środa, 10 sierpnia 2016

Profesor Jan Wimmer (1926-2016)


Wczoraj doszła mnie niezwykle smutna wieść – w niedzielę, 7 sierpnia, zmarł w Warszawie profesor Jan Wimmer. Jeden z moich ulubionych badaczy zajmujących się wojskowością polską w (nie tylko) XVII wieku, autor wielu cenionych prac, by nazwać tylko kilka:
- Wojsko polskie w drugiej połowie XVII wieku
- Wiedeń 1683. Dzieje kampanii i bitwy.
- Historia piechoty polskiej do roku 1864
- seria artykułów „Materiały do zagadnienia organizacji i liczebności armii koronnej”

Nie ukrywam, że prace profesora Wimmera wywarły na mnie ogromny wpływ i w dużym stopniu wpłynęły na to, że zainteresowałem się XVII-wieczną wojskowością. Cieszę się, że ogromna spuścizna profesora, w postaci licznych publikacji, wciąż będzie w stanie przyciągać rzesze Czytelników i pozostanie ważną częścią polskiej historiografii wojskowej. 

wtorek, 9 sierpnia 2016

Od koni kanibali po smagłe dziewczęta


Miałem dziś kontynuować  wątek starcia pod Zakrzewem (na moim FB mamy bardzo ciekawą dyskusję na temat wczorajszego spisu), ale że jeszcze zbieram źródła, musi to trochę poczekać. Jako że mój ukochany pierworodny zdecydował o 6 rano, że spanie jest przereklamowane, mam okazję napisać nowy wpis. Pozostaniemy jednak w klimatach rajtarii, tym razem jednak polskiej z roku 1660. Jeden z moich ulubionych pamiętnikarzy z XVII wieku opisze nam najgorszy i najlepszy moment swojej kampanii przeciw armii Szeremietiewa.
W czasie bitwy pod Cudnowem, Hieronim Chrystian Holsten wpadł do niewoli moskiewskiej; gdy zraniono mu konia, złapał mnie za kark półniemiecki Moskwicin. Rajtar spędził aż trzy tygodnie w otoczonym przez armię koronnym obozie Szeremietiewa i – co dość zrozumiałe – nie wspomina tego pobytu najlepiej.
Zapanował tak wielki głód, że nie da się tego opisać, ponieważ nasi Polacy i Tatarzy tak mocno ich zablokowali, że mogli oni wyjść najwyżej na 20 kroków z obozu. Koń pożerał z głodu drugiego konia[1], do tego nie można było znaleźć ani liści, ani drzewa, ani korzeni drzew. Nam jeńcom podrzucali od czasu do czasu z litości kawałek surowego końskiego mięsa. Z gnatów robiliśmy zaraz ogień i węgle, na którym mięso piekło się całkiem na czerwono. Od Niemców[2] otrzymywaliśmy także czasami kawałek mocno spleśniałego chleba. Moczyliśmy go w wodzie i robiliśmy z tego zimną zupę w ustach, ponieważ w naszej jamie[3] własnymi rękami wygrzebaliśmy jeszcze małą dziurę, aby móc czerpać wodę pitną na nasze potrzeby.
Gdy po kapitulacji wojsk moskiewskich Holsten i spółka wrócili w szeregi własnej armii, przedstawiali straszny widok. Nasze żołądki i ręce pokurczone były zupełnie jak puste dudy, dym z gnatów końskich zabalsamował nas całkowicie.
Nasz dzielny rajtar miał jednak okazję podreperować zdrowie, gdy jego regiment pozostał na Ukrainie na leżach zimowych.  W porównaniu z poprzednimi doświadczeniami, dzielny wojak i jego koledzy spędzali teraz czas w komfortowych warunkach.
Tę połowę zimy spędziliśmy więc za ukraińskimi piecami chlebowymi, gdyż tu, gdy gospodarz chce iść spać, włazi z żoną do worka, podobnie pachołek i dziewka, każdy w swoim worku i tak śpią wszyscy, a cielęta i świnie obok pieców. Dobre mięso i chleb, miód, gorzałka i tytoń były naszym zwykłym wiktem. Moją najlepszą rozrywką było to, że stale mogłem jeździć na łowy, gdyż miałem dobre psy i sokoły. Wieczorem zabawialiśmy się z ukraińskimi, smagłymi dziewczętami i tak połowa zimy zbliżała się do końca.





