XVII-wieczny żołnierz mógł czasami mieć problem z połapaniem się w której armii (w danym momencie) służy. Idealny przykład to kariera naszego dobrego znajomego Patricka Gordona. Poniżej krótka ściągawka ukazująca jak często zmieniał barwy klubowe:
Wojskowość europejska XVI-XVIII wieku [dużo], wargaming historyczny [odrobinę], a także co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy...
wtorek, 30 stycznia 2018
niedziela, 28 stycznia 2018
Historyk o(d)powiada... Konrad Bobiatyński
Jak co niedziela, pora na kolejną odsłonę cyklu z ‘wywiadami’
z historykami. Dziś na kilka pytań odpowie dr hab. Konrad Bobiatyński (1977),
od 2006 r. adiunkt w Zakładzie Historii Nowożytnej Instytutu Historycznego
Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie w 2001 r. obronił pracę magisterską, 2006 r.
– doktorat, 2017 r. – habilitację. Listę najważniejszych publikacji dra
Bobiatyńskiego można znaleźć na stronie UW, warto się z nią zapoznać jeżeli ktoś
chciałby sobie uzupełnić historyczną biblioteczkę o ciekawe książki i artykuły.
1.W jaki sposób
zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby
się nią zajmować zawodowo?
Moja przygoda z historią rozpoczęła się już dosyć dawno
temu. Choć rodzice mają wykształcenie ścisłe (ojciec inżynier po politechnice,
mama – informatyk), a w domu raczej nie było zbyt wielu książek historycznych,
to nawet te nieliczne potrafiły we mnie rozbudzić pasję do poznania dziejów
ojczystych. Pierwszy bogato ilustrowany komiks, zresztą o tematyce wojskowej,
stworzyłem już w wieku 10 lat, namiętnie rysowałem też mapy dawnej
Rzeczypospolitej (milion kilometrów kwadratowych zawsze działało na wyobraźnię!),
jak i plany naszych wielkich zwycięskich bitew z XVI i XVII wieku. W szkole podstawowej
i liceum był to jedyny przedmiot, który nigdy nie sprawiał mi żadnych trudności,
a był prawdziwą pasją. Chyba już w drugiej klasie liceum zdecydowałem się
ostatecznie na studia historyczne, choć – jako finalista i laureat olimpiady
historycznej – miałem wstęp bez egzaminów na wszystkie kierunki humanistyczne.
Ale cóż, często w życiu kierowałem się sercem nie rozumem, czego akurat w tym
wypadku nigdy nie żałowałem.
Inna sprawa, to korzenie rodzinne, które zapewne w dużym
stopniu zadecydowały, iż zająłem się historią Wielkiego Księstwa Litewskiego. Moja
rodzina pochodzi z okolic Sokala na Wołyniu, ale praszczur w 13 pokoleniu w
1620 r. za zasługi wojenne otrzymał od Zygmunta III nadania na Smoleńszczyźnie
i w Newlu i przeniósł się na Litwę. Prawdziwym strażnikiem pamięci i świadkiem
historii w mojej rodzinie był dziadek Zygmunt Bobiatyński, urodzony w 1908 roku
w guberni witebskiej jako poddany cara Mikołaja II. Przeżył on naprawdę dużo i
to nie tylko dlatego, że żył bardzo długo (zmarł w 2007 r. mając prawie 99 lat)
– poprzez I wojnę światową, rewolucję bolszewicką, wojnę 1920 roku, a wreszcie
kampanię 1939 roku, w której walczył jako oficer 19 pułku artylerii lekkiej i
został ciężko ranny niedaleko od Radomia w miejscowości Ryczywół. Jego
opowieściom na temat epoki, której kres przyniosła II wojna światowa,
zawdzięczam z pewnością moje pierwsze litewskie pasje i zainteresowania, które
dane mi jest teraz naukowo rozwijać.
2. Który postać
historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Jeżeli chodzi o czasy nowożytne, to chyba Jan Zamoyski –
człowiek, który skupiał w sobie wszystkie cechy wybitnego męża stanu. Był
dobrym dyplomatą, z reguły sprawnie radził sobie w polityce wewnętrznej. Bardzo
cenię go jako dowódcę wojskowego, umiejącego prowadzić działania militarne w
sposób metodyczny, przy zabezpieczeniu logistyki. Świetny organizator i
gospodarz, charyzmatyczny patron dla swojej klienteli. Szkoda, że nie wybrano
go na tron Rzeczypospolitej po śmierci Stefana Batorego.
