środa, 30 grudnia 2020

Okrutnie tyrańsko ich męczyli

 


Wojska litewskie spóźniwszy się na wyprawę wiedeńską odegrały później nader marginalną rolę w dalszej fazie kampanii 1683 roku. Maszerując przez sprzyjającą węgierskim kurucom Orawę ‘ogniem i mieczem’ pacyfikowali za to lokalną ludność. Oburzyło to zresztą nawet króla Jana III, który w liście do Marysieńki narzekał na zachowanie Litwinów, wypominając im pod miastami tureckimi [powinni] harcować, nie ubogich ziemnych robaków zatracać. Anonimowy żołnierz armii litewskiej biorący udział w wyprawie tak oto tłumaczył przyczyny zachowania swoich współziomków:

Wojsko litewskie, przebiwszy się do Węgier, bardzo łaskawie obchodziło się ze wszystkimi ludźmi, a osobliwie z lutrami, żadnej szkody nie czynili, nie palili, nie ścinali. Oni zaś [kuruce] e converso dostawszy kilku z wojska litewskiego towarzystwa, okrutnie tyrańsko ich męczyli, rozpaliwszy różny, od ucha do uch przez ich głowy przewłóczyli, nosy, wargi i usta obrzynali, naturalia kleszczami rozpalonemi urywali, zęby wybijali, oczy wyłupiali i wyłupiwszy ogniem palili, smołą zalewali, za paznokcie kliniki zabijali, palce potrosze ucinali; na ćwierć drugich porębawszy, na palach głowy, na szubienicach ćwierci powieszali.

Co wojsko litewskie zrozumiawszy, łaskawość swoją w gniew przemieniło i co przedtem po chrześcijańsku obchodziło z lutrami, to potem po tyrańsku ich traktowali, albowiem wsie palą, skóry łupią, lutrzyska wszystkie duszą. Onegdajszego dnia dostał się jakoś szczęściem w ręce ich predykant[1],  z którego zaraz skórę z żywego zdarli i precz osypawszy plewami, znowu skórą go przykryli i takiego ku lutrom wysłali, tu mu nakazując, ażeby im jako pasterz i rządca duchowy powiedział, że tak z każdym po tyrańsku obchodzić się będą, gdy oni śmieli tak tyrańsko, z wojska litewskiego pojmawszy, obchodzić się, a to nie mając najmniejszej do tego przyczyny, gdyż z niemi się po ludzku całe wojsko obchodziło, żadnej szkody ani okrucieństwa nie czyniąc; lecz za takie tyranie jakże nie mają się równem odpłacać okrucieństwem? To może zapewne lutrów odstraszyć.

Najwyraźniej wojska litewskie bardzo sobie wzięły do serca to ‘odstraszanie lutrów’, paląc i plądrując 27 orawskich wiosek, aż ówcześni mieli to porównać do rajdów tatarskich.



[1]              Kaznodzieja protestancki.

wtorek, 22 grudnia 2020

They are a Courageous people

 


Po dłuższej przerwie wracam do ‘standardowego’ bloga (a nie tylko FB), a okazja świetna bo znalazłem bardzo interesujące, dotychczas mi nieznane źródło opisujące wojsko koronne w Prusach w 1635 roku. Co prawda znalazłem je dopiero dzisiaj (dzięki za namiary na artykuł Bartku!), więc niestety nie załapało się do książki, warto więc je zamieścić na blogu. Oczywiście jeżeli ktoś już to wcześniej opublikował to kłaniam się nisko służbową czapką z czaplim piórkiem.

Autorem jest John Fowler, sekretarz Sir George’a Douglasa, szkockiego oficera (służącego zresztą wcześniej w armii szwedzkiej)  ambasadora nadzwyczajnego króla Karola I w czasie negocjacji w Sztumskiej Wsi. Wyspiarze wzięli udział, u boku króla Władysława IV, w popisie armii koronnej, pozwolę sobie więc na (jak to zwykle bywa luźne) tłumaczenie z języka angielskiego. Dopiski w nawiasach kwadratowych pochodzą ode mnie:

Armia [koronna] (Jazda i Piechota) stanęła w szyku, pierwsza pokazała się piechota, większość z niej złożona z krajowych [żołnierzy], zwyczajowo zwanych hajdukami, ludźmi odpornymi na trudy, [którzy są] silni i mocnej budowy, ale niezbyt przyzwyczajeni do dyscypliny, niektóre kompanie [zaś[ złożone z różnych cudzoziemców, acz niewiele ich. Jazda składa się po większej część z Kopijników, których tam zwą Husarzami: rzadko można ujrzeć ludzi tak odważnych, tak dobrze uzbrojonych i na lepszych koniach: składają się z samej tutejszej szlachty, acz ich podwładni[1] nie słuchają ich bardziej niż oni sami swego Kapitan, podczas gdy normalnie widzą siebie jako równych. Mają bogate zbroje, zdobione złotem i srebrem, a lepsi z nich z nich noszą na zbrojach luźne płaszcze z soboli, czarnych lisów, panter i leopardów; uprzęże końskie zacne i zdobione szlachetnymi kamieniami, które przy ruchu koni przykuwają uwagę. Są to odważni ludzie, nader straszliwi w szarży, acz raz złamanych ciężko ich zebrać (…). Oceniano że było tu 15 000 jazdy zacnej do boju, chociaż [Polacy] oceniają na więcej, acz ich piechota nie przekraczała 6000.



[1] Z kontekstu może wynikać, że chodzi o drobniejszą szlachtę a nie o pocztowych i czeladź.

środa, 9 grudnia 2020

Książka w końcu na rynku!


 

Niesamowity moment w życiu autora, kiedy widzi swoją książkę w sprzedaży - co za radość i poczucie zadowolenia. Despite destruction, misery and privations... The Polish army in Prussia during the war against Sweden 1626-1629 właśnie weszła do sprzedaży. Na stronie Wydawcy czyli Helion and Company, można ją póki co kupić w specjalnej, niższej cenie. A tymczasem wracam do pisania kolejnej pozycji w tej serii...

czwartek, 3 grudnia 2020

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie...

