poniedziałek, 24 czerwca 2019

Z Irlandii na Ukrainę, ze zmianami kosmetycznymi



[Tydzień z Królestwem Szwecji, wpis 7/7]

Tydzień szwedzki zakończymy wpisem lekkim, chociaż dotyczącym jednej z najgorszych militarnych porażek w historii Szwecji. Porażka Karola XII pod Połtawą odbiła się szerokim echem w Europie, nic więc dziwnego że starcie zostało uwiecznione na wielu obrazach i rycinach. W zbiorach Riksarkivet znalazłem takie oto przedstawienie bitwy, opisane po francusku jako zwycięska bitwa Jego Wysokości Cara nad Królem Szwecji. Starcie dynamiczne, Szwedzi po prawej uciekają, wojska rosyjskie widoczne po lewej atakują zawzięcie. Ale zaraz… coś tu wygląda niezwykle znajomo, na pewno już to widziałem. Szybki przegląd zbiorów Rijksmuseum i voila, toż to datowane na 1691 rok przedstawienie bitwy pod Boyne, autorstwa Romeyna de Hooghe – możemy je podziwiać poniżej. Nieznany autor ‘Połtawy’ nawet się nie starał zmieniać detali, dodał tylko podpis. Niestety zdigitalizowana wersja nie ma legendy, a szkoda bo ciekawym jak też wytłumaczył obecność poszczególnych oddziałów i jak je dopasował do Połtawy.



niedziela, 23 czerwca 2019

Rozłożyli się na leża zimowe


[Tydzień z Królestwem Szwecji, wpis 6/7]

W dzisiejszym wpisie znów wylądujemy w okresie "Potopu". Już po wkroczeniu dwóch głównych armii szwedzkich do Polski (trzecia weszła na Litwę) granicę przekraczały kolejne regimenty, które nie były gotowe na początku kampanii. Część z nich zresztą uzupełniała szeregi już po wejściu do Polski, zaciągając żołnierzy lokalnie. Poniżej bardzo ciekawa lista przedstawiająca rozlokowanie tych nowych jednostek na przełomie 1655 i 1656 roku, będzie więc okazja nieco potrenować szwedzki (nie jest to jednak przesadnie trudne, jeżeli coś jest nieczytelne można pytać w komentarzach tu na blogu albo na FB, postaram się pomóc z odczytaniem tekstu). Najpierw lista kompanii, potem nazwisko pułkownika czy innego oficera (w niektórych przypadkach są to np. rotmistrzowie dowodzący kompaniami), potem łączna ilość żołnierzy i miejsce zakwaterowania.

I. Piechota

II. Rajtaria

III. Dragonia


IV. Dodatkowe jednostki, nie uwzględnione powyżej

Wśród oficerów kilka znajomych nazwisk, które można znać chociażby z bitwy pod Warką czy oblężenia Częstochowy.

sobota, 22 czerwca 2019

Dla regimentu pana Johana Banéra pragniemy zakupić...




[Tydzień z Królestwem Szwecji, wpis 5/7]

Drobna ciekawostka z 1623 roku, dotycząca zamówienia uzbrojenia dla regimentu piechoty z prowincji Östergötland. W tym okresie był to jeszcze tzw. regiment krajowy (landsregiment) złożony z 24 kompanii (każda po 150 oficerów i żołnierzy). Lista ‘zakupów’ (wyposażenie miało zostać wyprodukowane lokalnie) wyglądała następująco:
o   1728 muszkietów
o   1728 bandolierów
o   1728 forkietów
o   1728 hełmów (dla muszkieterów)
o   1728 świńskich piór (dla muszkieterów)
o   1296 pik
o   1296 kragar (słowo oznacza prawdopodobnie obojczyk, czyli tylko część zbroi. Może jednak chodzić o komplety zbroi dla pikinierów, włącznie z hełmami, bo nie widnieją one osobno na liście)
o   3024 sztuk broni białej (dla pikinierów i muszkieterów)
o   144 partyzany
o   48 bębnów (po dwa na kompanię)
Wszystko oczywiście pasuje tu idealnie: po 72 muszkieterów i 54 pikinierów na kompanię, do tego po dwóch doboszy i sześć partyzan (dwie dla sierżantów, pozostałe cztery dla reszty oficerów w danej kompanii). Bardzo interesująca jest kwestia świńskich piór dla wszystkich muszkieterów, jak widać regulamin wciąż je jeszcze wtedy przewidywał.


piątek, 21 czerwca 2019

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona czwarta



[Tydzień z Królestwem Szwecji, wpis 4/7]

Wracamy do gdańsko-szwedzkich historii strasznych acz prawdziwych, wszak opowiadał je jakże poważny człowiek, jakim był Jan Zierenberg. Tym razem o szwedzkich magach-elementalistach, dokładnie rzecz biorąc o specjaliście od wiatrów (i nie, nie chodzi o handlarza cebulą i fasolą…).

