niedziela, 29 kwietnia 2012

Mirza-doradca i mirza-nerwus


Współdziałanie polsko-tatarskie w czasie kampanii przeciw wojskom moskiewskim w 1660 roku nie było najłatwiejsze, czasem dochodziło tam do sytuacji tragicznych, czasem do nieco lżejszych w swoim wydźwięku. Bodaj najsłynniejsza anegdota dotyczy hetmana wielkiego Stanisława ‘Rewery’ Potockiego, który został skarcony przez jednego z tatarskich mirzów. Dowodzący wojskami koronnym jeździł bowiem na białym koniu przez linią wojsk, stanowiąc doskonały cel dla moskiewskich puszkarzy. Tatar jeden z dobytą szablą podjechał do Potockiego i upomniał go: twoja Hetmanka, twoja Panka nie trzeba tu. Hetman zaprzestał więc donkiszoterii i wycofał narażone na ciężki ostrzał oddziały.
Druga historia którą chciałbym przytoczyć jest nieco bardziej tragikomiczna. W czasie jednego ze starć z wojskami moskiewskimi Tomasz Karczewski, chorąży wołoskiej chorągwi w armii koronnej, jednemu chorążemu tatarskiemu wyrwał znaczek i przywodził Ordę. Co prawda okoliczności tego przejęcia znaku nie są znane, być może jednak ordyńcy zachwiali się pod ogniem i rotmistrz próbował ich zachęcić do walki? Tak czy inaczej sytuacja ta miała nader specyficzny epilog – owego chorążego swego Murza postrzegłszy, ledwie temuż szyje ni e uciął: a znaczek wyrwał z rąk P. Karczewskiego. Widzimy jak ważne były tego typu symbole, niezależnie od armii, niezależnie od tego czy chodzi o sztandar czy buńczuk.

sobota, 28 kwietnia 2012

Z pająkiem na głowie


Słów kilka o bardzo dziwnym wynalazku z dziedziny uzbrojenia ochronnego, tak zwanym ‘pajęczym hełmie’. Miała to być, przynajmniej w założeniu, idealna ochrona przed cięciami szabli czy pałasza; zachowane egzemplarze pochodzą z drugiej połowy XVII wieku, z Francji i Anglii. Hełm ten nie miał klasycznego nosala, za to dookoła otoka znajdujemy tam dziesięć ‘pajęczych nóg’, które osłaniać miały twarz właściciela. Na zdjęciu u góry widzimy hełm w położeniu bojowym. Z kolei na dole możemy zaobserwować model ‘w spoczynku’, gdzie ‘nogi’ zostały podniesione do góry a ich końce podtrzymane są tam przez dysk na szczycie hełmu. Wchodząc do walki żołnierz przekręcał śrubę,  którą widzimy z przodu hełmu (nad daszkiem), zwalniając dysk i uwalniając ‘nogi’, które opadały tworząc osłonę. Przyznam że nie kojarzę żadnego wizerunku wojaka z epoki w tym cudacznym nakryciu głowy, niewątpliwie jednak jest to interesujący element uzbrojenia ochronnego. 

Powrót do blogowania

Po miesięcznej przerwie postanowiłem wrócić do blogowania. Jak twierdzi moja Lepsza Połowa ma to na mnie wpływ terapeutyczny, a faktycznie czasem zająć głowę hobby a nie skupiać się na problemach... Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze dotyczące blogu, było to niezwykle miłe. Mam nadzieję że uda mi się utrzymać poziom do którego zdążyłem przyzwyczaić Czytelników.

