czwartek, 16 września 2010

Szwedzkie sztandary... na Wargaming Zone

Niezwykle miło mi poinformować, że zadebiutowałem artykułem na Wargaming Zone. Można się tam zapoznać z pierwszą częścią mojego tekstu o szwedzkich sztandarach zdobytych przez wojska litewskie i polskie w okresie 16600-1629. Póki co do przeczytania opisy z okresu 1600-1611 i 1621-22 w Inflantach:
http://wargaming.pl/index.php?mode=view_article&article=273
Część druga już wkrótce...

środa, 15 września 2010

Chłopięta i rzemieślniczki


Krótka notka z listu Łukasza Hulewicza, starosty zwinogrodzkiego, rotmistrza chorągwi kozackiej, który 20 marca 1651 roku pisał do stolnika ciechanowskiego o oblężeniu Winnicy, bronionej przez Kozaków pułkownika Bohuna. Jako szlachcic-kawalerzysta, zdecydowanie nie lubił on piechoty cudzoziemskiej, o której miał niskie mniemanie. Dał temu wyraz w liście, pisząc z rozgoryczeniem o stratach jazdy koronnej siła braci naszej padło, nastrzelano Towarzystwa, nabito czeladzi, bo wszędzie musimy sami. Niemieckie pludry i kabaty zgoła bić się nie chcą. A dla tego pisze że niemieckie pludry, bo PP. Officerowie małoco mają w regimentach Niemców żołnierzów dobrych i służałych, tylko niemieckiem suknem poodziewali chłopięta i rzemieślniczków, których nie wojna, ale najmniejszy niewczas zwojować może. Widzimy więc, że według Hulewicza w regimentach piechoty brakowało doświadczonych żołnierzy (weteranów Wojny Trzydziestoletniej), za to rodzimi knechci nie byli najlepszej jakości. Strój zdecydowanie nie czynił tu żołnierza…

Konie, wilki, łabędzie i reszta menażerii (w tym jeden hipogryf)


