Wojskowość europejska XVI-XVIII wieku [dużo], wargaming historyczny [odrobinę], a także co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy...
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Rysunkowych wspomnień czar
Szperając ostatnio w sieci znalazłem kilka kolorowych plansz z prac Karola Lindera. Ich widok mnie rozczulił, bo pamiętam z dzieciństwa, jak z ogromną fascynacją podziwiałem te rysunki, zwłaszcza dotyczące XVII wieku. Teraz wiem już oczywiście, ile jest tam błędów i niedoróbek, łatwo też tropić źródła z których rysownik zaczerpnął inspirację, niemniej jednak miło się na sercu robi, jak je sobie poprzeglądam. Można pewnie tylko pomarzyć o nowej edycji jego prac - mimo dyskusyjnej rzetelności historycznej na pewno bym takie reprinty kupił...
Etykiety:
armia koronna,
armia litewska,
Karol Linder,
malarstwo
piątek, 18 kwietnia 2014
Malarze znani i nieznani - cz. LX
Dziś artysta XVI-wieczny, wszak obiecałem, że częściej będę zagląda do tego wieku. Jan van der Straet (1523-1605) znany także jako Giovanni Stradano, to słynny flamandzki malarz, przez wiele wiele lat związany z Florencją gdzie żył i tworzył (stąd włoska wersja nazwiska). Spędził we Florencji aż 55 lat (żył tam do śmierci), gdzie cieszył się patronatem Medyceuszy. Oprócz scen biblijnych czy licznych polowań wśród jego prac nie mogło zabraknąć i motywów militarnych. Powyżej możemy podziwiać "Odwrót wojsk tureckich spod Wiednia w 1529 roku", upamiętniający nieudaną próbę zdobycia miasta przez Sulejmana I Wspaniałego. Dzieło powstało ok. 1589 roku, jako część serii upamiętniającej 60-lecie bitwy.
Na pierwszym planie widzimy tureckich sipahów - zwracają uwagę różne rodzaje tarcz (przy jednoczesnym braku innego uzbrojenia ochronnego), zróżnicowane uzbrojenie jak i strojnie przybrane konie. Więcej sipahów widać w tle, tam z kolei w oczy rzuca się 'morze' włóczni podkreślające liczebności tureckiego wojska. Obok sipahów na pierwszym planie dwóch piechurów, prawdopodobnie janczarów uzbrojonych w łuki. Kolejne oddziały piechoty widzimy na dalszym planie, co ciekawe van der Straer 'na zachodnią modłę' ukazał Turków uzbrojonych w piki, by wizualnie podkreślić liczbę tureckich wojowników. Pomiędzy sipahami i piechotę widzimy liczną artylerię, a także tabor opuszczający rejon obozu. Sam obóz ulega właśnie likwidacji - niektórzy Turcji zwijają namioty, inni ładują dobytek na wozy, niektóre namioty zostały podpalone.
Kolejne prace z tej serii przy okazji innego odcinka...
Na pierwszym planie widzimy tureckich sipahów - zwracają uwagę różne rodzaje tarcz (przy jednoczesnym braku innego uzbrojenia ochronnego), zróżnicowane uzbrojenie jak i strojnie przybrane konie. Więcej sipahów widać w tle, tam z kolei w oczy rzuca się 'morze' włóczni podkreślające liczebności tureckiego wojska. Obok sipahów na pierwszym planie dwóch piechurów, prawdopodobnie janczarów uzbrojonych w łuki. Kolejne oddziały piechoty widzimy na dalszym planie, co ciekawe van der Straer 'na zachodnią modłę' ukazał Turków uzbrojonych w piki, by wizualnie podkreślić liczbę tureckich wojowników. Pomiędzy sipahami i piechotę widzimy liczną artylerię, a także tabor opuszczający rejon obozu. Sam obóz ulega właśnie likwidacji - niektórzy Turcji zwijają namioty, inni ładują dobytek na wozy, niektóre namioty zostały podpalone.
