wtorek, 28 września 2010

Malarze znani i nieznani - cz. XI




[podziękowania dla Maxgalla za materiał ikonograficzny w tak dobrej jakości!]
Georg Christian Eimmart Młodszy (1638-1704/1705) – niemiecki rytownik i malarz, pracował w Regensburgu i Norymberdze, gdzie od 1674 roku prowadził szkołę malarską.  Co ciekawe, Eimmart zajmował się także astronomią i matematyką.  Nas jednak może zainteresować jego praca w dziedzinie rytownictwa - w oparciu o szkice D. K. Ehrenstrala, wykonał bowiem serię 63 rycin ukazujących koronację Karola IX w Sztokholmie w 1672 roku. Ryciny te, w opracowaniu G. Eberta, wydano następnie w 1685 roku w Sztokholmie pod tytułem Certamen equestre cæteraque solemnia Holmiæ Suecorum Ao: MDCLXXII .M. Decbr: celebrata cum Carolus XI. omnium cum applausu aviti regni regimen capesseret. Wśród rycin znajdujemy te ukazujące polskie poselstwo wysłane do Szwecji w 1672 roku. Są to przede wszystkim przepiękne ilustracje wspaniałych polskich koni – wraz z bogatym zdobieniem siodeł, uzbrojeniem, skrzydłami przytroczonymi do siodeł, piórami. Nic tylko siedzieć i podziwiać…

poniedziałek, 27 września 2010

Kircholm 1605 - in memoriam


[mam dziwny nastrój, więc będzie nietypowo – acz mam nadzieję, że i tak interesująco…]

Historię piszą zwycięzcy, czyż nie tak mówi stare przysłowie? Dla zwyciężonych pozostaje tylko kilka słów w szkolnym podręczniku nad którym będzie przysypiał znudzony uczeń… to i dwa metry ziemi, którą zasypano zbiorową mogiłę do której wrzucano zwłoki poległych. O tryumfatorach powstaną pieśni, poematy, ich będzie wieczna chwała i sława… przegrani zaś będą szczęśliwi, jeżeli uniosą cało kark z miejsca klęski. Tych którzy zginęli, okryje swym skrzydłem anioł śmierci, a ten przynajmniej będzie sprawiedliwy – nie rozróżni na lepszych i gorszych, zwycięzców i przegranych. Złoży im na czole zimny pocałunek, zabierze ostatnie tchnienie, wsłucha się w końcowe bicie serca. I niezależnie od imienia, pochodzenia i narodowości nie zapomni o nich, nie ominie żadnego. Czytając o słynnych bitwach, wielkich tryumfach i straszliwych porażkach pamiętajmy tych wszystkich, którym nie dane było przeżyć, ginąc w bezimiennej masie za chwałę królów i generałów. Dla wszystkich poległych na równinie pod Kircholmem 27 (czy 17 jak kto woli) września Roku Pańskiego 1605…

Książę Fryderyk Luneburski, który oburzony przed bitwą na zarzut o tchórzostwo miał powiedzieć do Karola IX – Niesłusznie mię, królu, nazywasz tchórzem i niewiastą. Wtenczas będę takim, kiedy dziś z placu, jak ty nieraz, ucieknę. Na dowód tego, że się Polaków nie lękam, zsiadam z konia i pieszo mój regiment przeciwko nim powiodę. Próbował uratować swych knechtów, prowadząc pikinierów w próbie przedarcia się przez otaczającą ich jazdę litewską. Rotmistrz Tomasz Dąbrowa dopadł go i w scenie żywcem wyjętej z poematu Homera ciął pałaszem przez głowę, następnym ciosem odrąbując rękę szwedzkiego oficera. Jak napisał po bitwie hetman Chodkiewicz ubolewam zaś najwięcej nad losem ks. Luneburskiego Fryderyka, którego w kwiecie młodości, a w żołnierstwie mało ćwiczonego, Karol ks. Sudermanii jako ofiarę na rzeź wystawiając, na czele piechoty swej stanąć przymusił.