Rzadko zapuszczam się w odmęty wieku XVI, niemniej jednak tym razem trafiłem na tekst który po prostu mnie zauroczył. Jest to relacja anonimowego autora, zapewne włoskiego dworzanina jednego z posłów, obecnego przy wjeździe Henryka Walezego do Krakowa w lutym 1574 roku. Rzecz w 1845 roku przetłumaczył z włoskiego i wydał w Krakowie, jako część Ojczystych spominków w pismach do dziejów dawnej Polski…, Ambroży Grabowski. Włoch opisał w niezwykle barwny sposób pochód 8000 jezdnych, przybyłych jedynie dla widzenia Króla. Przytoczę fragment owej relacji –przyznaję że będzie to długa lektura, ale wydaje mi się że warta każdej poświęconej minuty. Zagraniczny gość wyraźnie był zafascynowany wyglądem polskiej szlachty i tym w jaki sposób próbowała ona zaprezentować się nowemu władcy. Pozostawiam brzmienie XIX-wiecznej wersji, gdzieniegdzie tylko dodając własny komentarz. Usiądźcie wygodnie, wyruszamy do Krakowa Roku Pańskiego 1574…
Zaczęły się zbliżać do miasta w pięknym bardzo szyku lekko zbrojne orszaki Panów i Xiążąt tego królestwa, pancernych [tu w znaczeniu ciężkozbrojnych rycerzy] bowiem ciężko zbrojnych tylko do 1500 liczono. Każda kompania miała swych naczelników, której ludzie szeregami po trzech postępowali: tych dzidy (proporce) [czyżby kopie z proporcami?] różnobarwne złotem i srebrem malowane. Przodem każdej jechał namiestnik właściciela chorągwi na pysznym koniu, w sutym stroju, ze złocistym buzdyganem w dłoni. Za nim dwóch paziów, za tymi dworzanin, wszyscy trzej w barwie swojego Pana, na koniach jednej maści, jednego wzrostu i w jednakich rzędach. Jeden paź niósł przyłbicę ozdobną pękiem białych piór pawich, które u jej szczytu jakby z naczynia jakiego, złączone mocno, wystrzelały z osady srebrnej lub z innego metalu. Drugi miał tarczę i miecz w pochwie, u którego rzemienie srebrem nabijane były. Dworzanin trzymał dzidę i herb. Za tym ostatnim jechała służba w liczbie 4, 5 a czasem i 8, na szłapakach [ o ile rozumiem, tu mnie specjaliści od koni zapewne poprawią, chodzi tu o konia idącego specyficznym szybkim krokiem, zwanym szłapem], wiodąc konie powodowe tureckie bachmaty, hiszpańskie ogiery i t.p.
Tu za prawdę trudno było rozstrzygać, co godniejsze podziwienia, czy doskonałość i piękność ukrasy, czy kosztowność i wspaniałość rzędów i przystrojeń? Niektóre bowiem konie były okryte jakby drobniuchną siatką z złota lub srebra, inne blachami sadzonemi drogiemi kamieniami: te znowu chociaż w zwyczajnym rynsztunku, ale czapraki to jedwabne to ze złotogłowiu i najkosztowniejszej lamy, szyte kamieniami lub ozdobione przerozmaitym haftem. Strzemiona, wędzidła i łańcuchy miasto cugli do kuli siodła przytwierdzone, zgoła wszystko złote lub srebrne. U łęku przytroczone dwa pistolety, a miecz przy lewym boku, olstry i pochwa z tejże samej materyi co i siodło. Niektóre miały na głowach kity białe, podobne do wyżej opisanej, na krzyżu rozety z pereł lub rytowanego metalu, drogimi kamieniami suto sadzonego. Za końmi powodowemi postępowali dobosze lub żele (janczarzy), dalej 4, 6ciu lub 8 trębaczy, a w niektórych chorągwiach i 12tu: ci wszyscy w barwie swojej chorągwi, które jak już powiedziano ciągnęły trójkami, z lancą w dłoni lub bez