poniedziałek, 4 stycznia 2021

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XXXVIII

 


Czytelnicy bloga wiedzą zapewne, że wojna 1626-1629 należy do moich ulubionych konfliktów, którym poświęcam sporo miejsca i na  którym koncentruje swoje hobbystyczne badania i projekty książkowe. Z dużą więc ciekawością przyjmuję więc wszystkie zapowiedzi wydawnicze, które dotyczą tej wojny. Jednym z moich niezrealizowanych projektów jest praca o bitwie pod Trzcianą, która (z różnych przyczyn, acz leżących tylko i wyłącznie po mojej stronie) niedokończona wylądowała w szufladzie gdzie może kiedyś tam doczeka lepszych czasów. Z tego też powodu dzisiejsza recenzja może być nieco nietypowa i różnie odbierana przez czytelników, bo na warsztat biorę najnowszą pracę Pawła Szymona Skworody zatytułowaną Bitwa pod Trzcianą 27 VI 1629. Legendarna łaźnia Lwa Północy, która ukazała się z końcem zeszłego roku nakładem wydawnictwa Inforteditions. Recenzje to rzecz bardzo subiektywna, dużo w nich zależy od punktu widzenia recenzenta – stąd też ten nieco dłuższy wstęp w dzisiejszym wpisie, żeby od razu uświadomić czytającym moje zaangażowanie w badany temat, co będzie rzutowało na samą recenzję. Jak zwykle zaczniemy od ogólnego opisu książki, a potem przyjrzymy się różnym szczegółom i dodam kilka obserwacji i komentarzy.

Praca podzielona jest na pięć rozdziałów, oprócz tego mamy wstęp (będący de facto dodatkowym rozdziałem) i aneks z wypisami z polskich źródeł opisujących bitwę. We wstępie autor, po krótkim tłumaczeniu czemu zdecydował się przybliżyć czytelnikom właśnie bitwę pod Trzcianą, opisuje nam konflikt pomiędzy Rzplitą i Szwecją w okresie od wyprawy szwedzkiej Zygmunta III po lądowanie Gustawa II Adolfa w Prusach. Rozdział pierwszy to historia wojny o ujście Wisły, chociaż opis rozpoczyna się od 1625 roku i walk w Inflantach. Znajdziemy tu więc informacje o lądowaniu Szwedów, bitwie pod Gniewem, oblężeniu Pucka, bitwy pod Czarnem (Hammerstein), Tczewem, Oliwą, kampanię 1628 roku, Górzno, oblężenie Torunia, aż po początek interwencji cesarskiej. W rozdziale drugim autor porównuje XVII-wieczną wojskowość Rzplitej i Szwecji, wybiegając czasami aż do Wojny Trzydziestoletniej czy nawet „Potopu”. Znajdziemy tu też informacje o organizacji i wyposażeniu posiłkowych wojsk cesarskich. Rozdział trzeci to porównanie sił walczących pod Trzcianą, podczas gdy w rozdziale czwartym znajdziemy opis samej bitwy. Ostatni rozdział mówi nieco o stratach w bitwie, znajdziemy tam także rozważania autora na temat szyku walczących armii, z kolei w krótkim epilogu autor wspomniał o zakończeniu konfliktu w 1629 roku i o rozejmie w Sztumskiej Wsi.

Co od razu rzuca się w oczy przy lekturze, to dosyć obszerne wprowadzenie do tematu, gdzie wstęp i pierwszy rozdział, stanowiące połowę objętości pracy, są de facto bardzo długim opisem historycznym, który równie dobrze można by podsumować na dwóch stronach ogólnego wstępu i dwóch kolejnych chronologii konfliktu. Zamiast tego mamy kolejne rozważania o bitwach od Kircholmu po Górzno, niewiele wnoszące do samej bitwy pod Trzcianą. Co szczególnie rzuca się w oczy to praktycznie brak odniesień do źródeł, zamiast tego co chwila znajdujemy zdanie mówiące o tym, że „według [tu wstaw nazwisko historyka]…”. Już kilka osób które czytało tę książkę zauważyło: „no ale przecież autor odnosi się do twoich wpisów” – co w sumie nie zaskakuje, bo trochę jednak o Trzcianie napisałem – jednak chciałbym przeczytać książkę Pawła Skworody i owoc jego badań, a nie co chwila natykać się na to co napisał Mariusz Balcerek o szykach armii szwedzkiej, Paweł Duda o dyplomacji papieskiej czy Michał Paradowski na swoim blogu. Otrzymujemy więc kompilację tego co napisali już inni, z reguły z adnotacją autora że zgadza się z danym historykiem. Do tego wiele z tego typu dywagacji zdaje się być po prostu „wypełniaczami miejsca”, ot żeby powstała dodatkowa strona czy dwie. Jak bowiem wytłumaczyć sens dwustronicowych rozważań na temat bitwy pod Kircholmem, dwóch i pół strony o bitwie pod Oliwą czy długie opisy, podane zresztą za Mariuszem Balcerkiem, dotyczące szyków Dahlbergha?

