czwartek, 13 kwietnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXIX


Wieki temu zamieściłem w dwóch częściach obraz Paulusa von Hillegaerta, przedstawiający demobilizację oddziałów waargelders w Utrechcie w 1618 roku. Okazuje się, że wydarzenie to ukazał jeszcze jeden malarz. Joost Cornelisz Droochsloot (1586-1666) całe życie mieszkał w Utrechcie, więc zapewne miał okazję być świadkiem owego wydarzenia. W 1625 roku namalował więc demobilizację, w nieco innym stylu niż mistrz Paulus. Na pierwszym planie widzimy oficerów księcia Maurycego: dobrze widoczne są kolety noszone pod napierśnikami i naplecznikami. Grupa pieszych stojących przed konnym uchylającym kapelusza to zapewne przedstawiciele rady miejskiej, którzy mieli nadzorować zwijanie oddziałów. Samych waargelders widzimy z tyłu: cztery szeregi pikinierów i cztery szeregi muszkieterów, odpowiadające przepisowemu stosunkowi tych formacji w niderlandzkich regimentach. Mamy tu także sporo przykładów doboszy, oficerów (z partyzanami i halabardami). Po lewej widać ekwipunek zwiniętej kompanii: sztandar, bębny, pancerze i piki. Tego typu obrazy to bardzo ciekawe studium strojów i ekwipunku żołnierzy z tego okresu, tym bardziej że wyposażenie waargelders nie odbiegało raczej od tego u żołnierzy armii polowej. 

wtorek, 11 kwietnia 2017

Siedmiogrodzka inwazja na szwedzką ziemię


Wyprawa Zygmunta III do Szwecji w 1598 roku zakończyła się porażką i de facto przekreśliła sprawy jego korony szwedzkiej.  Mało kto jednak pamięta, że już po wycofaniu się króla do Polski, wciąż bronił się jego garnizon Kalmaru, który kapitulował dopiero w maju 1599 roku. Tam pierwsze skrzypce odgrywał Władysław (Laszlo) Bekiesz, który 15 grudnia 1598 roku przedarł się z oddziałami węgierskimi do twierdzy i zasilił niemieckich najemników tworzących garnizon. W liście pisanym do Jana Kwaśniewskiego, a datowanym na 2 stycznia 1599 roku, tak oto siedmiogrodzki szlachcic opisuje walki ze Szwedami wiernymi księciu Karolowi[1].
Najpierw doszło do starcia flot:
Miałem wiatr po sobie przez całą tę noc, chcąc jednak ich tam więcej strwożyć, równo ze świtaniem (…) ruszyłem się ku nim prosto w bębny, w trąby uderzywszy, chorągwie rozpuściwszy. Którzy mnie pierwej postrzegłszy nieco się przybliżyli na strzelanie z działa, a wskoro hajduki obaczyli i iżem też prosto ku nim płynął, zaraz na dwoje się rozdzieliwszy, gdzie który mógł, po morzu się rozpierzchnęli.
Przybycie odsieczy podniosło morale kalmarskiego garnizonu, gdzie ok. 100 Niemców broniło się już tylko w samym zamku. Lądujące oddziały Bekiesza napotkały opór oblegających:
Lichom jedno na brzeg wysiadł, zaraz aż w bramę miejską rajtarowie wpadli. Harc z nimi prawie dobry mieliśmy, ale bez szkód naszych.
Hajducy połączyli się następnie z piechotą niemiecką z Kalmaru, tam kwatery na wale i po basztach im dawszy, abym tym okolicznych poddanych i mieszczanom wiele serce za naszym przyjazdem przydać mógł.
Już trzy dni po wylądowaniu, energiczny Bekiesz poprowadził kontrataki z miasta, lud Karolusów z gęstemi wycieczkami wypędziłem i wszystko spalić rozkazałem. Tak też płoty, drzewa powyrąbywaszy, zarazem tak Niemców jak o i Węgrów do poprawieniu wału miejskiego obróciłem, którą robotę za dwa dni skończyli.
Siły oblegających zasilił sam książę Karol, nadciągając z rajtarami  i z piechotą, zajmując pozycje w folwarku królewskim nieopodal miasta. Jak to pisał siedmiogrodzki oficer: ale i stamtąd gęstymi harcami i kulami ognistymi wypędziłem ich, że teraz w pół mili obóz swój mają.
Przez cztery tygodnie takich potyczek Biekiesz miał ponieść bardzo małe straty. Bóg Wszechmogący nas bronił, że nie utraciłem, jedno Niemca jednego, którego nie wiem pewnie Szwedowi li w łeb cięli (którzy mało ręcznej broni mają) czyli hajducy, bo już prawie się zmierzchło, gdy harc ustał, a drugiego Wołoszyna nieszkodliwie w nogę postrzelono.
Nic więc dziwnego, że na początku stycznie pan Władysław był pełen optymizmu, to wojsko które jest, nic nam inszego uczynić nie może, jedno żywności broni, ale i żywności mamy po dostatku, tak że chociażby nam nic nie przybyło, do dalszego obmyślenia o nas Króla JM trwać możemy. Niestety Siedmiogrodzianin nie wiedział, że on i jego waleczni żołnierze stoją już na z góry straconych pozycjach…