niej; każdy jednak w pancerzu lub kolczudze. Niektórzy mieli w ręku trzciny [nie mam pojęcia o co chodzi, wszelkie komentarze mile widziane] które więcej cenią nad lance. Wielu też było uzbrojonych z turecka w łuki – ci jednak nie byli rozrzuceni w porządku, ale w każdej chorągwi stanowili osobny oddział. Chorągwie niektóre miały od 600 do tysiąca koni, jak n.p. pierwsza, przodem której jechało 60 przebranych za wilków: z pomiędzy uszu konia wysuwała się głowa wilka, który ogon opierał na piersiach jeźdźca, a łapami niejako obejmował kark koński. Ci tak byli podobni i ubiorem i końmi, iż ani z wilczury ani z postaci nie można było rozróżnić jednego od drugiego. W pośrodku mieli 120 dworskich ze trzcinami, w ubiorze szkarłatnym i przyłbicą na głowie. Za tymi postępowało 300 innych w adamaszku, pod suknią kolczuga, przez ramię łańcuch złoty, w ręku lanca z proporcem białym. Z tatarów jedni uwijali się zręcznie na koniach, innych wieziono na wozach jakby w tryumfie, jeńców zchwytanych przez Polaków, za karę rabunków i napadów, których się dopuszczają.
Tu znowu 200 lekko-zbrojnych w same kolczugi, dalej kompania w zwykłym porządku, a chociaż nie tak liczna jednak piękniejsza i ciekawsza; oprócz bowiem tych koni powodowych, ukazały się nadto dwa bardzo osobliwe, jeden miał sierść kędzierzawą tak doskonale udaną, iż zupełnie wydawał się jak duży baran; drugiemu zaś tak zręcznie przyprawiono skrzydła, dziób i szpony, iż go wszyscy mieli za Hyppogryfa. Kolory tej kompanii żółty i błękitny. Pierwsze szeregi miały na pancerzach tuniki z atłasu żółtego w pasy błękitne, tarcze pokryte strusiemi piórami, podobnież rzędy i szarfy wiszące z karków końskich. Za temi w trop, oddział przybrany z moskiewska, także w postaci jeńców, każdy z trzciną w ręku, w czerwonych sukniach podbitych czarnem futrem, z przyłbicą na głowie. W odwodzie rota, gdzie koń i człowiek okryci lampartami na podziw, skąd taka onych mnogość, wystarczająca na okrycie przeszło stu koni i tyluż jeźdźców.
Dwie nadto rzeczy zwracały uwagę, najprzód: iż konie miały u grzywy po dwa skrzydła orle rozciągnione po obu stronach, od przednich nóg do głowy; podobne także skrzydła, jedno na hełmie drugie na tarczy. Powtóre: iż tarcza powleczona była cieniuchną blaszką srebrną, przytwierdzoną gwoździami, których główki wielkości orzecha pozłociste, tak, iż cała tarcza zdawała się być srebrną. Tarcze podobne zowią albańskiemi. Ukazała się następnie kompania dwoistej barwy, czarnej i białej, konie w czaprakach z czarnego axamitu, a te ozdobione srebrnemi floresami: rzędy gładkie srebrzyste, dobosz bijący w żele w skórze baraniej, piszczałek grający na piszczałce w skórze dzika, oba jak istne zwierzęta. Największe zaś obudzał podziwienie dzielny rumak, przybrany w skórę niedźwiedzią, tak wielką iż wystarczała na okrycie całego. Miał on przywiązane do kolan dzwonki, tak, iż podnosząc nadzwyczaj nogi, zdawał się idąc naśladować stąpanie niedźwiedzia. Otaczała go wielka liczba służby, przybranej obyczajem wołoskim i bułgarskim, w kożuchach wywróconych, czapkach czerwonych kształtu kaptura z dwóch stron otwartego, w ręku trzcina. Za temi oddział z węgierska w brunatnym stroju, czapeczki na