Towarzysz husarski Strepkowski, z chorągwi rotmistrz Wojny, którego wiernego Pałasza zabiła muszkietowa kula wystrzelona przez szwedzkiego knechta z regimentu Stuarta. Nim litewski husarz zdołał się podnieść z ziemi, trzy kolejne kule zadały mu śmiertelne rany. Padł tuż przy swym rumaku, umierając ostatnim gestem pogładził jeszcze wyciągniętą szyję zabitego wierzchowca. Zawsze razem, nawet u bram śmierci…

Carl Frederiksson Piper, z Aspelands w prowincji Kalmar. Szwedzki rajtar służący w Hovfanan ujrzał swoją śmierć w lufie pistoletu który wymierzył w niego litewski husarz. Piper szepnął tylko ‘Brigitta’ - imię ukochanej  która już nigdy nie miała go zobaczyć – po czym świat eksplodował w huku wystrzału.

Bracia Jurahowie – na polu walki zawsze razem, pilnując jeden drugiego jak przykazał ojciec leżąc na łożu śmierci. Pierwszy padł Jan, przeszyty pałaszem inflanckiego kirasjera z Dorpatu. Adam pomścił brata, jednak wtedy  kolejny Inflantczyk zajechał go z boku, strzelając z pistoletu w twarz. Po bitwie znaleziono braci leżących ramię w ramię, z twarzami zwróconymi w stronę wroga.

Anders Lenartsson, doświadczony szwedzki oficer odradzający Karolowi IX stoczenie bitwy, wypełnił jednak swój żołnierski obowiązek do końca. Próbując uspokoić panikujących knechtów zsiadł z konia, z piką w ręku walczył w szeregu prostych żołnierzy. Jego pikinierów złamali husarze, jeden z Litwinów zranił go ciosem szabli. Lenartsson padł na kolana, krew zalewała mu twarz, ale wciąż nieugięty wyciągnął przed siebie pałasz, rzucając wyzwanie przeciwnikom. Gdyby go rozpoznano, być może wpadłby do niewoli, jednak kolejny z husarzy pochylił się w siodle i przeszył go koncerzem. Chodkiewicz uhonorował poległego generała kiedym Lennartssona w kościele katedralnym ozdobnie pogrześć rozkazał.

Maćko,  młody pocztowy towarzysza Skalskiego z chorągwi husarskiej Teodora Lackiego. Kula strzaskała mu kolano, szok i upływ krwi powoli ucinały nić jego żywota. Skalski trzymał go w ramionach, odmawiając modlitwę, którą ostatnim tchnieniem  powtarzał czeladnik. Nie wybrzmiało jeszcze  ‘amen’, gdy towarzysz delikatnym gestem zamknął niewidzące już oczy chłopaka.

Axel Henriksson  Roos, z Lojo w prowincji Nyland. Uciekając po szarży straszliwej husarii porzucił zmęczonego konia, zabierając ze sobą tylko pałasz i jeden pistolet. Zabłądził w nieznanej sobie okolicy, potknął się lądując z twarzą w błocie. Kiedy się podniósł, ujrzał jak zbliżała się do niego  grupka łotewskich chłopów, dzierżących w dłoniach cepy i kosy. Wiedział, że nie będzie z ich strony miłosierdzia, jednak po wszystkim czego tego dnia widział nie chciał już walczyć. Wyciągnął zza pasa pistolet, przystawił sobie do brody, modląc się w duchu, by zdołał wystrzelić. Bóg czasami spełnia nawet najdziwniejsze nasze modlitwy…

Otto von Sacken, rotmistrz pospolitego ruszenia z powiatu piltyńskiego, który u boku ks. Fryderyka Kettlera nadciągnął na pole bitwy tuż przed rozpoczęciem walki. Poprowadził do boju piltyńskich i litewskich piechurów.  Na białym koniu, w pięknej szmelcowanej zbroi, acz bez hełmu by żołnierze lepiej słyszeli jego komendy. Muszkietowa kula trafiła go w twarz, w jednej chwili osunął się z kulbaki na ziemię. Gdy dobiegli do niego najbliżsi knechci, Sacken już nie żył.