 


Od dłuższego czasu tempo dodawania nowych wpisów na blog bardzo spadło, w tym roku tylko w dwóch miesiącach udało mi się zrobić więcej niż 10 wpisów. Zmęczenie materiału znów daje znać o sobie, nieco brak czasu i ochoty na grzebanie w źródłach żeby szukać ciekawych materiałów na wpisy. Dużo więcej dzieje się na polskiej i angielskiej wersji bloga na FB, bo też łatwiej jest tam zamieszczać nowe rzeczy, albumy z ilustracjami czy memy z Władysławem IV (nie mogłem sobie darować...). Sporo energii poszło też na dokończenie książki, która lada dzień powinna w końcu trafić na rynek wydawniczy (będzie i o tym wpis, jak tylko się pokaże na stronie Wydawcy). A że przy okazji trwają już pracę nad kolejną książką, także w języku angielskim, znów traci na tym blogowanie.

Tych z Was którzy są przyzwyczajeni do czytania bloga tutaj mogę więc tylko z góry przeprosić za to, że nowe wpisy będa się pojawiać relatywnie rzadko, zapewne najczęściej będą to jakieś recenzje książek które z tego czy innego powodu mnie zaciekawiły. Jednocześnie zapraszam do polubienia stron bloga na FB, bo tam staram się praktycznie codziennie zamieszczać coś ciekawego. 

niedziela, 15 listopada 2020

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XXXVII

 


Zgodnie z obietnicą wracam w kąciku recenzji do armii szwedzkiej, gdyż ukazał się właśnie drugi tom pracy ‘The Lion from the North’ autorstwa Michaela Fredholma von Essen. Książka ma podtytuł ‘The Swedish army during the Thirty Years War: Volume 2, 1632-1648’, widzimy więc że dotyczy okresu po śmierci króla Gustawa II Adolfa. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku blogowych recenzji, najpierw przyjrzymy się strukturze pracy, a potem dodam kilka komentarzy od siebie.

Książka otwiera długa chronologia wydarzeń ‘szwedzkich’ w latach 1632-1648, od bitwy pod Lutzen do zakończenia działań militarnych na początku listopada 1648 roku. Następny w krótkim wstępie autor opisuje architekta szwedzkich sukcesów, czyli kanclerza Axela Oxenstiernę. Liczący ponad 120 stron rozdział pierwszy poświęcony jest kolejnym operacjom armii szwedzkiej w tytułowym okresie. Autor opisuje tu po kolei kolejne kampanie i najważniejsze bitwy, możemy tez prześledzić zmiany w naczelnym dowództwie armii szwedzkiej: Horn, Bernard Sasko-Weimarski, Baner, Torstensson, Wrangel a na końcu Karol Gustaw. Znajdziemy też tu informacje o składzie i liczebności armii polowych w najważniejszych bitwach, jak Wittstock i II bitwa pod Breitenfeld.

Kolejne rozdziały są już o wiele krótsze, koncentrują się bowiem na wybranych aspektach szwedzkiej wojskowości, często w nawiązaniu do sytuacji sprzed 1632 roku, opisanej w tomie I. I tak w rozdziale drugim poczytamy o zaciągu i liczebności armii szwedzkiej; w rozdziale trzecim o organizacji jednostek na poziomie regimentu i kompanii, a także artylerii i logistyce armii szwedzkiej. Rozdział czwarty omawia uzbrojenie i ekwipunek żołnierzy tej armii. W rozdziale piątym mamy nieco informacji o strojach wojskowych; w szóstym o taktyce i strategii szwedzkich armii; a w siódmy o marynarce wojennej. Ósmy rozdział to nader egzotyczna tematyka, opowiada bowiem o szwedzkich koloniach zamorskich: Nowej Szwecji i Złotym Wybrzeżu. Krótkie podsumowanie ocenia szwedzki wpływa na wojskowość europejską tej doby. Dwie niewielkie aneksy to lista miejscowości w których w 1648 roku Szwedzi mieli swoje siły garnizonowe i krótka notka o niemieckiej rymowance o Oxenstiernie (cytowanej we wstępie do książki).

Tak jak i w pierwszym tomie, godna uwagi jest oprawa graficzna pracy. Po raz kolejny kolorowe plansze z wizerunkami żołnierzy namalował Sergey Shamenkov: mamy tu osiem plansz, każda z dwoma postaciami, a także dodatkową postać z przodu i tyłu okładki. Wszystkie wizerunki z bardzo interesującymi opisami dotyczącymi wyglądu i wyposażenia. Kolejne 23 (tak, to nie literówka) plansze to kolorowe rysunki z kolekcji Riksarkivet, przedstawiające sztandary i kornety armii szwedzkiej w okresie po 1632 roku. Wreszcie ostatnia plansza to kolorowa mapa Świętego Cesarstwa Rzymskiego z podziałem na tzw. ‘okręgi cesarstwa’. W samym tekście czytelnik znajdzie mnóstwo czarno-białych ilustracji – od wizerunków władców i żołnierzy, przez obrazy przedstawiające bitwy, po współczesne zdjęcia zachowanych egzemplarzy broni i ekwipunku. Nie zabrakło i map najważniejszych bitew i teatrów działań.

Przyznam, że ten tom o wiele bardziej przypadł mi do gustu, pewnie dlatego że nie musiałem się zżymać na błędy związane z wojną o ujście Wisły. Bardzo dobrze czyta się zwłaszcza pierwszy rozdział, opisujący działania Szwedów po 1632 roku, co w połączeniu z chronologią i mapami pozwala bez problemu prześledzić wojenne epopeje ich armii. Szczególnie cenne są nieco mniej znane epizody – jak wojna szwedzko-duńska (wojna Torstenssona) czy kolonialne wyprawy do Ameryki i Afryki. Tak jak i w poprzednim tomie autor bazuje przede wszystkim na źródłach drukowanych i opracowaniach, tym razem mamy jednak w tekście sporo list armijnych z poszczególnych kampanii.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to w przypadku tego tomu trzeba mieć. Bardzo ciekawe ujęcie dalszych faz Wojny Trzydziestoletniej, gdzie możemy się zapoznać z operacjami armii szwedzkiej, zmianami w dowodzeniu, taktyce i wyposażeniu żołnierzy. Obydwa tomy jako mini-seria świetnie się uzupełniają i w przystępny sposób opisują armię szwedzką w pierwszej połowie XVII wieku. Do tego naprawdę świetna strona graficzna praca, znacznie ułatwiająca lekturę.

piątek, 6 listopada 2020

Odrąbać tyle głów i ramion



Październik 1685 roku, odwrót wojsk polskich w czasie wyprawy bukowińskiej. Philippe Dupont tak oto opisuje waleczną polską dragonię i piechotę:

Od tego momentu bitwa stała się jeszcze krwawsza, walczono niemal wręcz. Przy tej okazji najbardziej doświadczyliśmy przydatności kozłów hiszpańskich i toporów wojennych, w które, w miejsce szabel, wyposażeni są polscy dragoni i piechota. Efekty tej broni były przerażające.

