Wieki temu zamieściłem w dwóch częściach obraz Paulusa von Hillegaerta, przedstawiający demobilizację oddziałów waargelders w Utrechcie w 1618 roku. Okazuje się, że wydarzenie to
ukazał jeszcze jeden malarz. Joost Cornelisz Droochsloot (1586-1666) całe życie
mieszkał w Utrechcie, więc zapewne miał okazję być świadkiem owego wydarzenia.
W 1625 roku namalował więc demobilizację, w nieco innym stylu niż mistrz
Paulus. Na pierwszym planie widzimy oficerów księcia Maurycego: dobrze widoczne
są kolety noszone pod napierśnikami i naplecznikami. Grupa pieszych stojących
przed konnym uchylającym kapelusza to zapewne przedstawiciele rady miejskiej,
którzy mieli nadzorować zwijanie oddziałów. Samych waargelders widzimy z tyłu: cztery szeregi pikinierów i cztery
szeregi muszkieterów, odpowiadające przepisowemu stosunkowi tych formacji w
niderlandzkich regimentach. Mamy tu także sporo przykładów doboszy, oficerów (z
partyzanami i halabardami). Po lewej widać ekwipunek zwiniętej kompanii:
sztandar, bębny, pancerze i piki. Tego typu obrazy to bardzo ciekawe studium
strojów i ekwipunku żołnierzy z tego okresu, tym bardziej że wyposażenie waargelders nie odbiegało raczej od tego
u żołnierzy armii polowej.
Wojskowość europejska XVI-XVIII wieku [dużo], wargaming historyczny [odrobinę], a także co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy...
czwartek, 13 kwietnia 2017
wtorek, 11 kwietnia 2017
Siedmiogrodzka inwazja na szwedzką ziemię
Wyprawa Zygmunta III do Szwecji w 1598 roku zakończyła się
porażką i de facto przekreśliła sprawy jego korony szwedzkiej. Mało kto jednak pamięta, że już po wycofaniu
się króla do Polski, wciąż bronił się jego garnizon Kalmaru, który kapitulował
dopiero w maju 1599 roku. Tam pierwsze skrzypce odgrywał Władysław (Laszlo)
Bekiesz, który 15 grudnia 1598 roku przedarł się z oddziałami węgierskimi do
twierdzy i zasilił niemieckich najemników tworzących garnizon. W liście pisanym
do Jana Kwaśniewskiego, a datowanym na 2 stycznia 1599 roku, tak oto
siedmiogrodzki szlachcic opisuje walki ze Szwedami wiernymi księciu Karolowi[1].
Najpierw doszło do starcia flot:
Miałem wiatr po sobie
przez całą tę noc, chcąc jednak ich tam więcej strwożyć, równo ze świtaniem (…)
ruszyłem się ku nim prosto w bębny, w trąby uderzywszy, chorągwie rozpuściwszy.
Którzy mnie pierwej postrzegłszy nieco się przybliżyli na strzelanie z działa,
a wskoro hajduki obaczyli i iżem też prosto ku nim płynął, zaraz na dwoje się
rozdzieliwszy, gdzie który mógł, po morzu się rozpierzchnęli.
Przybycie odsieczy podniosło morale kalmarskiego garnizonu,
gdzie ok. 100 Niemców broniło się już tylko w samym zamku. Lądujące oddziały
Bekiesza napotkały opór oblegających:
Lichom jedno na brzeg
wysiadł, zaraz aż w bramę miejską rajtarowie wpadli. Harc z nimi prawie dobry
mieliśmy, ale bez szkód naszych.
Hajducy połączyli się następnie z piechotą niemiecką z
Kalmaru, tam kwatery na wale i po
basztach im dawszy, abym tym okolicznych poddanych i mieszczanom wiele serce za
naszym przyjazdem przydać mógł.
Już trzy dni po wylądowaniu, energiczny Bekiesz poprowadził
kontrataki z miasta, lud Karolusów z
gęstemi wycieczkami wypędziłem i wszystko spalić rozkazałem. Tak też płoty,
drzewa powyrąbywaszy, zarazem tak Niemców jak o i Węgrów do poprawieniu wału
miejskiego obróciłem, którą robotę za dwa dni skończyli.