Bardzo dziwne wrażenie sprawia rozdział drugi, mówiący o wojskowości walczących stron. Biorąc pod uwagę jak specyficznym starciem była bitwa pod Trzcianą, aż się prosiło o skoncentrowanie na kawalerii, która wzięła na siebie ciężar walk. Zamiast tego mamy tu wszystko: długie rozważania o rewolucji militarnej w Europie, reformy Władysława IV, odniesienia do „Potopu” a nawet panowania Sobieskiego. Bardzo długo opis dotyczący reform w piechocie szwedzkiej za panowania Gustawa II Adolfa byłby przydatny jeżeli książka dotyczyłaby bitwy pod Gniewem, ale w przypadku Trzciany poświęcenie jej tyle miejsca nie ma większego sensu. Opis jazdy szwedzkiej jest nieco lepszy, acz też nie pozbawiony dziwnych czy niepopartych źródłowo sformułowań (jak lekka jazda inflancka w armii szwedzkiej czy teza o tym że jazda szwedzka została uznana za rajtarów – ale przez kogo tego już się nie dowiemy…). Co ciekawe, jeżeli ktoś ma zerowe pojęcie o jeździe polskiej to zbyt dużo się z tego rozdziału nie dowie, mamy tylko nieco informacji o organizacji chorągwi i sposobie dosiadu koni, ale już nie o uzbrojeniu oddziałów.

Brak odniesień do źródeł jest widoczny chociażby w przypadku próby identyfikacji oddziałów polskich pod Trzcianą. Autor wspomina tu na przykład, że Maciej A. Pieńkowski w swoim artykule o bitwie zidentyfikował chorągwie Łukasza Żółkiewskiego i Adama Kalinowskiego jako biorące udział w bitwie. Problem jest z tym jednak taki, że to jedna z dwóch możliwych interpretacji zapisu z popisu wojsk koronnych z 17 lipca 1629 roku, którą znajdziemy w „Kontynuacji Diariusza…”, interpretacja która jest zresztą dyskusyjna. Wśród zidentyfikowanych jednostek polskich brak chorągwi kozackiej Moczarskiego i oddziałów polskich dragonów, mimo że dysponujemy zapisami źródłowymi na ich temat. Wielokrotnie w czasie lektury pracy odniosłem wrażenie, że autor nie próbuje takich informacji w żaden sposób weryfikować, zdając się na to co napisali już inni. Cytując list Arnima narzekającego na Polaków w bitwie autor powołuje się na „Szwedzkie wojny” („Sveriges Krig”), mimo że w bibliografii swej pracy ma kronikę Hoppego, gdzie można znaleźć zapis tego listu. Zresztą i interpretacja opracowań czasami kuleje, co widać chociażby przy snuciu rozważań o tym, czy Gustaw II Adolf wydał grafowi Renu rozkaz odwrotu i czy ten zdecydował się działać wbrew temu rozkazowi – to wszystko mamy już zarówno wyłożone w „Sveriges Krig” jak i w szwedzkich materiałach źródłowych, do których autor nie dotarł (jak relacja sekretarza Oxenstierny Grubbego i list samego Gustawa II Adolfa).

