środa, 19 grudnia 2012

Jeździec może być dzielny na koniu i straszny pieszo



Tatarzy z korpusu posiłkowego Subchan Ghazi agi, którzy wspierali wojska Rzplitej w czasie Potopu, nie mieli wysokiego mniemania o polskich dowódcach. Jeden tylko Czarniecki zdobył ich szacunek, bardzo spodobała im się jego metoda wojowania. Mustafa, aga z Dobrudży, dowodzący jednym z czambułów podporządkowanych panu Stefanowi, takie oto miał o nim zdanie:
W czajeniu się, podchodzeniu wroga, w zaskakiwaniu go z nagła i w ciągłej zmianie kierunków uderzeń, tak by się znajdować na jego bokach lub tyłach, to znów wyprzedzać czoło, albo i posuwać się równo z nim innymi szlakami bez wiedzy nieprzyjaciela, nie będąc dla niego widocznym – ta sztuka wymaga sprawności wojennej wdrożonej  nie samym dowódcom, nie całym oddziałom, ale każdemu żołnierzowi z osobna. Takich żołnierzy miał u siebie ów Czarniecki; a byli to różni, rzadko szlachetnie urodzeni, którym tropienie ustawiczne bez rycerskiego starcia wydawało się niegodne ich wojennej pychy. Siła jego ciosów polegała na tym, że nie samą jazdą szarpał wrogie przemarsze, że umiał, jak chciał, użyć konnicy do wciągnięcia wroga w zasadzkę, którą składał żołnierz pieszy, wroga rażący strzelba. Tak wojując pokazał i nam, że jeździec może być dzielny na koniu i straszny pieszo.
Jak widać  nawet doświadczeni ordyńcy mogli się czegoś nauczyć od naszego lisowczyka.

wtorek, 18 grudnia 2012

Nabity na pikę (w Iławie, a nie w Brodnicy)




EDIT z 2019 roku - sprostowanie do poniższych informacji
Nie ma to jak wyprostować błąd popełniony ponad dwa lata temu... Na szczęście pracując teraz nad książką sprawdzam po razy kolejny źródła i wychwytuje takie fatalne błędy. Pisałem kiedyś o jedynym znalezionym przeze mnie przypadku zapisu źródłowego mówiącego o występowaniu pik (spis) wśród piechoty cudzoziemskiej w armii koronnej w czasie wojny 1626-1629
Napisałem tam, że wzmianka pochodzi z opisu oblężenia Brodnicy. A to błąd oczywisty, totalny ze mnie osieł. Chodzi bowiem o zdobycie przez Szwedów Iławy. Swoją drogą zastanawiam się (acz to bardzo luźna hipoteza) czy wspomniany w liście kapitan Jakub Morszen nie jest czasem naszym dobrym znajomy Jakubem Murrayem. Wszystkich zainteresowanych przepraszam za wprowadzenie w błąd, został on już poprawiony w tekście z kwietnia 2010 roku.

Boso i bez broni



Po długotrwałej kampanii pozostali przy życiu żołnierze często przedstawiali sobą straszliwy widok. Wycieńczeni, wygłodzeni, w podartych strojach i bez butów – takie opisy nierzadko znajdujemy w źródłach. Poniżej krótka notka opisująca trzy chorągwi dragonii nieco ponad półtora miesiąca po zakończeniu oblężenia Zbaraża (wielkie dzięki dla Marka za udostępnienie źródła!).  Oprócz strat w czasie oblężenia dragoni ponieśli także zapewne straty już po zakończeniu walk, gdy choroby i rany zbierały żniwo wśród ocalałych. Na potrzeby używających translatorów pozwoliłem sobie uwspółcześnić pisownię:
Dość nędznie, i ubogo, odarto, boso drudzy bez broni, jedni konno, drudzy pieszo co konie potracili jedne pojedli, a drugie wyzdychały dwie chorągwie pieszo gł[ównie]; nie było ich sta, a konno jedna pod nią koni sześćdziesiąt słabych jechało.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Tak to krwawe chrzciny były Angelusi



Imprezy rodzinne mogą czasami przerodzić się w bardzo nieprzyjemne spotkanie. Przekonał się o tym Stanisław Zygmunt Druszkiewicz, kiedy to sprosił liczne towarzystwo na chrzciny swojej córki Angeli, 18 listopada 1663 roku. Wśród zaproszonych gości było min. kilku husarzy z chorągwi Aleksandra M. Lubomirskiego, koniuszego koronnego. Za kołnierz nie wylewano, więc w pewnym momencie…
Popiwszy się czeladź, zwadzili się w sieni potem i panowie do nich się wmieszali i niezwyczajnie siekli się, a w nocy jeden drugiego nie znając, jeno kto kogo mógł namacać. Brata mego wujecznego rodzonego, Pana Jerzego Proszczyckiego w rękę lewą szkodliwie zacięto nad kostką, w gębę i w kolano. Siostrzeńca mego, Pana Aleksandra Tołkacza, przed udo na wylot postrzelono. Pana Rybińskiego kuma mego w łeb zacięto. Czeladzi kilkanaście było posieczonych, byłoby było i więcej mięsa, kiedy by nie hamowano z multanem [w tym znaczeniu –z szablą]  nietrzeźwego gospodarza. Jednak i mnie się dostało, dopadłem pistoleta na kołku, na uhamowanie tego hałasu przez okno strzeliłem, rozerwał się pistolet i róg mnie obraził czoła. Tak to krwawe chrzciny były Angelusi.
Faktycznie, bardzo udana impreza, musieli ją jeszcze długo wspominać…

niedziela, 16 grudnia 2012

Z wizytą w muzeum - cz. XIX



Wirtualne podróże po muzeach znów zaprowadzą nas do The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Powyżej bardzo ciekawy egzemplarz – cabasset [nie kojarzę polskiej nazwy takiego typu hełmu], hełm jakże typowy dla XVI-wiecznej Italii, jednak pomalowany! Wykonany dla weneckiego szlachcica, namalowany wizerunek przedstawia uskrzydlonego lwa, znanego jako Lew Świętego Marka. To oczywiście symbol kojarzony z Wenecją, jak widać rzemieślnik chciał podkreślić pochodzenie właściciela. Lew trzyma otwartą księgę, symbolizującą Ewangelię według Św. Marka. Łacińska sentencja to PAX TIBI MARCE EVANGELISTA MEUS [Pokój niech będzie z Tobą Marku, mój Ewangelisto]. Słowa te miał usłyszeć Marek w swojej wizji tuż przed męczeńską śmiercią w Aleksandrii. Rzadko się zdarza, by przetrwał do naszych czasów element pomalowanego uzbrojenia ochronnego, zwłaszcza zachowany w tak dobrym stanie. Wenecki szlachcic musiał bardzo bojowo w nim wyglądać.