niedziela, 12 stycznia 2014

Isabella na sztandarze

Temat sztandarów XVII-wiecznych zawsze bardzo mnie interesował, niezależnie od armii, dzisiaj więc ciekawostka (kolorystyczna) z armii Zjednoczonych Prowincji. W 1672 roku, w obliczu inwazji francuskiej, armia niderlandzka uległa poważnemu zwiększeniu. A że żołnierz powinien maszerować pod ładnie wyglądającym sztandarem, zamówiono 96 sztandarów piechoty w 8 kolorach. Zakładam, że było to po 12 sztandarów w każdym kolorze, chociaż liczba ta jest o tyle dziwna, że etatowo regiment piechoty ZP miał wtedy 14 kompanii. Ot, zagwozdka. Co ciekawe, jako drzewca sztandarów miały służyć stare piki – jak widać zaradni kupcy holenderscy nie lubili, jak coś się marnowało. A oto pod jakimi kolorami mieli maszerować niderlandzcy knechci:
- pomarańczowy
- blado-niebieski[1]
- trawiasta zieleń
- żółty
- czerwony
- biały
- morska zieleń
- Isabella[2]
Powyżej, na obrazie Pietera Wouwermana, przedstawiającym udany szturm wojsk niderlandzkich na Coevorden w 1672 roku, widzimy kilka ze sztandarów w kolorach z zamówienia.





[1] Opisany jako bleu mourant
[2] Znany w literaturze także jako Isabelline, opisywany jako blady szaro-żółty lub brązowa żółć. 

piątek, 10 stycznia 2014

Poszukiwany pan Maciej z Wrocławia... z 1603 roku.

Wrzucam raczej jako ciekawostkę i podstawę do dalszych badań – bo niestety dostępu do źródła nie mam. Jeszcze na początku XVII wieku jedynym praktycznie dostawcą muszkietów do formowanych dla armii polskiej rot piechoty cudzoziemskiej byli kupcy z Gdańska. W czasie przygotowań do wyprawy inflanckiej Zamoyskiego (1601-1602) zakupiono w Gdańsku 800 muszkietów, właśnie na wyposażenie piechoty niemieckiej i szkockiej. Co ciekawe jednak, w 1603 roku Zygmunt III miał nadać specjalny przywilej na handel muszkietami dla kupca z Wrocławia, Macieja Arendta. Wspomina o tym w Wojnie inflanckiej 1600-1602 Stanisław Herbst, podając odpowiednią notę bibliograficzną jako: 30 VII 1603 – Metryka Koronna, 148 f. 126.  Szybkie spojrzenie na stronę AGADu i spis Inwentarzy Metryki Koronnej wskazuje chyba na to: Sygnatura MK 148, mikrofilm 173: 1602 7 XI; 1603 4 I - 1605 8 II;  chociaż może to być też Sygnatura MK 149, mikrofilm 174, gdzie znajdujemy właśnie datę 30 VII 1603. Niestety tych akurat tomów w wersji elektronicznej AGAD na stronie nie udostępnia. Rzecz interesująca i być może warta zbadania, ciekawe jaki dokładnie przywilej otrzymał pan Maciej. Jeżeli w przyszłości jakaś dobra dusza będzie akurat badać przepastne archiwa AGADu, polecam się  pamięci i upraszam o sprawdzenie tego dokumentu – postaram się zrewanżować w miarę skromnych możliwości. 

czwartek, 9 stycznia 2014

Marszałek w powozie, rachunek dla królowej i skromny (acz szybki) pułkownik

Bitwa pod Blenhaim to największy i najsłynniejszy tryumf Johna Churchilla, 1-ego diuka Marlborough[1]. Nic więc dziwnego, że nie omieszkał on powiadomić zarówno swojej patronki – królowej Anny – jak i ukochanej małżonki – lady Sary – o swoim sukcesie. Po zakończeniu zaciętego starcia poprosił jednego ze swoich adiutantów o kawałek papieru. Traf chciał, że był to… rachunek hotelowy, najwyraźniej oficer miał tylko taki świstek pod ręką. Churchill napisał na drugiej stronie kartki krótki liścik do żony (tłumaczenie własne, dosyć luźne):

Nie mam więcej czasu niż tylko by błagać Cię byś przekazała moje ukłony Królowej i dała Jej znać, że Jej Armia odniosła chwalebne zwycięstwo. M[arszałek] Tallard i dwóch innych [francuskich] generałów znajdują się teraz w moim powozie a ja ścigam pozostałych [wycofujących się z pola bitwy]. Wiozący [ten list] pułkownik Parke, zda Jej [królowej Annie] pełną relację z tego co się [tu] stało. Ja sam zrobię to [listownie] za dzień lub dwa.