Owe topory to berdysze piechoty, które Dupont nieco dalej opisuje następująco:

Topór wojenny jest bardzo ostrą bronią, kształtem zbliżoną do rzymskiego topora. Jego rękojeść ma około pięciu stóp długości.[1] Żołnierz nosi go na plecach, przytroczony pasem. Może nim zarówno kłuć jak i siec, trzymając go oburącz. Wątpię, by kiedykolwiek wynaleziono coś bardziej morderczego,. W ferworze bitwy żołnierz może ściąć nim łeb konia i odrąbać tyle głów i ramion, ile zdoła dosięgnąć.



[1] Prawdopodobnie chodzi o tzw. stopy paryskie – jedna stopa to nieco ponad 32 cm.


niedziela, 25 października 2020

Z testamentu pana rotmistrza

 


W dzisiejszym wpisie wracamy do Prus w czasie wojny ze Szwedami 1626-1629. W 1627 roku pod Gdańskiem miał umrzeć jeden z oficerów służących w armii Koniecpolskiego – Mikołaj Małyński. Dowodził on 150-konną chorągwią jazdy kozackiej, wchodzącą od 1626 roku w skład wojsk kwarcianych. Małyński pozostawił po sobie testament, którego fragmenty przytoczył Władysław Łoziński w swoim Prawem i lewem. Na samym końcu tegoż testamentu znalazła się tak zwana waleta, czyli pożegnanie z ojczyzną i towarzyszami broni, a także z hetmanem Koniecpolskim. Pozwolę sobie zacytować ten wycinek, bo to rzecz nader ciekawa i ładnie napisana:

Żegnam cię ojczyzno moja miła, dla której Bogu wiadome i ludziom są prace życzliwe moje a z miłości, co i teraz ta ostatnia usługa moja wiernie świadczyła.  Ale tu na koniec z żałością przychodzi pożegnanie moje z wami, bracia i mili towarzysze, z którymi żyć i umierać miło mi było… W jedności z innymi kolegami moimi, sługami twoimi, którzy od ojczyzny do obrony są wezwani, Ciebie jako głowę, cny hetmanie, powtóre żegnam, życząc Ci wespół z rycerstwem Twojem od Boga błogosławieństwa onego z nieprzyjaciół wszelakich, które niegdy Bóg dawał hetmanom swoim ulubionym i wybranym, Jozuemu, Gedeonowi, Jonacie i mężnemu Dawidowi, aby sława Twoja nie czarnolejącem piórem ale złotem opisana i z serc ludzkich na wieki nie była wymazana.

czwartek, 22 października 2020

Pan Gabryel i jego tureckie zakupy

 


[Podziękowanie dla Rafała Szwelickiego za wskazanie „Patrycatu i mieszczaństwa lwowskiego w XVI i XVII wieku” pióra Władysław Łozińskiego]

Dziś wzmianka krótka, ale bardzo interesująca. W 1621 roku kupiec lwowski Gabryel Langisz (ze zruszczonej rodziny greckiej) wyprawia się do Konstantynopola. Zabiera ze sobą transport brzostu, czyli wiązu górskiego, cenionego ponoć w meblarstwie. W drodze powrotnej przywozi ze sobą cenione w Polsce łuki tureckie:

- 12 łuków po 18 złotych sztuka

- siedem sajdaków po 45 złotych sztuka

- 16 dziesiątek strzał po 6 złotych

Jak to wygląda w porównaniu z inną bronią i ekwipunkiem w tym czasie? Przykładowo w 1628 roku szabla hajducka z pochwą miała kosztować 2 zł i 10 groszy, koncerz z pochwą 4 lub złotych, a muszkiet nie więcej niż 8 złotych. Oczywiście cena łuków ulegała zmianie, już w 1633 roku tureckie łuki lepszej jakości kosztowały od 15 do 30 złotych za sztukę, podczas gdy te gorszej jakości sprzedawano za 9 złotych.

poniedziałek, 19 października 2020

Szwedzi, Finowie, a z nimi garść Szkotów, Polaków i Węgrów

 

 


W toku jednej z dyskusji na forum historycy.org padło pytanie o proporcję oddziałów szwedzkich/fińskich i najemnych w armii Karola IX pod Kicholmem w 1605 roku. Jako że dzięki pracom  Mankella i Barkmana mamy dostęp do bardzo szczegółowych danych, można więc przedstawić zestawienie jednostek i przyjrzeć się proporcjom w jakich występowały w bitwie poszczególne nacje:

 

I.                     Piechota:

 

Batalion gwardii (drabanci i straż pałacowa) – 150 + 244 = 394 ludzi

 

Regiment Andersa Stuarta (10 chorągwi szwedzkich) – 1872 ludzi

 

 

Regiment Josefa Mikaelssona (4 chorągwie szwedzkie + 1 jedna niemiecka) – 534 ludzi (w tym 73 ludzi w chorągwi niemieckiej)

 

Regiment Hansa Rechenbergera (4 chorągwie szwedzkie) – 951 ludzi

 

 

Batalion piechoty fińskiej – 500 ludzi

 

Regiment Jespera Andersona Cruusa (9 chorągwi szwedzkich) – 1590 ludzi

 

 

Regiment (najemny) Fryderyka księcia luneburskiego (3 chorągwie) – 400 Niemców

 

Regiment (najemny) hrabiego Johana Friedricha Mansfelda (5 chorągwi) – 725 Niemców

 

 

Regiment (mieszany) Andersa Lenartsona (1 chorągiew szkocka, 2 chorągwie polskie, 4 chorągwie niemieckie, 2 chorągwie szwedzkie) – 1402 ludzi (186 Szkotów, 178 Polaków, 113 Węgrów, 564 Niemców, 361 Szwedów)

 

Straż przy artylerii – 134 ludzi

 

II.                   Jazda:

Regiment króla (7 chorągwi szwedzkich, 1 inflancka) – 1055 ludzi (w tym 74 Inflantczyków)

Regiment Andersa Lenartsona (4 chorągwie fińskie, 1 szwedzka, 4 inflanckie) – 1035 ludzi (98 Szwedów, 532 Finów, 405 Inflantczyków)

Regiment hrabiego Johana Friedricha Mansfelda (4 chorągwie szwedzkie) – 410 ludzi


piątek, 16 października 2020

Owsa ani chleba dostać nie możono

 


Epizod z początku grudnia 1653 roku, z jednej z najgorzej przeprowadzonych operacji XVII-wiecznej armii polskiej czyli kampanii żwanieckiej. Autor Diarusza obozowego tak oto opisywał niedole wojska:

Wałów dokopać kazano, które in circuitu blisko male biorą. Ziemia zmarzła, siekierami niebożęta żołdacy i pacholikowie rąbać musieli i tak przez się twardą i skalistą. Głód się tego dnia w obozie wielki zajmować począł, owsa ani chleba dostać nie możono, nie tylko żołdacy, ale pacholikowie, ba i dragonie. Towarzystwo ścierw jeść musieli. Za Dniestr przejeżdżać nie śmiano dla ordy, o której przeprawieniu się słychać było (…). Powracali za Dniestrzu pacholikowie posieczeni, udawając, że od ordy, ale im nie dowierzano rozumiejąc, że to opryszkowe albo Wołosza robiła, która siła naszych czeladzi łowiła zawsze.