[1] Scena jak z horroru…
[2] W służbie moskiewskiej.
[3] Holsten trzymany był w czworokątnej jamie, razem z czterema innymi Niemcami i trzema Polakami. 

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Rajtarski Hodów


Po raz kolejny powitamy na blogu zapiski Ruthgera von Ascheberga, który będzie opowiadał o swoich przygodach z okresu „Potopu”.  Spójrzmy więc jak opisał starcie z polską partią pod Zakrzewem.
28 stycznia 1656 roku podpułkownik von Aschberg został wysłany z Łowicza w celu zdobycia Radomia. Miał ze sobą jednego majora, trzech rotmistrzów, czterech poruczników i dwustu trzydziestu trzech szeregowców, czyli cztery kompanie rajtarii. 1 lutego oddział zatrzymał się na noc w dworku Zakrzew, gdzie następnego dnia rano Szwedzi zostali zaatakowani przez Polaków. Wielki tłum, czy też oddział (…) wraz z wieloma chłopami uzbrojonymi w kosy i inną broń dowodzony był przez Stanisława Witowskiego, kasztelana sandomierskiego. Atakujący podpalili praktycznie wszystkie zabudowania dworu, ocalały tylko jeden budynek kamienny i mała wozownia, gdzie rozpaczliwie bronili się Szwedzi, podzieleni na sześć małych oddziałów. Pomiędzy siódmą rano a czwartą po południu rajtarzy mieli odeprzeć jedenaście polskich ataków. Walka była niezwykle zażarta, w niektórych oddziałkach nie znalazłem więcej niż siedem, osiem naładowanych pistoletów. W końcu musieliśmy odpierać [Polaków] głównie bronią przyboczną [białą] oraz ich własnymi półkoskami i kosami, które przytwierdzili do długich kijów, a które my zdobyliśmy.
Korzystając z rozdzielenia i zmęczenia polskich sił, podpułkownik postanowił dokonać wypadu  i próbować przebić się do pobliskiego lasu. Szwedom dopisało szczęście, udało im się rozproszyć część zgrupowania polskiego: Bóg dał mi tę łaskę, że ich powaliłem i ścigałem trzy czwarte mili, aż do Radomia.
Według tryumfującego von Ascheberga Polacy mieli stracić padłych lub pojmanych ponad 560 ludzi, co wydaje się podejrzanie wysoką liczbą . W ręce Szwedów miały także wpaść trzy chorągwie, dwa kotły, wielu towarzyszy, oprócz tego zdobyto czterysta trzynaście pięknych koni polskich i tatarskich. W potyczce rajtarzy stracili w zabitych jednego rotmistrza, jednego chorążego, jednego kaprala, jedenastu rajtarów, nadto dziewiętnaście koni (w tym dwa samego podpułkownika). Jeden major, porucznik, szesnastu rajtarów oraz trzydzieści jeden koni zostało rannych, najczęściej strzałami z łuków.

Co ciekawe, relacje von Aschberga w listach do króla Karola X Gustawa sporo się różnią. W raporcie złożonym dzień po bitwie, wymienia skład polskiego zgrupowania jako dwie chorągwie husarii (sic!), cztery kwarciane, jedną szlachecką a całość sił na 1500 ludzi.  Inne są też jego własne straty: zginąć miał chorąży, dwóch kaprali i czternastu rajtarów; rany odnieśli major, porucznik, trębacz, dwóch kaprali i dwudziestu dziewięciu rajtarów. Oprócz tego rotmistrz, trębacz i jeden rajtar mieli zostać pojmani (a może i zabici). W raporcie przyznawał się tylko do zdobycia dwóch kotłów i 80 koni. W kolejnym raporcie wspominał, że Polaków miało być 2000 i że w okolicznych miejscowościach opatrywano ich 80 rannych. Widać więc, że w dzienniku oficer raczej podkoloryzował swoje zasługi...