Ktoś, kto chciał wyruszyć ze Szwecji, aby prędzej dopłynąć tam, gdzie zmierzał, kupił sobie wiatr; tam bowiem są i tacy, którzy kupczą wiatrami i burzami. Kupiec dał mu chusteczkę zawiązaną na trzy węzły. Pierwszy węzeł krył w sobie wiatr łagodny i pomyślny, drugi silniejszy, trzeci huragan; tymi się pewnikiem będzie mógł posłużyć, jeśli je wypuści. Wsiadł ów na okręt w zupełniej ciszy morskiej. Rozwiązał pierwszy węzeł chusteczki i oto powiał pomyślny, łagodny wiatr. Że mu ten był za powolny, rozwiązał drugi węzeł i natychmiast silniejszy wiatr popędził okręt tak, że w czasie niedługim spodziewał się dobić do upragnionego portu. Przecież, gdy się przez nieuwagę chusteczka, na której pozostał był jeszcze trzeci węzeł, wypadła ze sakwy tego człowieka, podniósł ją jakiś majtek, i myśląc że węzeł ten kryje pieniądze, rozwinął go. I natychmiast taki się zerwał huragan, że statek, okrutnie miotany, ciśnięty został na skały i tam się rozbił. Ocaleli jednak podróżni i majtkowie wraz z owym kupcem wiatrów i ci potem tę historię opowiadali.

Hmmm, może trzeba by przeanalizować szwedzkie bitwy morskie w XVII wieku, ciekawe przy których z nich pogoda odegrała ważną rolę.

czwartek, 20 czerwca 2019

Zaciągnijcie się panie Szkot...



[Tydzień z Królestwem Szwecji, wpis 3/7]

Dawno nie odwiedzał nas na blogu dobry znajomy Patrick Gordon, pora więc sięgnąć po jego zapisku. Trafiamy ze Szkotem do Hamburga, w 1655 roku, gdzie wtedy roiło się od szwedzkich oficerów nader zajętych zaciąganiem żołnierzy. Gordon trafił do zajazdu, gdzie przez 8 tygodni mieszkał tuż obok chorążego i kwatermistrza z niezidentyfikowanej jednostki szwedzkiej. Oficerowie ci za punkt honoru wzięli sobie przekonanie młodego Szkota by zaciągnął się na służbę Karola X Gustawa. Gordon tak oto przedstawia sposób w jaki w czasie rozmów próbowali go na to namówić (jak zwykle luźne tłumaczenie z języka angielskiego, w wykonaniu własnym):
We wszystkich rozmowach rozwodzili się nad żołnierskim żywotem, wskazując jak to bogactwa, honor i wszelkie ziemskie błogosławieństwa [praktycznie] leżą u żołnierskich stóp, tak że wystarczy ledwie się po nie schylić i podnieść; następnie zaczęli chwalić naszych ziomków [tj. Szkotów], jako że nie ma lepszego narodu [zdolnego] do wojaczki i że mimo że natura obdarzyła [Szkotów] geniuszem zdolnym zająć się jakimkolwiek [zajęciem] , to pogardzają oni wygodą i łatwością jaką przynosi jakiekolwiek inne zajęcie i z radością stają się żołnierzami, bo też bezdyskusyjnie jest to najbardziej honorowe.  
Trzeba przyznać, że mimo że panowie starali się jak mogli – a jak widać gadkę mieli niezłą – Gordon nie dał się przekonać  i zaczął unikać spotkań i rozmów z oficerami. Co prawda niedługo potem trafił faktycznie na służbę szwedzką, ale tu główną rolę odegrała osoba rekrutującego oficera, czyli szkockiego majora Gardina. Ale o tym przy innej okazji…

środa, 19 czerwca 2019

Przykładali się do tego z wielką przezornością



[Tydzień z Królestwem Szwecji, wpis 2/7]

Tym razem lądujemy w Polsce w okresie Potopu, wpis blogowy dostarczy nam dzisiaj Hugues de Terlon, ambasador Ludwika XIV przy Karolu X Gustawie. Wyruszył on do Polski w 1656 roku, podróżując przez Hamburg, Szczecin i Toruń. Jako że w lutym 1657 roku Karol X Gustaw zwiedzał sobie akurat piękne polskie krainy na czele swojej armii polowej, Francuz musiał opuścić Toruń i udać się pod Piotrków. Fragment z jego zapisków pokazuje w jaki sposób musiały się poruszać po kraju mniejsze oddziały szwedzkie:

Książę Sulzbach[1] powracający z oblężenia Piotrkowa, placówki usytuowanej w centrum Polski, gdzie rozstał się z królem Szwecji, przybył jednocześnie ze mną do Torunia. Książę ten przekazał mi eskortę, z którą sam przybył, składająca się z tylko z dwudziestu dragonów i pięćdziesięciu kawalerzystów. Jechałem z nimi sześć dni. W siódmym dniu marszu napotkałem dwustu konnych, których wysłaniem zaszczycał mnie król Szwecji celem zapewnienia mi bezpiecznego przejazdu. Po drodze jeźdźcy z mojej eskorty chwycili kilku polskich szlachciców, którzy ze strachu przed armią szwedzką schronili się jedni w swoich domach, inni w lasach. Zapłaciłem jeźdźcom za przywrócenie im wolności. Musieliśmy obozować każdej nocy, obwarowywać się i ustawiać dobre straże. Dowódcy mojej eskorty przykładali się do tego z wielką przezornością i z zachowaniem wszelkich możliwych środków ostrożności niezbędnych dla naszego bezpieczeństwa.