Natomiast z hetmanów litewskich zdecydowanie najwyżej cenię
Jana Karola Chodkiewicza.
Ale muszę tu dodać, iż epoka staropolska w dawniejszych
czasach była tylko jedną z moich historycznych pasji. Zainteresowania czasami
napoleońskimi, którym poświęciłem zresztą swój pierwszy artykuł naukowy,
wynikały z ogromnej fascynacji postacią cesarza Francuzów i księcia Józefa Poniatowskiego.
Do dzisiaj czytam mnóstwo książek poświęconych II wojnie światowej, a
szczególnie Powstaniu Warszawskiemu, a moimi młodzieńczymi idolami byli
żołnierze Szarych Szeregów – batalionów „Zośka” i „Parasol”, z których
nielicznych zresztą dane mi było osobiście poznać.
3. Może się Pan się
cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia
lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Może Janusza Radziwiłła w obozach wojska litewskiego w 1655
roku pod Mohylewem, czy też Wilnem, aby poznać motywy decyzji o oddaniu Litwy
pod protekcję Szwedów, decyzji która „zapewniła” mu miano jednego z
największych zdrajców w historii Polski.
A może Michała Kazimierza Paca. W końcu biografista zawsze
chętnie przepytałby bohatera swoich prac o tyle niejasnych szczegółów z jego
życia. Czy rzeczywiście pojedynkował się z młodym Sobieskim o serce pewnej
panny, co miało stać się zarzewiem ich późniejszej nienawiści? Czemu nigdy się
ożenił? Czy przeżywał dylematy moralne, spiskując przeciwko Janowi III z
elektorem brandenburskim i carem moskiewskim, czy też działania te uważał za
patriotyczny obowiązek?
4. Z której spośród
swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
W sumie się ich zebrała już niemal setka. Do wielu z nich
mam sentymentalny stosunek, bo kojarzą mi się z pewnymi ważnymi etapami życia i
pracy naukowej. Moja pierwsza książka, napisana na bazie pracy magisterskiej (Od Smoleńska do Wilna. Wojna Rzeczypospolitej z Moskwą 1654-1655,
wyd. „Infort”, Zabrze 2004), uchyliła drzwi do grona zawodowych badaczy epoki
nowożytnej, a szczególnie wojskowości staropolskiej. Doczekała się potem kilku
tłumaczeń na język białoruski i choć zdaję sobie doskonale sprawę, iż dzisiaj
właściwie należałoby ją napisać na nowo, to stanowiła całkiem fajny debiut w ukochanym
zawodzie i . Z kolei doktorat (wydany po dwóch latach jako książka Michał Kazimierz Pac – wojewoda wileński,
hetman wielki litewski. Działalność polityczno-wojskowa, wyd. „Neriton”,
Warszawa 2008) ugruntował moją pozycję zawodową, nie tylko jako historyka
wojskowości, ale przede wszystko lituanisty i „de facto” zapewnił przyjęcie do
pracy na Uniwersytecie Warszawskim. Oczywiście z czasem człowiek powinien się
rozwijać i dlatego za dzieło zdecydowanie bardziej dojrzałe pod względem
warsztatu naukowego i poziomu refleksji naukowej uważam moją ostatnią książkę,
która stała się podstawą habilitacji (W
walce o hegemonię. Rywalizacja polityczna w Wielkim Księstwie Litewskim w
latach 1667-1674, wyd. „Neriton”, Warszawa 2016). Stosunkowo niewiele w
niej historii wojskowości, bo tematem jest analiza litewskiej sceny politycznej w okresie od śmierci królowej Ludwiki
Marii aż po początek panowania Jana III Sobieskiego, mechanizmów funkcjonowania stronnictw
magnackich oraz metod prowadzenia walki politycznej. Bardzo dumny jestem też z
wydanej razem z kolegami w czerwcu monumentalnej pracy zbiorowej (Hortus bellicus. Studia z dziejów
wojskowości nowożytnej), dedykowanej Naszemu Mistrzowi, a także z
opublikowanego w niej artykułu, poświęconemu mojemu przodkowi Mikołajowi
Bobiatyńskiemu, rotmistrzowi w armii koronnej za czasów Zygmunta III. Na temat
jego życia zbierałem materiały przez ostatnie 15 lat.
