czwartek, 7 października 2010

Malarze znani i nieznani - cz. XII

Nietypowo, tym razem nie zajmę się pojedynczym malarzem, a całą grupą – rzecz bowiem będzie o przedstawieniu Jana III Sobieskiego (zarówno jako króla jak i hetmana). Nie będę Was jednak zanudzał opisami, miast tego polecę bardzo ciekawą lekturę. W drugim zeszycie drugiego tomu Przeglądu Historyczno-Wojskowego (Revue d’Histoire Militaire), wydanego w Warszawie w roku 1930 pod redakcją Ottona Laskowskiego znajdujemy bowiem niezwykle ciekawy artykuł. Doktor Aleksander Czołowski w pracy Ikonografia wojenna Jana III zajął się przedstawieniem XVII wiecznych obrazów i sztychów, przyjął jednak ważne założenie, ukazują  te tylko współczesne utwory, które mają wartość dokumentów historycznych.  Dr. Czołowski starał się także podawać wymiary, miejsce przechowywania (oczywiście na rok 1930, więc nie wszystkie przetrwały do naszych czasów) czy opisy dzieł, jeżeli miał okazję widzieć je na własne oczy. Możemy dzięki temu znaleźć w jego opracowaniu wiele ciekawych detali. W części traktującej o obrazach znajdujemy informacje o 24 płótnach, przedstawiających starcia od bitwy od oblężenia Lwowa w 1672 roku począwszy, na wyprawie mołdawskiej w 1686 roku skończywszy. Część traktująca o rycinach  przedstawia informacje o aż 48 sztychach. Zachęcam do lektury, tematyka jest bowiem niezwykle interesująca. Poniżej link do elektronicznej wersji Przeglądu... w zasobach Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej w Poznaniu:

poniedziałek, 4 października 2010

Apopleksja czy też mordercza chusta?

Jak właściwie zszedł z ziemskiego padołu Samuel Komorowski (herbu Dołęga, stąd tarcza herbowa powyżej), regimentarz litewskiej dywizji lewego skrzydła (znanej także jako dywizja żmudzka)? Znamy dokładną datę – 21 października 1659 roku, jednak okoliczności są już nieco bardziej pogmatwane, a przynajmniej na tyle ciekawe, by o tym napisać. Konrad Bobiatyński w bardzo interesującym artykule Rozwój kariery dowódczej Michała Kazimierza Paca na tle działań militarnych prowadzonych w Inflantach i Kurlandii w latach 1657-1660 [w: Wojny północne w XVI-XVIII wieku, Toruń 2007] jako przyczynę zgonu podał apopleksję. Powołał się przy tym na nieznany do tej pory list, prawdopodobnie Jana Mierzeńskiego do K. Paca, datowany na 22 października 1659 roku z Lipawy. Istnieje jednakże i inna, niezwykle  barwna, wersja opisująca przyczynę zgonu litewskiego pułkownika. Wspomniał o niej hrabia Leon Potocki w przypisie do pamiętnika Jana Władysława Poczobuta Odlanickiego. Okoliczności są identyczne jak w tekście K. Bobiatyńskiego – Komorowski wraca z Grobina, gdzie gościł go ks. Bogusław Radziwiłł. Oddajmy zresztą głos Potockiemu:
Xiąże Bogusław Radziwiłł, mając pod sobą partyę wojska brandeburskiego, w Kurlandyi Szwedów parzył, mianowicie zamek Grubin dobywszy, garnizon szwedzki od kilkuset ludzi przy znacznej artyleryi i amunicyi zabrał. Tamże w Grubinie ciesząc się Xiąże Bogusław z pomyślnych nad Szwedami progressów, Połubińskiego i Komorowskiego, Regimentarzów, i wielu innych oficyalistów wojska litewskiego hojnie częstował; Komorowski, gdy dobrze sobie dogodziwszy, powracając do obozu, w kolasce zasnął, chusta z szyi wisząca, nieszczęśliwie jakoś wplątała się w koło, i tego dzielnego wojownika zadusiła.
To ci dopiero wersja wydarzeń – regimentarz popił sobie jakowyś zacnych trunków, przysnął w karecie i padł ofiarą morderczej chusty i koła. Hrabia Potocki zapewne spotkał się z ową opowiastką w XVII-wiecznej kronice Liefländische Historia, pióra inflanckiego pastora (a i historyka regionu zarazem) Christiana Kelcha – ten mógł ją usłyszeć podczas swoich inflanckich podróży. Nie wiem która wersja jest prawdziwa, chociaż ‘mordercza chustka’ brzmi tak niesamowicie że aż wydaje się prawdopodobna. Z kolei apopleksję można zawsze było podać jako ‘oficjalną’ wersję zgonu, wszak to wstyd straszliwy, że dowódca połowy armii litewskiej przegrał z trunkiem, chustką i kołem od wozu…