Dość kuriozalny jest dla mnie opis samego starcia, gdzie autor próbował – może chcąc ułatwić odbiór tekstu – napisać to niemal powieściowym językiem. Wygląda to może dosyć barwnie, ale mnie akurat taki tekst zupełnie odrzucił. Z jednej strony roi się tu od barwnych opisów, gęsto przetykanych metaforami, z drugiej strony co chwila mamy w opisach określenia „prawdopodobnie”, „zapewne”, „być może”. Nie wiedzieć po co mamy tu całe długie ustępy dotyczące prawdopodobnego uzbrojenia i wyposażenia żołnierzy, ich sztandarów i taktyki – co nijak nie umila lektury, a czasami wręcz ją utrudnia. Po co w opisie bitwy rozważania o tym jak wyglądały sztandary walczących armii? Do tego fantazyjne opisy szykujących się do boju żołnierzy czy pochodzącą z 1706 roku komendę dla jazdy polskiej (podpowiem – Janusz Wojtasik był pierwszy, użył już tego w swoim HBku „Podhajce 1698”). Jak na rozdział który powinien być kluczowy dla całej pracy mamy tu niesamowity chaos i naprawdę trudno zorientować się kto, kogo i dlaczego. Do tego autor upiera się, żeby nazywać szwedzką jazdę „lekką jazdą” co jest po prostu błędem i może zupełnie zmylić czytelnika słabo orientującego się w realiach wojny. Brak konsekwencji w zapisie powoduje też, że niemiecki rotmistrz na służbie szwedzkiej, brat grafa Renu, raz jest Wilhelmem, potem Janem Wilhelmem a wreszcie Johanem Wilhelmem – a to wciąż jedna i ta sama postać. Fińskim rajtarom Anrepa nie groziław toku starcia masakra, jak chce autor, bo skwadron ten dał nogę nawet bez oddania salwy z pistoletów – to fiński skwadron Ekholta miał nader dzielnie walczyć przeciw Polakom i cesarskim.

Przy ocenie strat bitewnych autor opiera się o moje ustalenia z 2013 roku, nie ma tu żadnych dodatkowych interpretacji czy materiałów źródłowych. Jest za to nieco dodatkowych rozważań na temat szyku armii sprzymierzonych, wydaje się jednak że autor jest nieco zbyt zaintrygowany szykiem Dahlbergha co prowadzi do dosyć daleko posuniętych wniosków, bez brania pod uwagę ewentualnych mankamentów tego źródła ikonograficznego. Odnoszę zresztą wrażenie, że autor zna te szyki tylko z artykułu Mariusza Balcerka, a nie miał okazji ich samemu przeanalizować.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to niestety z dużym żalem lepiej odpuścić. Mamy tu do czynienia z kompilacją opracowań, z dużą ilością informacji wrzuconych do książki tylko jako wypełniacze miejsca, a sam opis bitwy pozostawia dużo do życzenia. Spokojnie można byłoby usunąć przynajmniej połowę treści pracy bez żadnej szkody dla tytułowej bitwy. Do tego mamy tu sporą ilość błędów czy niedociągnięć, wynikających często z braku pracy na źródłach czy błędnej interpretacji dostępnych materiałów. W mojej ocenie autor nie wniósł tu żadnej nowej treści do rozważań nad bitwą, nie próbował też w jakiś mocny sposób polemizować z dotychczasowymi ustaleniami dotyczącymi starcia. Plus chociaż za to, że autor oparł się o sporo najnowszych opracowań i przedstawił czytelnikom w miarę aktualny (chociaż niepełny) stan naszej wiedzy o bitwie pod Trzcianą. Ogólnie jednak praca jest dla mnie mocnym rozczarowaniem, jest to jednak tylko i wyłącznie moja subiektywna ocena, pisana z punktu widzenia kogoś kto zajmuje badaniem wojny 1626-1629.

piątek, 1 stycznia 2021

Struthio camelus przez Turczyna ubity

 


Od pewnego czasu siedzę, ze zrozumiałych względów, w ‘klimatach’ kampanii 1683 roku i odsieczy Wiednia, nic więc dziwnego że wynotowuje coraz to nowe informacje i ciekawostki które mogą się przydać do książki. Stąd właśnie pomysł na dzisiejszy wpis, czyli historia o nietypowej ofierze bitwy.

W liście do Marysieńki, datowanym ’w namiotach wezyrskich, 13 IX, w nocy’, król Jan III wspomniał o strusiu, co ciekawe miała to być turecka zdobycz na cesarskich: wezyr wziął tu był gdzieś w którymś ci cesarskim pałacu strusia żywego dziwnie ślicznego; tedy i tego, aby się nam w ręce nie dostał, kazał ściąć. Historia z nieszczęsnym strusiem musiała mu jednak zapaść w pamięć, postanowił go więc uwieńczyć. Otóż na obrazie autorstwa Martina Altomonte, ukazującym szarżę husarii prowadzonej przez króla, na drugim planie, przy namiotach tureckich, możemy dojrzeć moment egzekucji. Akurat dzisiaj, przeglądać na google books podgląd piątego tomu Stanu badań nad wielokulturowym dziedzictwem dawnej Rzeczypospolitej, znalazłem zdjęcie tego fragmentu w artykule Katarzyny Góreckiej Konserwacja i restauracja XVII-wiecznych wielkoformatowych obrazów batalistycznych Martina Altomontego z kolegiaty pw. Św. Wawrzyńca w Żółkwi. Jak widać biedny struś nie miał żadnych szans w obliczu tureckiej szabli…