Siły oblegających zasilił sam książę Karol, nadciągając z rajtarami
i z piechotą, zajmując pozycje w folwarku królewskim nieopodal
miasta. Jak to pisał siedmiogrodzki oficer: ale
i stamtąd gęstymi harcami i kulami ognistymi wypędziłem ich, że teraz w pół
mili obóz swój mają.
Przez cztery tygodnie takich potyczek Biekiesz miał ponieść bardzo
małe straty. Bóg Wszechmogący nas bronił,
że nie utraciłem, jedno Niemca jednego, którego nie wiem pewnie Szwedowi li w
łeb cięli (którzy mało ręcznej broni mają) czyli hajducy, bo już prawie się
zmierzchło, gdy harc ustał, a drugiego Wołoszyna nieszkodliwie w nogę
postrzelono.
Nic więc dziwnego, że na początku stycznie pan Władysław był
pełen optymizmu, to wojsko które jest,
nic nam inszego uczynić nie może, jedno żywności broni, ale i żywności mamy po
dostatku, tak że chociażby nam nic nie przybyło, do dalszego obmyślenia o nas
Króla JM trwać możemy. Niestety Siedmiogrodzianin nie wiedział, że on i jego
waleczni żołnierze stoją już na z góry straconych pozycjach…
Etykiety:
hajducy,
Władysław Bekiesz,
wyprawa szwedzka 1598 roku,
Zygmunt III
wtorek, 4 kwietnia 2017
Każe je na pal wbijać
Kilka razy wspominałem o „małej wojnie” toczonej wokół
Kamieńca po jego zdobyciu przez Turków. Z jednej strony polskie chorągwie
blokujące (z lepszym lub gorszym skutkiem) Kamieniec, z drugiej zaś strony
oddziały nowego ejaletu kamienieckiego – na czele z Lipkami i Czeremisami –
atakowały konwoje z zaopatrzeniem, próbowały „urwać języka” i generalnie
niepokoiły przeciwnika. Z czasem walki stawały się coraz to okrutniejsze,
obydwie strony nie przebierały w środkach. Nader okrutny proceder obrońców
opisał jeden z Polaków:
Halil Basza[1]daje
po czerwonemu złotym za głowę polską, z kąd Czeremisowie wypadają, a napadłszy
gdzie ludzi ścinają i na szabli głowę polską przyniósłszy, czerwony złoty
odbierają, a Basza każe je na pal wbijać po rynku i ulicach. Dziwy robią ci złodzieje
Lipkowie.
Można się tylko domyśleć, co stałoby się z owymi
Czeremisami, gdyby wojskom polskim udało się zdobyć Kamieniec. Tak się jednak
nie stało i miasto wróciło do Polski dopiero w 1699 roku, na mocy pokoju w
Karłowicach.
niedziela, 2 kwietnia 2017
Cała naprzód ku nowej przygodzie!
Wiosna idzie, nawet w Szkocji świeci słońce i od dwóch dni
nie padało mi za oknem. Niestety utknąłem z choróbskiem w domu, więc mogę sobie
co najwyżej podróżować z palcem po mapie. Niezawodny Rafał Szwelicki
(serdecznie pozdrawiam!) podrzucił mi właśnie coś bardzo ciekawego w takim
temacie. To baza danych zatytułowana American
Journeys, zawierająca liczne zapiski z wypraw odkrywczych i zasiedlania
Ameryki Północnej w okresie pomiędzy XI i XIX wiekiem. Od sagi Eryka Thorvaldssona,
przez zapiski Kolumba, Cartiera, Drake’a aż po pana o świetnie brzmiącym
nazwisku Jedediah Strong Smith. Lektura niezwykle interesująca, bazę danych
można znaleźć na stronie Wisconsin Historical Society.
wtorek, 28 marca 2017
Nowy konkurs na FB
Zapraszam na FBkowego fanpage'a, na którym zamieściłem właśnie nowy konkurs. Sponsorowany przez Wargamera, do wygrania niezwykle zacny zestaw husarii do OiM. Pytania banalne, czasu sporo, nic tylko brać udział...