5. W toku swojej
edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich
wywarł na Panu największy wpływ?
To niezwykle ciężko ocenić. Od ponad 20 lat jestem związany
z Instytutem Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie najpierw
studiowałem, następnie pisałem doktorat, a teraz już dwunasty rok pracuję na etacie
naukowym. Jest to wspaniałe miejsce na ziemi, gdzie poznałem wielu wspaniałych
ludzi. Mogłem tu jeszcze spotkać nieżyjących już dzisiaj wybitnych naukowców,
jak Aleksander Gieysztor, czy też Antoni Mączak. Na studiach uczęszczałem na wykłady
najlepszych polskich mediewistów i nowożytników (Henryk Samsonowicz, Karol
Modzelewski, Tadeusz Wasilewski, Jacek Banaszkiewicz) i każdy z nich w jakiś
sposób wpłynął na ukształtowanie moich zainteresowań naukowych. Umiejętności
warsztatowe nabywałem z kolei na ćwiczeniach u młodego, niezwykle zdolnego
pokolenia badaczy – Dariusza Kołodziejczyka, Michała Kopczyńskiego, Igora
Kąkolewskiego – dzisiejszych tuzów naszej historiografii nowożytnej. Ale w tym
miejscu chciałbym wspomnieć o dwóch osobach. Pierwsza to zmarły w 2006 roku prof.
Jarema Maciszewski, z powodu którego ostatecznie wybrałem seminarium
magisterskie poświęcone wojskowości staropolskiej (w grę wchodziło jeszcze
średniowiecze). Był to człowiek ogromnej wiedzy, erudycji, charyzmy,
przedwojennej kultury. Można powiedzieć, ostatni epigon szlacheckiej
Rzeczypospolitej, który zarażał młodych ludzi swoimi pasjami, jak również
hipnotyzował opowieściami ze swojego barwnego życia. Razem z nim seminarium
prowadził młody wówczas prof. Mirosław Nagielski, mój późniejszy Mistrz. Od
razu zaimponował nam ogromną energią, optymistycznym podejściem do życia,
przyjacielskim stosunkiem do studentów, a także warszawską gwarą, którą się
biegle posługiwał. Z czasem udało mu się skupić wokół siebie całkiem liczną
grupę młodych osób, które od kilkunastu lat stopniowo pną się na szczeblach
kariery naukowej. Są w tym gronie m.in. mój najbliższy towarzysz w badaniach
nad dziejami Wielkiego Księstwa Litewskiego (Krzysztof Kossarzecki), koledzy z
tego samego roku studiów (Przemysław Gawron, Andrzej Majewski), Piotr Kroll,
Dariusz Milewski, Andrzej Haratym – osoba niezwykłej wiedzy, ale i oryginalności,
a także przedstawiciele młodszego pokolenia, jak Andrzej Przepiórka, Zbgniew
Hundert, Zbigniew Chmiel, czy też Karol Żojdź.
Na koniec chciałbym wspomnieć, iż wielkim autorytetem dla
mnie jako lituanisty, jest prof. Andrzej Rachuba z Instytutu Historii PAN,
najwybitniejszy żyjący badacz Wielkiego Księstwa, osoba o ogromnej wiedzy i
ogromnym dorobku, który stanowi dla mnie wzór rzetelności naukowej.
6. Dużo młodych ludzi
czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych.
Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Ja należę jeszcze do pokolenia, które w przeszłości nie
korzystało raczej z takich zdobyczy techniki. Niewątpliwie cieszy, iż
przyczyniają się one do popularyzacji wiedzy historycznej, niestety często
spłyconej i pozbawionej jakiejkolwiek refleksji, czy też weryfikacji. Ale
przyznam się, iż inaczej oceniam niektóre blogi internetowe, gdzie dosyć często
można natknąć się na inspirujące dyskusje pasjonatów historii wojskowości, nie
pozbawione wartości merytorycznej. Niegdyś śledziłem wpisy na blogach
historyków rosyjskich, ostro i wytrwale dyskutujących na temat różnych aspektów
wojny Rzeczypospolitej z Państwem Moskiewskim, aby uzupełnić swoją wiedzę na
temat stanowiska historiografii naszego wschodniego sąsiada na temat niektórych
interesujących mnie zagadnień.
7. Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych
historyków?
Przede wszystkim należy zacząć od wszechstronnej nauki
tajników warsztatu naukowego historyka, a dopiero później podjąć pierwsze próby
pisarskie. A poza tym – praca, praca, jeszcze raz żmudna codzienna praca w
archiwach i bibliotekach, bo dopiero po kilku latach obcowania ze źródłami
rękopiśmiennymi historyk jest w stanie coś nowatorskiego wnieść do
dotychczasowego stanu wiedzy. Do tego skrajny krytycyzm – i do źródeł, do
własnej osoby i własnych dokonań, jak i głęboka pokora w stosunku do tajemnic
przeszłości, którą dane nam jest się zajmować. A wreszcie życzę wyboru takich
pól badawczych i tematów, które pozwolą na pełne rozwinięcie własnych pasji i
znalezienie własnego miejsca w sztafecie pokoleń polskich historyków. Ale nigdy
poprzez drogę na skróty, tak często wybieraną dzisiaj przez młode pokolenie.
8. W czasie wolnym
najbardziej lubi Pan…
Tutaj chyba jestem całkiem normalnym człowiekiem. Kocham
wycieczki rowerowe, czy to po różnych ciekawych miejscach w Warszawie, czy też
po podwarszawskich okolicach. Kiedyś kolejną miłością były góry, które jednak
bardzo zaniedbałem w ostatnich latach. Liczne wyjazdy na kwerendy naukowe, czy
też konferencje namiętnie wykorzystuję na poznawanie kolejnych turystycznych
atrakcji, uwielbiam też wycieczki do krajów śródziemnomorskich, choć tu mam
jeszcze dużo do nadrobienia. W domu lubię oglądać transmisje sportowe, przede
wszystkim piłkę nożną, siatkówkę, piłkę ręczną, lekkoatletykę, skoki
narciarskie, biathlon. A poza tym czasami, ale nie za często kino, częściej
fajna książka, dobre jedzenie i spotkania z przyjaciółmi.
sobota, 27 stycznia 2018
O jeden pojedynek pięć dusz zginęło
Podczytuję sobie właśnie zbiór źródeł Kampania żwaniecka 1653 roku. Diariusze i relacje wojenne. Osoba
redaktora – Dariusza Milewskiego – gwarantuje wysoki poziom edycji i naprawdę
ułatwia odbiór XVII-wiecznych tekstów. Wśród zapisków dotyczących tej
nieszczęsnej kampanii, znalazłem ciekawy zapisek dotyczący jednego z ulubionych
tematów blogowych, czyli pojedynków. Oddajmy głos anonimowemu autorowi Krótkiej narratywy… który opisze nam
krwawe przypadki z końca października:
P. Bolie [?] pokojowy
ks. J.Mci pana koniuszego [Bogusława Radziwiłła] umarł. Był to cudowny i prawie
casus: o jeden pojedynek pięć dusz zginęło. Bo ci jadąc na ks. J.Mci i ostał
się był w Kamieńcu, gdzie z oficerem jednym z gwardyjej zostający[m] powadziwszy
się i w gębę od niego wziąwszy, zabił go z pistoletu. Porucznik tejże kompanii
wziął go zaraz za wartę, pistolet i szpadę odebrał i dopiero inarmatum, a
wiedząc żeby ks. J.Mci pokojowy, bił, tłuk[ł] pistoletem w łeb pistoletem, aż
się potrzaskał i jedną ranę walcem w łeb śmiertelną zadał. Książę J.M. dowiedziawszy
się posłał [po] p. Boliego do Kamieńca, kilku dragonów, z których jeden z
żołdatem się z tegoż regimentu zwadziwszy, zabił go, a jemu nazajutrz szyję
ucięto. Bolie z rany umarł, a Kencissowi [?] porucznikowi szyję uciąć kazano.
