poniedziałek, 6 września 2010

Jak pan Tomasz z pana Samuela zażartował…


Przepiękna historia, którą dziś znalazłem w ‘Żywocie Tomasza Zamoyskiego’ pióra Stanisława Żurkowskiego (niech żyją Google Books!). Rzecz miała miejsce (wczesną?) zimą 1626 roku, oczywiście po bitwach pod Gniewem. Hetman Koniecpolski wyjechał do Gdańska, by spotkać się z królem Zygmuntem III. Pod nieobecność hetmana wojewoda kijowski Tomasz Zamoyski przybył z Gdańska do obozu armii koronnej dla przestrzegania rządu dobrego, innymi słowy by pilnować porządku pośród żołnierzy. Wojewoda wziął się pilnie do roboty, straże za światła sporządzone i rozstawione objeżdżał z kilką sług swoich poufalszych, kilka godzin w noc [wytrwały, no ale nie ma to jak się przypodobać władcy – K.]; gdzie porządek i czułość zastawał, chwalił mile, nikczemność i niedbalstwo strofował [od razu kojarzy mi się to z Napoleonem I i jego objazdami obozu – K.]

W czasie jednego z takich objazdów wojewoda tam trafił na jedną chorągiew kozacka pana Samuela Łaszcza [kwarciana chorągiew kozacka, rotmistrza przedstawiać chyba nie trzeba – K.] bardzo ubezpieczoną, że towarzystwo z pachołkami pozsiadawszy z koni, chorągiew [tu w znaczeniu sztandar – K.] w ziemię wetknąwszy, spali snem dobrym na ziemi. Tę chorągiew pan Zamojski cicho przystąpiwszy na koniu wziął [ot figlarz...- K.], a trochę ją od nich uniosłszy, odesłał ją przez swego koniuszego Dziulego Włocha do namiotu. Co sprawiwszy ukazał się swym na miejscu, przykazawszy surowo warcie, aby nie powiadali nikomu, jeśli pan gdzie tej nocy jeździł. Prędko potym przyjachał porucznik z chorążym [być może rotmistrz Łaszcz by nieobecny – K.]. Pan też Zamojski jakoby ze snu ocknąwszy się [przecież pisałem że figlarz...- K.] spytał: jest tam kto? abo słychać co o nieprzyjacielu? wyszedł do nich, którzy gdy rzecz żałosną o tem do pana czynili, że im ktoś chorągiew w polu wziął, powiedził im na to, że i sam bardzo tego żałuję, ale skoro dzień będzie, każe wojsku otrąbić, jeśli kto nie wie o tej chorągwi. Padli zatem oni starsi [oficerowie chorągwi – K.] do nóg i z płaczem prosili, aby im tego wstydu nie wyrządzał, hańby i niesławy u wszystkiego wojska. Kazał w tym p. Zamojski przynieść chorągiew i oddać im, surowie upomniawszy dał łacinę dobrą, aby inaczej w powinności swej na potym poczuwali się, czułości wszytkiego wojska, tudzież sławy i zdrowia JKM. strzegli.

Historia ma swój, smutny niestety, epilog. Najwyraźniej kozacy Łaszcza nie do końca wzięli sobie lekcję wojewody do serca - latem 1627 roku wpadli w szwedzką zasadzkę i utracili sztandar. Jak pech to pech...

1 komentarz:

  1. Eeee, to jeszcze nic. Jak pamiętamy z przekazów innego kronikarza, który wspomagając się eterem (gorzałka widocznie musiała się skończyć), opowiadał dzieje słynnych rycerzy trzech. W czasie, gdy do obozu wojaków przyjechała kontrola, okazało się, że kresowi synowie Marsa (Mars to fajne słowo, można je przeczytać wspak), przepili cały swój rynsztunek. Jak wiadomo, największy kłopot miał pan Zagłoba, który poza rycerskim pasem, stracił również konia, choć obaj byli kiedyś widziani, gdy społem (ciekawe czy PSS Społem. Oj społem, bardzo twardo społem!) leżeli pijani pod namiotem. Skacowany biedak latał później spanikowany po obozie (O Bozie!) i szukał zguby. Konia nie znalazł, jednak, jak pamiętamy, sprowadził stado kaczek. A na co kur... komu stado kaczek. Jeden kaczor, gdy się dobrze rozkręci, jest w stanie wyrządzić więcej szkód od całego tabunu koni trojańskich.
    A skoro już o Rycerzach mowa, dyliżansu z Cecory nie pamiętam. Ale sobie odświeżę.

    OdpowiedzUsuń