Chorągwi szwedzkich było siedem...

Informacje o szwedzkich sztandarach z okresu wojen Karola X Gustawa są niestety szczątkowe. Tu i ówdzie udaje się znaleźć jakiś zapis, nieco sztandarów dotrwało też do naszych czasów w muzeach. Sporo zresztą o tym dyskutowaliśmy (zahaczając także o czasy Gustawa II Adolfa) na forum OiM:
Bardzo się więc ucieszyłem, kiedy po raz kolejny czytając pamiętnik Jana Poczobuta Odlanickiego natknąłem się na zapis opisujący kapitulację szwedzkiego garnizonu Mitawy 9 stycznia 1660 roku. Szwedzi otrzymali prawo wyjścia z zamku działa dwa z sobą wyprowadzili, bo tak w traktatach było postanowiono, moździerz jeden i prochu dwie beczki. Poczobut wspomina jednak, że Szwedzi mieli siedem sztandarów – z tekstu nie wynika, by padły one łupem Litwinów, jeżeli kapitulujący obrońcy mieli prawo zachować działa (zapewne polowe) to zapewne i chorągwie pozostały przy wychodzących z Mitawy oddziałach. Oto jaki opis sprezentował nam pamiętnikarz:
Chorągwie były: dwie żółte, w lazurowem wieńcu klucz; drugie dwie czerwone, po trzy róże po brzegach, mające litery złote; trzecie dwie zielone, wielkie, w wieńcu także litery złote; a biała jedna.
Na dzień dzisiejszy nie jestem jeszcze w stanie zidentyfikować oddziałów broniących Mitawy, ale nad kilkoma kwestiami możemy się tu zastanowić. Dwie chorągwie opisane są jako ‘wielkie ‘ – to z dużą pewnością oznacza sztandary kompanii piechoty. Widzimy trzy pary podobnych do siebie sztandarów, może to oznaczać po dwie kompanie wybrane z trzech regimentów. Była to typowa dla Szwedów praktyka obsadzania garnizonów, do których desygnowano tylko część regimentów. Biały sztandar mógłby oznaczać tzw. livfane, czyli chorągiew pułkownika regimentu. Oczywiście może to być też po prostu chorągiew z zupełnie innego regimentu niż pozostałe wchodzące w skład załogi. Mimo że wzmianka jest tak krótka, wydaje się bardzo ciekawym znaleziskiem – nie pozostaje więc nic innego tylko dalej pogrążyć się w lekturze źródeł z epoki, skarby czekają na odkrycie…