I tak to książę Radziwiłł stracił pokojowego i dragona, a gwardia
dwóch oficerów i jednego knechta. A wszystko to bez udziału Kozaków i
Tatarów, którzy byli nominalnym przeciwnikiem w tej kampanii…
Etykiety:
armia koronna,
dragonia,
kara śmierci,
ks. Bogusław Radziwiłł,
pojedynki,
Żwaniec 1653
środa, 24 stycznia 2018
Pałką w rajtara i knechta
Wpadły mi dzisiaj w ręce Slaktarebenck,
czyli krwawe jatki księcia Karola Sudermańskiego[1], w
(jak zwykle) stojącym na wysokim poziomie tłumaczeniu i opracowaniu Wojciecha
Krawczuka. Tomik niewielki, acz bardzo ciekawy –jest to bowiem źródło opisujące
konflikt Zygmunta III z Karolem Sudermańskim, pisane z perspektywy
rojalistycznych emigrantów szwedzkich. Nic więc dziwnego, że Karol
przedstawiany jest tam jako krwawy tyran i uzurpator. Zachęcając do kupienia
tego źródła, pozwolę sobie przytoczyć (nader makabryczny) fragment dotyczący
tzw. „wojny pałek” (Klubbekriget). W
roli głównej fińscy chłopi, podburzeni przez wysłanników Karola przeciw
Zygmuntowym rojalistom; rzecz dzieje się w 1595 roku:
Ten pierwszy bunt
chłopów miał straszny przebieg. Napadli oni na Hansa Nilssona, dworzanina
służącego królowi pod chorągwią upplandzką[2] z
czterokonnym pocztem. Zabili go w noc Bożego Narodzenia, razem ze służącymi i
innymi dworzanami będącymi w pobliżu, którzy nie zdążyli uciec. Pojmali ich i
wrzucili pod lód, a kiedy ci chcieli się wydostać i chwycili się krawędzi
przerębli, wtedy obcięli im ręce i bili ich po głowach pałkami. Dwóch dworzan
zdołało jednak zbiec. Ostrzegli innych rajtarów, ci zebrali kilkuset jazdy i
trochę knechtów do pomocy. Wtedy chłopi czmychnęli do lasu, uciekli jak zwykli
czynić mordercy i rabusie. Udało się jednak złapać kilku przywódców, których
łamano kołem i w taki sposób uśmierzono na razie ten bunt.
A to tylko wierzchołek góry lodowej, opisów mordów i kaźni można tu znaleźć o wiele więcej. Nie ma
to jak lektura na zimowe wieczory…
Etykiety:
armia szwedzka,
Karol IX,
wojna pałek,
Zygmunt III
poniedziałek, 22 stycznia 2018
Amerykańskie muzea w obiektywie T. Hooga
Po prostu uczta, nie dość że zdjęcia zrobione bardzo profesjonalnie, to jeszcze dokładnie opisane.
niedziela, 21 stycznia 2018
Historyk o(d)powiada... Mariusz Balcerek
Niedziela rano, pora więc na
kontynuację cyklu z naszymi ‘mini wywiadami’. Tym razem miło mi powitać
absolwenta mojej Alma Mater. Mariusz Balcerek, ur. w 1979 r., doktor nauk
humanistycznych w zakresie historii, absolwent historii i archeologii
Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor monografii zatytułowanej:
„Księstwo Kurlandii i Semigalii w wojnie Rzeczpospolitej ze Szwecją w latach
1600-1629” oraz paru artykułów naukowych. Interesuje się historią wojskową
okresu nowożytnego, przede wszystkim konfliktami polsko-szwedzkimi w XVII w., a
także dziejami Inflant oraz Księstwa Kurlandii i Semigalii. Od paru lat jest pracownikiem
Działu Informacyjno-Bibliograficznego Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej –
Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu. Od 2011 roku pełni funkcję sekretarza i
redaktora tematycznego czasopisma naukowego „Folia Toruniensia” poświęconego
archiwistyce, bibliologii i informatologii.
1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan
sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Moja przygoda z historią zaczęła
się od zabawy żołnierzykami. Pamiętam, jak będąc w zerówce dostałem figurkę
husarza na koniu. Trudno teraz wyrokować, ale może to był początek. Za książki
historyczne zabrałem w się szkole podstawowej. Wtedy pojawił się pomysł, aby
swoją przyszłość związać z historią.