 Pochodzący z kolonii brytyjskich (urodził się w Wirginii) pułkownik Dan(iel) Parke – którego widzimy na obrazie powyżej – popędził co koń wyskoczy by zanieść wspaniałą nowinę do Anglii. Po ośmiu dniach podróży pokłonił się lady Sarze i przekazał jej wiadomość od męża. Ta, zapewne odetchnąwszy z ulgą, natychmiast wysłała go do królowej. Plotka niesie, że gdy pułkownik przyklęknął przed władczynią w Windsorze, ta akurat grała partię domina ze swoim małżonkiem, księciem Jerzym. Parke wręczył jej rachunek… znaczy się notkę od Churchilla… po czym zdał raport z przebiegu bitwy. Zachwycona królowa zapytała pułkownika, jak może go nagrodzić za przyniesienie tak wspaniałej wieści. Ten miał odpowiedzieć, że łaska Jej Królewskiej Mości jest dla niego najważniejsza. Skromność oficera została jednak sowicie nagrodzona: sakiewka z 1000 funtów w złotej monecie i miniatura królowej w postaci zdobionego naszyjnika bez wątpienia była dobrym zadośćuczynieniem za trudy jego podróży. Ech, opłacało się być takim gońcem…



[1] Wiem, wiem… polskie tłumaczenie to ‘książę’, ale zupełnie mi tu nie pasuje. 

środa, 8 stycznia 2014

Hej Chrystian, pożycz no 7000 żołnierzy...

Listonosz przyniósł mi dziś książkę na którą długo czekałem, więc wpis będzie mini-recenzją połączoną z pewną ciekawostką. Praca która leży przede mną to Danish troops in the Williamite army in Ireland, 1689-91, autorstwa Kjelda Halda Galstera (Four Court Press, Dublin 2012 – powyżej okładka ze strony wydawcy). Książka nie należy do najtańszych (45 euro z przesyłką na stronie wydawcy, ja kupiłem za podobną cenę na brytyjskim Amazonie), ale jest to 249 stron wartych swojej ceny. Duński autor zajął się wnikliwą analizą udziału swoich ziomków w walkach w Irlandii w latach 1689-91. Duńczycy wchodzili w skład brytyjsko-niderlandzko-duńskiej armii Wilhelma III, walcząc m.in. w słynnej bitwie pod Boyne. K.H.Galster, w oparciu o liczne źródła brytyjskie i duńskie, opisuje organizację wojsk duńskich (wspominając także o pozostałych siłach armii sprzymierzonych i ich irlandzko-francuskich przeciwnikach), przygotowania do wyprawy irlandzkiej i przebieg walk. Wszystko to obficie okraszone niezwykle interesującymi cytatami źródłowymi, więc pewnie to i owo sobie na blog pożyczę. Serdecznie polecam tym którzy interesują się wojskowości przełomu XVII i XVIII wieku, historią armii brytyjskiej czy dojścia Wilhelma III do władzy.

A na zachętę smaczek ukazujący specyfikę duńskich wojsk posiłkowych. Kontyngent który Chrystian V wypożyczył Wilhelmowi III składał się z 9 regimentów piechoty  i 3 regimentów jazdy: łącznie ok. 6000 piechurów i 1000 kawalerzystów. Chociaż oficjalnie było to zgrupowanie „duńskie” jego charakter był wysoce międzynarodowe, co świetnie unaocznia spojrzenie na kadrę oficerską. Duńczycy i Norwegowie stanowili – paradoksalnie – jej mniejszą część. Reszta oficerów pochodziła z przeróżnych zakątków Europy: niemiecka szlachta z państw i państewek leżących na terenie dzisiejszych Niemiec, Szkot, Szwajcar i francuscy hugenoci; żeby wymienić tylko kilku. Galster najlepiej ukazuje to na przykładzie najważniejszych oficerów:
- dowódca korpusu duńskiego to generał porucznik Ferdynand Wilhelm diuk Wurttemberg-Neustadt, czyli przedstawiciel niemieckiej szlachty
- dowódcą brygady piechoty był Brandenburczyk, generał major Julius Ernst von Tettau, notabene służący w sztabie armii norweskiej
- na czele kawalerii stał Frederic Henri de Suzannet, markiz de la Forest czyli francuski hugenota
- głównym komisarzem armii (bez skojarzeń z Armią Czerwoną – chodzi tu o odpowiednik głównego kwatermistrza) był Jens Rosenheim, który przed nadaniem duńskiego szlachectwa nazywał się Jens Toller i pochodził z Norwegii.
Najlepszy w tym wszystkim – zwłaszcza w kontekście tego, że walczono w Irlandii przeciw wojskom francuskim – był fakt, że duńscy oficerowie posługiwali się w rozmowach właśnie językiem francuskim, jako zrozumiałym dla każdego spośród kadry korpusu. Ech, chyba gdzieś w oddali słychać chichot historii…


