu panu. Kazał go potem zapytać, czy dostał drugiego pana i co by uczynił po jego śmierci.
Przystałem – rzekł [Tatar] – do syna mego dobroczyńcy, który jeżeli się ze mną tak dobrze jak ojciec obchodzić będzie, utnę po jego śmierci pozostałą część ucha.
Co tak się podobał królowi, że zawołał „Oto mi wierny sługa! Lubię tego Tatara!” i kazał mu dać sutą wieczerzę, do której sam dodał ze swego stołu parę półmisków w zamian za tak smaczną odpowiedź.
Swoją drogą ciekawe jakie były późniejsze losy tego Tatara? Kto wie, może trafił na służbę króla Jana?

poniedziałek, 8 lipca 2019

Nożem go i czapką




W pamiętniku Teodora Jewłaszewskiego możemy znaleźć wiele interesujących zapisów dotyczących wydarzeń z życia podsędka nowogrodzkiego w latach 1546-1604. Nie brak tu rodowych waśni czy historii nadnaturalnych. Jako że tych ostatnich na blogu nigdy za wiele, pozwolę sobie zamieścić fragment dotyczący przypadku z jesieni 1566 roku, kiedy to pan Teodor napotkał straszliwe widmo, które pokonał za pomocą noża i czapki.