2. Która postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Nigdy się nad tym nie
zastanawiałem. Gdybym miał wybierać, to zdecydowałbym się na postać hetmana
litewskiego Krzysztofa II Radziwiłła. Był to jeden z niewielu ludzi, którzy
stawili czoła sławnemu później szwedzkiemu królowi Gustawowi II Adolfowi w
latach 1621-1622. Mimo tego osiągnięcia spotkała go niezasłużona krytyka, a
później pominięcie przy awansie, co doprowadziło do rozstania z wojaczką.
Dopiero dziesięć lat później na wojnie z Moskwą pokazał swoją klasę
przyczyniając się walnie do odniesionego pod Smoleńskiem sukcesu.
3. Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być
świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki
byłby Pański wybór?
Gdybym mógł cofnąć się w czasie i
być świadkiem jakiegoś wydarzenia, to z chęcią obejrzałbym kilka bitew. Na tej
liście na pewno znalazłyby się takie starcia jak: Kircholm, czy Wiedeń. Założę
się, że każdy miłośnik nowożytnej historii wojskowej chciałby zobaczyć szarżę
husarii Sobieskiego pod habsburską stolicą.
4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Najbardziej dumny jestem ze
swojej jedynej jak dotąd książki: „Księstwo Kurlandii i Semigalii w wojnie
Rzeczpospolitej ze Szwecją w latach 1600-1629” (Poznań 2012)*
5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych
badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Nie będę oryginalny jeśli
wymienię swojego mistrza, profesora Bogusława Dybasia, pod okiem którego
napisałem i obroniłem magisterkę i doktorat. Ta osoba ukształtowała mnie jako
badacza. Na zajęciach u profesora pierwszy raz zetknąłem się z historią
wojskową okresu nowożytnego i Inflantami, czyli zagadnieniami jakimi zajmuję
się do dnia dzisiejszego.
6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów,
filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat
tego trendu?
Sam czytam internetowe blogi
poświęcone historii wojskowej. Znajduję tam wiele ciekawych informacji i
wskazówek. Zdarzają się świetne strony, ale natknąć się można również na słabe.
Podobnie jest z tradycyjnymi książkami i czasopismami. Wszędzie niezbędna jest
wiedza i postawa krytyczna.
W odniesieniu do memów i filmików
YouTube’a o tematyce historycznej trudno mi się wypowiedzieć, gdyż słabo znam
te nośniki informacji.
7. Najważniejsza Pańska rada dla
przyszłych historyków?
Czytać, czytać i jeszcze raz
czytać. Nie ważne czy będą to rozprawy habilitacyjne, czy wpisy na
internetowych blogach. Istotne jest, aby poszerzać swoją wiedzę i znajomość
metod wykorzystywanych przez ich autorów.
8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
W wolnym czasie najbardziej lubię
jeździć na rowerze. Jeśli nic mnie nie boli to próbuję biegać. Kiedyś miałem
nałóg polegający na siedzeniu przed komputerem i graniem godzinami w gry strategiczne,
ale go zwalczyłem.
piątek, 19 stycznia 2018
Twarde warunki najemników z Gryzonii
Znów odwiedzamy Republikę Wenecką, po raz kolejny z
oddziałami najemników. Tym razem ciekawostka z kontraktu, jaki w 1571 roku
zawarto z pułkownikiem Melchiorem Lusi, dowodzącym 6500 szwajcarskich piechurów
z Gryzonii. Lusi był weteranem służby dla Republiki, zaciągając swoich rodaków
już w 1560 roku. Helweci jak to Helweci, zadbali o specjalne warunki służby:
- zgodzili się na służbę w ‘zamorskich’ prowincjach
Republiki, ale zagwarantowano im, że nie będą walczyć na morzu
- otrzymają premię za każde zwycięskie starcie w którym
wezmą udział[1]
- nie będą brali udziału w działaniach oblężniczych
- zmuszeni do jakikolwiek prac fortyfikacyjnych, otrzymają
premię za każde dwa dni kopania
Walcząca od 1570 roku z Turkami Republika była jak widać
mocno zdeterminowana, żeby zaciągnąć owych piechurów, zgodzono się bowiem na
wszystkie powyższe punkty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