[1] Szwedzki generał Philip Florinus von Pfalz-Sulzbach, którego portret widzimy na początku wpisu.

wtorek, 18 czerwca 2019

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XXI



[Tydzień z Królestwem Szwecji, wpis 1/7]

Tydzień ‘szwedzki’ na blogu zaczniemy od recenzji, bo trochę je zaniedbałem. Dzisiaj pod lupę trafia pozycja numer 40 z serii ‘Century of the Soldier 1618-1721’, czyli Charles XI’s War. The Scanian War between Sweden and Denmark , 1675-1679, autorstwa Michaela Fredholma von Essena. Wojna Skańska to chyba najsłabiej opisany w języku angielskim konflikt z okresu ‘szwedzkiego imperium’, byłem więc bardzo zainteresowany tą pozycją. Co prawda w Szwecji i Danii wydano sporo książek na ten temat (chociaż sam autor wskazuje, że wiele aspektów wymaga dalszych badań), dostępność materiału w innych językach (zwłaszcza w takich, które sam znam…) jest na tyle znikoma, że byłem ciekaw jak autor podszedł do zagadnienia.

Jak to zawsze bywa w kąciku recenzji, spójrzmy najpierw na strukturę pracy. Po krótkim wstępie i bardzo przydatnym Dramatis Personae (ułatwiającym nawigację w tekście) autor przedstawia nam najpierw dwóch walczących monarchów – Karola XI i Chrystiana V. W drugim, dość obszernym rozdziale, możemy znaleźć informacje dotyczące struktury i wyposażenia armii szwedzkiej, duńskiej, norweskiej i (nader pokrótce) brandenbursko-pruskiej. Zapoznamy się tu z informacjami o tym w jaki sposób zaciągano oddziały w poszczególnych krajach, jakie stroje i jaką broń mieli żołnierze.

Następnie przechodzimy do samego konfliktu. Rozdział trzeci mówi o przyczynach wojny i powodach dla których poszczególne kraje włączyły się do konfliktu. Rozdziały 4-26 są poświęcone poszczególnym wydarzeniom Wojny Skańskiej: bitwom (lądowym i morskim) oraz oblężeniom. Ułożone w porządku chronologicznym, pozwalają łatwo prześledzić rozwój sytuacji. Oczywiście niektórym wydarzeniom poświęcono o wile więcej miejsca, np. bitwa pod Lund to 33 strony, a pod Landskroną 12. Z kolei szwedzkie odbicie Helsingborga zmieściło się na 2 stronach a ‘rozdział’ o norweskim ataku z 1676 roku na jednym. Rozdziały 27 i 28 to zakończenie wojny i jej wpływ na dalszą politykę w Skandynawii a także na wojskowość w regionie.
Rozbudowane są aneksy, których mamy 10: od struktury trzech głównych armii w przededniu wojny po ODB z najważniejszych bitew.

Jak to zawsze w przypadku pozycji z serii CoS, nie mogło zabraknąć kolorowych ilustracji. Ich autorem jest Siergiej Szamenkow, który narysował zarówno wizerunki żołnierzy jak i sztandary. Mam więc 15 figur żołnierzy (8 Szwedów, 6 Duńczyków i 1 Norwega) a także 11 sztandarów (5 szwedzkich, 5 duńskich i 1 norweski), włącznie z komentarzami rysownika. Oprócz tego czytelnik może znaleźć w książce wiele czarno-białych ilustracji, głównie z epoki, będących typową mieszanką portretów monarchów i dowódców, scen bitewnych (główne autorstwa Lemke i Dahlbergha) a także zdjęć uzbrojenia i wyposażenia. Mamy także 8 map, ukazujących tereny na których toczył się konflikt i (na 5 z nich) kolejne fazy bitwy pod Lund.

Książka jest napisana przystępnym językiem, jej konstrukcja pozwala łatwo śledzić kolejne wydarzenia i zmieniającą się sytuację. W tekście praktycznie brak cytatów ze źródeł z epoki, co – jak sądzę – sprawia że jest ona o wiele przystępniejsza dla wielu czytelników. Ze zrozumiałych względów dużo miejsca poświecono bitwie pod Lund, ale też biorąc pod uwagę jej znaczenie w historii Szwecji i Danii nie jest to zaskakujące. Wydaje mi się, że książka jest o tyle cenna dla polskiego czytelnika, że wypełnia lukę pomiędzy wojnami Karola X Gustawa i Karola XII, które znamy najlepiej z ‘naszego podwórka’.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to trzeba mieć. Bardzo dobrze opisana całość wojny, pozwalająca prześledzić koleje tego konfliktu – dobra lektura zarówno dla kogoś już nieco ‘siedzi’ w temacie jak i tego kto dopiero stawia pierwsze kroki w XVII-wiecznej historii. Brakowało mi takiego zbiorczego tomu, w którym znalazłbym całość Wojny Skańskiej, więc zdecydowanie jestem z tej książki zadowolony.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Ubolewał nad niemi każdy kto ich widział



Znajomość języków obcych jest nader ważna w zawodzie dyplomaty, braki językowe mogą prowadzić do rozlicznych problemów a nawet zatargów dyplomatycznych. Przekonali się o tym posłowie polscy, których latem 1576 roku wysłał król Stefan Batory do cesarza Maksymiliana II (to pan którego widzimy u góry). Do Ratyzbony, jadąc przez Pragę (gdzie odbywały się akurat obrady sejmu czeskiego), ruszyli wojewodzic inowrocławski Jan Krotosz i Jan Dymitr Solikowski. Wieźli ze sobą listy nowego króla Polski, w których miał on apelować do sąsiada by ten zaniechał burzyć spokojne państwo. Misja zakończyła się niepowodzeniem, Maksymilian bowiem był nieprzychylny Polakom i miał już wtedy zawiązywać antypolski sojusz z Moskwą. Posłów odprawiono i tu zaczęły się kłopoty:
Nazajutrz bowiem po swym wyjeździe, we wsi nazwanej Vatter, o trzy mile od Ratyzbony, w posiadłości Książęcia Bawarskiego, gdy ze statku (żeglowali Dunajem) wysiedli na noc do gospody, tłuszcza wieśniaków pojmała ich i zawiodła do zamku Lintz, gdzie ich przez cztery miesiące więziono. A tymczasem rozniesiono pogłoskę, iż to są Turcy, którzy przysłani od Batorego zasadzali się na życie Cesarza. Ubolewał nad niemi każdy kto ich widział, gdyż nawet nie znali niemieckiego języka, aby się z kim rozmówić.
Na szczęście dla posłów, 12 października 1576 roku zmarła Maksymilian II, a jego następca, Rudolf II, było o wiele przychylniejszy Polsce. 17 dni po śmierci monarchy posłowie zostali zwolnieni i ruszyli nareszcie w drogę powrotną do kraju. Ciekawym, czy brali potem jeszcze udział w jakiś wyprawach dyplomatycznych…