środa, 30 grudnia 2020

Okrutnie tyrańsko ich męczyli

 


Wojska litewskie spóźniwszy się na wyprawę wiedeńską odegrały później nader marginalną rolę w dalszej fazie kampanii 1683 roku. Maszerując przez sprzyjającą węgierskim kurucom Orawę ‘ogniem i mieczem’ pacyfikowali za to lokalną ludność. Oburzyło to zresztą nawet króla Jana III, który w liście do Marysieńki narzekał na zachowanie Litwinów, wypominając im pod miastami tureckimi [powinni] harcować, nie ubogich ziemnych robaków zatracać. Anonimowy żołnierz armii litewskiej biorący udział w wyprawie tak oto tłumaczył przyczyny zachowania swoich współziomków:

Wojsko litewskie, przebiwszy się do Węgier, bardzo łaskawie obchodziło się ze wszystkimi ludźmi, a osobliwie z lutrami, żadnej szkody nie czynili, nie palili, nie ścinali. Oni zaś [kuruce] e converso dostawszy kilku z wojska litewskiego towarzystwa, okrutnie tyrańsko ich męczyli, rozpaliwszy różny, od ucha do uch przez ich głowy przewłóczyli, nosy, wargi i usta obrzynali, naturalia kleszczami rozpalonemi urywali, zęby wybijali, oczy wyłupiali i wyłupiwszy ogniem palili, smołą zalewali, za paznokcie kliniki zabijali, palce potrosze ucinali; na ćwierć drugich porębawszy, na palach głowy, na szubienicach ćwierci powieszali.

Co wojsko litewskie zrozumiawszy, łaskawość swoją w gniew przemieniło i co przedtem po chrześcijańsku obchodziło z lutrami, to potem po tyrańsku ich traktowali, albowiem wsie palą, skóry łupią, lutrzyska wszystkie duszą. Onegdajszego dnia dostał się jakoś szczęściem w ręce ich predykant[1],  z którego zaraz skórę z żywego zdarli i precz osypawszy plewami, znowu skórą go przykryli i takiego ku lutrom wysłali, tu mu nakazując, ażeby im jako pasterz i rządca duchowy powiedział, że tak z każdym po tyrańsku obchodzić się będą, gdy oni śmieli tak tyrańsko, z wojska litewskiego pojmawszy, obchodzić się, a to nie mając najmniejszej do tego przyczyny, gdyż z niemi się po ludzku całe wojsko obchodziło, żadnej szkody ani okrucieństwa nie czyniąc; lecz za takie tyranie jakże nie mają się równem odpłacać okrucieństwem? To może zapewne lutrów odstraszyć.

Najwyraźniej wojska litewskie bardzo sobie wzięły do serca to ‘odstraszanie lutrów’, paląc i plądrując 27 orawskich wiosek, aż ówcześni mieli to porównać do rajdów tatarskich.



[1]              Kaznodzieja protestancki.

wtorek, 22 grudnia 2020

They are a Courageous people

 


Po dłuższej przerwie wracam do ‘standardowego’ bloga (a nie tylko FB), a okazja świetna bo znalazłem bardzo interesujące, dotychczas mi nieznane źródło opisujące wojsko koronne w Prusach w 1635 roku. Co prawda znalazłem je dopiero dzisiaj (dzięki za namiary na artykuł Bartku!), więc niestety nie załapało się do książki, warto więc je zamieścić na blogu. Oczywiście jeżeli ktoś już to wcześniej opublikował to kłaniam się nisko służbową czapką z czaplim piórkiem.