Kolejne prace z tej serii przy okazji innego odcinka...
Etykiety:
armia turecka,
Jan van der Straet,
malarstwo,
Wiedeń 1529
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Salutowe (2014) wspominki
Trochę odpocząłem już po Salute 2014, pora więc na krótką
relację. Tak jak w zeszłym roku do Londynu wybrałem się pociągiem. 4 i pół
godziny jakoś zleciało, zwłaszcza przy pomocy kilku książek Terry’rego
Pratchetta na Kindle’u i muzyce Agnes Obel i Erica Claptona w słuchawkach.
Utrzymywałem też łączność z Konradem „Bossem” Sosińskim, którego w Londynie
odebrała z lotniska główna ekipa i razem ruszyli do Excela, gdzie miała się
odbyć impreza. Znów, jak rok wcześniej, udało mi się dotrzeć na miejsce
praktycznie o tej samej porze co grupa bojowa Wargamera (pozdrawiam całą ekipę:
Konrada, Anię, Łukasza, Kadzika i Marcina!), więc mogłem pomóc przy ustawianiu
stoiska. Uwijaliśmy się jak mrówki, gdyż mieliśmy ograniczony czas (tylko do
17) by ustawić jak najwięcej.
W tym roku, oprócz naszego sztandarowego produktu czyli OiM
(czy raczej – w tym przypadku – BfaS) mieliśmy na stoisku produkty kilku innych
polskich firm. Mam nadzieję, że żadnej nie pominę (jeżeli mi się to zdarzy, to
z góry przepraszam zainteresowanych): Kromlech, Tereny do Gier, Werewolf Miniatures,
MiniMax, Kazrak Miniatures i First to Fight. Do tego także nieco Zvezdy i
różnych różnostek z zaułków magazynu Wargamera. Generalnie było tego od diabła
i trochę.
Wieczorem w piątek zaczęła się nasza eskapada hotelowa. Co
prawda wszystko dobrze się skończyło, chociaż nieco musieliśmy sobie
popodróżować po Londynie. Jedno jest pewnie: Szwelik już nigdy nie będzie
rezerwował hotelu na Salute (żart tylko dla wtajemniczonych…). Kilka browarków
później, nieco dyskusji o nadchodzącym podręczniku „Potop” i nowych figurkach,
po czym pora spać.
W sobotę rano byliśmy w Excelu nieco po 8 rano, mogliśmy
więc dokończyć przygotowanie stoiska i rozgrywek demo (chłopaki przywieźli dwa
podjazdy koronne, jeden szwedzki i jeden turecki). Salute otwierał swoje
podwoje o 10, ale już od 9 zaczęła się formować kolejka do wejścia.
Wykorzystaliśmy ją jako okazję do agresywnego marketingu, rozdając ponad 100
katalogów OiM z dołączonymi modelami
promocyjnymi. Schodziły jak świeże bułeczki.
O 10 się zaczęło i jak zwykle opad szczęki… Tłumy ludzi,
człowiek nie miał czasami chwili na zaczerpnięcie oddechu. Kadzik i Łukasz
prezentowali demo za demem i kiedy tylko mogli pomagali przy sprzedaży, Sosna
dwoił się i troił opróżniając portfele Salutowiczów, a ja snułem się po kątach
i udawałem że pomagam. Nawet czasami udawało mi się coś sprzedać, szok.. Sporo
znajomych twarzy z zeszłego roku; dużo bardzo dobrych opinii na temat gry i
podręcznika co naprawdę cieszy. Wśród kupujących nie tylko Brytyjczycy, ale i
Szwedzi, Holendrzy, Finowie; a nawet nieco bardziej egzotyczni przybysze z
Południowej Afryki czy Turcji. Z armii OiM najlepiej sprzedawali się chyba
Szwedzi, przynajmniej z tych pudełek i blisterków, które sam sprzedawałem. Czas
upływał bardzo szybko, nie wiedzieć kiedy impreza powoli zaczęła się zbliżać ku
końcowi.