Inflancki szlachcic Henryk Wrede, uciekający wraz z Karolem IX w stronę okrętów. Ścigający Litwini zmasakrowali przybocznych rajtarów, roznosząc kornet w bitewnej furii. Ranny koń króla odmówił jednak posłuszeństwa. Wrede, widząc nadciągających litewskich jeźdźców, nie zawahał się. Oddał własnego fryza Karolowi, sam stanął na drodze pościgu. Nie miał najmniejszej szansy, ginąc na szablach husarzy i Tatarów, jednak uratował swego monarchę.

Książęta, szlachcice, czy zwykłe ciury – kim by nie byli, pamiętajmy o nich, wszak historia zawsze pisana jest krwią dzielnych ludzi…

niedziela, 26 września 2010

Friendly fire/fratricide/blue-on-blue



Określenie ‘przyjacielski’ lub ‘bratobójczy ogień’ zwykło się kojarzyć przede wszystkim z przypadkami przypadkowego ostrzału czy bombardowania własnych sił w toku XX i XXI-wiecznych wojen. Jest to jednak oczywiście zjawisko o wiele starsze, chciałbym więc przedstawić kilka przypadków z mego ulubionego XVII wieku. Biorąc pod uwagę, jak podobnie do siebie (ubiory, wyposażenie) wyglądali w owym czasie żołnierze walczących ze sobą armii (zwłaszcza w Europie Zachodniej podczas Wojny Trzydziestoletniej) o tragiczne i nierzadko krwawe przypadki w bitewnej kurzawie nietrudno…

W bitwie pod Zablati (Radomilicami) w 1619 roku protestancka jazda hrabiego Mansfelda zmuszona została do ustąpienia przez kirasjerami walońskimi. Rajtarzy hrabiego wycofali się w stronę własnej piechoty, licząc na wsparcie ogniowe i osłoną na czas zebrania się i przegrupowania. Knechci zareagowali jednak nerwowo, na widok nadjeżdżającej jazdy natychmiast wystrzelili z muszkietów, tak że więcej ich sama postrzeliła [piechota Mansfelda] niż nieprzyjaciel.

Dużego pecha mieli cesarscy kirasjerzy i arkabuzerzy w bitwie pod Trzcianem w 1629 roku – polscy husarze i kozacy w ferworze walki rzucili się bowiem i na swych sojuszników, nie mogąc ich odróżnić od Szwedów. Dostało się i cesarskim w tamtej bitwie od naszych zajuszonych, bo między Niemcem naszym [czyli cesarskim] a Szwedzkim w zamieszaniu trudno rozeznać było, kto swój a kto nieprzyjacielski i zabito tak kilku żołdaków cesarskich, aż potym cesarscy napominali, gdy widzieli naszych bieżących ku sobie wołali: Jezus Marja Kaizers. Rozeźlony generał Arnim miał napisać w swoim liście-raporcie pobitewnym, że ofiarą Polaków padło więcej niż 20 jego żołnierzy.

Nietypowym przykładem (czy można go w ogóle zaliczyć do ‘friendly fire’?) jest sytuacja z bitwy pod Batohem w 1652 roku. Polska jazda został tam bowiem zmuszona do odwrotu i część spośród kawalerzystów, zamiast powrócić do obozu, postanowiła uciec z pola walki. Hetman Kalinowski miał wtedy rozkazać muszkieterom piechoty cudzoziemskiej otwarcie ognia do uciekinierów. W kilku źródłach z epoki znajdujemy wzmiankę o tym incydencie, jednak w tychże źródłach mocno podzielone są zdania co do faktycznych strat jakie od owego ostrzału ponieśli kawalerzyści. Niektórzy autorzy twierdzą, że ogień z muszkietów zebrał krwawe żniwo, spotykamy się też i z opinią, że strzelano li i jedynie na postrach. Tak czy inaczej jest to smutna historia z tragicznej bitwy…