niedziela, 26 marca 2017
Kadrinazi radzi i odradza - cz. XII
Dawno nie było na blogu żadnych recenzji, zdarzyła się
jednak dobra okazja by napisać kilka słów. Wydawnictwo Osprey opublikowało
właśnie tom numer 510 z serii ‘Men-at-Arms’, zatytułowany Dutch Armies of the 80 Years’ War 1568-1648 (1). Infantry. Autorem
tekstu jest Bouko de Groot, kolorowe plansze namalował tandem ojciec-syn Gerry
i Sam Embleton. Jak sama nazwa wskazuje, w tomiku tym przyjrzymy się piechocie
armii Zjednoczonych Prowincji, czeka nas jeszcze drugi tom gdzie do jednego
wora zostały wrzucone jazda, artyleria i saperzy[1].
Najpierw zajmę się omówieniem struktury pracy, potem
poświęcę kilka słów na omówienie kolorowych plansz, żeby na koniec zająć się
uwagami ogólnymi.
Pierwszych kilka stron to wprowadzenie, omawiające przyczyny
i początek rewolty w Niderlandach. Wszystko to zwieńczone dwustronicowym kalendarium
i koszmarną mapą – o czym nieco więcej napiszę poniżej.
Trzy główne rozdziały mają z grubsza podobną strukturę.
Autor podzielił wojnę na trzy okresy:
- wojnę domową 1568-87
- wojnę o niepodległość 1588-1620
- wojnę koalicyjną 1621-1648
Podrozdziały zajmują się kwestią organizacji, wyposażenia i
taktyki piechoty Zjednoczonych Prowincji. Kolejny rozdział poświęca kilka stron
na omówienie straży miejskiej, milicji, oddziałów wysłanych na pomoc
sojusznikom (np. Szwecji), a wreszcie działaniom w Brazylii i Angoli.
Bardzo ciekawe jest zestawienie ze stron 41-42: możemy tam znaleźć
wszystkie regimenty piechoty (krajowe jak i najemne), które służyły w armii ZP
dłużej niż pięć lat. W przypadku każdej z tych jednostek mamy podanego dowódcę[2],
okres w którym dowodził wraz z ewentualną informacją o śmierci na placu boju.
Kolorowe plansze to typowe dla Ospreya 8 kart:
- 6 z nich przedstawia żołnierzy, po 3 na każdej (3 wojaków z
okresu wojny domowej, 6 z wojny o niepodległość, 6 z wojny koalicyjnej, 3 z
kolonii)
- na pozostałych dwóch planszach znajdziemy łącznie 18
sztandarów, wszystkie zidentyfikowane i opisane jako należące do danej
kompanii.
Opisy plansz z żołnierzami to dobre uzupełnienie tekstu z
głównych rozdziałów, ukazujące podstawowe elementy składowe niderlandzkich
kompanii piechoty. Bez wątpienia najciekawsze to verrejager czyli lekki piechur wyposażony w tyczkę (widzimy go na
okładce książki). Ten element wyposażenia pozwalał o wiele łatwiej poruszać się
po niderlandzkich polderach, rowach i innych jakże przyjemnych elementach
terenu. Zaopatrzony dodatkowo w grot, w czasie rajdów i zasadzek „małej wojny”
stanowił tak skuteczną broń, że miały go zaadoptować nawet niektóre jednostki
hiszpańskie.
Rysunki duetu Embleton są miłe dla oka, według mnie o niebo
lepsze niż szkarady z Ospreyów o armii cesarskiej.
W rozdziałach „głównych” p. de Groot opisuje jak zmieniała
się organizacja i taktyka piechoty niderlandzkiej, prowadząc nas przez ewolucję
która doprowadziła do powstania niderlandzkiej szkoły wojennej. Przy lekturze
pomagają diagramy, ukazujące szyki piechoty; do tego typowe dla Ospreya
fragmenty rycin z epoki i zdjęcia broni i ekwipunku. Wszystko to oczywiście
ograniczone przez format pracy, stąd też niektóre opisy podane są dość
skrótowo, jednak w spójny sposób. Udało mu się też przemycić kilka bardzo
ciekawych i mniej znanych faktów, jak np. wzmiankę o kompanii szwajcarskiej
kapitana Walsdorffera, która w 1622 roku miała odeprzeć jeden ze szturmów na
Bergen op Zoom – wszyscy jej żołnierze mieli być w tym starciu wyposażeni w
dwuręczne miecze. Tego typu wstawki zdecydowanie umilają lekturę.