niedziela, 3 października 2010

Langfelde/Długie Pole - 15 lipca 1627 roku

Tym razem chciałbym napisać o potyczce stoczonej w czasie wojny o ujście Wisły – starcie mało znane, a niezwykle ciekawe, bo zupełnie odmiennie przedstawione przez źródła z obydwu stron.  Hetman Koniecpolski w lipcu 1627 roku opanował Gniew, otrzymał jednak wtedy informację o ruchach armii szwedzkiej w okolicach Kiezmarku. Wysłał więc ks. Zasławskiego na czele jego pułku jazdy by rozpoznał siły szwedzkie. Polska jazda dotarła do Grabin, gdzie rozbiła obóz. Pułkownik wysłał wtedy znanego zagończyka, Pawła Czarnieckiego, na czele podjazdu w okolice obozu szwedzkiego. Posłał nocą 8 chorągwi kozackich na podjazd pod wojsko nieprzyjacielskie (…), którzy zapuściwszy się aż ku obozowi szwedzkiemu. I w tym momencie zaczynają się rozbieżności, które jednak początkowo łatwo wyjaśnić. Według Szwedów zgrupowanie polskie (nazwane ‘strażą przednią’) składało się z 14 ‘kompanii’ – 3 husarii, 9 kozackich i 2 dragońskich. Wydaje się jednak  że jako ową ‘straż przednią’ potraktowano całość pułku Zasławskiego – wierząc że za nim maszeruje reszta armii polskiej. Polski Diariusz albo summa spraw… opisuje, jak to nad rankiem (zapewne z 14 na 15 lipca) podjazd Czarnieckiego wpadł na 12 kornetów szwedzkiej jazdy która też lubo dla języka, lubo dla żywności posłani byli. Kozacy mieli odważnie zaatakować Szwedów i zmusić ich do panicznego odwrotu. Goniąc uciekających rajtarów kozacy mieli z kolei wpaść na na piechotę, których było kilkaset na zasadzce, i tam mężnie sobie poczynali. W końcu jednak polska jazda, otoczona zewsząd przez przeważające siły nieprzyjaciela, miała się wycofać z pola walki. Diariusz podaje straty tylko spośród towarzyszy – 4 zabito, pojmano 6 – oprócz tego podjazd miał stracić na rzecz Szwedów aż trzy sztandary, z chorągwi kozackich Samuela Łaszcza, Kruszyńskiego i Kuliczkowskiego. Według tej wersji, Polacy ulegli przewadze nieprzyjaciela, musiało dojść do zaciętej walki wręcz, jeżeli utracono trzy chorągwie. Interesujący, acz często spotykany w źródłach, jest brak informacji o stratach wśród pocztowych – którzy musieli wszak być zarówno wśród zabitych, rannych jak i wziętych do niewoli.

Przechodzimy do kolejnej wersji wydarzeń, tym razem to Israel Hoppe i jego kronika wojny w Prusach. Ten określił siły polskie na 2 kompanie husarii i 13 kompanii kozackich. Daje nam on także nieco informacji o grupie szwedzkiej – ta ma być jednak o wiele mniejsza niż według polskiego diariusza. Szwedami miał dowodzić podpułkownik ‘Achiatus Tott’ – czyli słynny fiński kawalerzysta Åke Tott. Jego oddział to 3 seinen Compagnien zu Ross czyli 3 kompanie rajtarii Totta oraz 2 Comp. von Lessels Regimente zu Fuss czyli 2 kompanie z pieszego regimentu płk. Alexandra Leslie (szwedzki krajowy regiment z Kronoberg). Szwedzi mieli odeprzeć polski atak, zdobywając 4 sztandary.

