wtorek, 29 marca 2011

Piki jeszcze nie bardzo złe

Kolejny odcinek indeksu cekhauzu warszawskiego – wciąż pozostajemy przy piechocie, tym razem zajmiemy się bronią drzewcową, zostawiając muszkiety na osobny wpis.
Pik królewskich dobrych 349, pik złych 14.
Półpik albo pik krótkich dla codziennej warty w bramie 8. Oddał do cekhauzu p. ober ster Osiński pik jeszcze nie bardzo złych 84. Item oddał pik u których drzewa połamane i zarazem muszą być naprawione 98 i innych potrzebujących naprawy 74. Drzewa samego bez żelaza 20 sztuk. Ze Czczewa [Tczewa] przywieziono, które J.M.P. Szulc oddał 299. Rozdano Leskwantowi i Wolfowi na gwardią.
Piki Rzeczypospolitej. Kupiło się od p. Szymona Bema mieszczanina Toruńskiego pik 760. Wydano Krzysztofowi Przyjemskiemu pik 180.
Bardzo ciekawe jest to rozgraniczenie na wyposażenie należące do króla i na to należące do skarbu państwowego – widać ten podział także po wymienianych jednostkach wojska. Wszak w 1649 roku gwardia królewska wciąż była na utrzymaniu monarchy, nie wchodziła jeszcze w skład wojsk państwowych.
Znów pojawia nam się regiment Samuela Osińskiego, widzimy w jakim słabym stanie były piki po kampanii 1648 roku. Nową broń wydano regimentowi pieszemu Wolfa (patrz poprzedni wpis), nieco zaskakuje mnie jednak nazwisko Leskwant. Teodor Leskwant (Leszkwant) dowodził bowiem dragonią nadworną Władysława IV, jednostka ta jednak nie brała udziału w walkach 1648 roku. Być może jednak wydano temu oddziałowi piki, jako że służył jako garnizon w Warszawie. Część jednostki mogła wejść w skład dragonii Jana Kazimierza, dowodzonej przez Fryderyka Mohla.
Co do pik ‘państwowych’ wydanych Krzysztofowi Przyjemskiemu. Miał on w II i III kwartale 1649 roku liczący 700 porcji regiment pieszy w armii koronnej, zapewne więc piki posłużyły do wyposażenia części żołnierzy jego regimentu.
Ciekawostką jest, że znów pojawia się nazwisko toruńskiego mieszczanina Szymona Boma (Bema) – obrotny to musiał być człowiek, bo też sporo ekwipunku dzięki niemu trafiło do cekhauzu. 

Pikinierskie zbroje czarne, pikinierskie zbroje białe...