Swoją drogą bardzo ciekawa hierarchia armii: piechota cudzoziemska (żołdacy), pocztowi (pacholikowie) i nieco nad nimi dragonia. No i ci jedzący ścierwo towarzysze.

niedziela, 11 października 2020

Surowego na się zaciągając karania

 


Kilkakrotnie wspominałem na blogu o tym że hetmani z rodu Radziwiłłów słynęli z surowości wobec podkomendnych. Dziś kolejny przykład, datowany na sierpień 1649 roku uniwersał Janusza Radziwiłła do spóźnionych chorągwi:

Chorągwią wszytkim pozad idącym. Na jak surową opóźnienia i leniwym iściem do obozu zarobiliście animadwersyją, sami się osądzić możecie. Stąd i teraz upominam i koniecznie pod obowiązkiem powinności rycerskiej poczciwością i gardłem rozkazuję, abyście za wzięciem uniwersału tego dniem i nocą jak najprostszym gościńcem spieszyli do obozu, surowego na się zaciągając karania, które bez miłosierdzia i folgi wszelakiej nad każdym ekstendować każę.

Nie wiem jak Wy, ale ja tam bym zebrał chorągiew w troki i od razu przyspieszył…

środa, 7 października 2020

Nie mają jednak pojęcia o tym, jaki zrobić z nich użytek



Znów na blogu pojawi się Irlandczyk Bernard O’Connor, tym razem w temacie bardzo ‘na czasie’. Opowie bowiem jak według niego wyglądała polska służba zdrowia pod koniec XVII wieku.

Jeśli mowa o praktyce medycznej w Polsce, to – mimo że istnieje – jest wielce niedoskonała. Doktorzy nie wiedzą nic o współczesnych odkryciach w dziedzinie anatomii i chemii, co więcej, ’materia medica’ jest im prawie zupełnie obca i bardzo słabo rozwinięta. Szkoły medyczne, do których się odwołują, są tylko i wyłącznie Galenowe[1], i to zawsze najgorszego rodzaju. Słabo znają współczesnych autorów, zwłaszcza tych z naszego kraju, chociaż słyszeli ich nazwiska i przyznają, że medycy angielscy rozwinęli medycynę jak żaden inny naród, ale wiedzą o tym z pogłosek raczej niż rzeczywistej znajomości pism naszych autorów.

W walce z chorobami stosują oni wszystkie te środki, których my używamy u siebie, a więc: merkuriusz, stal, antymon, proszek jezuicki, sole lotne i esencje. Wszystko to sprowadzane jest do Polski, głównie do Warszawy, albo sporządzane na miejscu przez aptekarzy niemieckich. Aptekarzem poprzedniej królowej był Niemiec, uczony chemik. Jakkolwiek Polacy odwołują się do tych samych szkół medycznych co my, nie mają jednak pojęcia o tym, jaki zrobić z nich użytek. W swych konsultacjach nie są nazbyt biegli, choć podbudowują swą praktykę, cytując różnych przewodniczących i znanych autorów.



[1]              Chodzi o pochodzącego z Grecji rzymskiego lekarza Klaudiusza Galena (130-200 n.e.)


środa, 23 września 2020

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XXXVI

 


Pora na kolejny wyjątek w kąciku z recenzjami. Generalnie nie lubię recenzować tomów zbiorowych, gdzie można znaleźć różne artykuły różnych autorów. Tym razem muszę jednak zrobić wyjątek, bo też okazja ku temu wyśmienita. Ukazał się właśnie dziesiąty tom z serii Studiów i Materiałów opublikowany  przez Arx Regia czyli Wydawnictwo Zamku Królewskiego w Warszawie. Nosi on tytuł W boju i na paradzie. Husaria Rzeczypospolitej w XVI-XVII w. Redaktorami naukowymi (i autorami dwóch artykułów) są pracownicy Muzeum Zamku Królewskiego: Zbigniew Hundert i Tomasz Mleczek. W tomie znajdujemy osiem bardzo interesujących artykułów dotyczących tytułowej husarii. Redaktorzy zaprosili tu do współpracy śmietankę polskich historyków wojskowości nowożytnej, z góry przepraszam więc wszystkich autorów, że dla uproszczenia w recenzji pominę ich tytuły naukowe. Przyjrzyjmy się poszczególnym artykułom w takiej kolejności w jakiej są one zamieszczone w książce:

- Tomasz Mleczek, Od wiktorii orszańskiej do bitwy pod Obertynem. Zmiany w uzbrojeniu husarii w 1. Połowie XVI w. Mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą analizą materiałów źródłowych opisujących ewolucję z jazdy lekką na średniozbrojną. Głównie w oparciu o popisy chorągwi jazdy autor przedstawia nam tu stopniową zmianę wyposażenia raców i lekkich husarzy. Bardzo dobrze łączy się to z kolejny artykułem w tomie czyli…

- Marek Plewczyński, Przezbrojenie husarii polskiej za panowania Zygmunta Augusta (1548-1572).  To bardzo ważny tekst, ukazujący że wykształcenie się standardu wyposażenia i uzbrojenia husarii który kojarzymy z panowaniem Stefana Batorego miało tak naprawdę już miejsce za Zygmunta Augusta i to głównie w Inflantach i na Litwie w czasie konfliktu z Moskwą. Także i tym artykule nie zabrakło licznych odniesień do materiałów źródłowych – popisów, dokumentów i materiałów ikonograficznych.