głowach, złoty łańcuch przez ramię, bogaty napierśnik na koniu, lanca do ataku. Na koniec około ośmdziesięciu ze stanu rycerskiego, wszyscy odziani lamą srebrną, czarnym jedwabiem przeszywaną, przez plecy skóra rysia, konie strojne na karku i grzbiecie. Następował dalej wielki oddział ze dwiestu wynoszący, poważniej ubranych, za każdym giermek niosący hełm i tarczę żelazną, na sposób włoski. Tych zbroje okryte płaszczem z czarnego axamitu, bramowanym lamą srebrną, kapelusze czarne axamitne ze srebrnemi sznurami, rzędy na koniach tak rycerstwo jako też i paziów z tejże materyi. Ukazało się potym innych stu w ciężkiej zbroi od stóp do głów, lanca do ataku, pistolety u łęku, konie okryte drogiemi kamieniami. Dalej sześćdziesięciu dworzan z włoska przybranych w czarny axamit, ferezye srebrne lamą bramowane, podbite kunami. Miała to być barwa Biskupa krakowskiego. Ukazał się następnie orszak daleko kosztowniej odziany, i bez wątpienia o wiele piękniejszy. Ten postępował za oddziałem w adamaszku zielonym, ze skrzydłem orlem na tarczy i hełmie: składał się zaś z sześćdziesięciu dworzan, przybranych w suknie z axamitu ponsowego, podbite sobolami, ich kołpaki, jako też i czaprak okrywający konia na karku i grzbiecie, także sobolowe. W ręku u każdego buława srebrna, na plecach drogie kamienie wszywane w fontazie z jedwabnych wstążek i lamy srebrzystej. Za temi tyluż innych w axamicie gładkim także ponsowego koloru, lisami białemi podbitym, kołpaki także lisie: na szyi konia zawieszony lis biały, czapraki gronostajowe aż do ziemi.
Dalej szło 300, w szarłacie i z lancą w dłoni, na głowach końskich i na tarczach kity z białych piór pawich, tak, iż się zdawało że trzech na koniu miasto jednego. Następnie wielki oddział w przerozmaitych strojach z axamitu czarnego, srebrnej lamy i t.p., kity u kapelusza z niemiecka. Tu znowu hufce czarne i białe Xiążęcia pomorskiego, giermkowie na gniadych koniach – tak dalej różne oddziały najwspanialej przybrane (…)
Wszystko to jednak ustąpić musi wspaniałemu widowisku, jakie przedstawiała liczba niezliczona koni, celujących niezrównaną pięknością i rozmaitością. Żaden pędzel nie zdołałby zkreślić coś doskonalszego, nad owe powodowe których do 300 liczono. Sądząc więc iż wszelki opis byłby nadaremny, gdy i nawet zbliżenie się do prawdy nie podobne, zamilczeć wole [pomyślmy więc jakie wrażenie musiały sprawiać te konie, że Włoch ów nie wiedział jak je opisać..].
Przeszła nakoniec ostatnia kompania, o tyle od innych piękniejsza, o ile dowcipniej, a może i bogaciej przybrana. Ubiór jej z atłasu karmazynowego, kity z piór pawich białych, na plecach łabędź udany z rozpostartemi skrzydłami, unoszący się niejako z grzbietu konia swego aby osiąść na głowie tuż następującego. Za temi jechało na fryzach 300 Rajtarów, ubranych w axamit biały i czarny, z samopałami u łęku, w reście wielu ze stanu rycerskiego w jedwabiach z różnej barwy, płaszcze wiszące z ramienia na grubych złotych łańcuchach, miecz obosieczny, w ręku buzdygan, u niektórych buława srebrna. Było też wielu zbrojnych w łuki i srebrne sahajdaki: każdy z nich jako też i namiestnicy kompanij, mieli też wiele służby pieszej w podobnym stroju, ale mniej kosztownym.