niedziela, 16 czerwca 2019

To giaurzy najpoczciwsi na świecie




Ewlija Czelebi w swojej Księdze podróży opisał między innymi udział w poselstwie do Wiednia, które miało miejsce w 1665 roku. Spod jego pióra wyszła bardzo ciekawa obserwacja dotycząca austriackiej i węgierskiej wojskowości i obyczajowości, skomentowana oczywiście przez pryzmat turecki. Pozwolę sobie zacytować, bo to przedni temat na wpis:

Austriacy napadli potem na Węgrów i uczynili ich swoimi poddanymi, ale właściwie to Austriacy w porównaniu z Węgrami są niby Żydzi jacy: animuszu nie ma w nich zgoła żadnego i do walki na szable ani do jazdy na koniu się nie nadają. Muszkieterzy austriaccy jednak dobrze ze strzelb swoich strzelają (mają oni przytroczony do boku rapier, a kiedy strzelają, to opierają muszkiety na drewnianych widełkach i tak dają ognia, z ręki zaś – jak Osmanowie czynią  - nie strzelają). Kiedy zaś dają ognia, to zawsze mrużą oczy.  Mają duże czarne kapelusze, buty z długimi czubami i na wysokich obcasach a czy to zima czy lato, to nie ma mowy, by który z nich zdjął z rąk rękawice.



Co się zaś Madziarów tyczy, to choć państwo ich jest słabe, stół jednak zawsze suto zastawiony mają, a gościom wielce są radzi. Lud to rolniczy, który swą ziemię zasiewa i plony z niej potem zbiera. Jest to zaiste dzielny lud: do każdego kraju, niby ci Tatarzy, na swych rączych koniach wpadną, zaś obwieszeni są pięcioma albo i dziesięcioma strzelbami, a do tego jeszcze u pasa szable noszą. Niczym się też oni od żołnierzy naszych z pogranicza nie różnią, bo tak samo jak oni się ubierają i tak samo na kohejlanach pięknie jeźdzą, dobrze się karmią i człeka przyjezdnego ugoszczą. Jeńców swoich nie męczą, tak jak to Austriacy czynią, a szablą władają równie sprawnie co Osmanowie.

Słowem, jedni i drudzy to giaurzy, bezbożniki, ale Węgrzy to giaurzy najpoczciwsi na świecie, a czyści: nie myją oni rano twarzy swoich uryną, jak to Austriacy czynią, lecz podobnie jak Osmanowie – wodą co dzień rano swoje oblicza obmywają.


sobota, 15 czerwca 2019

Protestacja żyda Pińskiego...


W dzisiejszym wpisie bardzo ciekawy dokument z 1655 roku, czyli protestacja żyda Pińskiego Ezyasza Jakubowicza na p. Lisowskiego, złożona w pińskim urzędzie grodzkim. Dotyczy ona złupienia przez kupę swawolną majątku Dowieczorowicze (Drogiczyn). W protestacji możemy znaleźć niezwykle szczegółową listę ukradzionego majątku: od kosztowności, przez rzędy końskie (w tym husarskie), mnóstwo strojów aż po rodzynki, tabakę i cukier. Zapisek długi, ale warto się z nim zapoznać, bo mnóstwo tam interesujących pozycji.











piątek, 14 czerwca 2019

W dziele rycerskim wedle trybu cudzoziemskiego ćwiczonych



W dzisiejszym wpisie coś dla miłośników autoramentu cudzoziemskiego. Poniżej list przypowiedni JKM Jana II Kazimierza z 1 stycznia 1651 roku, dla kapitana Olbrychta Goreckiego. Oficer ten, służący poprzednio w pieszej gwardii królewskiej, miał wystawić liczącą 200 porcji freikompanię piechoty cudzoziemskiej do komputu litewskiego. Sporo ciekawych informacji dotyczących żołdu, dyscypliny i popisu formowanego oddziału. Na końcu interesująca wzmianka o dodatku finansowym który miano płacić żołnierzom przy robotach fortyfikacyjnych.





wtorek, 11 czerwca 2019

Krawcy z halabardami i oszczepami



Kilkakrotnie pisałem już na blogu o cechach i gildiach, zobowiązanych do służby w milicji miejskiej. Dziś ciekawy zapisek dotyczący inwentarza zbrojowni cechu krawieckiego w Poznaniu, w połowie XVII wieku. Trochę tam pomieszanie z poplątaniem:
- 17 zbroi
- 4 miecze
- 3 halabardy
- 2 oszczepy
- 4 hakownice
- 1 pancerz
- 7 rękawic
- 1 zarękawie
- 2 bębny
- 40 funtów prochu
- 1 pochwa na miecz
- 2 kamienie ołowiu
- formy do lania kul
- drabina
- wielka chorągiew bracka, z wizerunkiem lwa trzymającego nożyce
Ciekawe że poza hakownicami brak tam muszkietów czy rusznic, zapewne te mogły być prywatną własnością członków cechu i trzymali je w domach.