Ostatnia, bardzo istotna wersja wydarzeń, pochodzi z listu kanclerza Axela Oxenstierny do jego brata Gabriela Gustaffsona, datowanego z obozu pod Głową Gdańską 16 lipca 1627 roku. Pozwala nam potwierdzić datę (15 lipca) jak i zlokalizować miejsce potyczki jako Langfelde – była to wieś Długie Pole. Tott miał mieć pod swoją komendą 150 fińskich lattaryttare, pułkownik Leslie zaś  180 muszkieterów ze swojego  regimentu. Dane te są dosyć zbieżne z tym co podał Hoppe  -  3 kompanie jazdy i 2 kompanie piechoty w toku kampanii były na pewno poniżej stanów etatowych. Wiemy jednakże, że w bitwie pod Tczewem kompania fińska Totta miała 100 żołnierzy, a jego kompania najemna 120. Jak więc pogodzić owych 150 rajtarów z 3 kompaniami u Hoppego? Być może tylko tylu żołnierzy było w lipcu zdatnych do walki, ewentualnie w potyczce wzięła udział tylko jedna lub dwie kompanie? Do rzeczy jednak… Leslie i Tott ze swoimi żołnierzami ubezpieczał flankę armii szwedzkiej szykującej się do powtórnej przeprawy pod Kiezmarkiem (przypomnijmy – tym razem udanej, o czym już na blogu pisałem), jego zadaniem miało być zapewne informowanie o ruchach wojsk polskich. To właśnie według tej wersji polska ‘straż przednia’ miała liczyć aż 14 kompanii, w tym husarią i dragonię. Co jednak najważniejsze, według owej relacji tylko 5 z owych kompanii  uderzyło na Szwedów. Szwedzcy muszkieterzy, ukryci w zasadzce (czyli tak jak podał Diariusz…, acz nie w takiej ilości) oddali z zaskoczenia salwę na flankę atakujących Polaków, co wraz z dosyć desperackim oporem ze strony Finów pozwoliło odeprzeć atak. Polacy mieli utracić 4 sztandary (czyli tak jak o tym napisał, zapewne w oparciu o relacje szwedzkie, Hoppe), do niewoli wzięto 1 chorążego i 8 innych żołnierzy polskich.  Szwedzi mieli mieć 3 zabitych (1 rajtara i 2 muszkieterów) oraz 8 do 10 rannych (‘pociętych’ więc rannych w starciu wręcz).  

czwartek, 30 września 2010

Zniesiono nasz podjazd...


Dnia 14 praesentis [1661 roku] zniesiono nasz podjazd pod komendą Pana Kotowskiego, porucznika roty kozackiej JMPana Pisarza Polnego W. X. Litewskiego, w liczbie siedmiu chorągwi, z których cztery wzięto, także za niesprawą wielką niektórych, mianowicie tych, którzy miawszy posiłkować, sami wprzód uciekli i chorągwie potracili. Pierwszą Pana Chaleckiego, Strażnika W. X. Litewskiego, drugą Pana Obuchowicza, trzecią Pana Sosnowskiego, czwartą Pana Szemeta; i z towarzystwa dziesiątek wzięto, a z drugi dziesiątek pachołków. Te zaś chorągwie, które się potykały, uszły, mianowicie JMPana Kanclerza kozacka, JMPana Pisarza Polnego, i JMPana Podbereskiego. Za co Pana Bakę, chorążego, i Pana Komorowskiego, porucznika tejże chorągwi, osądzono na gardło i na wartę wzięto. Jakożby z tych dwóch żadną miarą jednego któregokolwiek nie uwolniono, gdyby nie tak prędko Chowański nastąpił z swoją rezolucyą.
Bardzo mnie zainteresował ów zapis u Poczobuta Odlanickiego, postanowiłem więc poszperać i zidentyfikować owe pokonane chorągwie. Starcie podjazdu musiało być bardzo ciekawe, zachodzę w głowę jakie też jednostki moskiewskie tam mocno poturbowały Litwinów, czyżby jacyś rajtarzy? Niestety jest to jednak z wielu porażek kawalerii litewskiej z armią moskiewską w okresie wojny 1654-1667, wydaje się że ‘konfidencyja’ armii litewskiej po klęskach 1654 roku (i późniejszych) musiała się długo odbudowywać. Swoją drogą walki litewsko-moskiewskie są bardzo ciekawe, niedługo napiszę o nich jeszcze kilka wpisów.
Sprawdźmy najpierw trzy chorągwie które wzięły udział w walce (w nawiasie stany etatowe, oczywiście stany faktycznie musiały być dużo niższe):
- chorągiew kozacka pisarza polnego litewskiego Aleksandra Hilarego Połubińskiego pod porucznikiem Konstantym Kotowskim (d-ca podjazdu) (120) – tak, to ten sam Kotowski który w tak makabryczny sposób zakończył żywot w 1665 roku!
- chorągiew kozacka kanclerza litewskiego Krzysztofa Paca pod porucznikiem Pużyną lub Kozubskim (120)
- chorągiew kozacka Hrehorego Kazimierza Podbereskiego, starosty upickiego, pod porucznikiem Hieronimem Romanem Buczackim (120)
Cztery chorągwie które uciekły z pola walki, tracąc na rzecz Moskali sztandary. Swoją drogą znajduję coraz więcej informacji o sztandarach utraconych w walkach z siłami moskiewskimi, może wypadałoby coś z tego złożyć w jakiś porządniejszy tekst, ale to już przy innej okazji:
- chorągiew kozacka Władysława Jerzego Chaleckiego, strażnika litewskiego (120)
- chorągiew kozacka Michała Leona Obuchowicza, wojewodzica smoleńskiego (120) – porucznika Mikołaja Komorowskiego  i chorążego Jana Albrechta Bakę ’osądzono na gardło’ za ucieczkę z pola walki, ale wyroku nie wykonano
- chorągiew kozacka Jana Sosnowskiego, kasztelana połockiego (120)
- chorągiew kozacka Mikołaja Szemeta (Szemiota) (120) – nie wiem jednak kto dowodził ową chorągwią, według Odlanickiego Szemiot miał bowiem zginąć w październiku 1660 roku.