-  Mirosław Nagielski, Blaski i cienie działań husarii koronnej w XVII wieku. Tu z kolei możemy poczytać o roli i znaczeniu husarii w armii koronnej, co ważne autor podkreśla że formacja ta, mimo ważnej roli na polu bitwy, nie mogła działać samodzielnie, wiele też zależało od terenu walk czy głównodowodzącego armią. Wraca tu także nieśmiertelny temat bitwy pod Gniewem i sprzecznych opinii Jerzego Teodorczyka i Radosława Sikory na kwestię husarii w tym starciu.

- Przemysław Gawron, Miejsce husarii w strukturze armii litewskiej w latach 1600-1635. Nie będzie niespodzianką jeżeli napiszę, że to mój ulubiony artykuł z tego zbioru, dotyczy bowiem mojego ulubionego okresu. W oparciu o bardzo bogatą bazę źródłową, autor buduje nam tu obraz roli i liczebności husarii w armii litewskiej w obliczu walk przeciw Szwedom i Moskwie. Niezwykle dużo ciekawych informacji na temat ilości i stanów litewskich chorągwi husarskich w kolejnych kampaniach.  

- Konrad Bobiatyński, Husaria litewska w dobie walk z Kozakami oraz wojskami moskiewskimi w latach 1648-1667. Znów pozostajemy przy husarii litewskiej, tym razem jednak w nieco późniejszym konflikcie. Artykuł przynosi nam bardzo dokładny obraz działań bojowych husarii w omawianym okresie, podając także informacje na temat chorągwi i ich liczebności.

- Piotr Kroll, Wykorzystanie husarii koronnej na ukraińskim obszarze działań w latach 1648-1667. Także i w tym artykule czytelnik ma okazję zapoznać się z okresem walk z Kozakami i Moskwą, tym razem jednak towarzysząc husarii koronnej. Znajdziemy tu informacje na temat roli, liczebności i działań bojowych husarii koronnej. Co ciekawe, sporo miejsca autor poświęca też husarii moskiewskiej, zorganizowanej pod wpływem walk z Polakami.

- Zbigniew Hundert, O instytucji królewskich chorągwi husarskich w obu komputach wojsk Rzeczypospolitej w latach Jana III (1674-1696). Kolejny artykuł przenosi nas do okresu panowania Jana III Sobieskiego, a autor przedstawia nam dogłębną analizę militarnej i politycznej roli chorągwi rodziny królewskiej w armiach koronnej i litewskiej. Widzimy np. jak chorągiew koronna stała się specyficzną kuźnią kadr dla jazdy koronnej czy też jak służba w tego typu jednostkach mogła posłużyć do zdobycia tytułów lub majątków.

- Marek Wagner, Chorągiew husarska Stanisława i Michała Warszyckich w latach 1676-1697. W ostatnim artykule tomu możemy prześledzić losy chorągwi szefostwa Warszyckich w okresie panowie Jana III. To niezwykle interesująca analiza genezy, struktury i historii oddziału, która bez wątpienia może posłużyć za ciekawy wzór dla serii podobnych publikacji o innych jednostkach koronnych i litewskich.

Każdemu z artykułów towarzyszą trzy-cztery ilustracje – z reguły to malowidła z epoki lub zdjęcia wyposażenia. Na końcu każdego z tekstów możemy znaleźć jego podsumowanie w języku angielskim. To akurat jedyna łyżka dziegciu w beczce miodu jaką jest ten tom. Niektóre tłumaczenia brzmią bardzo dziwnie, czasami mamy tu do czynienia z dosyć nietypową formą przyjętą przez tłumaczkę. To niestety częsty problem w tego typu anglojęzycznych podsumowaniach,  które można znaleźć w wielu polskich artykułach i książkach. To jednak tylko drobna negatywna uwaga, która w żaden sposób nie powinna wpływać na odbiór tego tomu.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to niezwykle mocne trzeba mieć. Każdy miłośnik XVII-wiecznej polskiej i litewskiej wojskowości powinien mieć ten zbiór artykułów w swojej kolekcji, niezwykle wysoki poziom merytoryczny tego zestawienia sprawia, że to jedna z ciekawszych pozycji jakie od dłuższego czasu miałem okazję przeczytać.

 

sobota, 19 września 2020

Ostatnia szarża pana Andrzeja


 

W czasie szarży ‘rozpoznawczej’, którą pod Wiedniem wykonała chorągiew husarska królewicza Aleksandra, zginął towarzyszący jej Andrzej Modrzewski, podskarbi koronny. Jego dworzanin, Stanisław Chróściński wspomina, że Modrzewski miał pancerz y misiurkę y szablę[1], a co do stroju: między trupami zaledwie uznałem ś. P. Jegmści Dobrodzieia po kaftaniku łosim, który sprawowałem w Krakowie; bo kontusz w sztuki poszarpany. Co ciekawe, zwłoki mieli obrabować dragoni: na głowie dragońską przyrzucony liberyą, zkąd dorozumiewałem się, że ci y inne rzeczy przy nim pozabierali, bo i szkaplerz był na nim rozpruty, znać dla pieniędzy. Chróściński bardzo obrazowo opisał śmierć swojego pana. Modrzewski miał zapędzić się przed atakującą chorągiew, próbując dotrzeć do stanowiska Wielkiego Wezyra. Dzidę w poganinie utopiwszy, y pistolety wystrzeliwszy, podskarbi miał walczyć potem z szablą w ręku. Dzielny szlachcic nie miał jednak najmniejszych szans w obliczu przeważających sił tureckich: zaraz dzirydami pod lewe oko na wylot w głowę, y na prawey stronie pod szczękę kilką także dzid przebitego na wylot, iak snopek z siedzenia podnieśli, w tym rzuciwszy się większem tłumem, w piersi buzdyganem uderzyli, w lewą rękę okrutnie posieczonego, w prawą łopatkę y po udach przebitego, zwalili na ziemię. Turcy mieli mu wtedy zabrać pancerz, misiurkę i szablę, nie zdołali jednak mu odciąć głowy, gdyż w tym momencie dopadła ich szarża husarii królewicza. Chróściński wspomina także straszliwy stan zwłok swego pana, głowa wszytka we krwi, ręce porąmbane, nogi poprzebijane, ledwie znać że człowiek!