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Jednak Polacy najwięcej na jazdę liczą


Zupełnym przypadkiem natknąłem się dzisiaj na bardzo ciekawy opis XVI-wiecznej Polski, przygotowany przez Jana Krasińskiego dla króla Henryka Walezego. Tłumaczenie tego napisanego po łacinie dziełka opublikował w 1852 roku Stanisław Budziński. To właśnie z tego wydania chciałbym dziś przytoczyć bardzo ciekawy fragment dotyczący polskiej wojskowości circa 1573.

Liczne są w Polsce wybornego żołnierza chorągwie; dzielą się one na chorągwie pieszych i jezdnych. Jezdni bogato uzbrojeni[1] mają zdatne do upartej walki konie, których przednią część zbroją żelazną pokrywają. W boju używają włóczni[2], a następnie dwóch mieczy: jednego długiego ku spadku czworograniasto kończatego (koncerz), drugiego zakrzywionego i krótkiego do zadania cięcia; walczą także gdy tego potrzeba krótkiemi rusznicami[3], podobnie jak Niemcy, lub żelaznemi buławami, jak to u Węgrów jest zwyczajem; do zasłonienia się tarczy używają. Inny rodzaj jazdy stanowią lekko zbrojni, t. j. tak nazwani w Polsce i Węgrzech usarze. Ci prawie wszyscy zbroje i przyłbice noszą, używają lekkiej kopii, zakrzywionego miecza i tarcz podobnych do tureckich. Niektórzy zwyczajem Scytów strzały z łuków ciskają, inni z krótkich rusznic strzelają do nieprzyjaciela. Trzeci rodzaj jazdy stanowią kozacy, którzy bardzo są wytrzymali na zimno, głód i trudy wszelkiego rodzaju. Uzbrajają się oni bardzo lekko, podobnie jak Tatarzy. Konie mają bardzo rącze i do małych utarczek zdatne. Siodła na koniach tak urządzają, iż bez trudności na wszystkie strony mogą się obracać i z łuku strzelać. Do walki używają najczęściej łuku, rażąc  gradem pocisków jeźdźców  i konie nieprzyjacielskie. Używają także szabli na wzór wschodnich i krótkich drzewców.
(…)
Polacy zwykli także urządzać chorągwie piechoty, której używają do odległych wypraw, powierzając jej wszelkiego rodzaju machiny wojenne. Ona toruje drogi wojsku, buduje mosty, dobywa miast i twierdz; wielce jest zatem na wojnie przydatną. Jednak Polacy najwięcej na jazdę liczą, a pieszego żołnierza nie tyle co Włochy i Hiszpanie cenią.



[1] Redaktor XIX-wiecznego wydania dodał tu w nawiasie błędną nazwę „pancerni”, chociaż opis wskazuje na kopijników.
[2] Znów, jak sądzę, błąd redaktora – chodzi raczej o kopię.
[3] Pistoletami. 

środa, 27 lipca 2016

Ze szkatuły króla Jana...


Perełka znaleziona w pracy prof. Marka Wagnera o źródłach do wojny polsko-tureckiej 1683-1699, czyli spis oddziałów utrzymanych na służbie polskiej przez skarb JKM Jana III Sobieskiego. Rejestr pochodzi z 21 listopada 1685 roku:
- chorągiew wołoska rotmistrza Grzegorza Habasescu (Habaseszkuł), licząca 120 koni. Co ciekawe, oddział miał się składać z samych synów Bojarów Wołoskich
-  chorągiew (lekka?) rotmistrza Illi Serbina, złożona z 50 koni Serbów i innych ludzi
- trzy chorągwie semenów (bez podania liczebności), dowodzone przez rotmistrzów Krzysztofa buluk baszę, Teodorana Stadkiewicza buluk baszę i Stambela buluk baszę
- chorągiew dragonii (200 ludzi) kapitana (Marcina lub Mikołaja) Brinka, zaciągnięta w Prusach.