W bitwie pod Szkłowem w 1654 roku jeden z moskiewskich regimentów rajtarii oddał wielką przysługę Litwinom, w toku walki strzelając do własnych żołnierzy. To nam przy łasce Bożej pomogło, że Rajtariej nieprzyjacielskiej, której wszytko zbrojnej bardzo wiele miał, półk jeden dał do Moskwy ognia. Czy się omylili, bo już ciemno było, czy tćż z inszej jakiej przyczyny, wiedzieć nie możemy, dla czego w sam gorący bój do konfuziej i to pomogło nie lada jako. Bez wątpienia musiało to zaskoczyć znienacka ostrzelane oddziały i zachwiać ich pewnością siebie.

7 czerwca 1656 roku w czasie szturmu Warszawy doszło do tragicznego incydentu. Atak prowadziła luźna czeladź, za którą posuwały się oddziały piechoty cudzoziemskiej. Muszkieterowie mieli osłaniać ogniem wdzierającą  się na mury hałastrę gdy wtem kiedy nasi pod mury podstępować mieli, oni [piechota cudzoziemska] zdrajcy, gdy nasi już na mury weszli, ognia do nich potężnie dali, że ledwo się który na murze został. W skutek takiego ‘wsparcia’ Szwedzi byli wstanie odeprzeć atak i odrzucić szturmujących. Samo wydarzenie może dziwić, zapewne w zamieszaniu towarzyszącym atakowi żołnierze źle zrozumieli komendę i oddali przedwczesną salwę.

To tylko kilka przykładów ‘na dobry początek’, zapewne jeszcze wrócimy kiedyś to tego tematu…

Na służbie wroga - cz.II



Na jutrzejszą rocznicę bitwy pod Kircholmem przygotowuję coś specjalnego, dzisiaj jednak krótki notka – przypomnienie. O czym nie każdy wie, w skład armii szwedzkiej walczącej w tej bitwie weszły dwa oddziały złożone z Polaków i Litwinów. Były to  fänikor (kompanie) dowodzone przez Påvfela (zapewne Pawła) Stilickena i Tidemana Schro (inna wersja nazwiska to Skrowe). Kompania tego pierwszego miała stan etatowy 194 żołnierzy, ale tylko 97 z nich miało brać udział w bitwie. Z kolei kompania Schro stanęła do boju w sile 81 żołnierzy. Obydwa oddziały weszły w skład regimentu Andersa Lennartssona, czyli przyszło im walczyć w centrum szyku szwedzkiego. Nie są mi znane dalsze losy tych kompanii, jednakże trzeba pamiętać, że regiment Lennartssona poniósł  ciężkie straty w walce przeciw husarii litewskiej, min. zginął sam dowódca, walczący pieszo z piką w ręku. Dziwne koleje losu musiały owych polskich i litewskich żołnierzy (przynajmniej część z nich mogła pewnie wcześniej służyć w inflanckich garnizonach) rzucić na służbę u Karola IX, gdzie zapewne przyszło im zginąć z rąk rodaków w słynnej bitwie…

sobota, 25 września 2010

Biłem się, przegrałem, zwyczajna to rzecz...