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Strzelba dobra niderlandzka



Ciekawy fragment ze scriptu tajemnego o obronie Ukrainy, zaprezentowanego na sejmie warszawskim w 1623 roku. Proponowana w nim struktura wojsk kwarcianych to (nieco uwspółcześnię zapis):
- pięćset usarzów (…) każdy z nich mają mieć po dwie krótkich rusznic[1], co w przypowiednich listach kłaść mają; a żeby strzelby takowej sposobnej dostatek mógł być, wielmożny podskarbi nasz ma kupca jakiegoś sposobić, któryby z strzeblą dobrą niderlandzką przyjeżdżał i dodawał. Roczny koszt żołdu dla 500 husarz to 12 000 złotych.
- kozaków[2] ma być półczwarta tysiąca[3] albo trochę mniej, jeśliby się usarza co więcej przyczyniło, z których każdy ma mieć karabin i dwoje krótkich rusznic, szyszak jak lekki i pancerz, co się też w przypowiednim liście dokładać ma i w tąż za porozumieniem hetmańskim jeśliby nie było rusznic, prouidować[4] . Roczny żołd dla planowych 3500 kozaków to 364 000 złotych.
- piechoty służałej tysiąc, która ma mieć swą strzelbę porządną. Roczny żołd, włącznie z kosztem barwy to 90 000 złotych.
- wybrańcy, których na dwa tysiące kładziem, mają być porządnie wybrani według konstytucji opisanej; tym jako rotmistrze służali mają być dawani, tak też prouidować i armatę sposobną, wytrącając im według zwyczaju, a zysku na tym rotmistrze nie biorąc. W tym przypadku roczny żołd to 48 000 złotych.
- na proch, ołów, puszkarzy, furmanów i insze apparatus przeznaczono 30 000 złotych
- kolejne 30 000 złotych przeznaczono na zakup armaty jako gończych działek o dwóch, trzech funtach
- w służbie chciano zatrzymać pięć tysięcy przebranych pod posłuszeństwem hetmańskim Kozaków rejestrowych



[1] Pistoletów.
[2] Jazdy kozackiej.
[3] Czyli 3500.
[4] Dostarczać.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Nawet masło i ser zabrali



 Bardzo ciekawa informacja znaleziona w niezwykle interesującej pracy Karola Łopateckiego Organizacja, prawo i dyscyplina w polskim i litewskim pospolitym ruszeniu (do połowy XVII wieku) – książkę można znaleźć tutaj, polecam! Zapisek dotyczy 1648 roku i towarzysza Jana Nasińskiego, który zmierzał pod Kleszczele, do obozu podlaskiego pospolitego ruszenia. Był on zachodźcą (czyli zastępował w pospolitym ruszeniu) Aleksandra Hilarego Połubińskiego. Po drodze okradziono jego wozy, z których zabrano:
- 50 złotych gotówką
- broń palną wartą 55 złotych
- żupan wart 20 złotych
- płótno warte 60 złotych
- ładownicę z ładunkami
- szablę
- czarne buty
- zapas żywności: masła pół faski, serów pół kopy, słoniny połeć
- dwie siekiery
- dwa rydle

środa, 29 maja 2019

A jako to on chciał być takoż alchymistą



W dzisiejszym wpisie anegdota z 1584 roku. W roli głównej Kacper Geschkau, opat cystersów oliwskich i grupa jego gości. Powiadano, że opat zszedł z tego świata otruty, tu według niemieckiego kronikarza nieco inna teoria. Tak czy inaczej, uważajcie w kuchni moi mili, nigdy nie mieszajcie alchemii z gotowaniem…

Owego Lata Narodzenia Bożego 1584 w Wielki Czwartek, swej zakonnej braci nogi mył, a pragnął się był do owej pracy ze zwykłymi ku napijaniu się towarzyszami znowu podochocić. Piekł był więc sobie węgorza w dziwny sposób: owinąwszy  go w sukno skropione małmazyją w gorącym popiele, obłożonym z dala zarzącym węglem, więc przy stole ci i owi mówili: iże węgórz ten nie dobrze upieczony, to on im na to: iże ma dość olejku piołunkowego, co go to był sobie przywiózł z Francyjej od króla Henryka, a któren ma być dobry na trawienie. A jako to on chciał być takoż alchymistą, to każe swemu, co to przy nim takoż pracował, Szalerowi z Ejslebenu, przynieść bańkę z piołunkowym olejkiem, z tej a z tej półki, i z pod tej a tej liczby, jako mu był powiedział. Zaczym czy Szaler zmylił się w porządku, czy też zasię Opat sam pierwej inny jaki, nie ku zdrowiu olejek na miejsce tego i pod tę liczbę był postawił; to w tem nikt się ni na to ni na to pisać nie może. A gdy Opat bańkę z owym niby olejkiem piołunkowym dostał, drzewiej w swój a pośledź w inne kieliszki po kilka kropel tego olejku, jak to mu zwyczaj, ponalewał;  więc wszyscy pili ten olejek co się patrzy, tak że Opat wraz z niektórym aptekarzem gdańskim na trzeci dzień umarł, a potem dwanaście, co to z nim wspołem pili, w przewodnią niedzielę pochowano.