poniedziałek, 13 września 2010

Tak to bywa in campo Martis


W toku bitew stoczonych przeciw siłom moskiewskim w tym roku – 12 sierpnia pod Szkłowem i 24 sierpnia pod Szepielewiczami (Ciecierzynem) i 25 sierpnia pod Cercami– Litwini zapłacili ogromną daninę krwi, próbując powstrzymać siły przeciwnika. Wśród walczących jednostek na szczególną uwagę zwraca chorągiew kozacka (pancerna) hetmana wielkiego litewskiego, księcia Janusza Radziwiłła, pod porucznikiem Aleksandrem Mierzeńskim (oddział liczył etatowo 150 koni). Rocie tej (i a kilku innym oddziałom hetmańskim) chciałbym poświęcić kilka słów.
W początkowej fazie bitwy pod Szkłowem hetman wysłał, przy wsparciu trzech innych chorągwi kozackich, grupę towarzyszy ze swojej chorągwi kozackiej, w celu wywabienia sił moskiewskich z lasu. Zamiar Radziwiłła powiódł się, Moskale zaatakowali litewskich harcowników po czym zostali wciągnięci w pułapkę i zmuszeni do walki w niekorzystnym dla siebie terenie. Jak widzimy hetman ufał weteranom ze swojej roty kozackiej, wyznaczając kilkanaście samego towarzystwa [czyli zapewne bez pocztowych] do tak ważnego zadania. W toku zaciętych walk kawalerii z obydwu stron (tak Litwinom jak i Moskalom wciąż przybywały posiłki) tak kozacy jak i husarze z roty hetmana wielokrotnie szarżowali na przeciwnika, ponosząc, jak i inne oddziały litewskie, duże straty. Ks. Janusz wspomniał o swoich żołnierzach w liście do króla Jana II Kazimierza - Nie masz żadnej w wojsku WKMci chorągwie, która by się mniej czterech albo pięciu razy nie potykała, nie masz żadnej tak szczęśliwej, żeby kilku towarzystwa i szmatem czeladzi nie przypłaciła. Wydaje się jednak, że straty rot hetmańskich były największe, włącznie z utratą sztandaru husarii - aleć przy tej, lubo krwawej, lecz sławnej rozprawie, najbardziej mym kompaniom obiem, a usarskiej i kozackiej, dostało się, z których kilkanaście towarzystwa padło, osobliwie przy usarskiej chorągwi, którą w pół drzewka ucięto, broniąc i chcąc ratować siedem towarzystwa poległo, między którymi i sędzia wojskowy pan Czudowski. Niezwykle heroiczna musiała być walka wokół sztandaru chorągwi husarskiej; strata siedmiu towarzyszy, na czele z niezwykle poważanym w wojsku litewskim sędzią wojskowym Marcinem Janem Czudowskim, wskazuje na zacięty i krwawy bój. Inny litewski uczestnik boju także podkreślał bohaterską postawę oddziałów hetmańskich, wspominając także o rajtarii księcia. Nie było żadnej [chorągwi], któraby pięciu, sześciu razy, nie potykała się: osobliwie hetmańska kozacka: więcej dziesięciu razy uderzała, a husarska w sam ogień z kopiami skoczyła. Ogarnął ją nieprzyjaciel, i choć miała posiłki, i te miały z nieprzyjacielem co czynić. Zaczym chorągiew w pół drzewca ucięta, koło której i towarzystwa nabito: jakoż najwięcej też z tych dwóch chorągwi a z rajtariej hetmańskiej poginęło. Widzimy więc, że kozacy hetmana mieli szarżować nawet więcej niż dziesięć razy, nic dziwnego że uważaną ową chorągiew za najlepszą w armii litewskiej. Zwycięstwo w bitwie należało do armii litewskiej, ale zostało okupione dużymi stratami. Co gorsza, kolejna armia moskiewska szła już na pomoc oddziałom pobitym pod Szkłowem.
25 sierpnia 1654 roku Litwini hetmana Radziwiłła zostali pokonani przez przeważające siły moskiewskie. Tym razem kawaleria litewska nie dała rady przeciwnikom- potkała się jazda nasza, lecz potężnie i szkodliwie bardzo od Moskwy wsparta i porażona, w rozsypkę iść musiała. Ponosząc ciężkie straty, żołnierze pod komendą ks. Janusza rozpoczęli odwrót. W czasie przeprawy przez rzekę Druć pod Cercami, wykrwawiona poprzednimi walkami hetmańska chorągiew kozacka walczyła jako eskorta księcia, który, wyróżniając się wśród żołnierzy, stał się obiektem zaciekłych ataków moskiewskich. Xcia Jmci w prawą nogę przebito. Konia pod nim zabito, wilczatego wołoskiego bachmata. Rota nie poddała się w obliczu przewagi przeciwnika, poniosła jednak ogromne straty. Sam hetman napisał w miesiąc po bitwie u jednej przeprawy 4 chorągwie nieprzyjacielskie tak nas obskoczyli, że od 40 albo 50 koni chorągwi mej kozackiej, ledwie już 5 człeka broniąc się przy mnie zostało. Z kolei ojciec porucznika Mierzeńskiego w liście do kanclerza wielkiego koronnego napisał Xcia Jmci z rąk prawie nieprzyjacielskich wydarła chorągiew kozacka, dawno słychanym cnoty i miłości ku wodzowi przykładem. (…) ich z półtora sta koni tylko trzydziestu zostało, między któremi i rodzony mój, Porucznik ich, cudownem szczęściem zachowany jeszcze na usługę J. K. Mci i Rzplitéj. Zbigniew Morsztyn, który walczył z kampanii 1654 roku jako towarzysz w hetmańskiej rocie kozackiej napisał o owej walce:
Sto i pięćdziesiąt nas się popisało,
A pięć czterdzieści tylko pozostało;
Żaden nie umarł ani żaden zwinął,
Lecz każdy zginął.
Jak więc widzimy, chorągiew miała stracić ponad 100 żołnierzy – rzadko czytamy o tak wysokich stratach. W czasie przeprawy miał także zginąć chorąży oddziału, nie znalazłem jednak informacji o tym by sztandar roty wpadł w ręce tryumfujących Moskali.