Kolejna smakowita porcja z Rachunku armaty… - tym razem zajmiemy się uzbrojeniem ochronnym pieszych gwardzistów. Jak w przypadku wpisu o rajtarach, najpierw oryginalny zapis a potem kilka słów komentarza.
Pikinierskie zbroje czarne JKr. Mci. Było takowych zbroi z obojczykami i szyszakami 382, szyszaków nowych 1839, zbroi bez szyszaków i obojczyków 67, przednich blach 51, zadnich blach 70, skrzydeł do przodków 85, obojczyków złych 114, szyszaków złych 120. Oddał p. Osiński od regimentu swego blach przednich 278, przy których 24 skrzydeł nie masz zadnich blach 271, szyszaków 202, szyszaków złych 261, obojczyków 61, blach od obojczyków starych 150 i półszósty pary. Z tych wydano część Wolfowi Gwardyi Królewskiej.
Pikinierskich zbroi białych JKr. Mści. Było takowych z szyszakami 4488, szyszaków złych 11. Item szyszaków 804. Item obojczyków pułdziesiąta.
Pikinierskich zbroi czarnych Rzeczypospolitej kupiło się od Szymona Boma z Torunia ze skrzydłami, obojczykami, szyszakami 498. Pikinierskich zbroi bez skrzydeł z szyszakami, obojczykami 209, zbroi 262, zbytnich szyszaków 27.
Sporo tego dobra w cekhauzie, prawda? Co prawda nieco zaskakująca jest liczba 4488 zbroi białych – zastanawiam się czy nie jest to literówka? Widzimy wiele kombinacji ekwipunku, są zarówno pełne komplety zbroi pikinierskich jak i sporo samych napierśników, napleczników czy szyszaków. Bardzo ciekawa jest wzmianka o zbytnich szyszakach – czyżby takie lepsze przeznaczone miały być dla oficerów?
P. Osiński to oczywiście Samuel Osiński, oboźny Wlk. Ks. Litewskiego. Był on oberszterem regimentu gwardii pieszej Władysława IV. Mimo śmierci monarchy regiment ten wziął udział w kampanii ukraińskiej 1648 roku, wysłany tam latem tegoż roku. Oddział walczył pod Konstantynowem, poniósł duże straty pod Piławcami – ok. połowy stanu liczebnego. Jak widzimy po zdawanym ekwipunku, to co uratowano z wyprawy było raczej w słabym stanie. Regiment, już jako gwardię pieszą Jana II Kazimierza, przejął od pierwszego kwartału 1649 roku dotychczasowy oberszterlejtnant – Fromhold von Ludinghausen Wolf, starosta dyneburski, który także jest wspomniany w tekście. Bardzo możliwe, że część nowych zakupów także trafiła do tej jednostki. Po liście sprzętu zdawanego przez gwardzistów widzimy jednak, ze pikinierzy w regimencie byli dobrze wyposażenie w uzbrojenie ochronne. Rzecz to ciekawa, biorąc pod uwagę ówczesny trend w Europie Zachodniej, gdzie po doświadczeniach Wojny Trzydziestoletniej pikinierzy raczej rezygnowali z takiej ochrony. Biorąc jednak pod uwagę przeciwnika z którym przyszło gwardzistom walczyć – czyli Kozaków – może chodziło tu o próbę zminimalizowania strat wśród pikinierów w obliczu kozackiego ostrzału?  

poniedziałek, 28 marca 2011

Koń raczej żartu nie docenił...

Tym razem podróżujemy do początku wieku XVI – dokładnie rzecz biorąc do roku 1515. W Wiedniu ma miejsce zjazd polskiego króla Zygmunta I; Władysława II, władcy Czech i Węgier oraz cesarza Maksymiliana I. Anegdota będzie kulinarna, acz raczej w nietypowy sposób…
Często dworscy Niemieccy, przymawiali Polakom, że zbroje ich nie były bogate, i że mieli chude i małe konie: przyprowadzili raz niezmiernie spasłego konia friza, żądając za niego sto złotych. Polacy umyśliwszy żart za żart oddać, kupili spasłego friza i Niemców zaprosili na obiad. Tajemnie zabijają, ćwiartują friza, gotują, pieką i różne z niego robią potrawy, różnemi zaprawiają korzeniami, udając za mięso jelenie. Zasiadają Niemcy, Polacy przepraszają iż nie mogli dostać innego mięsa prócz jeleniego. Zajadają Niemcy wesoło, gęste kielichy powiększają wesołość i dobry apetyt, przy końcu uczty przynoszą na niezmiernym blacie głowę końska i nógi z kopytami. Postrzegli Niemcy, że zjedli własnego konia, rzecz atoli w żart obrócili, gotując się nowym figlem oddać wet za wet.