Mieli grabarze roboty po tej imprezie, oj mieli…

wtorek, 28 maja 2019

Z Jego Wysokością w Peenemünde


Mam ochotę nieco poszperać w armii szwedzkiej z okresu Wojny Trzydziestoletniej, więc coś tam się w tym tygodniu pojawi na blogu. Dzisiaj: spis oddziałów które pod komendą Gustawa II Adolfa wylądowały w lipcu 1630 roku w Peenemünde.

 

N dwóch pierwszych kartach widzimy główne siły królewskie, na trzeciej planowane posiłki ze Szwecji, Finlandii i Inflant.

Opis:

Fotfolk – piechota

Rytteri – jazda

Artilleri – artyleria

Lifuppvaktare – kompania drabantów królewskich

Djurskytt. – kompania gajowych królewskich

Curassierer – kirasjerzy

Rekryter – rekruci

Dwie ostatnie 4-kompanijne jednostki na liście z Inflant to kurlandzki i inflancki skwadrony jazdy.

 

Liczba przed nazwiskiem pułkownika/oficera dowodzącego to liczba kompanii w regimencie/skwadronie. 8 jednostek piechoty i 3 jednostki jazdy w siłach głównych mają dodatkowo podaną nazwę regionalną w nawiasie, były to oddziały krajowe.






piątek, 24 maja 2019

Nie będą żony ich teraz ogórków ani rzodkwi przedawać



W latopisie Joahima Jerlicza możemy znaleźć dużo ciekawych informacji dotyczących okresu 1620-1673. Oprócz ważnych wydarzeń historycznych są tam też rozliczne anegdoty, dotyczące mniej lub bardziej znanych osób z epoki. Jerlicz często komentuje też dokonania wojsk polskich i litewskich – wspominając zarówno zwycięstwa jak i porażki. Dziś ciekawostka z 1663 roku, dotyczące spłacenia zadłużenia armii koronnej i zwinięcia Związku Święconego.  Kronikarz zapisał tam szczególny fragment dotyczący jazdy lekkiej, zwłaszcza chorągwi wołoskich:

Tego czasu uważyli to sobie Król JMć z Senatem aby więcej w wojsku nie było chorągwi Tatarskich nad cztery, ażeby na jeden koń dawano, a czeladź Polacy albo i Ruś onym nie służyła, jeno Tatarzyn Tatarzynowi. Wołoskich dwie chorągwi, które aby przy Hetmanie byli, co dobrze to upatrzyli i uważyli, bo nigdy się z nieprzyjacielem szczerze nie bili, jedno o łupie abo zdobyczy myśleli. Przez co się i spanoszyli a zbogacili; nie będą żony ich teraz ogórków ani rzodkwi przedawać, ani sami w giermakach żółtych chodzić.

poniedziałek, 20 maja 2019

A ostatek obuchami pobito



Wielokrotnie pisałem już na blogu o różnych poselstwach – wyprawach, trudach podróży, czasami nawet przypadkach tragicznych. Do tej ostatniej kategorii należy dzisiejszy wpis, dotyczący polskiego poselstwa do Bohdana Chmielnickiego w czerwcu 1649 roku. Tak oto bazylianin, ojciec Łasko (Łaski?) opisywał swoją misję do Kozaków:
Oddawszy listy  p. Chmielnickiemu, mieszkałem w Czehrynie, na respons czekając, któregom nie dostał.
Potem widziałem, że hetman przyjechał w drogę z armatą (…), dopiero powróciłem nazad, znieważony słowy od pokojowego hetmańskiego.
Posłów naszych pobrano wszystkich do armaty, czeladź która była przy koniach, jednych – pobito, drugich – potopiono. Towarzysz p. Zaleski upomniał się koni i przekładał swój żal. Przy tym upominaniu dostało mu się buławą od hetmana, a ostatek obuchami pobito i zawleczono go do gospody poselskiej.
Bazylianin nie czekał już dłużej, tylko dał nogę. Zatrzymali go jednak Kozacy z pułku kaniowskiego, skonfiskowali mu konia i zrewidowali jego rzeczy. Został jednak puszczony wolno, chociaż przykazano mu idź sobie tylko nie na Wołyń, ale do monasteru. Kupił więc podjezdka za 15 florenów i wyruszył w dalszą drogę. Ostatni etap podróży przebył pieszo, przemykając lasami do Hoszczy.   

czwartek, 16 maja 2019

I tak z niesławą nazad powrócił



Po klęsce cecorskiej w 1620 roku Rzplita stanęła w obliczu wojny z Turcją. Zygmunt III starał się więc zaciągnąć silną armię zdolną odeprzeć przeciwnika, szukał przy tym wsparcia u niektórych władców europejskich. Kilkakrotnie wspominałem już na blogu o angielskim poselstwie Jerzego Ossolińskiego, teraz z kolei czas na wzmiankę o mniej znanym poselstwie z tego okresu:

Do króla francuskiego [Ludwika XIII] Miłaczewski [sekretarz królewski] był wysłany, ale ten gdy z małym pocztem, z honorem ni narodu ani króla chrześcijańskiego niezgodnym do Paryża przybył, z niczym był odprawiony. Darował on psa jakiegoś szpetnego królowi francuskiemu, który słudze jego dał 200 szkudów. Poseł sobie je przywłaszczył. Król więc, aby go do oddania pieniędzy tych słudze zniewolić, darował mu łańcuch złoty bardzo ciężki. I tak z niesławą nazad powrócił.