niedziela, 12 września 2010

Rocznica bitwy pod Wiedniem - 12 września 1683 rok

327 lat temu armie sprzymierzonych (koronna, cesarska, bawarska, saska i wojska okręgów Rzeszy) dowodzone przez polskiego króla Jana III Sobieskiego pokonały armię turecką Kara Mustafy, likwidując oblężenie Wiednia. Jedna z najważniejszych bitew nowożytnej Europy, uratowała Cesarstwo Austriackie przed utratą stolicy i prestiżową klęską. To także jednak z największych szarż kawaleryjskich w historii - w finałowej fazie bitwy do ataku miało ruszyć blisko 20 000 jazdy polskiej, cesarskiej i bawarskiej, na czele z licznymi chorągwiami osławionej husarii. Chwała zwycięzcom w tej bitwie! Venimus, vidimus et Deus vicit jak napisał w liście do papieża Innocentego XI tryumfujący Jan III Sobieski.

czwartek, 9 września 2010

Na przymus nie ma rady czyli jak miło być rajtarem


Po raz kolejny zajmiemy się rajtarią koronną, tym razem jednak rzecz będzie się działa w czasie ‘Potopu’. Dzięki Przygodom wojennym 1655-1666 autorstwa Hieronima Chrystiana Holstena możemy bowiem prześledzić w jaki sposób powstawały w tym czasie w polskiej armii jednostki autoramentu cudzoziemskiego. Holsten, ex-szwedzki rajtar pochwycony przez Polaków, otrzymał ‘zaproszenie’ do służby w tworzonym właśnie regimencie rajtarskim Jerzego Lubomirskiego. To bardzo ciekawa jednostka, biorąca udział w wyprawie odwetowej do Siedmiogrodu w 1657 roku, oblężeniu Krakowa i Torunia, wyprawie koronnej do Prusa (walki na Żuławach) w 1659 i wyprawie na Ukrainę w 1660 roku, gdzie regiment miał ponieść ciężkie straty (o czym słów kilka poniżej). Odział był początkowo złożony z zaledwie 4 kompanii (IV ćwierć 1656 roku), jednak stopniowo zwiększano go o kolejne kompanie, także w oblężeniu Torunia w 1658 roku regiment miał ich już 8, a w 1660 roku nawet 10.
Spójrzmy najpierw, jak Holstena i jego kolegów zaciągnięto do polskiej służby. Przez te kilka miesięcy, kiedy spaliśmy tu beztrosko pewni, że nie można nam nic ukraść i jak szliśmy spać tak wstawaliśmy, nie było niestety mowy o żadnym wykupie. Nasza nadzieja była daremna. Równocześnie nadeszła wieść, że z Węgier ma zamiar wkroczyć z pomocą dla Szwecji Rakoczy. Zobligowano nas więc do podjęcia szybkiej decyzji w sprawie przyjęcia służby i złożenia przysięgi lub oczekiwania na coś gorszego, gdyż nie było już mowy o wykupie. Na przymus nie ma rady. Wkrótce więc przewieziono nas niedaleko Częstochowy, aby tam umundurować. W ten sposób z dostarczonych tu zewsząd jeńców szwedzkich uformowano trzy kompanie, przeważnie z żołnierzy niemieckich (służących u) Szwedów, ale zaciągano też innych.
Holsten miał zostać mianowany ‘najstarszym kapralem’ czyli dowódcą pierwszego kapralstwa, w kompanii przybocznej szefa regimentu. Była to pierwsza kompania oddziału, na czele którego stał dowódca regimentu, czyli oberszter Stefan Franciszek baron de Oedt. Oficer ten poległ w 1660 roku w walce z Kozakami pod Słobodyszczami. Faktycznym dowódcą owej pierwszej kompanii był kapitan lejtnant (od 1658 roku rotmistrz) Jakub Mautner, który zresztą także poległ pod Słobodyszczami. Walki regimentu w kampanii 1660 roku są na tyle interesujące (i dobrze udokumentowane), że zapewne niedługo poświęcę im osobny wpis.
Niemiecki najemnik w barwny sposób opisuje jak rajtarzy radzili sobie z problemami natury logistycznej. Byliśmy teraz bardzo źle umundurowani, mieliśmy za to nadmiar wolności. Od ręki otrzymaliśmy zezwolenie na zmianę naszych koni, gdybyśmy zobaczyli coś lepszego, ba, mogliśmy się udać na śląską granicę, a nawet poza nią, by się dobrze obłowić i umundurować. Było to nawet mile widziane przez naszych oficerów. Doświadczenie Holsten ai jego kolegów z czasów służby u Szwedów bez wątpienia były tu nader przydatne. I już niedługo mógł z dumą rzec umundurowałem się wraz z dobrym pachołkiem i chłopcem. Nabyłem także wóz, a wszystko to w krótkim czasie, bo kwaterowanie nie trwało długo.
Holsten daje nam także ciekawy opis umundurowania i wyposażenia rajtarów w jego regimencie. Używano koletów (nie wspomina nic o innym uzbrojeniu ochronnym, także o hełmach – zamiast tego jest wzmianka o kapeluszach), zaś uzbrojenie to, jak wspomina przy okazji walki z chłopami w jednej z wiosek powsuwaliśmy więc pistolety za paski od spodni, wzięliśmy karabiny i szable do rąk. Z kolei gdy Holsten wyruszył do Cieszyna w celu zakupienia ekwipunku dla żołnierzy zaopatrzył się tam w siodła, pistolety i karabiny.