[1] Oblężeniem Kalmaru dowodził Karl Carlsson Gyllenhielm, syn Karola z nieprawego łoża. 

wtorek, 4 kwietnia 2017

Każe je na pal wbijać


Kilka razy wspominałem o „małej wojnie” toczonej wokół Kamieńca po jego zdobyciu przez Turków. Z jednej strony polskie chorągwie blokujące (z lepszym lub gorszym skutkiem) Kamieniec, z drugiej zaś strony oddziały nowego ejaletu kamienieckiego – na czele z Lipkami i Czeremisami – atakowały konwoje z zaopatrzeniem, próbowały „urwać języka” i generalnie niepokoiły przeciwnika. Z czasem walki stawały się coraz to okrutniejsze, obydwie strony nie przebierały w środkach. Nader okrutny proceder obrońców opisał jeden z Polaków:
Halil Basza[1]daje po czerwonemu złotym za głowę polską, z kąd Czeremisowie wypadają, a napadłszy gdzie ludzi ścinają i na szabli głowę polską przyniósłszy, czerwony złoty odbierają, a Basza każe je na pal wbijać po rynku i ulicach. Dziwy robią ci złodzieje Lipkowie.
Można się tylko domyśleć, co stałoby się z owymi Czeremisami, gdyby wojskom polskim udało się zdobyć Kamieniec. Tak się jednak nie stało i miasto wróciło do Polski dopiero w 1699 roku, na mocy pokoju w Karłowicach.



[1] Dowódca tureckiego garnizonu. 

niedziela, 2 kwietnia 2017

Cała naprzód ku nowej przygodzie!


Wiosna idzie, nawet w Szkocji świeci słońce i od dwóch dni nie padało mi za oknem. Niestety utknąłem z choróbskiem w domu, więc mogę sobie co najwyżej podróżować z palcem po mapie. Niezawodny Rafał Szwelicki (serdecznie pozdrawiam!) podrzucił mi właśnie coś bardzo ciekawego w takim temacie. To baza danych zatytułowana American Journeys, zawierająca liczne zapiski z wypraw odkrywczych i zasiedlania Ameryki Północnej w okresie pomiędzy XI i XIX wiekiem. Od sagi Eryka Thorvaldssona, przez zapiski Kolumba, Cartiera, Drake’a aż po pana o świetnie brzmiącym nazwisku Jedediah Strong Smith. Lektura niezwykle interesująca, bazę danych można znaleźć na stronie Wisconsin Historical Society

wtorek, 28 marca 2017

Nowy konkurs na FB


Zapraszam na FBkowego fanpage'a, na którym zamieściłem właśnie nowy konkurs. Sponsorowany przez Wargamera, do wygrania niezwykle zacny zestaw husarii do OiM. Pytania banalne, czasu sporo, nic tylko brać udział...