środa, 29 września 2010

Zbrojnie, pistoletami, bandoletami opatrzona - rajtaria moskiewska 1654-1667

Słów kilka o rajtarii (znowu…) z tym że tym razem moskiewskiej, w okresie wojny z RON w latach 1654-1667 [niestety nie za dużo, ale zawsze to jakiś początek] . Była to bez wątpienia najlepsza moskiewska formacja kawalerii, złożona zarówno ze szlachty jak i (zwłaszcza z upływem czasu i trudów wojennych) także z biedniejszych warstw społecznych. Rajtarzy zorganizowani byli w regimenty – podzielone na sztab (ok. 30 ludzi) i 10 rot (odpowiedniki kompanii, liczących pomiędzy 60 a 100 żołnierzy); roty z kolei dzieliły się na trzy kapralstwa (aczkolwiek mogły się zdarzać regimenty o większej lub mniejszej ilości rot/kompanii). Na czele regimentu stał pułkownik , jego zastępcą był podpułkownik (znany jako porucznik pułkowy), trzecim oficerem był major. Każdy z nich dowodził także własną rotą, z tym że na czele roty pułkownika stał de facto kapitan porucznik. Siedmioma pozostałymi rotami dowodzili rotmistrzowie, każdy z nich (a także podpułkownik i major) miał jako zastępcę porucznika. Duża część kadry to cudzoziemcy, pochodzący z krajów niemieckojęzycznych, Wysp Brytyjskich czy Szwecji.
Rajtaria była, o czym świadczą źródła, dobrze wyposażona -  ‘z trojgiem strzelby’ (parą pistoletów i długą bronią palną) i bronią białą (szablą lub pałaszem), rajtaria pistoletami, bandoletami opatrzona, jak pisał o armii Chowańskiego w 1660 roku ks. Bogusław Radziwiłł. Uzbrojenie ochronne to hełmy i napierśniki (a zapewne i napleczniki), rajtaria zbrojna jak ją określił walczący przeciw Moskalom w 1660 roku Łoś. U Samuela Leszczyńskiego w Potrzebie z Szeremetem czytamy [podaję za pracą R. Sikory Na skrzydłach husarii]:
[…[ strzelbą wyśmienitą
Na koniach bardzo dobrych, szyszakiem okrytą
Głowę mieli, a ciała zakryte zbrojami,
Był obojczyk, karwasze i z naręczagami.
Przez pewien czas (do początku lat 60-tych?) jedna z rot w każdym regimencie miała mieć także na wyposażeniu broń drzewcową, prawdopodobnie rohatynę, niemniej jednak nie mam żadnych informacji o walorach bojowych takich ‘lansjerów’.
Zachował się bardzo interesujący opis regimentu rajtarii moskiewskiej w 1654 roku, wchodzącego w skład armii wyruszającej z Moskwy na wojnę z RON. Po strzelcach następował Oberszter, niedawno z Angliej przychodzień (który zmarłemu Królowi angielskiemu za Generała Majora służył) przezwiskiem Druski, ze Śląska ślachcic, który się po obcemu dał przechrzcić – tysiąc konnych, którzy wszytcy ślachta zaciągniona, i już kilka lat od Obersztera Berkhoffa ćwiczona, na przedzie i w tyle zbroją i casquetami opatrzona, także dobremi karabinami i pistoletami. Sam Oberszter strojno ubrany w dobrym ich porządku wiódł.