Napisałem ostatnio kilka słów o chorągwiach hetmana Radziwiłła, walczących w tragicznych bitwach latem 1654 roku przeciw siłom moskiewskim. Kontynuując ten temat, chciałbym się dzisiaj zająć częściową identyfikacją (na tyle na ile pozwalają mi moje zasoby źródeł) jednostek armii litewskiej walczących pod Szkłowem,  Szepielewiczami (Ciecierzynem) i Cercami. Litewskie źródła opisujące owe starcie wymieniają wiele oddziałów, niestety przede wszystkim w kontekście ciężkich strat. Na ile jest to możliwe, postaram się teraz te oddziały wymienić. Podane w nawiasach liczby to stany etatowe – oczywiście stany faktyczne były o wiele niższe, zwłaszcza po krwawym starciu pod Szkłowem. W przypadku kilku oddziałów brak potwierdzenia źródłowego, że walczyły pod Szepielewiczami, jednakże jako że widzimy je pod Szkłowem, gdzie poniosły straty, z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że walczyły i w kolejnych bitwach. Armia pod komendą hetmana Radziwiłła była wszak niewielka, zapewne wszystkie dostępne oddziały (poza garnizonami) wzięły udział w kampanii – bez wątpienia wszystkie chorągiew husarii, gros chorągwi kozackich i tatarskich, a także praktycznie cała dostępna dragonia.
- kozacka (pancerna) chorągiew hetmana Radziwiłła pod porucznikiem Aleksandrem Mierzeńskim (150 koni) – oddział ten poniósł spore straty pod Szkłowem, jak już pisałem na blogu został zdziesiątkowany osłaniając hetmana pod Cercami
- hetmańska chorągiew husarii (159 koni) – źródła potwierdzają jej udział pod Szkłowem, gdzie poniosła ciężkie straty
- chorągiew husarii Hrehorego Mirskiego, strażnika litewskiego pod porucznikiem Hieronimem Mirskim (83 konie) – porucznik zginął pod Szkłowem,
- chorągiew husarii Aleksandra Hilarego Połubińskiego, podstolego wielkiego litewskiego,  (122 konie) – wchodziła w skład pułku Połubińskiego, który osłaniał odwrót armii spod Szepielewicz
- chorągiew kozackiego tegoż, pod porucznikiem Konstantym Kotowskim  (120 koni) – jak wyżej
- chorągiew kozacka Jerzego Niemirycza, podkomorzego kijowskiego (100 koni)   pod porucznikiem Niemstą – porucznik zginął pod Szkłowem
- chorągiew kozacka Samuela Wysockiego (100 koni) – walczyła w straży przedniej pod Szepielewiczami
- chorągiew kozacka Jana Bychowca, starosty trockiego (120 koni) – jak wyżej, w bitwie zginął jego porucznik (Helzbon?)
- Jerzego Karola Hlebowicza, starosty żmudzkiego, pod porucznikiem Samuelem Kmicicem (120 koni) – jak wyżej
- podkomorzego rzeczyckiego – nie znalazłem nikogo o takim tytule, wydaje mi się jednak, że może tu chodzić o chorągiew kozacką Jerzego Władysława Judyckiego, marszałka rzeczyckiego (120 koni) – jak wyżej
- chorągiew kozacka Chryzostoma Jundziłła (86 koni) – rotmistrz poległ w walce
- regiment dragonii hetmana Radziwiłła pod Hermanem Ganzkopfem (Ganskofem) (200 porcji) – jednostka walczyła także pod Szkłowem, w czasie odwrotu spod Szepielewicz, jak cała dragonia litewska, oddział poniósł ciężkie straty
- regiment dragonii ks. Bogusława Radziwiłła pod Eberhardem Puttkamerem (700 porcji) – dołączył do armii po Szkłowie, ciężkie straty po Szepielewiczach
- regiment dragonii Ernesta Jana Korffa (750 porcji) – walczył pod Szkłowem, ciężkie straty po Szepielewiczach
- być może  pod Szepielewiczami walczył także regiment dragonii Erdmana von Gantzkov (Gantzkopf, Ganskof) (400 porcji)
- regiment rajtarii hetmana Radziwiłła pod obersztlejtnantem Ernestem Sackenem (660 koni) – Sacken został wzięty do niewoli, chociaż pierwsze relacje po bitwie stwierdzały że zginął
- regiment piechoty cudzoziemskiej hetmana Radziwiłła pod obersztejtnantem Janem von Ottenhausenem (1050 porcji) – oddział ten miał zostać zniszczony pod Cercami regiment Xcia Jmci samego pieszy, cudownie dobry i potężny, w pień wysieczony
- regiment piechoty cudzoziemskiej Jerzego Niemirycza pod Bogusławem Przypkowskim (1000 porcji) – jednostka miała ocaleć pod Cercami bez większych strat
- chorągiew piechoty węgierskiej hetmana Radziwiłła pod kapitanem Samuelem Juszkiewiczem (200 porcji) – oddział ten uratował hetmana w czasie przeprawy pod Cercami
- chorągiew piechoty węgierskiej hetmana Radziwiłła pod kapitanem Janem Dmochowskim (100 porcji)
- dwie niezidentyfikowane chorągwie piechoty węgierskiej – poza chorągwiami hetmańskimi garnizonami Dubrowny i Homla mogłyby to być tylko roty Marcina Błędowskiego i ks. Bogusława Radziwiłła
Lista nie jest zbyt długa, niemniej jednak porównując ją z dostępnymi spisami armii litewskiej z jesieni 1654 roku widzimy tu wszystkie trzy chorągwie husarii spod komendy hetmana Radziwiłła, a także praktycznie całą dragonię i piechotę nie pozostawioną na garnizonach. Relacje wspominają także o ciężkich stratach dragonii i rajtarii litewskiej pod Cercami – dragonia jest dosyć dobrze zidentyfikowana, być może więc oprócz regimentu rajtarii hetmana walczyły tam także samodzielne roty rajtarskie (każda po 120 koni) Ernesta Jana Korffa, Teofila Schwarzhoffa i Jerzego Teodora Tyzenhauza.
Oczywiście będę wdzięczny za wszelkie komentarze, uwagi czy sugestie dotyczące innych oddziałów…