Bruststük, rückstük i kaszkiety albo szyszaki



Wiedząc o moim zafiksowaniu na temat rajtarii, Jerzy Czajewski (wielkie podziękowanie!) podsunął mi ostatnio nader ciekawe źródło – co ciekawe, pracę z której ono pochodzi onegdaj czytałem, ale zupełnie mi sprawa wyleciała z głowy. Otóż Konstanty Górski (który delikatnie rzecz biorąc nie darzył rajtarii zbyt wielką sympatią) w swojej Historii artylerii polskiej zamieścił Rachunek armaty, ammunicyi i wszystkiego przytem co w cekauzie Warszawskim było zgotowano, na Sejmie w Warszawie dnia 22 Decembris 1649 roku poczynający się, które rachunki oraz inwentarz dostateczny w sobie zamyka. Pośród owego spisu znajdujemy tyle dobra, że wystarczy na kilka wpisów na blog, a zaczniemy od zbroi rajtarskich, gdyż jest to niezwykle ciekawy przyczynek do kwestii wyposażenia tego typu jazdy na przełomie I i II połowy XVII wieku. Pozwolę sobie najpierw wrzucić tekst z Górskiego in extenso, a potem nieco komentarzy.
Zbroje rajtarskie JKr. Mci. Było tych zbroi starych popsowanych z szyszakami i obojczykami 47, bruststüków albo przednich blach 6, rückstüków albo zadnich blach 6, 17 sztuk od rąk armastücków większych, już używanych od których jest mniejszych armastücków używanych już odpadłych 20, kaszkietów albo szyszaków 11 niedobrych. Oddał JKr. Mci proboszcz Mstowski rajtarskich przednich blach 93, zadnich blach 101, szyszaków złych 106. Odzyskało się od Bartla Szulca z Gdańska zbroi rajtarskich JKr. Mci i szyszaków bez  armastücków 500. Na rozkazanie króla wydano w r. 1649 Dystrychowi Johanowi Maydelowi, na regiment jego zbroi rajtarskich 500.
Rajtarskich zbroi oficerskich, czarnych dobrych, w Gdańsku kupionych, było, ze wszystkiemi blachami przedniemi, zadniemi i obojczykami, ale bez szyszaków [w tekście brak liczby owych zbroi – K.]. Kirys JKr. Mci niebardzo dobrych, białych oddał szatny JKr. Mci 99, z ich hełmami, szyszakami z armszykami beinstückami.
Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie spis jest po prostu rewelacyjny! Bardzo ciekawe jest użycie niemieckich określeń – tutaj proszę mnie poprawić, jeśli walnę byka:
- bruststük – napierśnik
- rückstük – naplecznik
- armastück – czyżby karwasze?
- beinstück –  uzbrojenie ochronnego nogi, w tym okresie może chyba chodzić już tylko o tasset (przyznam że nie wiem jaki jest polski odpowiednik tego słowa?)
Widzimy także różnicę w zbrojach dla oficerów, które są szmelcowane (stąd ‘czarne’). 
Duża ilość uzbrojenie ochronnego pokazuje, że wbrew tezie przyjętej w opracowaniach rajtaria w Koronie wciąż używała wtedy napierśnika i naplecznika, a także szyszaków.
Wspomniany w tekście Johan Meydel to starosta ryski, który od drugiej ćwierci 1650 roku dowodził w armii  koronnej skwadronem/regimentem rajtarii liczącym 443 konie. Jeżeli uzbrojenie ochronne wydano by mu nawet w końcu 1649 roku, ukazuje nam to i tak jak uciążliwym i długotrwałym procesem było tworzenie jednostek rajtarskich.