Moskiewscy rajtarzy nie obawiali się walki wręcz, mamy także sporo wzmianek o używaniu przez nich broni palnej przed zwarciem. Biorąc pod uwagę, że szkoleni byli na modłę zachodnią przez zagranicznych oficerów, mogli także stosować karakol. Czasami jednak ich ogień nie był zbyt dobrze skoordynowany, jak to podaje litewskie źródło z bitwy pod Szkłowem - To nam przy łasce Bożej pomogło, że Rajtariej nieprzyjacielskiej, której wszytko zbrojnej bardzo wiele miał, półk jeden dał do Moskwy ognia. Czy się omylili, bo już ciemno było, czy też z inszej jakiej przyczyny, wiedzieć nie możemy, dla czego w sam gorący bój do konfuziej i to pomogło nie lada jako. Walczący przeciw rajtarom w 1660 roku Pasek także wspomina o walce ogniowej ze strony przeciwnika, rajtarya sypała do nas gęsty ogień . Rajtaria moskiewska zasłużyła się w czasie bitwy pod Szepielewiczami, gdy złamała opór dragonii litewskiej, także w czasie walk pod Cercami, gdy rajtarzy mieli decydując udział w zniszczeniu części litewskiej piechoty – chorągwi rajtarskich siedm i innych nie mało, wprzód piechotę cudzoziemska po kilkakrotnym obrocie przełomili i w rozsypkę wprowadzili. Najgroźniejszym przeciwnikiem dla rajtarii była oczywiście husaria – klasyczny przykład to starcie pod Lubarem w 1660 roku, gdzie husaria koronna wytrzymała salwy rajtarii moskiewskiej i w gwałtownej szarży złamała ich szyki, zmuszając do ucieczki. Nawet jednak w obliczu porażki rajtarzy potrafili pokazać swoją wartość. Gdy w 1660 roku armia moskiewska została rozbita pod Połonką, 400 rajtarów z regimentu smoleńskiego zasłużyło się przy osłonie odwrotu. Stawali, nie szczędząc głów swoich, i piechotę za sobą wyprowadzili (…) do Połocka rozlicznymi drogami. 

wtorek, 28 września 2010

Wróżbę poganną odprawowali


Wbrew fotce nie będzie o Aztekach – jednak sam rysunek jest ważny jako poglądowa ilustracja. W 1664 roku, podczas kampanii wojsk polsko-litewskich przeciw połączonym armiom moskiewskiej i kozackiej, do niewoli został wzięty towarzysz chorągwi pancernej króla Jana Kazimierza. Jak napisał o całym zdarzeniu Jan Władysław Poczobut-Odlanicki:
Jakoż strzelanie słychać było, gdzie tamże w odwodzie wzięto towarzysza roty pancernej Króla Jegomości, JMPana Kolnickiego, którego tyrańsko zamordowano, bo żywcem serce wyrwawszy, jakąś wróżbę poganną odprawowali nad tym znacznym szlachcicem koronnym.
Kto i dlaczego w ten sposób zabił Kolnickiego? Tego się pewnie nie dowiemy, jednak opowieść niczym z horroru. Aż się prosi o zrobienie modelarskiej dioramy z cyklu ‘nieznane epizody z XVII-wiecznych bitew’…