Autorem jest John Fowler, sekretarz Sir George’a Douglasa, szkockiego oficera (służącego zresztą wcześniej w armii szwedzkiej)  ambasadora nadzwyczajnego króla Karola I w czasie negocjacji w Sztumskiej Wsi. Wyspiarze wzięli udział, u boku króla Władysława IV, w popisie armii koronnej, pozwolę sobie więc na (jak to zwykle bywa luźne) tłumaczenie z języka angielskiego. Dopiski w nawiasach kwadratowych pochodzą ode mnie:

Armia [koronna] (Jazda i Piechota) stanęła w szyku, pierwsza pokazała się piechota, większość z niej złożona z krajowych [żołnierzy], zwyczajowo zwanych hajdukami, ludźmi odpornymi na trudy, [którzy są] silni i mocnej budowy, ale niezbyt przyzwyczajeni do dyscypliny, niektóre kompanie [zaś[ złożone z różnych cudzoziemców, acz niewiele ich. Jazda składa się po większej część z Kopijników, których tam zwą Husarzami: rzadko można ujrzeć ludzi tak odważnych, tak dobrze uzbrojonych i na lepszych koniach: składają się z samej tutejszej szlachty, acz ich podwładni[1] nie słuchają ich bardziej niż oni sami swego Kapitan, podczas gdy normalnie widzą siebie jako równych. Mają bogate zbroje, zdobione złotem i srebrem, a lepsi z nich z nich noszą na zbrojach luźne płaszcze z soboli, czarnych lisów, panter i leopardów; uprzęże końskie zacne i zdobione szlachetnymi kamieniami, które przy ruchu koni przykuwają uwagę. Są to odważni ludzie, nader straszliwi w szarży, acz raz złamanych ciężko ich zebrać (…). Oceniano że było tu 15 000 jazdy zacnej do boju, chociaż [Polacy] oceniają na więcej, acz ich piechota nie przekraczała 6000.



[1] Z kontekstu może wynikać, że chodzi o drobniejszą szlachtę a nie o pocztowych i czeladź.

środa, 9 grudnia 2020

Książka w końcu na rynku!


 

Niesamowity moment w życiu autora, kiedy widzi swoją książkę w sprzedaży - co za radość i poczucie zadowolenia. Despite destruction, misery and privations... The Polish army in Prussia during the war against Sweden 1626-1629 właśnie weszła do sprzedaży. Na stronie Wydawcy czyli Helion and Company, można ją póki co kupić w specjalnej, niższej cenie. A tymczasem wracam do pisania kolejnej pozycji w tej serii...

czwartek, 3 grudnia 2020

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie...

 


Od dłuższego czasu tempo dodawania nowych wpisów na blog bardzo spadło, w tym roku tylko w dwóch miesiącach udało mi się zrobić więcej niż 10 wpisów. Zmęczenie materiału znów daje znać o sobie, nieco brak czasu i ochoty na grzebanie w źródłach żeby szukać ciekawych materiałów na wpisy. Dużo więcej dzieje się na polskiej i angielskiej wersji bloga na FB, bo też łatwiej jest tam zamieszczać nowe rzeczy, albumy z ilustracjami czy memy z Władysławem IV (nie mogłem sobie darować...). Sporo energii poszło też na dokończenie książki, która lada dzień powinna w końcu trafić na rynek wydawniczy (będzie i o tym wpis, jak tylko się pokaże na stronie Wydawcy). A że przy okazji trwają już pracę nad kolejną książką, także w języku angielskim, znów traci na tym blogowanie.

Tych z Was którzy są przyzwyczajeni do czytania bloga tutaj mogę więc tylko z góry przeprosić za to, że nowe wpisy będa się pojawiać relatywnie rzadko, zapewne najczęściej będą to jakieś recenzje książek które z tego czy innego powodu mnie zaciekawiły. Jednocześnie zapraszam do polubienia stron bloga na FB, bo tam staram się praktycznie codziennie zamieszczać coś ciekawego. 

niedziela, 15 listopada 2020

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XXXVII

 


Zgodnie z obietnicą wracam w kąciku recenzji do armii szwedzkiej, gdyż ukazał się właśnie drugi tom pracy ‘The Lion from the North’ autorstwa Michaela Fredholma von Essen. Książka ma podtytuł ‘The Swedish army during the Thirty Years War: Volume 2, 1632-1648’, widzimy więc że dotyczy okresu po śmierci króla Gustawa II Adolfa. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku blogowych recenzji, najpierw przyjrzymy się strukturze pracy, a potem dodam kilka komentarzy od siebie.