Pozdrawiam

Michał 'Kadrinazi' Paradowski

PS W czasie blogowej nieobecności światło dzienne ujrzał kolejny historyczny podjazd do OiM, autorstwa Rafała i wyżej podpisanego. Tym razem to litewska czata Gosiewskiego, dająca szansę na wystawienie husarii na poziomie 'podjazd'. Gwoli kronikarskiego obowiązku wrzucam link, chociaż rzecz już pewnie wszystkim zainteresowanym dobrze znana:
http://www.ogniemimieczem.wargamer.pl/index.php?option=com_rokdownloads&view=file&Itemid=63&id=27:podjazd-czata-gosiewskiego

poniedziałek, 26 marca 2012

Przerwa

Z powodów osobistych blog na czas nieokreślony uważam za zamknięty - nie będą się pojawiać żadne nowe wpisy. Będę jednak wciąż monitorował komentarze, więc jeżeli pojawią się jakieś pytania dotyczące starszych wpisów odpowiem na nie w miarę możliwości.

Pozdrawiam

Michał 'Kadrinazi' Paradowski

czwartek, 22 marca 2012

Rondasseurs i slazwaard - raz jeszcze

Wspomniałem kiedyś o wyposażeniu szkockich kompanii na służbie Zjednoczonych Prowincji, wymieniając także tarczowników i żołnierzy z dwuręcznymi mieczami: http://kadrinazi.blogspot.co.uk/2011/11/rondasseurs-i-slazwaard.html
Właśnie wpadło mi ciekawe uzupełnienie tego tematu. W sierpniu 1588 roku Stany Generalnie, po konsultacji z wyższymi oficerami armii, sporządziły listę tych broni w które mają być wyposażeni żołnierze piechoty. Oczywiście teoria sobie a praktyka sobie, zobaczmy jednak jak taki urzędowy spis wyglądał.
Kompania piechoty miała składać się ze 150 ludzi: 13 oficerów i podoficerów, 134 szeregowych i 3 służących. Podział knechtów miał być następujący:
- 18 muszkieterów
- 52 arkebuzerów
- 45 pikinierów z uzbrojeniem ochronnym
- 12 halabardników
- 3 rondasseurs (żołnierzy z mieczami i okrągłymi tarczami)
- 4 żołnierzy z dwuręcznymi mieczami
W praktyce w dużej części regimentów nie było mieczników, o wiele mniej także było halabardników. Dowódcy regimentów woleli także widzieć o wielu więcej strzelców w swoich oddziałach.

Problemy techniczne z komentarzami?

Jeżeli ktoś ma problemy z wrzucaniem komentarzy na blog proszę dać znać na mój email:
grimme[at]tlen.pl
chciałbym sprawdzić czy to odosobniony przypadek czy też blogspot sobie coś tu pogrywa ze mną...

środa, 21 marca 2012

Kirasjerzy pana Archibalda czyli gdzie są nasze guldeny?