środa, 8 września 2010

Wychylili puchar śmiertelny...


Po raz kolejny sięgamy do kroniki Silahdara Mehmeda agi z Fyndykły, tym razem swym barwnym językiem opisze nam on klęskę wojsk tureckich w drugiej bitwie pod Parkanami w 1683 roku. Zobaczmy gdzie, według tureckiego kronikarza, leżały przyczyny porażki… Tłumaczenie i wszystkie komentarze autorstwa Zygmunta Abrahamowicza.

Nazajutrz, w sobotę dnia siedemnastego wspomnianego miesiąca, nieprzyjaciele wiary — giaurzy hołdujący złym zasadom — ustawili w szyki swoją piechotę i jazdę, rozlokowali działa szahi i sięgając prawym skrzydłem rzeki Dunaju, zaś lewym skrzydłem rzeki Hron, dumnie i z jak największym spokojem przemierzyli i przeszli całą ową bezkresną równinę. Wojska muzułmańskie także ustawiły się w ordynku, ale gdy wzniosły okrzyk: „Ałłah akbar!" i miały uderzyć w [samo] serce nieprzyjaciela, giaurzy rozstąpili się na dwie strony, a potem — niczym rozerwana toń morska — znów zwarli szeregi. Zastępy muzułmańskie znalazły się pośród niezliczonej rzeszy wojsk nieprzyjaciół wiary. Nikczemni giaurzy szczelnie je otoczyli z czterech stron oraz rozpętali bitwę, aż wojskom muzułmańskim zabrakło w końcu sił do walki, aż zatrzęsły się pod nimi wytrwałe nogi, aż się rozsypały i rozpierzchły, a gdy każdy z nich uciekał w inną stronę, zostały do cna rozbite i rozgromione.

Ci z jazdy, którzy mieli konie silne i wytrzymałe, rzucili się do ucieczki bądź to ku rzece Hron, bądź też w stronę Ostrzyhomia, ale ten niegodny zamiar sprzeczny był z wyrokiem Ałłaha, więc kilka tysięcy muzułmańskich gazich wypiło tam wino śmierci męczeńskiej. Tysiące innych, zapomniawszy o rozwadze i stateczności, dotarły do mostu ostrzyhomskiego. Najpierwszy zaś ze wszystkich zjawił się tam serasker wezyr Kara Mehmed pasza z pewną liczbą rozgromionego wojska. Złączywszy łodzie wspomnianego mostu przedostał się on na brzeg rzeki, potem zaś, znowu rozbiwszy ów most, przybył pod zamek Ostrzyhom i wjechał do niego.