Coś słabo się postarano, chyba że po prostu nie wierzono by król Ludwik był skłonny poprzeć Rzplitą w tym konflikcie.

środa, 15 maja 2019

Not tasted bit of bread in six months before



Ciekawy fragment z relacji anonimowego Anglika, który miał wchodzić w skład polskiego garnizonu Kremla w latach 1610-1612. Opisał on jakie katusze cierpieli obrońcy, ale i zamknięci z nimi bojarzy moskiewscy. Jeżeli ktoś ma słabszy żołądek, to od razu ostrzegam że lepiej nie czytać.  Tłumaczenie własne,  jak to zwykle dość luźne, z języka angielskiego:

Tych kilkuset [obrońców] którzy [w końcu] poddali miasto, miało onegdaj wiele zapasów, ale teraz umierało z kęsem mięsa w ustach, z powodu wielkiej słabości, bo też od pół roku nie było im dane skosztować chleba. W czasie tego oblężenia, bochenek chleba kosztował czasem 1000 rubli, to jest 500 funtów.
W czasie tego okrutnego oblężenia, które trwało 22 miesiące, przebywając w Carskim Pałacu miałem okazję zaobserwować wiele przykładów nędzy wśród oblężonych; tak to jedzono mięso koni, psów, kotów i wszelkie rodzaje skóry, gotowane w wodzie wziętej w rowów; jedzono to jak flaki. Ale to co bardzo dotknęło mą duszę, to widok wielu moskiewskich szlachcianek, które wcześniej [przed oblężeniem] marszczyły nosy gdy tylko podeszwa ich butów dotknęła mokrej ziemi, a teraz oto tak biedne, bosonogie, w każdy możliwy sposób błagały o jedzenie, a kiedy odtrącone przez niektórych zwracały się do innych, wciąż błagając o utrzymanie. Tak oto przypomniało mi się porzekadło „Duma musi upaść” a także „Głód zdolny jest rozbić kamienne mury”.
(…)
Taki to Moskale sprawili sąd Boży nad Polakami (…) którzy [przed oblężeniem] związali się przysięgą na Święty Sakrament, że póki chociaż jeden z nich żyje, nie oddadzą miasta Moskalom; co doprowadziło ich do takiej ostateczności, że ciągnęli losy (który ma zginąć następny, by kolejni mogli żyć) i zjadali jeden drugiego, od 3000 do 4000 ludzi[1]. A po poddaniu miasta, dowódcy armii moskiewskiej zdobyli wielkie skrzynie, w których, jak sądzili, były skarby; ale po otwarciu znaleźli tam tylko ciała mężczyzn zgładzonych na żywność [dla garnizonu].


[1] Oczywiście jest to liczba znacznie przesadzona.

niedziela, 12 maja 2019

Kolejna wizyta w Malborku w 1629 roku


[Tydzień z wojną o ujście Wisły, wpis 7/7]

Nie miałem dzisiaj czasu siedzieć przy kompie, ale tydzień wypada skończyć (zostało mi 15 minut...). Po raz kolejny więc sięgam do zasobów Riksarkivet, raz jeszcze lądujemy latem 1629 roku pod Malborkiem. Tym razem przepiękna mapa ukazująca fortyfikacja miejskie (w tym ciekawe rysunku bram) a także przekroje fortyfikacji obozu szwedzkiego pod miastem.  Fragment widzimy u góry, całość zaś można obejrzeć tutaj. 


sobota, 11 maja 2019

L''an 1629. Le Roi de Pologne approchoit Marienburg.



[Tydzień z wojną o ujście Wisły, wpis 6/7]

Tym razem obrazkowo, ale też będzie ciekawie. Powyżej fragment opisanej po francusku mapy okolic Malborka z lipca-sierpnia 1629 roku. Sama mapa, ze zbiorów Riksarkivet, widoczna jest na dole wpisu. Fragment który widzimy u góry to obóz armii polskiej. Widzimy tam stanowiska trzech regimentów piechoty cudzoziemskiej: Sparre’a (opisanego jako Spaar)[1], Gerharda Denhoffa i Reinholda Rosena (opisany jako hajducy, zapewne dlatego że był rekrutowany w Polsce). Dodatkowy jeden z kwadratów opisany jest jako Hajducy, prawdopodobnie chodzi o piechotę polską. Największy prostokąt, w tyle obozu, to kwatera samego króla Zygmunta III. Obok niego kwatera hetmana Koniecpolskiego (być może oznaczająca jego pułk jazdy). Halitski to Marcin Kazanowski, kasztelan halicki, dowodzący jednym z pułków jazdy. Poniżej kwatera starosty kamienieckiego czyli Stefana Potockiego, kolejnego dowódcy pułku jazdy (podziękowanie dla Arkadiusza Bożejewicza za odcyfrowanie zapisu). Oczywiście brakuje nazwiska innych oficerów o których wiemy że znajdowali się w obozie (Butler, Abramowicz, pozostali dowódcy pułków jazdy), niemniej jednak mapka wydaje mi się ciekawym znaleziskiem.