W tej beczce całkiem smacznego miodu jest jednak i trochę
dziegciu. Tak autor jak i redaktor przysnęli już na stronie 4, z której
dowiadujemy się, że Karol V podzielił swoje państwo między swoich synów: Ferdynanda
i Filipa. Problem jest oczywiście taki, że Ferdynand był jego bratem, a nie
synem…
Wspomniałem wcześniej o koszmarnej mapie. Jak dla mnie jest
to totalnie nieporozumienie. Każda bitwa wspomniana w kalendarium oznaczona
jest numerem (od 01 do 125), a dodatkowo kwadratem na siatce która naniesiona
jest na mapę (między A1-A5 a E1-E5). Do tego kilkadziesiąt miast opisanych jest
na mapie za pomocą dwuliterowego skrótu. Sprawia to wszystko cholernie
chaotyczne wrażenie i przyprawia o ból głowy. Co gorsza, autor ma irytującą
manierę, że kiedy w tekście wspomina jakąś bitwę (najczęściej w nawiasie) to
nie podaje jej daty rocznej – i szukaj tu teraz w tym z czapy wziętym
kalendarium.
Nie tyle może zarzut, co uwaga: w tekście nie ma w ogóle cytatów
ze źródeł z epoki. A przecież aż się prosiło o kilka wzmianek z licznych
zapisów które pozostawili po sobie uczestnicy walk. Nie wiem czy to po prostu kwestia
ograniczonej objętości tomiku? Wydaje mi się, że gdyby niniejszą pozycję rozbić
na dwa 48-stronnicowe tomy, autor mógłby ‘rozłożyć skrzydła’ i rozwinąć nieco pewne wątki.
Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić - zdecydowanie unikać] to mimo wszystko trzeba mieć dla fanów armii ZP, ewentualnie można mieć jeżeli ktoś generalnie interesuje się XVII-wieczną
wojskowością. Mimo pewnych błędów i niedociągnięć[3]
jest to –oczywiście według mojej oceny – ciekawa pozycja, z którą warto się
zapoznać.
sobota, 25 marca 2017
Wtem jakby się otworzyły bramy Piekła!
20 sierpnia 1648 roku armia francuska dowodzona przez
Kondeusza pokonała pod Lens Hiszpanów arcyksięcia Leopolda Wilhelma. W starciu
tym ważną rolę odegrała kawaleria z obydwu stron. Zachowało się kilka bardzo
ciekawych źródeł opisujących bitwę, poniżej interesujący przykład potyczki
kawalerii właśnie. Dobrze pokazuje różnice w taktyce i agresywności walczących
stron. Jak zanotował francuski uczestnik
bitwy:
Książę Salm podjechał
kłusem na czele pierwszej linii [złożonej z] Walonów i Lotaryńczyków przeciw
pierwszej linii Kondeusza, która zbliżyła się z wolna by stawić mu czoła. Dwie linie stanęły
naprzeciw siebie, koń w konia, pistolet w pistolet i pozostały w takiej pozycji
przez dłuższy czas, czekając która strona wystrzeli jako pierwsza [a] żadna ze
stron się nie ugięła.
Nieprzyjaciel [tj.
Hiszpanie] okazał się bardziej niecierpliwy i otworzył ogień: wtem jakby się
otworzyły bramy Piekła! Wszyscy nasi oficerowie w pierwszych szeregach zginęli,
zostali ranni lub utracili konie. Kondeusz dał sygnał byśmy otworzyli ogień, po
czym, z uniesionym pałaszem [ruszył] na czele regimentu Gassiona[1], miażdżąc
skwadron [hiszpański] stawiający im czoła. Jego [pozostałe] sześć skwadronów
szybko poszło śladem, gwałtownie
atakując pierwszą linię wroga, tak że ta została [szybko] pokonana.
Etykiety:
armia francuska,
armia hiszpańska,
Kondeusz,
Lens 1648,
Wojna Trzydziestoletnia
Subskrybuj:
Posty (Atom)