Książka otwiera długa chronologia wydarzeń ‘szwedzkich’ w latach 1632-1648, od bitwy pod Lutzen do zakończenia działań militarnych na początku listopada 1648 roku. Następny w krótkim wstępie autor opisuje architekta szwedzkich sukcesów, czyli kanclerza Axela Oxenstiernę. Liczący ponad 120 stron rozdział pierwszy poświęcony jest kolejnym operacjom armii szwedzkiej w tytułowym okresie. Autor opisuje tu po kolei kolejne kampanie i najważniejsze bitwy, możemy tez prześledzić zmiany w naczelnym dowództwie armii szwedzkiej: Horn, Bernard Sasko-Weimarski, Baner, Torstensson, Wrangel a na końcu Karol Gustaw. Znajdziemy też tu informacje o składzie i liczebności armii polowych w najważniejszych bitwach, jak Wittstock i II bitwa pod Breitenfeld.

Kolejne rozdziały są już o wiele krótsze, koncentrują się bowiem na wybranych aspektach szwedzkiej wojskowości, często w nawiązaniu do sytuacji sprzed 1632 roku, opisanej w tomie I. I tak w rozdziale drugim poczytamy o zaciągu i liczebności armii szwedzkiej; w rozdziale trzecim o organizacji jednostek na poziomie regimentu i kompanii, a także artylerii i logistyce armii szwedzkiej. Rozdział czwarty omawia uzbrojenie i ekwipunek żołnierzy tej armii. W rozdziale piątym mamy nieco informacji o strojach wojskowych; w szóstym o taktyce i strategii szwedzkich armii; a w siódmy o marynarce wojennej. Ósmy rozdział to nader egzotyczna tematyka, opowiada bowiem o szwedzkich koloniach zamorskich: Nowej Szwecji i Złotym Wybrzeżu. Krótkie podsumowanie ocenia szwedzki wpływa na wojskowość europejską tej doby. Dwie niewielkie aneksy to lista miejscowości w których w 1648 roku Szwedzi mieli swoje siły garnizonowe i krótka notka o niemieckiej rymowance o Oxenstiernie (cytowanej we wstępie do książki).

Tak jak i w pierwszym tomie, godna uwagi jest oprawa graficzna pracy. Po raz kolejny kolorowe plansze z wizerunkami żołnierzy namalował Sergey Shamenkov: mamy tu osiem plansz, każda z dwoma postaciami, a także dodatkową postać z przodu i tyłu okładki. Wszystkie wizerunki z bardzo interesującymi opisami dotyczącymi wyglądu i wyposażenia. Kolejne 23 (tak, to nie literówka) plansze to kolorowe rysunki z kolekcji Riksarkivet, przedstawiające sztandary i kornety armii szwedzkiej w okresie po 1632 roku. Wreszcie ostatnia plansza to kolorowa mapa Świętego Cesarstwa Rzymskiego z podziałem na tzw. ‘okręgi cesarstwa’. W samym tekście czytelnik znajdzie mnóstwo czarno-białych ilustracji – od wizerunków władców i żołnierzy, przez obrazy przedstawiające bitwy, po współczesne zdjęcia zachowanych egzemplarzy broni i ekwipunku. Nie zabrakło i map najważniejszych bitew i teatrów działań.

Przyznam, że ten tom o wiele bardziej przypadł mi do gustu, pewnie dlatego że nie musiałem się zżymać na błędy związane z wojną o ujście Wisły. Bardzo dobrze czyta się zwłaszcza pierwszy rozdział, opisujący działania Szwedów po 1632 roku, co w połączeniu z chronologią i mapami pozwala bez problemu prześledzić wojenne epopeje ich armii. Szczególnie cenne są nieco mniej znane epizody – jak wojna szwedzko-duńska (wojna Torstenssona) czy kolonialne wyprawy do Ameryki i Afryki. Tak jak i w poprzednim tomie autor bazuje przede wszystkim na źródłach drukowanych i opracowaniach, tym razem mamy jednak w tekście sporo list armijnych z poszczególnych kampanii.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to w przypadku tego tomu trzeba mieć. Bardzo ciekawe ujęcie dalszych faz Wojny Trzydziestoletniej, gdzie możemy się zapoznać z operacjami armii szwedzkiej, zmianami w dowodzeniu, taktyce i wyposażeniu żołnierzy. Obydwa tomy jako mini-seria świetnie się uzupełniają i w przystępny sposób opisują armię szwedzką w pierwszej połowie XVII wieku. Do tego naprawdę świetna strona graficzna praca, znacznie ułatwiająca lekturę.