piątek, 25 marca 2011

Towarzystwo pąsowo ubrane i dwóch pięknych jezuitów

Onegdaj (jakie piękne słowo…) zamieściłem notkę o poselstwie polsko-litewskim do Moskwy, wysłanym na przełomie 1677 i 1678 roku przez Jana III Sobieskiego:
Jako że opisy autorstwa Franciszka Tannera są naprawdę przednie, wypada wrzucić kolejny fragment. Tym razem porządek marszu poselstwa na drodze do Smoleńska, tuż przed napotkaniem moskiewskiej eskorty.
Na samem czele byli pauker i trębacze, w przeszywanych złotem sukniach, trąbiący i bijący w kotły na przemian. Za nimi szła chorągiew dragonii Sapiehy W[ojewo]dy Połockiego, ubrana pąsowo z złotemi galonami. Po nich, Koniuszy Radzimiński, poprzedzał konie Tureckie Książęcia Czartoryskiego, pod bogatemi Tureckiemi tyftykami; konie te prowadzili masztalerze pąsowo ubrani. Za nimi dwanaście ładownych wozów   W[ojewo]dy Połockiego i Koniuszy jego na czele powodnych koni, biało i pąsowo ubrany. Za temi ośm potężnych koni Fryzów, mających służyć Książęciu do wjazdu do stolicy, tyleż woźnic pąsowo ubranych prowadziło je; dalej siedem dziarskich zawodników Pana Sapiehy, rwących się w ręku powodników swoich. Jechał dalej Sekretarz poselstwa sześciokonnym powozem w karecie, w której siedzieli Pan Feredyni doktor, Dominikanin Tomasz Żwan spowiednik i dwóch pięknych [sic!] Jezuitów przywiezionych przez W[ojewo]dę Połockiego. Za tem wszystkiem szlachta z Wołynia, dla ciekawości widzenia Moskwy przybyła z posłem, wszyscy na cudnych koniach, nastrzępieni strzałami i łukami. Przed karetami posłów, jechali trębacze, w bogatych Polskich ferezjach; acz to nie były paradne karety, konie jednak rosłe fryzy, szory przetykane złotem i srebrem. Woźnice w pąsowych galonowanych ferezjach; po bokach szli hajducy pąsowo z Węgierska ubrani, z haftkami, petlicami i srebrnemi guzami. Siedzieli w karecie tej: Książę Czartoryski Poseł Polski, Sapieha W[ojewo]da Połocki, Poseł Litewski, Pan Komar Sędzia Orszański, Sekretarz Legacyi i Przystawa Moskiewski. Pokojowi poselscy, również pąsowo ubrani, po bokach karet jechali. Postępowały dalej rumaki posłów, w pysznych rzędach. Na koniec dworzan i wolontaryuszów 150. Zamykała orszak chorągiew dragońska, na nowo ubrana i uzbrojona. 

wtorek, 22 marca 2011

Wyścinali tedy wszystkę dragonią chłopi

Czytelnicy niniejszego bloga zauważyli zapewne, że dużo miejsca poświęcam autoramentowi cudzoziemskiemu w armiach RON – ot taka to już pasja,  mimo podziwu jaki żywię dla husarii czy jazdy kozackiej, to jednak dragonia czy rajtaria interesuje mnie o wiele bardziej. Może dlatego że były to formacje często bardzo niedocenianie, mimo ofiarności z jaką żołnierze ci walczyli w rozlicznych konfliktach? Tym razem więc chciałbym zamieścić wpis o niezwykle dramatycznym starciu, gdzie dragoni zapisali piękną, acz krwawą i tragiczną kartę.
Rzecz znów dotyczy Powstania Chmielnickiego, a opisze ja nam Maszkiewicz – tym razem już po tym jak dołączył do wojsk księcia Wiśniowieckiego. 2 lipca 1648 roku Jarema wysłał do Niemirowa podjazd złożony ze 100 dragonów. Na jego czele postawił jednego kapitana Kalinowskiego, a drugiego Niemca jakiegoś, ale dobrego junaka – każdy z nich dowodził 50 żołnierzami (być może była to część ich kompanii?). Podjazd stanął na zamku niemirowskim, gdzie pokazali wójtowi uniwersał księcia, zezwalający im na zebranie żywności. Wójt poprosił ich o cierpliwość, gdyż czekał na zebranie się podległych mu gospodarzy. Tymczasem godzinę później do dragonów dotarł jeden z chłopów, ostrzegając ich o zdradzie wójta – ten miał posłać po Kozaków. Kapitanowie nie uwierzyli ‘życzliwemu’, mniemając że jest to fortel, który ma na celu odstraszenie wojska od zbierania chleba i pozostawania na kwaterze.  Niestety, okazało się, że chłop miał rację, wójt faktycznie zdradził żołnierzy Wiśniowieckiego – rankiem następnego dnia rozpoczął się atak.
We Wtorek szturm przypuścili Kozacy, gdzie nie wskórali, potem drugi i trzeci itd., wołając wszystko aby się poddali, a dragonia tak cnotliwa była, że choć z tejże Ukrainy wybrańcy byli  [czyli dragonia rekrutowana była spośród ukraińskich poddanych księcia] tak się potężnie bronili, że jeden na drugim poległ, tylko jeden żywy między trupami ukrywszy się w nocy uszedł i dał znać Księciu o tem. Szturmowali Kozacy (…) i dzień i noc, aż na ostatek w nocy z Czwartku na Piątek trzy szturmy straciwszy [tzn. trzy szturmy zostały odparte] czwarty w dzień, starszyzna Kozacka, czerń to jest chłopstwo popiwszy gorzałką, a sami się trzeźwo zachowawszy, przypuścili do szturmu, gdzie pijane chłopstwo oślep lazło, a naszym też biednym i kul i prochów niestajało, co postrzegłszy nieprzyjaciel tem bardziej brał się do parkanu, którego dograboliwszy się co żywo lazło do zamku, tam skoro się ich nacisnęło dragonia w sieki i kapitani, porazilić niemało chłopstwa tego, ale potędze wielkiej niemogli do końca strzymać, gdyż im i ręce ustawały i siły przez kilka dni nieśpiącym a ustawnie [bez przerwy] bijącym się ustawały. Wyścinali tedy wszystkę dragonią chłopi, Kalinowskiego kapitana zabito, a drugi [kapitan] Niemiec potężnie się bronił i nim go chłop daleka kosą zawadził, zabił na się ze 30 ręczną bronią.
7 lipca ocalały dragon dotarł do obozu księcia. Rozwścieczony Wiśniowiecki wysłał półtora tysiąca komunika z zadaniem by dostawszy miasta, winnego i niewinnego [sic!] wyścinawszy, miasto spalili. Niemirów był już jednak zbyt mocno ufortyfikowany i obsadzony powstańcami i podjazd musiał odstąpić z niczym. 