czwartek, 23 września 2010

Barwa gwardii JKM - cz. II

28 listopada 1655 roku pomiędzy Siewierzem a Będzinem siłom szwedzkim (regiment rajtarii Wacława Sadowskiego) udało się przechwycić regiment koronnej gwardii pieszej Jana Kazimierza, dowodzony przez obersztera Fromholda Ludinghausena von Wolffa. Jednostka ta wczesną jesienią tegoż roku wchodziła w skład garnizonu Krakowa, na mocy umowy kapitulacyjnej z 17 października otrzymała prawo pobytu na pograniczu ze Śląskiem. Szwedzi groźbą i prośbą (a raczej zaliczkami wypłacanymi a konto służby u JKM Karola X Gustawa) udało się namówić niemal całość regimentu (poza kilkoma oficerami) do przejścia na służbę szwedzką. 8 kompanii regimentu, gdyż tyle brało udział w obronie Krakowa, przeformowano w regiment przyboczny feldmarszałka Arvida Wittenberga i wysłano pod Jasną Górę, jako część sił oblegających klasztor.
Tyle tytułem wstępu, wszak cykl nie o tym. Co prawda o barwie regimentu nie mam żadnych nowych informacji, za to znalazłem ciekawą rzecz o sztandarach. W Armemuseum w Sztokholmie [sygnatury ST 28:34 do ST 28:42] znajduje się bowiem komplet 8 sztandarów (czyli tyle ile było kompanii przejętych do służby szwedzkiej) identyfikowanych jako należące właśnie do regimentu gwardii. Płótna sztandarów mają długość 190-218 cm i wysokość 173-181 cm (jak widać nie są jednakowe). Sztandar kompanii obersztera Wolffa jest z białej tafty, pozostałe z błękitnej tafty; wszystkie mają ukośny żółty krzyż, u góry sztandaru umieszczono także niewielki krzyż Św. Jerzego (tak na rewersie jak i awersie). Na awersie,  pośrodku żółtego krzyża,  widnieje wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus, na rewersie zaś (także pośrodku  żółtego krzyża) widzimy herb króla Jana II Kazimierz, a także inicjały ICRPETS. Inicjał pochodzi od łacińskiego Iohannes Casimirus Rex Poloniae Et Sveciae, czyli Jan Kazimierz, Król Polski i Szwecji.
Dzięki dokładnemu opisowi i całkiem nieźle zachowanym wizerunkom jest to zdecydowanie gratka dla reenactorów i wargamerów, także dla wszystkich zainteresowanych wyglądem polskich sztandarów w XVII wieku – tym ciekawsze, że owe chorągwie należały do zasłużonego w boku regimentu gwardii. 