To ciekawe uzupełnienie informacji o których pisałem wcześniej, np. dotyczących wojsk prywatnych Sobieskiego w 1667 roku, królewskich janczarów i semenów a także gwardii komputowej i przybocznej. Jak widać król Jan III nie skąpił pieniędzy z własnej szkatuły, zwłaszcza na wojska ‘wschodnie’. 

poniedziałek, 25 lipca 2016

Knechci i rajtarzy spod Hammerstein raz jeszcze



Kilka lat temu snułem na blogu rozważania o oddziałach które mogły zostać utworzone w ramach armii koronnej z ex-szwedzkich najemników po bitwie pod Hammerstein w 1627 roku. Od tego czasu zdobyłem sporo ciekawych materiałów źródłowych i wydaje mi się że mogę pokusić się o próbę identyfikacji tych jednostek. Oczywiście nie ma tu 100 % pewności, to tylko moje luźne podejście do zagadnienia, w oparciu o posiadane materiały. 

Piechota:
I. Kompania Alexandra Hoffena, której okres służby zaczął się od 18 kwietnia 1627 roku, czyli dzień po bitwie. Rota liczyła 160 żołnierzy, od 1628 roku wchodziła w skład regimentu Gustava Sparre.
II. Kompania dragonów Adreasa (Andrzeja) Radke, także z okresem służby od 18 kwietnia 1627 roku. Liczebność oddziału to 91 żołnierzy.
III. Kompania Paula Magnusa, trzeci oddział z okresem służby od 18 kwietnia 1627 roku. Brak jednak stanu liczebnego, dopiero od sierpnia tegoż roku wykazywany jako 168 ludzi.

Rajtaria:
I. Regiment Mikołaja Abramowicza wykazuje tylko skok z 371 do 415 koni, znaczne powiększenie składu to okres późniejszy (patrz niżej)
II. Z datą 24 kwietnia 1627 roku do służby wchodzi chorągiew Johanna Denhoffa, licząca 120 koni.
III. Z identyczną datą pojawia się w składzie armii koronnej chorągiew Wilhelma Johanna Merfeldta, w sile 75 koni.
Wydaje mi się jednak – porównując to z innymi dokumentami – że te dwie jednostki służyły tylko jedną ćwierć, po czym zostały rozpuszczone, a ich żołnierzy wcielono zapewne do regimentów rajtarii Abramowicza i Ernesta Denhoffa. Ten drugi występuje np. w kompucie z 1629 roku jako P. Denhoffów Kornetów 3 a na popisie z 15 września 1629 roku figuruje jako pułk rajtarski Ernesta Denhoffa.


Dodatkowo zapewne część żołnierzy, zwłaszcza w piechocie, została włączona bezpośrednio w skład istniejących już jednostek. Tego jednak raczej nie ma jak zbadać, należałoby mieć bowiem imiennie listy popisowe każdej kompanii, a nie sądzę by takie źródła przetrwały do naszych czasów. 

niedziela, 24 lipca 2016

Jak dobrze wydać 18 złotych


Przy okazji wypisów z indeksu cekhauzu warszawskiego znalazłem zapiski o zakupie muszkietów, zbroi pikinierskich i pik u toruńskiego kupca Szymona Bema (Bemy?). Dziś uzupełniający zapisek, w którym możemy znaleźć informację o koszcie tego wyposażenia. Notka pochodzi z 11 lutego 1647 roku i dość jasno wskazuje, jaka bieda z nędzą panowała w tym czasie w cekhauzie (czy raczej we wszystkich cekhauzach państwowych):
Przyszło ośm wozów z Torunia z rynsztunkiem z tej racyi, że w cekhauzach wszystkich nic rynsztunku nie było , aby subito aliquo casu[1] było się do czego sięgnąć, wprzód ustnie, a potem i listem rozkazał król JMć serio, abym[2] koniecznie zapłacił P. Szymonowi Bemie, mieszczaninowi toruńskiemu, i participantom jego [za] rynsztunek ten, który prezentował do [s]przedania, to jest muszkietów z bandolerami i forkietami dwanaścieset[3], każdy po ośmiu złotych, a zbroi z szyszakami i pikami[4] ośmset, każda po dziesięciu złotych.
Jest to też ciekawy przyczynek do cen uzbrojenia w tym okresie, interesująca jest różnica kosztu muszkietu z wyposażeniem i kompletu pikinierskiego. Warto też porównać to z cenami uzbrojenia jazdy, zwłaszcza husarii.



[1] (Łac.) w nagłym wypadku.
[2] To zapisek autorstwa Arciszewskiego, który pełnił funkcję starszego nad armatą.
[3] 1200.
[4] Czyli kompletu dla pikiniera.