Szkoci i Anglicy służący w armii Zjednoczonych Prowincji w czasie Wojny Osiemdziesięcioletniej zasłynęli przede wszystkim jako solidni żołnierze piechoty. Zdarzało się jednak od czasu do czasu że próbowano zaciągać ich także jako kawalerzystów. Znalazłem ciekawą wzmiankę o takiej właśnie jednostce konnej. W grudniu 1604 roku kapitan Archibald Ariskey (Erskine) zobowiązał się wobec Stanów Generalnych na zaciągnięcie do 1 marca 1605 roku kompanii jazdy, złożonej ze 100 dobrze wyposażonych kirasjerów, posiadających dobrze wytrenowane konie. Zdawano sobie jednak sprawę, że eskapada będzie niezwykle trudna i droga (oceniano że ok. 30 000 guldenów), głównie z powodu braku odpowiednich koni w Niderlandach, ale także niedostatku odpowiednich kandydatów do służby w kawalerii spośród Szkotów. Kapitan Erskine próbował poprzednio wystawić już kompanię jazdy, jednak zawiódł na tym polu. Zamiast w sierpniu, wystawił ją dopiero w grudniu 1604 roku, do tego zaledwie 70 czy 80 ludzi, z zaledwie 1 (tak, jednym!) koniem zdatnym do służby. Na jego ustawiczne nalegania dano mu jednak szansę na powtórne wystawienia oddziału, zezwalając jednakowoż, by do 30 spośród jego kirasjerów dosiadało kuców (ponies). Urzędnicy niderlandzcy zabezpieczyli się jednak na wypadek problemów z dostępnością koni. Każdy konny żołnierz miał otrzymać 14, a każdy pieszy tylko 7 stuiverów (drobna moneta, dwadzieścia stuiverów dawało jednego guldena) żołdu dziennie. Kapitan miał jednak zastrzeżenie, oto domagał się by pozwolono mu wystawić więcej kuców (ponies)  jakie miała na stanie inna szkocka kompania jazdy, dowodzona przez kapitana Hamiltona. W urzędowymi piśmie zwrócono mu jednak uwagę, że powinien być ukontentowany z ofertą która mu zaproponowano i nie powinien stawiać żadnych warunków. Otóż wszystkie konie oddziału miały w marcu być takiego wzrostu i masy jakiej wymagał regulamin. Kapitan musiał się także zgodzić na to, że jeżeli pierwszego marca nie wystawi pełnej jednostki według ustalonego regulaminu, nie zostanie ona przyjęta na służbę.
Na początku stycznia kapitan zasypywał Stany prośbami o dodatkowe pieniądze na formowanie oddziału. Kompanię formowano w okolicach Utrechtu, stąd też Stany Generalnie wystosowały 21 stycznia 1605 roku list do władz lokalnych w Utrechcie, pytając czy wspierają one rekrutację jednostki Erskine’a. Pytano także ile ma on już koni a także jak jest wyposażona kompania. Szkot jednak nie poddawał się, 5 grudnia wypłacono mu 1200 guldenów na opłacenie żołdu i wyposażenia żołnierzy, przypominając jednak, że ma czas do 1 marca by sformować oddział.
Kompanię bez wątpienia udało mu się sformować, nie była to jednak jednostka która dobrze zapisała się w pamięci Holendrów. 21 maja 1606 roku magistrat Zwolle w liście do Rady Stanów wspominał o żołnierzach kompanii Erskine’a zakwaterowanych w ich mieście jako o biednych i chorych, na dodatek porzuconych przez swojego kapitana, który wyjechał tuż po zakwaterowaniu oddziału i przez długi czas nie powracał. Szkoccy kirasjerzy nie otrzymywali praktycznie żołdu, przez co mieszczanie musieli ich wspierać jedzeniem (tak dla żołnierzy jak i koni). Magistrat oceniał miejskie wydatki na 1000-1200 guldenów, a jako że kapitan Erskine nie powrócił do swoich żołnierzy, którzy niedługo mieli opuścić Zwolle i dołączyć do armii polowej, mieszczanie prosili o interwencję w kwestii uregulowania długi. Zasugerowali wręcz, że póki nie zobaczą swoich pieniędzy, mogą zatrzymać konie [należące do kompanii] jako zabezpieczenie.
Kolejna notka którą znalazłem w związku z ową kompanią pochodzi z grudnia 1608. Jesienią tegoż roku nasz pan kapitan Erskine zmarł (lub poległ), a jak się okazało pozostawił po sobie kolejne długi wobec mieszczan ze Zwolle. Do tego jego kompania nie była opłacana od dwóch miesięcy, zapewne więc pan Archibald chował to i owo do swojej sakiewki. Stany Generalne wysłały do Zwolle komisarza Doubblet, który przeprowadził popis i nadzorował zwinięcie kompanii. Jak się okazało aż 42 mieszczan ze Zwolle oczekiwało na swoje pieniądze, tak od zmarłego Erskine’a jak i od niektórych jego żołnierzy. Domagali się więc oni by zaległy żołd wypłacono Szkotom w obecności grupy reprezentantów miasta, tak by mogli odebrać od żołnierzy należne im sumy.
Interesujący to wątek, ukazujący że nawet w słynnych z regularnego płacenia najemnikom Zjednoczonych Prowincjach żołnierze często mieli problem z ujrzeniem swoich guldenów, co oczywiście nie wpływało najlepiej na relacje z okoliczną ludnością.