Nieszczęsną ach! i niesłychaną doniósł nowinę...

Interesujący wyjątek z diariusza Bogusława Kazimierza Maszkiewicza, opisujący klęskę korsuńską w 1648 roku. Sam Maszkiewicz w bitwie tej udziału nie brał, na jego szczęście opuścił wojska hetmańskie by dotrzeć do Wiśniowieckiego z listami, niemniej jednak pozostawił nam ciekawy opis. Skąd miał więc informacje o porażce hetmanów? Otóż 13 maja do wojsk Jeremiego, obozujących pod Sahotynem, dotarł pieszo w chłopskiej grubej koszuli, towarzysz Księcia Pana mego Husarski kwarciany P. Polanowski, weteran stary i dawno już z księciem służył. To właśnie ów husarz nieszczęsną ach! i niesłychaną doniósł Księciu nowinę o wzięciu Hetmanów i pogromie wojska koronnego.
Pominę opis samego starcia, za to zacytuję sam ‘krajobraz po bitwie’, ukazujący nam szok jaki wywołała klęska wojsk kwarcianych. To także bardzo dobra ilustracja tego, jako to magnaci zwykli się wybierać na wojnę.  (…) ze wszystkich stron nieprzyjaciel skoczył, tabor rozerwał, wojska pogromił, Hetmanów obydwóch i P. Sieniawskiego żywcem wziął, bo zgoła niemal wszystkich żywcem pobrał; bo w tej konfuzji ani do sprawy przyjść mogli, ani się też pogotowiu bili. Wziął tedy tam nieprzyjaciel niespodziewaną nigdy zdobycz i wikoryą, którą lubą sobie każdy obiecuje, jednak in spe et metu zostaje. Niespodziewaną mówię, wziął zdobycz, bo się panowie koronni jako wysokiego animuszu ludzie, ze wszystkimi dostatkami wybrali byli na wojnę; ale najwięcej utracił P. Sieniawski, który jako primitias usługi swojej ojczyźnie na tej expedycyi chcąc oświadczyć i okazać, jako najdostatniej wybrał się na tę expedycyą; jako wojennego rynsztunku bardzo bogatego, tak srebra stołowego dla traktowania rycerstwa w obozie i inszego ochędóstwa, jako to: koni, szat, etc. haniebną moc a niepotrzebnie nabrał, co wszystko nieprzyjaciel w godzinie jednej tak uchodził, że i pamiątki niezostało; a samych ich z jakim wstydem i hańbą wieczną korony Polskiej, w niewolą do ordy popędził, Hetmanów na wieczną hańbę i wzgardę równo z drugiemi powiązawszy.