wtorek, 7 stycznia 2014

Zaciągnijcie się mówili...

W latach 20-tych XVII wieku Szkocja stała się ulubionym centrum rekrutacyjnym dla oficerów w służbie Danii i Szwecji. Liczne regimenty i kompanie żeglowały z Leith czy Aberdeen żeby walczyć „za morzem” w służbie króla Chrystiana IV i Gustawa II Adolfa. Zaciągano ludzi różnej maści: ochotników, więźniów, uczniów-uciekinierów spod surowej ręki mistrzów-rzemieślników czy nawet mężów dających nogę spod pantofla małżonek. Oczywiście kapitanowie szukali kogo się dał i gdzie się dało, by zapełnić szeregi swoich kompanii. Idealnym miejscem stały się dla nich nawet szkockie uczelnie , skąd można było „wyciągnąć” uczniów roztaczając przed nimi wizję podróży do obcych krajów i przygód (zwiedź nowe kraje, poznaj nowych ludzi i zabij ich…). Sprawa stała się na tyle poważna, że pod wpływem skarg ze strony zaniepokojonych rodziców szkocka Rada Państwa (Scottish Privy Council) wydała w lipcu 1627 roku zarządzenie, zabraniające oficerom zaciągania uczniów uniwersyteckich (bez zgody ich rodziców czy opiekunów) do służby wojskowej poza granicami Szkocji. W sumie nie należy się dziwić panom radcom: władze College of Edinburgh miały takie utrapienie z rekrutującymi oficerami, że zdecydowały się na przesunięcie zajęć (a co za tym idzie i uczniów) do St. Andrews, Aberdeen i Glasgow, gdzie studenci mieli być mniej narażeni na oferty służby wojskowej. Problem nie został do końca rozwiązany, ale zmniejszyło to skalę „strat” jakie ponosiła populacja uczniów. No i skarg od płacących za naukę rodziców było mniej…

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Kiezmark 1627 - nowe ustalenia

Dawno temu (jeżeli patrzeć na historię tego bloga oczywiście) pisałem o starciu pod Kiezmarkiem z 1627 roku. Od tego czasu udało mi się dotrzeć do źródeł z epoki dotyczących jednostek piechoty koronnej walczących w tej bitwie, pora więc na poważne sprostowania. W oryginalnym wpisie wspomniałem o rotach Artura Astona i Gerharda Denhoffa, podając ich etatową liczebność (za Jerzym Teodorczykiem) jako odpowiednio 500 i 200 żołnierzy. Jak to jednak wyglądało naprawdę?

Rota Astona w okresie sierpień 1626-grudzień 1627) wykazuje stan etatowy 350 żołnierzy (liczba taka figuruje w dwóch komputach przedstawionych na sejmie na potrzeby zapłaty żołdu). Z kolei Diariusz Woyny Pruskiey… podaje że w sierpniu 1626 roku oddział ten liczył 500 żołnierzy, taką samą (podejrzanie wysoką) liczbę mamy w Popisie Woiska… z listopada 1626 roku. Oddział brał udział w bitwie pod Gniewem, gdzie poniósł straty (min. przynajmniej 30 rannych od eksplozji prochu 22 września), stąd też stan z listopada to według mnie typowa próba wyłudzenia żołdu (oddział był początkowo opłacany ze szkatuły królewskiej, jako „piechota morska”). Bez wątpienia żołnierze Astona pod Kiezmarkiem walczyli, jeszcze w lutym 1628 roku 12 żołnierzy z tej jednostki powróciło z niewoli szwedzkiej, po wymianie na pochwyconych knechtów szwedzkich. Rota (a właściwie to co z niej zostało) weszła pod koniec 1627 roku w skład regimentu Gerharda Denhoffa.