niedziela, 26 marca 2017

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XII


Dawno nie było na blogu żadnych recenzji, zdarzyła się jednak dobra okazja by napisać kilka słów. Wydawnictwo Osprey opublikowało właśnie tom numer 510 z serii ‘Men-at-Arms’, zatytułowany Dutch Armies of the 80 Years’ War 1568-1648 (1). Infantry. Autorem tekstu jest Bouko de Groot, kolorowe plansze namalował tandem ojciec-syn Gerry i Sam Embleton. Jak sama nazwa wskazuje, w tomiku tym przyjrzymy się piechocie armii Zjednoczonych Prowincji, czeka nas jeszcze drugi tom gdzie do jednego wora zostały wrzucone jazda, artyleria i saperzy[1].
Najpierw zajmę się omówieniem struktury pracy, potem poświęcę kilka słów na omówienie kolorowych plansz, żeby na koniec zająć się uwagami ogólnymi.
Pierwszych kilka stron to wprowadzenie, omawiające przyczyny i początek rewolty w Niderlandach. Wszystko to zwieńczone dwustronicowym kalendarium i koszmarną mapą – o czym nieco więcej napiszę poniżej.
Trzy główne rozdziały mają z grubsza podobną strukturę. Autor podzielił wojnę na trzy okresy:
- wojnę domową 1568-87
- wojnę o niepodległość 1588-1620
- wojnę koalicyjną 1621-1648
Podrozdziały zajmują się kwestią organizacji, wyposażenia i taktyki piechoty Zjednoczonych Prowincji. Kolejny rozdział poświęca kilka stron na omówienie straży miejskiej, milicji, oddziałów wysłanych na pomoc sojusznikom (np. Szwecji), a wreszcie działaniom w Brazylii i Angoli.
Bardzo ciekawe jest zestawienie ze stron 41-42: możemy tam znaleźć wszystkie regimenty piechoty (krajowe jak i najemne), które służyły w armii ZP dłużej niż pięć lat. W przypadku każdej z tych jednostek mamy podanego dowódcę[2], okres w którym dowodził wraz z ewentualną informacją o śmierci na placu boju.
Kolorowe plansze to typowe dla Ospreya 8 kart:
- 6 z nich przedstawia żołnierzy, po 3 na każdej (3 wojaków z okresu wojny domowej, 6 z wojny o niepodległość, 6 z wojny koalicyjnej, 3 z kolonii)
- na pozostałych dwóch planszach znajdziemy łącznie 18 sztandarów, wszystkie zidentyfikowane i opisane jako należące do danej kompanii.
Opisy plansz z żołnierzami to dobre uzupełnienie tekstu z głównych rozdziałów, ukazujące podstawowe elementy składowe niderlandzkich kompanii piechoty. Bez wątpienia najciekawsze to verrejager czyli lekki piechur wyposażony w tyczkę (widzimy go na okładce książki). Ten element wyposażenia pozwalał o wiele łatwiej poruszać się po niderlandzkich polderach, rowach i innych jakże przyjemnych elementach terenu. Zaopatrzony dodatkowo w grot, w czasie rajdów i zasadzek „małej wojny” stanowił tak skuteczną broń, że miały go zaadoptować nawet niektóre jednostki hiszpańskie.
Rysunki duetu Embleton są miłe dla oka, według mnie o niebo lepsze niż szkarady z Ospreyów o armii cesarskiej.
W rozdziałach „głównych” p. de Groot opisuje jak zmieniała się organizacja i taktyka piechoty niderlandzkiej, prowadząc nas przez ewolucję która doprowadziła do powstania niderlandzkiej szkoły wojennej. Przy lekturze pomagają diagramy, ukazujące szyki piechoty; do tego typowe dla Ospreya fragmenty rycin z epoki i zdjęcia broni i ekwipunku. Wszystko to oczywiście ograniczone przez format pracy, stąd też niektóre opisy podane są dość skrótowo, jednak w spójny sposób. Udało mu się też przemycić kilka bardzo ciekawych i mniej znanych faktów, jak np. wzmiankę o kompanii szwajcarskiej kapitana Walsdorffera, która w 1622 roku miała odeprzeć jeden ze szturmów na Bergen op Zoom – wszyscy jej żołnierze mieli być w tym starciu wyposażeni w dwuręczne miecze. Tego typu wstawki zdecydowanie umilają lekturę.
W tej beczce całkiem smacznego miodu jest jednak i trochę dziegciu. Tak autor jak i redaktor przysnęli już na stronie 4, z której dowiadujemy się, że Karol V podzielił swoje państwo między swoich synów: Ferdynanda i Filipa. Problem jest oczywiście taki, że Ferdynand był jego bratem, a nie synem…
Wspomniałem wcześniej o koszmarnej mapie. Jak dla mnie jest to totalnie nieporozumienie. Każda bitwa wspomniana w kalendarium oznaczona jest numerem (od 01 do 125), a dodatkowo kwadratem na siatce która naniesiona jest na mapę (między A1-A5 a E1-E5). Do tego kilkadziesiąt miast opisanych jest na mapie za pomocą dwuliterowego skrótu. Sprawia to wszystko cholernie chaotyczne wrażenie i przyprawia o ból głowy. Co gorsza, autor ma irytującą manierę, że kiedy w tekście wspomina jakąś bitwę (najczęściej w nawiasie) to nie podaje jej daty rocznej – i szukaj tu teraz w tym z czapy wziętym kalendarium. 
Nie tyle może zarzut, co uwaga: w tekście nie ma w ogóle cytatów ze źródeł z epoki. A przecież aż się prosiło o kilka wzmianek z licznych zapisów które pozostawili po sobie uczestnicy walk. Nie wiem czy to po prostu kwestia ograniczonej objętości tomiku? Wydaje mi się, że gdyby niniejszą pozycję rozbić na dwa 48-stronnicowe tomy, autor mógłby ‘rozłożyć skrzydła’ i  rozwinąć nieco pewne wątki.
Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić  - zdecydowanie unikać]  to mimo wszystko trzeba mieć dla fanów armii ZP, ewentualnie można mieć jeżeli ktoś generalnie interesuje się XVII-wieczną wojskowością. Mimo pewnych błędów i niedociągnięć[3] jest to –oczywiście według mojej oceny – ciekawa pozycja, z którą warto się zapoznać.