 



[1]              W kompucie Modrzewski miał chorągiew pancerną.

piątek, 18 września 2020

U pana Stanisława na dworze

 



Ciekawy wypis dotyczący wojsk prywatnych i dworu Stanisława Lubomirskiego (1583-1649), prawdopodobnie dotyczący ostatniej dekady życia wojewody krakowskiego:

- dragonii 200 i z swemi oficerami służących, Niemców, z rotmistrzem P. Rusnowskim i trębaczami. Ci przed karetą jechali i warty przed powozem odprawiali, będąc pod dwóma komendantami

- piechota węgierska nadworna pieniężna 400 ze swemi rotmistrzami, których przezwiska te są: JPP. Malewicz, Makowski, Budyze, Arwat, Otwinowski. Piechota zaś zawsze zostawała przy boku Jmci pod czterema chorągwiami i muzyką, to jest bębnami i szyposzami mając swój bazar; ta piechota naprzód w drogę wychodziła, piątego dnia przed ruszeniem dworu ze swoim bazarem, drugiego dnia rumaki, trzeciego muzyka, czwartego myślistwo, piątego sam Jegomość z poważnym a wielkim dworem.

- na dworze utrzymywano także przyboczny oddział Srebrnych Kozaków, ok. 60 ludzi ze szlachty, Węgrów, Tatarów, na koniach dobrych. Szable mieli oprawne i sajdaki, rzędy lite, każdy samowtwór

Wspomniana powyżej muzyka to kapela dworska kierowana przez Włocha Jana Baptystę Filiponiego (który pełnił też funkcję kawalkatora) : wszystkich muzyków i śpiewaków było 26, między zagranicznemi mieściło się także wiele Polaków, z Korony i Litwy. Z kolei stajnia wojewody to koni tureckich i rumaków polskich było na stajni sześćdziesiąt, i tyleż masztalerzy. Na czele stajni znajdujemy dwóch koniuszych, panów Grzymalskiego i Otwinowskiegp. Oprócz wspomnianego Filiponiego dwoma kolejnymi kawalkatorami byli Andrzej Jaroszewicz i Stanisław Rządkiewicz.  Ciekawa wzmianka dotyczy dworskich myśliwych, wojewoda nie przepadał bowiem za jastrzębiami, miał za to charty, ogary, sokoły i rarogi, nad którymi czuwała świta myśliwców, sokolników i rarożników 30.

Na koniec bardzo interesująca wzmianka o grupie synów szlacheckich, których ok. 20 spędzało czas na dworze magnata. Tych ćwiczenie codzienne z łukami, dzidami i kopijami, bywało do pierścienia, odmieniano im szaty jedwabne, co ćwierć roku, futra jednym, którzy byli w respekcie pańskim, egipskie baranki, drugim podlejszego respektu błamy lisie dawano.

czwartek, 17 września 2020

Na gardło obudwu skazano

 



Ciekawy wyjątek z Dziejów Marsa krwawego… Jana Piotra Sapiehy, dotyczący dyscypliny wśród polskich najemników Dymitra. 19 sierpnia 1609 roku, zebranie koła generalnego wojska:

W tymże kole czynił skargę pan Janicki, towarzysz z roty jego mości, na towarzystwo pana Wilamowskiego, z roty pietyhorskiej: pana Bratkowskiego i na pana Nosa, którzy, najechawszy w derewni pacholika pana Janickiego, obrali ze wszystkiego i związawszy [z] sobą wzięli, chłopów w tejże derewni pomęczyli – na których, iż były słuszne i jawne dowody, wszyscy w kole zgodnie prosili jego mości, aby według artykułów byli karani, także i o nieposłuszeństwo, aby według artykułów karany każdy nieposuszny.

Dzień później Sapieha wraz ze starszyzną wojskową, z ich mościami pany pułkowniki i z pany rotmistrzami, zasiadł do obrad nad wyżej wymienioną sprawą. Dla których iż się jawne okrucieństwa i morderstwa pokazali, prawem będąc przekonani, na gardła obudwu [towarzyszy] skazano.

Swoją drogą w tym źródle można znaleźć o wiele więcej przypadków zebrań koła generalnego i roztrząsania na nim podobnych spraw, nierzadko kończących się wyrokiem śmierci.

sobota, 12 września 2020

Niepodobna wyrazić, jakie z nich mam ukontentowanie


 

Listy Jana III Sobieskiego z jego kampanii wiedeńskiej przynoszą masę niezwykle interesujących szczegółów dotyczących walk – od opisów starć po drobne anegdoty dotyczące różnych wydarzeń z otoczenia władcy. Bardzo ciekawe są jego uwagi dotyczące wyglądu i zachowania sojuszników, niektóre cytowałem już zresztą na blogu. Dzisiaj fragment listu pisanego o trzeciej w nocy 12 września 1683 roku, tuż przed decydującą bitwą. Król tak oto pisał w nim elektorów bawarskiego i saskiego:

Zrazu elektorowie obadwaj byli przecię z nami niby obcy; teraz, jakeśmy się to poczęli zbliżać ku nieprzyjacielowi, niepodobna wyrazić, jakie z nich mam ukontentowanie: sami zawsze parol ode mnie odbierają i dziesięć czasem razy pytają, jeśli jeszcze czego nie rozkażę. Saski[1] poczciwy człowiek, w którego sercu nie masz zdrady. Spadł onegdy nieboraczeńko z konia i podrapał sobie twarz: jakobyś Wc moje serce patrzała na ową kompanię kapraliską. Kawalerów kilku mają przy mnie zawsze dla odbierania ordynansów, rajtarów nawet zbrojnych przysłali po kilkadziesiąt tej nocy, aby stali na koniach przed namiotem moim; co, moje serce jedyne, racz oznajmić ks. łuckiemu (bo ja nie mam czasu), który był tego rozumienia, żem z nimi miał zażyć, i z flegmą ich, wielkiej trudności. Przydali mi do wojska mego polskiego na skrzydło prawe cztery wielkich regimentów piechoty: owo zgoła, kapitan najprostszy nie mógłby być posłuszniejszym nad nich i dlatego możemy się spodziewać dobrego przy łasce bożej skutku, lubo z wielką pracą, bośmy całe rzeczy inaczej znaleźli, osobliwie w położeniu miejsca, niżeli nas informowano.