Rota Gerharda Denhoffa – tutaj mamy do czynienia z największą niespodzianką… oddział ten bowiem nie istniał. Jerzy Teodorczyk dokonał tu bowiem niezwykle twórczego połączenia dwóch rot: Fridricha Denhoffa i Gerharda Frydrychsona (Frydrycha). Pierwsza z nich (być może to właśnie ona walczyła pod Gniewem) liczyła według etatu (zależnie od źródła) 238, 281 lub 316 porcji żołdu (większe liczby mogą dotyczyć okresu po listopadzie 1626 roku, kiedy oddział mógł zostać powiększony przez żołnierzy ze zwiniętych rot). Druga z kolei to 155 żołnierzy (jedno źródło mówi o 150), po zdobyciu Pucka wchodzących w skład garnizonu miasta. Gerhard Denhoff nie dowodził żadną freikompanią piechoty, dostał za to jeszcze w 1626 roku polecenie zaciągnięcia regimentu piechoty, liczącego 3000 żołnierzy. Pod Kiezmarkiem walczyła więc część roty Fridricha Denhoffa (sam dowódca także był tam obecny). Obydwie freikompanie weszły pod koniec 1627 roku (na początku 1628 roku?) w skład regimentu Gustava Sparre; Fridrich Denhoff został oberszterlejtnantem w tej jednostce, a po śmierci Sparre w 1629 roku awansowano go na obersztera.

Niestety wciąż nie jestem w stanie ustalić, jaka część polskiego kontyngentu pochodziła z roty Astona, a jaka z roty Denhoffa. Szwedzi mieli zdobyć w boju dwa sztandary jednostek koronnych. Jeżeli freikompanie Astona i Denhoffa miały tylko po jednej chorągwi w oddziale (a biorąc pod uwagę, że w boju obecni byli obydwaj dowódcy, trudno zakładać, że roty nie miałyby ze sobą sztandarów) to sprawa jest prosta: 2 freikompanie = 2 utracone sztandary. Jeżeli jednak oddziały te były podzielone jeszcze na mniejsze kompanie, a i te z kolei miały własne chorągwie, to sprawa nam się tu niestety gmatwa. Na dzień dzisiejszy nie jestem jednak w stanie ustalić nic nowego w tej materii, tym bardziej że spotkałem się tylko z wizerunkiem jednej z tych chorągwi. Ot, trzeba będzie szukać dalej…

niedziela, 5 stycznia 2014

Ostrza ich żelaza i trafne strzały ich łuków

Znalazłem przepiękny opis dotyczący Kałmuków, którzy w 1685 roku walczyli w armii Jana III Sobieskiego przeciw wojskom turecko-tatarskim. Trudno znaleźć informacje o ich przewagach wojennych więc pozwolę sobie zamieścić opis w całości:

Ponieważ wspomniałem o Kałmukach, dodać muszę, że jest to nieliczny lud bałwochwalczy, mieszkający na drugiej stronie Donu niedaleko ujścia tej rzeki do morza. Gdyby ich więcej było, prędko by wytępili Tatarów perekopskich, których równie jak Turków są zaciętymi nieprzyjaciółmi. Tak są odważni, tak sprawni do szabli i łuku, taką mają przewagę nad Tatarami, że jeden Kałmuk nie waha się uderzyć na dziesięciu Tatarów. Samo ich imię tak jest dla nich [Tatarów – K.] straszne, że gdziekolwiek głos ich zasłyszą, uciekają w największym nieładzie, jeżeli nie chcą doświadczyć ostrza ich żelaza i trafnych strzał ich łuków. Król [Jan III Sobieski – K.] którego sława napełniła świat cały, jest lubiony i prawie czczony w kraju Kałmuków, jako bicz Tatarów, który ich tyle razy wychłostał, ile razy odważyli się stanąć do boju. Hojność i łaskawość JK Mości ściągnęła  do służby polskiej najdoborniejszych z tego narodu ludzi i toć są ci, których wraz z [wiernymi Sobieskiemu] Kozakami posłano w pogoń za Tatarami. Spodziewamy się, że ich więcej przybędzie pod nasze chorągwie, pomimo surowych zakazów Moskwy i odległości Donu od Dniestru. Gdyby ich można było sprowadzić kilka tysięcy, byłaby z nich wielka pomoc w wojnie chrześcijan z bisurmanami.