Rozgromieni gazijowie muzułmańscy, jacy przybyli do przyczółka mostu później, znaleźli go więc zniszczonym. Piechota i jazda skoczyła zatem w wody Dunaju, ale na tysiąc ludzi jeden tylko wychodził cało, reszta zaś potopiła się i po-ginęła. Ścigający ich giaurzy siedzieli im [po prostu] na karku. Gdy uderzyli i przypuścili szturm na gazich muzułmańskich, których znaleźli na brzegu Dunaju, przeważna część tych mimo wytrwałej walki poległa męczeńsko i poszła do najwyższego nieba, a wielu dostało się do niewoli.

Dereszowata klacz pod bejlerbejem sylistryjskim wezyrem Mustafą paszą z Mi-tyleny została raniona i runęła na ziemię, a wtedy ten we dwójkę z namiestnikiem siwaskim Binamaz Chalilem paszą dostał się jako jeniec w ręce hetmana lwowskiego, który przybył tutaj z wojskiem polskim. Bejlerbej bośniacki Chy-zyr pasza utonął w Dunaju. Bejlerbej karamański Bośniak Sziszman Mehmed pasza na brzegu Dunaju spadł z konia, ale się nie poddał nieprzyjacielowi i walcząc poległ męczeńsko. Zaimów zaś i posiadaczy timarów, którzy tam wypili i wychylili puchar śmiertelny, było bez liku.

Słowem, na brzegu Dunaju jedni muzułmańscy gazijowie dostali się do niewoli, innych posiekano szablami, jeszcze inni, ugodzeni kulą armatnią bądź muszkietową, męczeńską śmiercią swoją złożyli świadectwo [prawdziwości swej wiary]. Od krwi, która spłynęła do Dunaju, wody jego w jednej chwili zmieniły się do niepoznaki. Tylko nieliczna garsteczka znalazła drogę prowadzącą do ocalenia. Jednakże gdy część uciekła w kierunku zamku Novigrad, przeklętnicy i nieszczęśnicy odcięli im drogę, więc ci, którzy przeprawili się przez bród na rzece Hronie, również w większości zginęli.

Kiedy zaś nikczemni giaurzy zjawili się pod palanką Parkany, oblężeni muzułmanie poddali się, ci jednak, nie zważając na kapitulację, podpalili [palankę] z czterech stron. Parę tysięcy mężczyzn i kobiet, jakie się tam znajdowały, spłonęły wówczas i zginęły wśród lamentu i jęków, a dymy [pożarów] buchały tam aż do niebios.

To, co się tam stało, było spowodowane niefortunnym pociągnięciem, którego źródło tkwiło w niefrasobliwości wspomnianego serdara. Serasker bowiem, wezyr Kara Mehmed pasza, samolub i zarozumialec, Turek nieoświecony i głupi, okrut-nik i tyran, człowiek bezlitosny i tępy, który do swoich urzędów doszedł poczynając od służby jako odabaszy bostandżych, przez to, że uciekł jako pierwszy, a potem zburzył most, stał się winny przelewu krwi tylu tysięcy ludu mahometańskiego.

Natomiast bejlerbej rumelijski Chodżazade Arnawud Hasan pasza, straciwszy w walce konia, wlazł przynajmniej na wóz i w ten sposób dokazywał cudów [waleczności]. [Potem] porzucił on swego serdara Kara Mehmeda paszę, a zjawiwszy się w południe w obozie wojsk, odbył spotkanie z wielkim serdarem i opowiedział mu, co się wydarzyło.

— Błędów w walce nie popełniono, nie utrzymano się zaś z powodu ogromu i liczby nieprzyjaciół wiary. Taka po prostu była wola Ałłaha! — powiedział.

Dzisiaj tudzież dzisiejszej nocy powracało i dołączało do obozu wojsko, które zaznało tej porażki — gołe, spłakane, w strasznym stanie, przeważnie bez koni i w ranach.