Na moje (nie)szczęście wdałem się w pogawędkę z Guyem
Bowersem z Wargames, Soldiers and
Strategy. Rozmawialiśmy o OiM, ale wymsknęło mi się, że muszę sprawdzić,
czy mają na swoim stoisku książkę Alba:General and Servant to the Crown. Powiedział że i owszem i to w specjalnej
cenie. Moja zguba była przypieczętowana. Książka do najtańszych nie należy, ale
jest przepiękna i na pewno będę miał z niej dużo pożytku. Dołączyła więc do sterty figurek OiM, które już zadomowiły się w mojej torbie.
Czas zleciał jak z bicza strzelił i oto Salute 2014 dobiegł
końca. Przyszła pora spakować się i ruszyć do hotelu. Po drodze jeszcze bardzo
przyjemna i smaczna kolacja w tajskiej restauracji a potem piwne pogawędki w
hotelowym bunkrze.
Raz jeszcze wielkie podziękowanie dla ekipy z Wargamera za
fantastycznie spędzony czas. Mam nadzieję, że znów damy czadu za rok! Fotek oczywiście w ferworze walki nie zrobiłem, mam nadzieję, że Łukasz wrzuci swoje niedługo na blog.
środa, 9 kwietnia 2014
Haftarz Moszko i żydowskie hakownice
Przełom XVI i XVII wieku to okres niebywałego rozwoju
Rzeszowa, którego właściciel – Mikołaj Spytek Ligęza – sporo inwestował w rozbudowę
infrastruktury jak i obronności miasta. 8 sierpnia 1627 roku pan Mikołaj wydał
mandat, który regulował powinności obronne mieszkańców Rzeszowa, w tym także
licznej gminy żydowskiej. Pozwolę sobie,
za pracą Maurycego Horna Powinności
wojenne Żydów w Rzeczypospolitej w XVI i XVII wieku (Warszawa 1978)
wynotować co ciekawsze fragmenty.
Obowiązkiem stawania pod broń w czasie zagrożenia objęci
byli wszyscy mieszkańcy płci męskiej: gospodarze, ich czeladnicy i komornicy.
Jako wiek „zdolności wojskowej” przyjęto odpowiednio 13 rok życia dla katolików
i 11 rok życia dla Żydów. Każdy mieszczanin posiadać powinien rusznicę z krzosami przy kluczach i zamkach, 3
funty prochu, 60 kul a także hubkę i starty proch na podsypkę.
Oprócz tego każdy cech miejski miał mieć przygotowane:
kamień (czyli 12.96 kg) prochu, 60 kul do hakownic miejskich i 10 kul do dział.
Gmina żydowska została obarczona większymi zobowiązaniami: 3 kamienie prochu zawsze suchego, dobrego; 60 kul do hakownic i 30 kul do dział. Żydzi
mieli także na baszcie za bożnicą wystawić
własnym sumptem 4 hakownice.
Bardzo ważną rolę mieli odgrywać wynajęci przez mieszczan
puszkarze – każdy z nich miał służyć w przydzielonej mu baszcie. Żydom nakazano
wynająć jednego puszkarza do obsługi wspomnianych powyżej hakownic, co by to opatrował i z tych hakownic
strzelał.
Milicja miejska miała mieć trzech hetmanów: miejskiego (w
1627 roku był nim Łukasz Gajdzik), przedmiejskiego (w 1627 oku Piotr Fijałek) i
żydowskiego (w 1627 roku Moszko Aftarz). Owi „oficerowie” mieli mieć pod regimentem swojem parkany, baszty,
prochy, kule i puszkarzy, i bębny każde swoje. Byli jednak osobiście
zwolnieni z obowiązku odbywania straży. Bezpośrednio podlegali im dziesiętnicy,
odpowiedzialni min. za nadzór nad rozbudową fortyfikacji miejskiej. Co ciekawe,
hetman żydowski, noszący „rangę” haftarza, miał także – jako znak rangi - swoją
chorągiew. Być może chodziło tu o podkreślenie specyfiki rzeszowskiej gminy
żydowskiej?
Hetmani mieli także sporządzić listę wszystkich mężczyzn do
stawienia się pod broń, lista ta miała być weryfikowana przez członków
magistratu. Milicja miejska miała ćwiczyć raz w miesiącu: jednego dnia
mustrowano zarówno katolików jak i Żydów. W czasie pokoju zezwolono jednak
Żydom na zwolnienie z osobistego stawania do straży na murach. Opłacali bowiem
dwóch hajduków, którzy przez miesiąc pełnili za nich służbę strażniczą.
wtorek, 8 kwietnia 2014
Zdrowia swego nie żałowali i krew swoją na placu obficie rozlewali
Zagadnienie polskich i litewskich najemników służących w
armii szwedzkiej w czasie Wielkiej Smuty to temat słabo opisany, acz niezwykle
ciekawy. Pisałem kiedyś o husarii służącej w armii Gustawa II Adolfa, teraz pora
na jazdę kozacką. Dzisiaj więc czeka nas na blogu przyjemna – mam nadzieję –
niespodzianka, w postaci listu polskich oficerów do Jakuba de La Gardie (once
again thanks to Daniel Staberg for sharing those great sources with me!).
Korespondencja ta, datowana na 9 sierpnia 1612 roku, to niezwykle ciekawa
lektura. Dowiadujemy się z niej mianowicie o kwestii żołdu naszych wojaków, a
także o ich problemach z zaopatrzeniem. Pozwolę sobie przytoczyć in extenso,
wszystkie komentarze w przypisach pochodzą ode mnie.
Wielmożnemu Panu Panu[1] Jegomości
Panu Jakubowi Puntusowi De la Gardie Hetmanow[2]i
ludu Króla Jego Królewskiej Mości Szwedzkiego[3]
naszego Miłościwego Panu do rąk własnych należy.
Miłościwy Panie Panie[4]
Hetmanie
Uniżone posługi nasze Miłościwej
Łasce Jegomości naszego miłościwego Pana pilno oddawamy się. Jakoż Jegomość
Miłościwy Pan na Nowogrodzie postanowienie raczył mieć z nami na tę ćwierć
pirszą[5]po 18
złotych na koń[6],
jakoś Jegomość nasz miłościwy Pan w Nowogrodzie raczył dać po trzy złote, tak
też i Jegomość Pan Hewerthorn Pan Hetman Polny[7] pod
Iwanogrodem po trzy złote do tegoż miesiąca dodał. A o ostatek prosim Jegomość naszego
Miłościwego Pana, żebyś Jegomość nasz miłościwy Pan przez Pan PrKotowskiego[8]
Rotmistrza naszego raczył nam przysłać, bo nie mamy nic, że nam Moskwa pod
Iwanogrodem w obozie wszystko pobrała i nas samych nabito, nastrzelano i konie
nie mało, że drugi teraźniejszego czasu nie jeden piechotą za wojskiem chodzi, żeśmy
na służbie Jego Królewskiej Mości Naszego Miłościwego Pana[9]
zdrowia swego nie żałowali i krew swoją na placu obficie rozlewali. Będący tej
nadziei, że nam Jegomość nasz Miłościwy Pan nam tę naszą pracę nie opuści z
łaski swej Pańskiej. A na drugą ćwierć jako wszędzie żołnierzowi płacę na koń
po trzydzieści złotych, inaczej nie chcemy. Wola to Jegomości naszego
Miłościwego Pana będzie nam postąpić tak albo nie. Bo na nas bardzo przykro. A
na nowo na pół ćwierci dać[10] bo
nie mamy za co ręsztunku[11] kupić.
(Wyraz nieczytelny, prawdopodobnie ‘Druga’) żeśmy i ostatnie suknie powtracali,
nie mamy skąd poratowania mieć s tymi się powtóre z służbami naszymi oddajemy
Jego Miłościwej Łasce Jegomości naszego Miłościwego Pana.
Dan stanowiska
Augusta 9 Dnia R 1612
Jego Mości naszego
Miłościwego Pana życzliwi słudzy i towarzysze
Mikołay Jasiński
Maciey Chałaim
Rotmistrzowie i
wszystko towarzystwo
[1] Tak w
tekście, być może to błąd kopisty.
[2]
Oficerowie zastosowali tu jak widać polską rangę najbardziej odpowiadającą
pozycji De la Gardie w armii szwedzkiej.
[3] Tu
bardzo ważna figura stylistyczna, wszak – o czym kiedyś już pisałem na blogu –w
Rzplitej nie uznawano tytułu
królewskiego Gustawa II Adolfa. Cóż, nasi kondotierzy wiedzieli jednak, kto
trzymał sakiewkę z ich żołdem…
[4] Znów
powtórzenie w tekście.
[5]
Pierwszą.
[6] Czyli
podobnie jak jazda kozacka w armii Rzplitej w tym czasie.
[7] Chodzi o
generała Ewerta Horna.
[8] Może
Piotra Kotowskiego?
[9] Znów
chodzi o Gustawa II Adolfa.
[10] Czyli
zapłacić z góry.
[11] Tak w
zapisie, oczywiście chodzi o rynsztunek.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Kąpiel albo o wizycie w Moskwie zapomnij...
Kilka razy cytowałem już na blogu zapiski XVII-wiecznych
dyplomatów świadczące o tym, jak ciężki był ich los i jakim przeciwnościom
musieli stawiać czoła. Dzisiejszy zapisek należy do kategorii tragikomicznych,
a że dotyczy Moskwy i dzieje się w Smoleńsku to i na czasie…
Stefan Franciszek Medeksza, jadąc z poselstwem do Moskwy, dotarł 21 lutego 1658
roku do Smoleńska. Tam dołączył do grupy innych posłów: cesarskiego, duńskiego
i brandenburskiego, oczekujących na prawo wyjazdu do stolicy carskiej. 22
lutego do Smoleńska przybyły gołowa strzelcki Iwan Wasilewicz Duruszkin,
przywożąc raczej nietypowy ukaz carski: Aby
posłów wszystkich samych w łaźni omyto, a czeladź opłuczono, rzeczy wszystkie wietrzono
i kurzono. Car tłumaczył jednak w dodatkowym liście, że to nie sposób bezcześcia, ale dla lepszego się przewietrzenia,
ponieważ i poseł ich będąc do Wenecyi przez cara posłany, że tam po inszych
prowincyjach powietrze było, toż uczynić musiał.
Medeksza przyjął taki rozkaz z wyraźnym oburzeniem i
oczywiście nie chciał się poddać osobliwej kwarantannie, argumentując że to jakiś zwyczaj pogański rozumiem,
omywać się i okurzać czystym i niezapowietrzonym będąc. Zostawił sobie jednak ‘furtkę
bezpieczeństwa’ przy tej odmowie, czekając co zrobią pozostali posłowie. Dyplomaci
brandenburski i duński – mimo że także zaskoczeni – zdecydowali się jednak
poddać okurzaniu czyli też oczyszczeniu, traktując
procedurę jako element moskiewskiej polityki pro securitate państwa swego.
Pan Stefan Franciszek, widząc że jego opór tylko przedłuża
przystanek w Smoleńsku i nie prowadzi do zakończenia jego misji dyplomatycznej,
zdecydował się ostatecznie pójść w ślady kolegów z zachodniej Europy. Com i spełnił zwyczajnie w łaźni się myjąc i
czeladź wszystka do jednego się płukała; rzeczy wszystkie na wiatr wywieszałem
i więcej godziny na wietrze były, hramoty i listy tudzież papiery kurzyłem;
półmiski, talerze, srebro i miedź za ich ukazem umywać kazałem.
Niestety, nasz dyplomata nie wspominał, czy używał
brzozowych witek przy kąpieli… Swoją drogą ciekawy to zwyczaj ‘dyplomatyczny’,
może i teraz powinno się go przywrócić i wypróbować na niektórych?
wtorek, 1 kwietnia 2014
Z bębnami i inszą muzyką
Tomasz Rejf (pozdrawiam) wrzucił u siebie na blogu wpis o przedarciu się piechoty litewskiej do Smoleńska. Zdarzenie to miało miejsce 26
marca 1633 roku, a ja chciałbym dopisać krótki epilog do Tomaszowego wpisu.
Zastanawiałem się, gdzie Dariusz Kupisz (autor HBka o wojnie
smoleńskiej) znalazł nazwy tych 4 chorągwi, które weszły do Smoleńska? 3 z nich
były obecne na popisie wojska Radziwiłła 26 lutego 1633 roku, ale stany miały
raczej nieciekawe:
- rota Abrahama Rudzkiego: 81 ludzi
- rota Zakrzewskiego: 98 ludzi
- rota Stanisława Wołkanowskiego: 181 ludzi
Czyli w tych 3 rotach razem 360 ludzi. Czwarta rota, owego
tajemniczego Dyniego, nie była obecna na popisie, a musiałaby liczyć 240 ludzi,
by zamknęła nam się liczbą 600. Znajdujemy ją wśród spisu ‘Rycerstwa
nowo zaciągnionego za listami JKMci…’ i
jest to oddział liczący 200 ludzi, zaliczony – co ciekawe – do piechoty
cudzoziemskiej. Także nieco do 600 jeszcze brakuje. Być może oddziały zostały
zasilone dodatkowymi żołnierzami wydzielonymi z pozostałych jednostek?
Według Wacława Lipińskiego – który jak mało który historyk przyjrzał
się wydarzeniom tego konfliktu - całą piechotą dowodził ‘doświadczony oficer
Herbach’, na liście nie ma też roty Rudzkiego, zamiast niej jest Rojeckiego. Informacje
te wziął z Relacji wojny moskiewskiej… czyli
raportu Krzysztofa II Radziwiłła, złożonego 28 lipca 1634 roku na sejmie.
Hetman opisał odsieczową piechotę następująco: sześćset piechoty p. Tomasza Dyniego, p. Wołkanowskiego, p. Rojeckiego,
p. Zakrzewskiego, nad którymi był odemnie przełożony p. Hernbach.
Wydaje mi się, że owym ‘Dynim’ był Thomas Dewey (Tomasz
Dewey/Divi), który służył już od 1622 roku pod komendą Krzysztofa II Radziwiłła
i należał do jego klienteli wojskowej. Jako kapitan dowodzący chorągwią pieszą niemiecką przyjmował
potem kapitulację wojsk Szeina, a w 1635 roku stał na czele 200-osobowej roty
piechoty niemieckiej – znów pod komendą Krzysztofa II Radziwiłła.
Co do Herbacha/Hernbacha, tej postaci niestety nie udało mi
się zidentyfikować. Kilka lat wcześniej wśród oficerów cudzoziemskich
szkolących wybrańców Radziwiłła możemy – obok ówczesnego porucznika Deweya – znaleźć
sierżanta Hermana, to jednak raczej wątły trop. Mimo wszystko wydaje mi się
prawdopodobne, że hetman wysłał na czele oddziału idącego w tak ważnej misji
zaufanego oficera, najlepiej spośród swoich klientów właśnie.
Etykiety:
armia koronna,
armia litewska,
hajducy,
wojna smoleńska
Subskrybuj:
Posty (Atom)



.jpeg)