[1] Jak ja nie lubię tego podziału…
[2] Niestety tylko z nazwiska, bez imienia czy chociażby inicjału.
[3] Oraz tej cholernej mapy!

sobota, 25 marca 2017

Wtem jakby się otworzyły bramy Piekła!


20 sierpnia 1648 roku armia francuska dowodzona przez Kondeusza pokonała pod Lens Hiszpanów arcyksięcia Leopolda Wilhelma. W starciu tym ważną rolę odegrała kawaleria z obydwu stron. Zachowało się kilka bardzo ciekawych źródeł opisujących bitwę, poniżej interesujący przykład potyczki kawalerii właśnie. Dobrze pokazuje różnice w taktyce i agresywności walczących stron.  Jak zanotował francuski uczestnik bitwy:
Książę Salm podjechał kłusem na czele pierwszej linii [złożonej z] Walonów i Lotaryńczyków przeciw pierwszej linii Kondeusza, która zbliżyła się  z wolna by stawić mu czoła. Dwie linie stanęły naprzeciw siebie, koń w konia, pistolet w pistolet i pozostały w takiej pozycji przez dłuższy czas, czekając która strona wystrzeli jako pierwsza [a] żadna ze stron się nie ugięła.
Nieprzyjaciel [tj. Hiszpanie] okazał się bardziej niecierpliwy i otworzył ogień: wtem jakby się otworzyły bramy Piekła! Wszyscy nasi oficerowie w pierwszych szeregach zginęli, zostali ranni lub utracili konie. Kondeusz dał sygnał byśmy otworzyli ogień, po czym, z uniesionym pałaszem [ruszył] na czele regimentu Gassiona[1], miażdżąc skwadron [hiszpański] stawiający im czoła. Jego [pozostałe] sześć skwadronów szybko poszło śladem,  gwałtownie atakując pierwszą linię wroga, tak że ta została [szybko] pokonana.  




[1] Regiment jazdy niemieckiej w służbie francuskiej.