Ścięty i ćwiartowany


29 listopada 1662 roku nieopodal Ostryni zginął hetman polny litewski Wincenty Korwin Gosiewski. Nie dane mu było polec w walce z wrogiem na polu bitwy – rozstrzelali go zbuntowani żołnierze z tzw. Związku Braterskiego. Była to konfederacja wojska litewskiego, zawiązana początkowo w kwestii zaległego żołdu, z czasem wysuwająca także hasła obrony praw szlacheckich, wymierzona w króla Jana Kazimierza i magnaterię. Hetman Gosiewski, jako zagorzały zwolennik króla, dążył do rozbicia Związku Braterskiego i w licu 1662 roku spotkał się w Wilnie z przedstawicielami zbuntowanych żołnierzy. Został jednak przez nich pochwycony i kilka miesięcy potem rozstrzelany.
Cała ta tragiczna afera miała swój krwawy epilog na sejmie na przełomie 1664 i 1665 roku. Przywódcy i wielu uczestników konfederacji (razem ok. 200 żołnierzy) zostali bowiem surowo osądzenia za udział w porwaniu i zamordowaniu Gosiewskiego – liderzy buntu zostali bowiem skazani na karę śmierci. Zacytujmy obrazowy opis z Dyaryusza wyprawy przeciw Moskwie roku 1664, autorstwa Michała Leona Obuchowicza:
Rok ten [1665 – K.] zaczynając na tymże Sejmie, widzieliśmy surowy widok z dekretu Sejmowego ferowany, na tych którzy byli przyczyną zabicia godnej pamięci Jmć Pana Wincentego Gąsiewskiego Podskarbiego Wielkiego i Hetmana Polnego Litewskiego. Był ten feralny akt odprawowany dnia 5 Januaryi [stycznia – K.] 1665 roku. W Warszawie teatrum [tu w znaczeniu szafotu – K.] przed Ratuszem zbudowano, na którym pięciu tracono, pierwszego [Konstantantego] Kotowskiego, który był substytutem [przywódcą– K.] związkowych; dano mu palić pisma, które własną ręką palił, to jest: że manifestował się przedtem iż jawnego zdrajcę doszedł Pana Podskarbiego, i dla tegoż taką śmiercią usus wojska stracić go. Kat mu podżegał rękę trzymającą pisma, potem ścięty został i ćwiartowany po śmierci; po nim tąż śmiercią ścięty i ćwiartowany Stefan Niewiarowski [co ciekawe, oficer ten pod Werkami wpadł do niewoli moskiewskiej wraz z Gosiewskim – K.] , podał (jak mówią) manifestacyą spowiednikowi aby oddał żonie, że niewinnie schodzi; po nim Wychowski, który strzelił do nieboszczyka Pana Podskarbiego, ścięty i ćwiartowany, po nim Narkowicz i Jastrzemski ścięci. Na Towarzystwo którzy podpisali się do śmierci i po śmierci nieodstępować zbrodni popełnionej, wypadł dekret Sejmowy 7 Januari; rozdzieliwszy na trzy części [podzielono ich na trzy grupy – K.] pierwszych którzy podpisali, aby od zasług oddaleni byli do żadnych honorow póki żyją nie byli przypuszczeni, aby nigdzie na publicznych zjazdach stanowczego ani doradczego głosu nie mieli, i gdy będą na pospolitem ruszeniu, aby nie w pierwszych ale w ostatnich stawali szeregach.