[1] Regimentem dowodził już wtedy Fridrich Denhoff.

piątek, 10 maja 2019

Obrotny kapitan i kłótliwi posłowie



[Tydzień z wojną o ujście Wisły, wpis 5/7]

Ciekawostka którą znalazłem w materiałach źródłowych dotyczących sejmu walnego z jesieni 1629 roku. Jednym z punktów zapalnych obrad były nadmierne wydatki na wojska cudzoziemskie, przy okazji dyskusji doszło wręcz do zażartej kłótni pomiędzy posłami. Rzecz dotyczyła znacznych sum które wydano kapitanowi Florianowi Winteroyowi z regimentu piechoty Gerharda Denhoffa. Jeden z komisarzy przy armii koronnej w Prusach, Marcin Talibowski[1], musiał gęsto tłumaczyć się dlaczego oficer miał otrzymać aż 90 000 złotych, zwalając zresztą winę na naciski ze strony senatorów. Komisarz potwierdził że pierwszą ratę – 20 000 zł – wydano kiedy kapitan wybierał się by zaciągać piechotę do cudzey ziemi. Potem Winteroy miał wyciągnąć od komisarzy 30 000 zł udając że go Król Jmć do Niderlandów śle do zaciągania Indzinierów. Przy próbie wyciągnięcia kolejnej raty pisarz skarbowy Wilczek dostał przykaz od komisarzy by nie wydawać żadnych pieniędzy bez wcześniejszego ustalenia z samymi komisarzami. Najwyraźniej jednak kapitan zadbał o swoje interesy, P. Wilczek podobno wziąwszy coś od niego, bez powiadomienia komisarzy wydał mu 40 000 złotych.

Tłumaczenia pana Marcina nie spotkały się z aprobatą posłów, jeden z pisarzy skarbowych nazwiskiem Wojankowski miał wręcz zarzucić komisarzowi, że ten miał od Winteroya względem wydawania tych pieniędzy ośm tysięcy wziąć. Tolibowski oczywiście wpadł w szał i ruszył na adwersarza, sromotnemi słowy zowiąc go złodziejem. Doszło do karczemnej kłótni, jedni posłowie stawali po stronie komisarza a inni pisarza skarbowego. Dopiero krajczy koronny Jakub Sobieski uspokoił towarzystwo, obiecując że sprawa zostanie zbadana. Mimo głosów wzywających do wzięcia do wieży kłótliwego Wojanowskiego, nie zatrzymano go, acz kazano mu opuścić salę obrad.
Ech, to było dopiero interesujące obrady sejmowe…



[1] Pisarz ziemski brzeski, jeden z komisarzy poselskich.

czwartek, 9 maja 2019

O chleb bardzo trudno



[Tydzień z wojną o ujście Wisły, wpis 4/7]

Kampania 1628 przyniosła armii szwedzkiej nader nikłą nagrodą jaką było zdobycie Brodnicy, a wszystko to okupione dużymi stratami w zabitych/zmarłych, chorych i dezerterach. Koniecpolski rozsyłał swoje chorągwie kozackie, które dowodzone przez doświadczonych zagończyków szarpały Szwedów i bezlitośnie niszczyły tereny Żuław. W pochodzących z grudnia 1628 roku Nowinach z Prus możemy znaleźć bardzo ciekawy polski punkt widzenia na to co się działo:

Po wszystkich zamkach nieprzyjacielskich o chleb bardzo trudno, bo z rozkazania Imć Pana Hetmana młyny wszędzie koło nich popalono y poznoszono, żyto tylko sobie muszą warzyć y tym się żywią.

Konie nieprzyjacielskie bardzo zdychają z głodu wielkiego bo siła kawaleryi tego roku mają, a o siano, owies y słomę nad insze lata trudniej.

Za pewną rzecz więźniowie teraźniejsi nieprzyjacielscy udają że ich tego roku tak pojmanych których jest do tysiąca lepiej, krom tych to sobie nasi wojskowi zatrzymali y do domów odsyłali, tudzież do pobitych po różnych miejscach od naszych także co ich pozdychało, rachują więcej niżeli siedm tysięcy.

środa, 8 maja 2019

Nie, no co ty, tato?



[Tydzień z wojną o ujście Wisły, wpis 3/7]

Królewicz Władysław Waza miał zapewne spore nadzieje na odegranie większej roli w kampanii 1626 roku. Królewski tatko trzymał go jednak z dala od ważniejszych funkcji, nic więc dziwnego, że frustracja Władysława rosła z każdym dniem. Dał dobrze temu wyraz  w liście, który 10 października z obozu pod Tczewem wysłał do hetmana Krzysztofa II Radziwiłła. Poniżej fragmenty, uwspółcześniłem jednak pisownię bo inaczej naprawdę ciężko to się czyta:
To o nowinach nie ale P. Abrahamowicz[1] W. M. jako presens[2] pono napisze, atoli pono już nie będziemy ganić cudzych postępków[3] spróbowawszy się trzy razy z nieprzyjacielem[4]; atoli po staremu czekamy saluatora[5] P. Hetmana[6] i dlatego nic nie czynimy chyba że musim. Ja nie wiem czy każą [mi] zostali atoli nie bardzo się napieram ani też wina moja co każą to uczynię.
Królewicz musiał więc jak niepyszny wrócić do Warszawy, chociaż powrócił do Prus jeszcze dwa razy u boku Zygmunta: w 1627 i 1629 roku.


[1] Mikołaj Abramowicz (Abrahamowicz), w 1625 służył pod komendą Radziwiłła w Inflantach, w 1626 roku przejął komendę nad regimentem rajtarów Seya i na ich czele pomaszerował do Prus, gdzie walczył  do końca wojny.
[2] Obecny.
[3] W tym kontekście chodzi o działania armii litewskie w Inflantach.
[4] Chodzi o bitwę pod Gniewem.
[5] Nadciągającego.
[6] Stanisława Koniecpolskiego.