piątek, 17 lutego 2017

Mistrzowie rzucania siekierkami


Piechota polsko-węgierska wiele razy dawała dowody swojej odwagi i ofiarności na polach bitew. Mimo że należała do ‘ludu ognistego’, często brała jednak sprawę w swojej ręce (i szable), walcząc z przeciwnikiem twarzą w twarz. Znalazłem przepiękny opis takiego starcia z połowy sierpnia 1580 roku, w przededniu oblężenia Wielkich Łuk – jest to przy okazji bardzo interesujące źródło dotyczące uzbrojenia polskiej piechoty.
W roli głównej Wawrzyniec Wybranowski, dowodzący rotą złożoną z dwustu piechurów wybranieckich[1]. Rotmistrz zostawił swoich żołnierzy aby drwa rąbali do mostu, a sam tylko z porucznikiem swojej chorągwi odjechali na ćwierć mili oględując mosty. Tu natknęli się na trzech moskiewskich Tatarów, napastnicy jednak odskoczyli widząc że obydwaj Polacy porwali się do rusznic. To ciekawa wzmianka, wskazująca że nawet oficerowie roty posiadali długą broń palną. Szybko jednak okazało się, że nadciąga coraz więcej Tatarów. Wybranowski kazał się wycofać swojemu porucznikowi, który słabego podjezdka miał, podczas gdy sam rotmistrz postanowił osłonić odwrót.
Porucznik zdał sobie jednak sprawę, że nie da rady na tym koniu ujechać, zeskoczył z siodła i uciekł w las. Ruszyło tam za nim trzech Tatarów z szablami w dłoniach, ich zapał ostudził jednak strzał z rusznicy, więc zaprzestali pościgu. W tym samym czasie Wybranowski, ścigany przez większą grupę, naprowadzał ją na swoją chorągiew. Dojechawszy na miejsce, krzyknął na nie, aby do rusznic skoczyli. Niestety na miejscu zastał tylko ośmiu żołnierzy, reszta była zajęta rąbaniem drzewa. W obliczu szybko nadciągających Tatarów, wybrańcy tak prędko do rusznic i ognia dla rozpalenia knotów przyjść nie mogli. Nie powstrzymało to jednak bojowego zapędu polskich piechurów, kilkanaście ich wyskoczyło z siekierami, z dardami, z multanami i z czem kto mógł na prędce.
Jeden z Tatarów wysforował się przed grupę i zaatakował Wybranowskiego. Rotmistrza uratowali jednak jego żołnierze: jeden pieszy cisnął nań siekierką i ugodził go w skroń aż się z konia pochylił, potem dardą go ugodził podle pas, aż na wylot przepadła, że tudzież umarł. Kolejni Tatarzy porwali zabitego towarzysza, mocno naciskani przez Polaków, którzy też obuszkami Tatary jęli kołatać, zaczem drudzy do rusznic jęli przychodzić. Moskiewska jazda uciekła ścigana ostrzałem, tak spieszno uciekali, że strzały, czapli i jeden łuk poupuszczali. Pachołek Wybranowskiego zawiadomił  w międzyczasie polskie siły główne, z których przysłano husarię i jazdę kozacką na wsparcie. Co ciekawe, hetman Jan Zamoyski nie był zadowolony z całej sytuacji: miał pretensje do rotmistrza, że ten zapuścił się z oddziałem za daleko, nie wystawił straży po czym wybrał się na wycieczkę. Co by jednak nie mówić, opis walki jest przedni, a nasi wybrańcy zachowali się wyśmienicie.



[1] Co ciekawe, polskie źródła nazywa ich hajdukami. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz