wtorek, 28 czerwca 2011

Kącik recenzenta - odsłona pierwsza

Akt unii z 1707 roku połączył królestwa Szkocji i Anglii, oficjalnie tworząc Wielką Brytanię. Dla wielu Szkotów – tak będących świadkiem owych wydarzeń jak i żyjących w kolejnych stuleciach po zawarciu unii – był to czarny dzień, kończący niepodległość Szkocji. Od tego roku,  na blisko trzy stulecia (bo aż do 1999 roku) szkocki parlament, jakże specyficzny symbol niezależności,  nie był już zwoływany. W świetle tegorocznego zwycięstwa Scottish National Party w wyborach lokalnych i powtarzającego się wśród haseł wyborczych tej partii silnego dążenia do uzyskania niepodległości zasadne wydaje się zapoznanie z okolicznościami w których doszło do zawarcia unii.
Z pomocą przychodzi tu praca doktora Pawła Hanczewskiego, Patrioci i ludzie innego rodzaju. Szkockie spory o unię 1707, w zeszłym roku wydana przez Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie doktor Hanczewski jest wykładowcą na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych.
 Recenzowany egzemplarz pochodzi z zasobów czytelni online ibuk.pl:

Temat pracy zainteresował mnie z dwóch powodów. Od kilku lat mieszkam w Szkocji, więc kwestie jej historii a także ewentualnego rozłamu Wielkiej Brytanii bardzo mnie interesują. Miałem także przyjemność, studiując na UMK, uczęszczać na zajęcia prowadzone przez dr Hanczewskiego. Znając jego talent do snucia bardzo ciekawych opowieści, byłem ciekaw jak będzie to wyglądało w pracy opublikowanej drukiem.
Zacznijmy od krótkiego opisu pióra samego autora:
Celem pracy jest pokazanie ideologicznego wymiaru genezy unii, dzięki przedstawieniu poglądów „patriotów" i „ludzi innego rodzaju" w kwestiach uznawanych przez nich za najważniejsze. W kręgu zainteresowania znaleźli się przede wszystkim posłowie do parlamentu szkockiego, publicyści oraz duchowni. Pozostali, znacznie liczniejsi aktorzy wydarzeń, choćby uczestnicy zamieszek wznoszący na ulicach Edynburga okrzyki „No Union, No Union, English Dogs", zeszli na plan dalszy. Może to prowadzić do zarzutów, że ograniczam się do „wielkich i możnych", a pomijam nurt badań noszący w historiografii brytyjskiej nazwę „politics of the people". Jednak w przypadku sporów ideologicznych jest to rozwiązanie uzasadnione. Zdecydowana większość osób wyrażała swoje zaangażowanie poprzez czyny, a refleksję intelektualną pozostawiła stosunkowo wąskiemu gronu polityków i pisarzy.
Autor opisuje nam początkowo sytuację polityczną i społeczną, prowadzącą do podpisanie aktu unii z 1707 roku. Dogłębnie tłumaczy różne koncepcje ‘Wielkiej Brytanii’ pojawiające się w Anglii i Szkocji już od początku XVII wieku. Ukazuje nam tu, jak różniły się od siebie wizje angielskie i szkockie takiego połączenia obydwu krajów.  Wszak już od 1603 roku połączone były one na zasadzie union of the crowns – czyli li i jedynie osobą władcy. Jednak na przestrzeni kolejnych 100 lat dochodziło do prób zmiany takiej unii w silniejszy układ, a z wszystkimi tego typu usiłowaniami możemy się zapoznać w pierwszym rozdziale pracy. Daje to czytelnikowi dobry wgląd w zmieniającą się sytuację i stopniowo wprowadza w okoliczności w jakich doszło do podpisania aktu unii w 1707 roku.
Dwa kolejne rozdziały poświęcone są  dwóm stronnictwom szkockim. ‘Patriotami’ byli zwolennicy niepodległej Szkocji, ‘ludźmi innego rodzaju’ zaś zwolennicy unii. Dr Hanczewski ukazuje ich racje, opierając się na bogatym materiale źródłowym, efekcie starannych badań które przeprowadził w czasie pobytu w Szkocji. Ucieka też od prostego systemu ‘czarne i białe’, gdzie przeciwnicy unii byliby przedstawieni jako patrioci a zwolennicy połączenia  z Anglią jako zdrajcy. Chociaż, jak sam przyznaje, praca pisana jest ze szkockiego punktu widzenia, ukazuje jednak  racje i idee obydwu stronnictw. Możemy więc zapoznać się z punktem widzenia współczesnych elit szkockich, ich spojrzenia na kwestię niepodległości kraju i ewentualnego połączenia z Anglią. To, przynajmniej dla mnie,  najbardziej znacząca część pracy – ciekawym czy współcześni szkoccy politycy znają tak dobrze broszury autorstwa swoich poprzedników z XVIII wieku? W bardzo ciekawy sposób dr Hanczewski ukazuje walkę stronnictw, prowadzoną przez druki i dyskusje, w kontekście ówczesnej sytuacji politycznej. Paradoksalnie, a co autor słusznie zauważa, problematyka unii Szkocji i Anglii nie zakończyła się na XVIII wieku, jest to wciąż temat bardzo żywy i silnie osadzony w teraźniejszości.
Trzy kolejne rozdziały zajmują się kwestią najbardziej kontrowersyjnych aspektów unii (widzianych tu oczywiście z punktu widzenia Szkocji i Szkotów): religii, zasad wolnego handlu a także bezpieczeństwa nowopowstałego kraju w kontekście zagrożeń zewnętrznych. Autor zajmuje się tu także kwestią monarchii i jej wpływu na zbliżenie (i oddalenie) Szkocji i Anglii wewnątrz unii. Znów widzimy, że przynajmniej część z tych aspektów – jak bezpieczeństwo zewnętrzne – jest do tej pory ważną kwestią sporów politycznych we współczesnej Wielkiej Brytanii. Dr Hanczewski ukazuje jak widziano pozycję Szkocji w ramach unii, jak na próby utworzenia Wielkiej Brytanii reagowały inne kraje, przede wszystkim Francja, tradycyjny sojusznik Szkocji i przeciwnik Anglii.
Ostatni rozdział zadaje ważkie pytanie – jak kwestia unii wpłynęła na charakter i przyszłość ‘narodu szkockiego’. To bardzo interesująca część pracy, przede wszystkim w kontekście pojawiających się coraz częściej wśród części szkockich polityków głosów nawołujących od wyjścia Szkocji z unii z Anglią. Autor próbuje unaocznić nam, co na początku XVIII wieku rozumiani pod pojęciem ‘narodu szkockiego’, w jaki sposób używano tego określenia jako przeciwwagi dla ‘narodu angielskiego’. Ważne jest tutaj podkreślenie, że zarówno ‘patrioci’ jak i ‘ludzie innego rodzaju’ byli dumni ze swego pochodzenia, chlubili się szkocką tradycją i podtrzymywali narodową dumę.
Reasumując, Patrioci i ludzie innego rodzaju. Szkockie spory o unię 1707, jest pracą bardzo interesującą i niezwykle godną polecenia – nie tylko dla studiujących XVII czy XVIII-wieczną historię Szkocji i Anglii, ale i (może przede wszystkim) dla zainteresowanych współczesnymi zagadnieniami politycznymi Wielkiej Brytanii. Ukazuje jak duży wpływ na dzisiejszą politykę mają kwestie sprzed trzech wieków, jak wiele można nauczyć się badając ten okres. Duże brawa dla dra Pawła Hanczewskiego za zajęcia się tematem – według mnie znakomicie wywiązał się z zadania, opisując tak ważny, a jednocześnie słabo do tej pory w Polsce znany fragment historii Wysp Brytyjskich.


poniedziałek, 27 czerwca 2011

Wielkie to zwycięstwo - Kieś (Wenden) 21/10/1578

[Copyright by Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski, Edinburgh 27/06/11]

[Many thanks to Daniel Staberg for translation and comments on Swedish sources. As always, I owe You Daniel!]

Bitwa pod Kiesią (Wenden) stoczona 21 października 1578 roku jest starciem o tyle ciekawym, że mamy tu do czynienia z działaniami sojuszniczych sił Rzeczypospolitej i Szwecji, walczących ramię w ramię przeciw armii moskiewskiej. Kieś kojarzy się przede wszystkim ze starciami XVII-wiecznymi, kiedy to Litwini i Polacy ścierali się ze Szwedami, dlatego też warto przyjrzeć się nieco dokładniej epizodowi z XVI wieku. Szczęśliwie zachowało się sporo materiałów źródłowych dotyczących tej bitwy. Z powodu bariery językowej nie jestem jednak w stanie dotrzeć do materiałów rosyjskojęzycznych, za co z góry przepraszam.
15 października silne zgrupowanie moskiewskie, zależnie od źródeł spotykamy (nieco chyba zawyżoną) liczbę 18-22 000, podeszło pod bronioną przez oddziały litewskie Kieś. Dowodzili nimi wojewodowie Piotr Tatow, Wasili Woroncow, Piotr Choroszczyn i Andrij Szokłanow. Wyposażeni w silny park artyleryjski – 30 dział – Moskale podjęli działania oblężnicze. Zapewne nie liczyli się z możliwością nadejścia odsieczy, gdyż nieliczne (liczące łącznie ok. 1000 koni) chorągwie wojska inflanckiego (litewskie) porozrzucane były na leżach, nie spodziewając się tak silnego uderzenia moskiewskiego. Dowodzący obroną Kiesi Suchodolski nie zamierzał się jednak poddawać w obliczu przeważających sił przeciwnika. Przed zamknięciem pierścienia oblężenia zdążył także wysłać posłańców do Andrzeja Sapiehy, który w zastępstwie hetmana polnego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła dowodził na inflanckim teatrze działań.
Wieści z Kiesi znalazły Sapiehę w zamku Nowy Młyn pod Rygą. Rotmistrz albo porucznik hetmański w Inflanciech natychmiast udał się do Stropu, gdzie stacjonowały dwie chorągwie husarskie – jego własna oraz Zabki (łącznie ok. 300 żołnierzy). Dotarł tam rychło w czas, gdyż pod zameczek zbliżył się podjazd Tatarów moskiewskich. Niewielka grupa husarzy litewskich (jakoby 16 – bo tylko tylu miało osiodłane konie) zaatakował podjazd, zabijając kilku Tatarów. Starcie to miało tak zdemoralizować moskiewskich ordyńców, że aż 12 z nich zdezerterowało na stronę litewską i zdało Sapieże relację z sił i poczynań armii pod Kiesią.  Litewski oficer natychmiast wysłał ordynanse wzywające porozrzucane po kwaterach chorągwie do zebrania się w Stropie. Posłaniec od Suchodolskiego z Kiesi doniósł o znaczącej przewadze nieprzyjaciela, zdawano sobie więc sprawę, że zamek nie utrzyma się zbyt długo bez odsieczy. Sapieha wysłał także wieści o nadejściu armii moskiewskiej do Jörana Boije, dowodzącego sojuszniczą szwedzką armią polową w Inflantach. Szwedzi spotkali się z Sapiehą pod zamkiem Mijan – litewski i szwedzki dowódca ustalili tam plan wspólnego działania, jednocześnie oczekując na grupujące się oddziały Sapiehy. Nocą 20 października ze sporymi przygodami (sojusznicy nieco się minęli, w marszu przeszkadzał także zła pogoda) ruszono jednak pod Kieś, wysławszy uprzednio trzech posłańców do Suchodolskiego, informując o nadciągającej odsieczy.
Przyjrzyjmy się teraz jak wyglądały siły sojuszników.

I.                    Zgrupowanie litewsko-polskie Andrzeja Sapiehy
Możemy zidentyfikować siedem chorągwi jazdy:
- husarską hetmana Radziwiłła pod Andrzejem Sapiehą
- husarską Wacława Żaby (Zabki, Żabki)
- husarską porucznika królewskiego Macieja Dębińskiego
- husarską Dymitra Rahozy
- Lenarta Kietlicza
- petyhorską kniazia Hawryła Petyhorca (Petyhorskiego)
- (nieznanego typu) Zbyszewskiego
Także konno stanęły oddziały szlachty inflanckiej, w relacjach znajdujemy nazwiska kilku oficerów (w późniejszych kampaniach będą dowodzić chorągwiami zaciężnymi) – Mikołaja Korffa, Wilhelma Platera i Johana Bihringa.
Przyjmuję się, że piechotę reprezentowało ok. 400 strzelców  (taką liczbę znajdujemy u Paprockiego, wydaje mi się to jednak błędną interpretacją, o czym poniżej) kontyngent prawdopodobnie miał także na stanie działa.
Łącznie siły pod komendą Sapiehy  ocenia się na ok. 2000 ludzi.

II.                  Zgrupowanie szwedzkie Jörana Boije:
Szwedzi dysponowali 2000-2300 żołnierzy (a nie 3500, jak przyjmują polskie opracowania) i kilkoma działami. Wojsko to było podzielone na siedem oddziałów:
3 fanor (chorągwie kawalerii):
- niemiecka (najemna) Hansa Wachtmeistera
- dwie szwedzkie
      4 fänikor (chorągwie piechoty, wszystkie szwedzkie):
      - Mårtena Bullera
      - Jona Gisslessona
     - Sigvarda Jacobssona
     - (prawdopodobnie) Hansa Grota

Sprzymierzeni dotarli rankiem 21 października pod Kieś, ścierając się po drodze z podjazdami moskiewskimi.
Jako pierwsza do starcia weszła jazda moskiewska, ok. 1000 jezdnych zostało wysłanych z obozu by bronić sprzymierzonym przejścia przez bród na rzece Gawii. Wydaje się, że dowódcy moskiewscy zlekceważyli przeciwnika, wysyłają zbyt małe siły, licząc że ostrzałem z łuków uda się zatrzymać przeprawę. Jazda moskiewska została jednak szybko odrzucona od brodu celnym ogniem działek  - zależnie od źródeł było to albo litewskie albo szwedzkie armaty. Być może były to jednak działa szwedzkie, ale ustawione na rozkaz prowadzącego atak Sapiehy. Tak czy inaczej, droga na drugi brzeg została szybko utorowana. Jazda litewska i szwedzka, prowadzona przez petyhorców, przeprawiła się przez Gawię. Co ciekawe, kawalerzyści wzięli na siodła piechurów, zapewniając w ten sposób szybką przeprawę – wziąwszy każdy zasię na koń knechta. Jazda moskiewska próbowała uderzyć na pierwsze przechodzące roty, została jednak odparta celnym ostrzałem. Znów bardzo ważną rolę odegrała artyleria, bo przeprawiwszy się, i działka przeciągnąwszy, prędko je puszkarze narychtowali.
Tu znów, jak się wydaje, dowódcy moskiewscy zlekceważyli siły przeciwnika. Nie zaatakowali z całą mocą wojsk Sapiehy i Boije, przeznaczając tylko część sił do walki z odsieczą. Reszta szykowała się do planowanego szturmu na Kieś. Dało to sprzymierzonym czas na spokojne ustawienie szyku. Żołnierze Sapiehy stanęli na prawym, Szwedzi na lewym skrzydle, do tego knechci w około po obu stronach. Litewski atak miały prowadzić dwie najlepsze chorągwie husarii – Sapiehy i Dębińskiego. Szwedzi mieli nawet czas na to, by zejść z koni i pomodlić się. Litwini, do których zbliżał się już nieprzyjaciel, zsiadać z koni nie śmieli (…) tak się na koniach siedząc Panu Bogu modlili.
Litwini, dzielnie dowodzeni przez Sapiehę, prędkością a śmiałością niedługo Moskwę wsparli. Złamana jazda moskiewska uciekła do obozu, za nimi wpadli tryumfujący Litwini. Szwedzi walczyli w tym czasie z obrońcami szańców, gdzie walka musiała być bardzo ciężka, gdyż poniesiono spore straty. Uciekająca jazda moskiewska zebrała się w  lesie poza obozem i powróciła do walki.  Sapieha do oczyszczania szańców wysłał cztery sta ludzi pieszo – wydaje mi się że chodzi tu o spieszoną jazdę, a nie piechurów, gdyż ów oddział 400 ludzi został wsparty przez knechtów (czyli piechotę właśnie). Szwedzkie źródła podają także informację, że atakujące armie zostały wsparte wypadem obrońców Kiesi. O ile nie ma to potwierdzenia w polskich relacjach, o tyle wydaje się logiczne i dobrze świadczyłoby o umiejętnościach dowódczych Suchodolskiego, który wykorzystałby idealny moment na taki atak.
Kolejny moskiewski kontratak, przeprowadzony przez 1200 żołnierzy jeno z szablami, bo prochów do rusznic nie mieli, został zmasakrowany przez sprzymierzonych. Jako bydło pokłuli, że trup na trupie leżał. Zacięta walka trwała aż do zmroku – jak się wydaje wojska moskiewskie utrzymały szańce i obóz, jednak wysokie straty wpłynęły demoralizująco na carskich żołnierzy. W nocy obóz, na czele jazdy bojarskiej, opuścili wojewodowie Choroszczyn i Szokłanow, zostawiając resztę armii na pastwę sprzymierzonych.
Następnego dnia zdemoralizowane wojska moskiewskie skapitulowały, w ręce zwycięzców wpadł cały tabor i liczna artyleria. Wielu carskich kanonierów popełniło wtedy samobójstwa, wieszając się przy własnych działach.

Kwestia strat w bitwie:
Bartosz Paprocki podaje tylko straty moskiewskich wojewodów: było w tem wojszcze hetmanów ośm, z których trzech zabili naszy, dwóch pojmali, trzech ich uciekło. Wspomina także o zdobyciu 23 dział.
Hejdensztejn zachwyca się zdobytymi działami: najznaczniejsze armaty były te, które miały na sobie nazwisko i wyobrażenie: jedna wilka, jedna jastrzębia, dwie panny, dwie sokołów, a do tego kilka szwedzkich z takiemiż samemi znakami. Co do strat  ludzkich daje nam niestety tylko ogólniki: nieprzyjaciół wiele zginęło, do niewoli nie mało zabrano; z naszej strony bardzo małe były straty.
Gustav Petri określa krwawe straty moskiewskie na 6000 ludzi, podczas gdy sprzymierzeni mieli utracić tylko ok. 100 zabitych.
Bardzo dokładne i niezwykle ciekawe dane podaje Jonas Hedberg (zapewne w oparciu o list króla Jana Wazy). Armia moskiewska miała stracić 6280 zabitych, 3000 jeńców i 1720 rozproszonych po okolicy bitwy. Sprzymierzeni mieli stracić 200 Szwedów, 100 żołnierzy ryskich (piechoty w armii litewskiej?), 60 hovfolk (określenia którym nazywano konnych, chodzić tu może to szlachtę inflancką) i kilku Polaków (Litwinów). Moskiewski park artyleryjski to 6 dużych moździerzy i 14 dużych dział. Ten ostatni łup wywołał zresztą kłótnię pomiędzy sojusznikami – miał bowiem przypaść Szwedom, ale to Litwini zagarnęli go w czasie transportu do Szwedów i odmówili wydania dział.

Oczywiście nie jest to w pełni wyczerpujące opracowanie tej bitwy, wydaje mi się jednak, że nawet taka krótka forma może zainteresować Czytelników. Wszak Kieś funkcjonuje w polskiej historiografii przede wszystkim z powodu starć z XVII wieku, więc jako ciekawostkę można potraktować epizod z 1578 roku, kiedy to nasi żołnierze traktowali Szwedów jako sojuszników. Zaledwie 23 lata później przyjdzie im stanąć w tej samej okolicy już jako przeciwnicy…

Bibliografia:
Barkman, Bertil C:son, Kunglig Svea Livgardes historia II, Stockholm 1937
Bielski Marcin, Kronika polska, tom VII, Sanok 1856
Hedberg, Jonas, Kungl. Artilleriet – Medeltid och Vasatid, Stockholm 1975
Heidenstein Rajnold, Dzieje Polski od śmierci Zygmunta Augusta do roku 1594, Petersburg 1857
Kotarski Henryk, Wojsko polsko-litewskie podczas wojny inflanckiej 1576-1582. Sprawy organizacyjne. Cz. 2 [w:] Studia i Materiały do Historii Wojskowości, tom. XVII, cz.1, Warszawa 1971 
Kupisz Dariusz, Psków 1581-1582, Warszawa 2006
Paprocki Bartosz, Herby rycerstwa polskiego, Kraków 1584
Petri, Gustav, Kungl. Första livgrenadjärregementets historia I, Stockholm 1926

  

Która chorągiew po której ma iść - cz. VIII

Podałem kiedyś na blogu skład wojsk wystawionych przez województwo wileńskie latem 1654 roku:
Vorbek-Lettow podaje jednak w swoich wspomnieniach także i skład takich wojsk wystawionych rok później, w sierpniu 1655 roku, w obliczu ofensywy wojsk moskiewskich.  Chorągwią husarii, znów w zastępstwie nieobecnego Jana Kazimierza Chodkiewicza, dowodził Aleksander Wołowicz.  Jego porucznikiem był Czernecki, podstoli wileński;  chorążym był Iszora. Pułk uzupełniały chorągwie kozackie:
- Jerzego Komara, wojskiego wendeńskiego
- Jedrojcia
- Marcina Wołowicza, pisarza ziemskiego wileńskiego – pod nią więcej było jego sług, bojar aniż braci powiatowej i nie było pod nią więcej 70 koni
- Krzysztofa Patrykowskiego. Porucznikiem był tu Jan Pietkiewczi, chorążym skarbnik mozyrski Kazimierz Tronowicz. Ta chorągiew najskrytsza i najdostatniejsza była, najmniej konie ze 200, sam pamiętnikarz stanął w niej ze swym pocztem.

sobota, 25 czerwca 2011

Z okręgów Rusi pobliskich Scytii...

Cytowałem już Szymona Starowolskiego piszącego o jeździe polskiej, wypadałoby teraz podać – do kompletu – jego opis BPP, dokładnie rzecz biorąc hajduków i Kozaków zaporoskich. Wpis ilustrowany pracą autorstwa Sergeya Shamenkova:
Z pieszych zaś jedni, których zaciąga się z Polski albo Węgier, zowią się hajdukami, drudzy to Kozacy zaporoscy, z okręgów Rusi pobliskich Scytii, którzy, również jako żołnierze kozakami nazywani, mają własnego wodza oraz własną taktykę obozową.
Wszyscy zaś oni spis albo szabel i rusznic w bitwie używają, tyle że ci pierwsi jednolitą odzieży barwę otrzymują od króla, tamci, w byle jakie płaszcze odziani, prawie wszyscy konie i wozy mają, którymi następnie otaczają swoje obozy i w bitwach jako szańców albo ogrodzeń przeciw impetowi wrogów ich używają (…) i w zależności od sytuacji czy konieczności bądź to na koniach, bądź pieszo walczą, bądź wreszcie na czółna swe wsiadłszy, morzemi płyną i niepokoją tureckie dzierżawy.
Jak przeto cała prawie jazda nasza (prócz ciurów) ze szlachty jest, tak cała piechota z pospólstwa, oprócz dowódców oddziałów i oficerów hajduków. U Kozaków zaporoskich przeciwnie, tak setnicy i tysięcznicy, jak nawet i wódz sam, którego spośród swoich wybierają, chłopem jest, byleby w sztuce wojennej był biegły i w boju szczęśliwy: w przeciwnym razie zaraz go zrzucają i kogo innego na jego miejsce obierają. Jak było powiedziane, lądem i morzem Scytów taurydzkich oraz Turków ustawicznie wojną niepokoją i najczęściej bardzo głośne zwycięstwa nad nimi odnoszą, do tego stopnia, że już kilka razy w naszym wieku Konstantynopol był w trwodze.

czwartek, 23 czerwca 2011

Konkurs

A co Wy na to, by jakiś konkurs na blogu ogłosić? Do tego jeszcze jakąś nagrodę wypadałoby ufundować, żeby się przyjemniej uczestnikom zrobiło ;) Co by tu… ok, mam!
Ogłaszam konkurs na najlepszy, według Czytelników, wpis na blogu. Z dosyć zrozumiałych względów chodzi mi tu o teksty (mam nadzieję…) merytoryczne, więc wszystkie notki z tagiem ogłoszenia parafialne czy filmy są wyłączone z głosowania. Każdy z głosujących może oddać głos na maksymalnie trzy wpisy – proszę o podanie tytułu i/lub linka do wpisu, wraz z krótkim uzasadnieniem. Głosować można poprzez komentarze w tym wpisie (proszę jednak podpisać je imieniem lub nickiem pod treścią komentarza) lub wysyłając maila (zatytułowanego ‘Konkurs na blogu’) na mojego maila grimme[at]tlen.pl
Zgłoszenia można przesyłać do 15 lipca 2011 roku (piątek). Wśród głosujących zostanie rozlosowana książkowa nagroda-niespodzianka, będzie to pozycja w języku angielskim (so non Polish-speakers are welcome to take part in competition as well).
Mam nadzieję że propozycja konkursu przypadnie Wam do gustu, chętnie poczytałbym które wpisy najbardziej Was zainteresowały czy przypadły do gustu.
Pozdrawiam
Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski

środa, 22 czerwca 2011

Wielce wygodny most królewski

Niezbyt często (nigdy?) nie wspominam na blogu o inżynierii wojskowej z XVI czy XVII wieku, wypadałoby więc się poprawić w tej materii. Zacznijmy może od kampanii pskowskiej Stefana Batorego i opisu mostu który służył armii w czasie wyprawy:
Wielką wygodę świadczy most królewski wojenny, co go w Kownie robiono na kształt tego, co po Ferdynandzie [Ferdynandzie I Habsburgu] cesarzu został był w Węgrzech. Pod Dzisną postawiono go na Dźwinie za 3 godziny; druga połowica jest go też pod samym Połockiem; barzo bezpieczny, każdą batę z pokładem, z linami, z powrozy 6 wozów ciągnie ziemią; a kiedy po wodzie, dwaj chłopi prowadzą; może i 100 000 wojska przejechać po nim, więc go może i na wodzie używać, jako i drugich łodzi do prowadzenia obłóg [taborów] wojennych.  

Piekło na wzgórzu Schellenberg

Po raz pierwszy na blogu zagości (i zapewne zadomowi się) wojna o sukcesję hiszpańską (1701-1714), ten niesamowicie interesujący z militarnego punktu widzenia konflikt. Źródeł brytyjskich do ‘ery Marlborough’ mam sporo, ale na pierwszy rzut pójdzie relacja z drugiej strony barykady. Dopadłem ostatnio wspomnienia Jeana De La Colonie, francuskiego pułkownika dowodzącego regimentem grenadierów na służbie elektora bawarskiego. Był on autorem bardzo ciekawych wspomnień z okresu 1692-1717, które w 1904 roku ukazały się w Wielkiej Brytanii jako Kroniki starego weterana [The Chronicles of an old campaigner M. De La Colonie 1692-1717] w przekładzie podpułkownika Waltera C. Horlsey. Niezwykle interesująca to lektura, gdyż Francuz miał okazję brać udział w wielu słynnych starciach.
Poniżej, w tłumaczeniu własnym, więc niekoniecznie idealnym (za co z góry przepraszam), krótki fragment zapisków pułkownika dotyczących bitwy pod Donauwörth czy też Schellenberg (funkcjonuje w historiografii pod obydwoma), mającej miejsce 2 lipca 1704 roku. 600 grenadierów De La Colonie wraz z 700 grenadierami gwardii elektorskiej krwawo odpiera pierwszy atak piechoty sprzymierzonych. Bardzo to interesujący przykład, jak taką walkę w zwarciu opisywał jeden z jej uczestników:
Nie znajduję słów odpowiednich na tyle, by opisać rzeź która miała miejsce w czasie tego pierwszego ataku, który trwał godzinę lub więcej. Walczyliśmy wręcz, odrzucając ich [sprzymierzonych] podczas gdy próbowali utrzymać się parapetu [na szańcu bawarskim]; ludzie ginęli, nadziewani na lufy i bagnety które przebijały ich wnętrzności; zadeptywali pod stopami rannych towarzyszy a nawet wydłubywali oczy przeciwników paznokciami, kiedy byli tak blisko, że nie mogli używać broni. Szczerze sądzę, że nie udałoby się nigdzie odnaleźć straszliwszego obrazu Piekła ponad [widząc] okrucieństwo z obu [walczących] stron w owej chwili.