[1] Jan Jerzy III Wettyn, to jego srogie oblicze ozdabia ten wpis.

wtorek, 8 września 2020

Fortele pana Macieja



Nie ma to jak fortele wojenne, sprawiające że armia w marszu wyglądała okazalej. W czerwcu 1651 roku Maciej Frąckiewicz-Radzimiński miał z rozkazu hetmana Janusza Radziwiłła ruszyć na czele zgrupowania wojsk litewskich na odsiecz oblężonego przez Kozaków Homla. Pan starosta mozyrski dostał pod swoją komendę 11 chorągwi jazdy: jedną husarii, sześć kozackich i cztery tatarskie. Miał eskortować piechotę dowodzoną przez Mikołaja Krzysztofa Giedroycia, a także działka, prochy i żywność. Frąckiewicz-Radzimiński zamierzał użyć w czasie swojej wyprawy fortelu od czasu od czasu używanego przez polskich i litewskich dowódców w XVII wieku. Chciał oto sprawić by jego oddziały wyglądały na większe niż w rzeczywistości. Wydał więc rozkaz by luźnej czeladzi znaczki podawać by mogła udawać oddziały regularne. Miał także i pomysł co do swoich oddziałów, chorągwie co dwieście i pułtorasta [koni] na dwoje podzielić dawszy znaczki, żeby się wojsko większe zdało. Ciekawa, prosta acz w miarę efektywna metoda używania  forteli wojennych.


wtorek, 1 września 2020

Dałże tedy wprzód pięścią w gębę



Dziś powiastka o krewkim podkomorzycu i równie krewkim oficerze dragonów. Przekonamy się, że nawet w XVII wieku kłótnie na tematy wojskowe potrafiły być bardzo nerwowe. Rzecz będzie miała miejsca na dworze króla Jana III w 1694 roku,  a opisał ją Kazimierz Sarnecki.

Po obiedzie jmp. Dąbrowski podkomorzyc wileński z p. Lamarem starszym rotmistrzem dragańskim powadziwszy się z dyskursów o komendę, że ją lepiej Lamar rozumie, bo ma onej księgę, wprzód słowami, a potem pięściami solwowali sobie racyje. Dałże tedy wprzód jmp. podkomorzyc Lamarowi pięścią w gębę, a Lamar kijem oddać miał w głowę jmp. podkomorzycowi, potem do szpady się porwał jmp. Dąbrowski, za którą uchwycił p. Prusiński rotmistrz dragański j.k.m.; że ten uczynili eksces w zamku, przed skarbcem, pod bokiem pańskim i hetmańskim, odebrał zaraz te szpady pod wartę, a ichmciów aresztował na tym się miejscu, aby nie wychodzili, kawalerskim słowem, nie biorąc samych pod warte. Zaraz tedy powiedziano królewsku ichm., inkwizycyją czynić kazano, z której się pokazało, że obadwa byli pijani, i tak się tego nie aprehendowano, że po pijanu ten eksces zrobili, szpady im oddać kazano, żeby się sami po trzeźwiu pogodzili.  

piątek, 28 sierpnia 2020

Na zakup koni dobrych

Garść ciekawostek dotyczących przygotowań do wyprawy Stefana Batorego z 1578 roku. Król mial wysłać swojego kawalkatora nazwiskiem Moret do Włoch i Hiszpanii w celu zakupu koni. Dotychczasowy rynek zakupów w Turcji był w tym momencie zamknięty dla Polaków z powodu nieżyczliwości pogańskiej. Poniżej dwa listy królewskie dotyczące finansowania owej eskapady Moreta:


Oczywiście nie oznacza to, że zrezygnowano z zakupów koni tureckich. Pan Pretficz (zapewne Jakub, syn słynnego zagończyka) miał bowiem zostać wysłany do Węgier, ba snadź i do Budzińskiego Baszy jedzie, tak mówią dla koni i rynsztunków węgierskich. Fakt że w zapisku wspommniano tureckiego paszę Budy może sugerować, że nie tylko o węgierskie zakupy tu chodziło.

piątek, 21 sierpnia 2020

Kobiety ormiańskie wpół go porwały



Bardzo ciekawy zapisek z akt sądowych lwowskich z 1612 roku, opisujący przypadek żołnierza i watażki, a także tego jak skończył:
Sprawa Łozińskiego we Lwowie. Służył on najprzód w pułku  p. Stadnickiego z p. Kaliną, w tej potrzebie był pojmany od Niemców do Nowogrodu i z innemi 70. Z tamtąd zaciągnął się z p. Oszańskim do pułku p. Zborowskiego, był w dziewiczym Monasterze, potem kiedy szedł Sapieha na Gałgę pod Pereasław, wtenczas czeladź wzięto z dziewiczego monastyru i tam wszystko stracił. Nareszcie tu we Lwowie napadł na kram ormiański, gwałtem exakcye czyniąc, chcieł olszą ciąć i pałaszem, ale kobiety ormiańskie wpół go porwały, olszę i pałasz odebrawszy, do zamku oddały. Dnia 12 września 1612 Józef Ciekliński Marszałek wojska stołecznego, wydał wyrok w obozie pod Szczerbowcem, by był powieszony.
Jak widać pan Łoziński przetrwał boje ze Szwedami (to owi ‘Niemcy’ wspomniani w tekście) i Moskwą, ale w przypadku walecznych Ormianek trafiła kosa na kamień…

czwartek, 13 sierpnia 2020

Biadaż tej zarozumiałości, biada owej bezmyślności!



Nasz dobry blogowy znajomy, Silahdar Mehmed aga z Fyndykły, opowie dzisiaj o słabości artylerii tureckiej w czasie oblężenie Wiednia w 1683 roku. Kronikarz nie omieszka też wskazać na błędy Kary Mustafy:

Dziwne jest jednak, że pomimo takiego przepychu i świetności, pomimo znakomitego uzbrojenia wojsk, pomimo takich zapasów kuł, prochu i sprzętu oraz takich kosztów i wydatków wielki serdar nie sprowadził wielkich dział i moździerzy do [miotania] bomb. Właśnie rozpoczynając wyprawę na Niemcy i ważąc się w swym sercu na oblężenie zamku takiego jak zamek wiedeński, winien był on wyposażyć obóz wojsk monarszych w czterdzieści czy pięćdziesiąt bałjemezów z rodzaju tych, które strzelają kulami o wadze co najmniej od dziesięciu do trzydziestu okk, w piętnaście albo dwadzieścia armat kolubryn, w takąż samą liczbę moździerzy do [miotania] bomb oraz w ze trzysta szahi-darbuzenów. Co prawda, do przewozu takiej liczby dział potrzeba kilku tysięcy par wołów, żeby więc mieć tyle wołów, musiałoby się spędzić bydło z całej Rumelii. Mógłby tedy ktoś zauważyć, że to pociągnęłoby za sobą konieczność użycia przemocy. Odpowiedź na to jest jednak taka, że były to czasy, kiedy moc i potęga państwa, bogactwo i zasobność skarbu i arsenału była w stanie zagwarantować bezpieczeństwo mienia i inwentarza zarówno żołnierza muzułmańskiego, jak też rajów. Gdyby się bowiem wedle ówczesnych warunków z każdej brody oddało tylko po jednym włosku, to zgromadzenie pięciu czy dziesięciu tysięcy wołów nie przedstawiałoby trudności najmniejszej, a szczególnie nie dokonałoby się tego przemocą, lecz w drodze kupna ich przez skarb za zgodą właścicieli. Wielkich armat nie potrzeba było sprowadzać aż ze Stambułu, bo od dawna istniało prawo pozwalające zabierać je i ściągnąć z Budzina i okolicznych zamków granicznych. Dawnymi bowiem czasy padyszachowie i serdarowie z [ich] ramienia, wyruszając na wyprawy węgierskie, zwykli byli brać i sprowadzać wielkie działa wedle potrzeby najczęściej z zamków granicznych.
Ale wielki serdar nie wpadł na ten pomysł i prawa owego [zastosować] nie chciał. „Państwem cesarza zawładnę bez wojny i walki" — myślał sobie, więc wyruszył mając w obozie jedynie dziewiętnaście kolubryn strzelających pociskami trzy- do dziewięciookkowymi, pięć moździerzy do [miotania] bomb oraz sto dwadzieścia dział szahidarbuzenów, a z tej liczby dwie kolubryny zostawił pod zamkiem Jawarynem. (Mianem kolubryn określa się działa strzelające kulami trzy-do dziewięciookkowymi; bałjemezami natomiast nazywa się armaty, które miotają pociski od dziesięciu do czterdziestu okk.) Czyż można jednak z takich drobnych działek bombardować zamek tak potężny, a z nieprzyjacielem niemieckim rozprawiać się, nie poczyniwszy odpowiednich przygotowań? Biadaż tej zarozumiałości, biada owej bezmyślności! Później kazał on ważyć pociski armatnie, którymi nieprzyjaciel z naprzeciwka ostrzeliwał działa jego własne, oraz ubolewał i zdumiewał się nad nimi. Ale czy to mogło w czymkolwiek pomóc?


niedziela, 9 sierpnia 2020

Bernard M. D. – gawęda o Kozakach



Bardzo dawno nie było na blogu żadnych zapisków Irlandczyka o Rzplitej. Zobaczmy więc co napisał o Kozakach, ich zwyczajach i sposobie wojowania. Pamiętajmy jednocześnie, że rzecz spisywana była za panowania Jana III Sobieskiego, warto to więc umiejscowić w czasie:

Głównym zajęciem kozaków jest wojaczka i choć walczą głównie konno, jednak czasami zsiadają z koni, by pełnić służbę pieszo. Zadziwiająca jest ich wytrzymałość na trudy wojny, są w stanie żyć właściwie bez niczego. Zwykle zadowalają się rodzajem czarnego ciasta, które jedzą z czosnkiem i cebulą. Z wielką zręcznością posługują się arkebuzami i łukami, używają również szabel. Nie znają prawie żadnych luksusów, niezmiernie kochają jedynie akwawitę, którą mieszają z miodem i często się upijają. Są wśród nich rzemieślnicy wszelkich specjalności. Kobiety zajmują się głównie przędzeniem lnu i wełny. Chłopi znają doskonale różne sposoby uprawy roli, a wszyscy są dość wprawni w warzeniu piwa, przygotowywaniu miodu pitnego, akwawity itd. Większość z nich, bez względu na wiek, płeć czy kondycję, zwykle stara się prześcignąć innych w piciu i hulance, i sądzę, że nie ma w świecie chrześcijan, którzy są bardziej beztroscy i niedbali, choć z natury są przecież zdolni do wielu rzeczy. Kiedy stoją na polu naprzeciw wrogów, zawsze są całkowicie trzeźwi. Kozacy najodważniej walczą w taborach, które są rodzajem wozów używanych specjalnie w tym celu. Nie gorsi są również na morzu. Konni są niewiele warci: dwustu Polaków mogłoby łatwo przepędzić dwa tysiące ich najlepszych wojskowych, jednak ich piechota wytrwa w najgorszych warunkach. Kiedy dostrzegą na morzu statek, który zamierzają przejąć, pozostają w ukryciu ze swymi łodziami prawie do północy i wtedy bardzo szybko podpływają, otaczają go i łatwo biorą z zaskoczenia. Kiedy przeładują cały ładunek, zwykle zatapiają statek, ponieważ nie są w stanie go przetransportować

piątek, 7 sierpnia 2020

I kryją się do swych jam

 

Charles Ogier, wizytując w 1635 roku, wciąż widział tam rozliczne ślady zakończonej sześć lat wcześniej wojny. Poniżej fragmenty dotyczący spalonego w 1628 roku przez Szwedów Łasina (Lessen), dobrze pokazujący jak ogromną traumą dla ludności w Prusach była wojna o ujście Wisły. 

Przejeżdżaliśmy przez miasto Radzyn, pięknie położone, choć spalone i zniszczone przez Szwedów. Stąd przybyliśmy do miast Łasin, również przez Szwedów zburzonego. Widok tych ruin sprawiał wrażenie smutne i zarazem straszne. Przykro było oglądać ludzi świadomych , że jeszcze przed kilkoma laty byli obywatelami kwitnącego miasta, a teraz żyją zagrzebawszy się w zwaliska i nory swych własnych domów. Gdy tylko dostrzega obcych ludzi, natychmiast ogarnia ich strach: rzucają się do ucieczki i kryją się do swych jam, jakby ci, których ujrzeli, musieli być zawsze Szwedami lub wilkami.

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Pogaduchy o rajtarach


Jutro, we wtorek 4 sierpnia, o godzinie 20:30 czasu polskiego będę na żywo opowiadał na FB blogowym o rajtarii koronnej w czasie wojny o ujście Wisły 1626-1629. Serdecznie zapraszam do słuchania i komentowania. 
Przypominam jednocześnie o dwóch poprzednich pogadankach:

sobota, 25 lipca 2020

Kozakom y Tatarom gotowymi, srebrem, towarami, liquarami



Jesienią 1648 roku Lwów, oblężony przez Kozaków Bohdana Chmielnickiego i sprzymierzonych z nimi Tatarów, musiał się okupić ogromną sumą 528 541 florenów w gotówce, towarach i trunkach. Zachowały się spisy darowizn ze ‘zrzutki’ duchowieństwa, mieszczan i przebywających w tym czasie we Lwowie kupców, którzy ofiarowali gotówkę i towary na rzecz okupu dla oblegających.  Poniżej kilka pozycji dotyczących podarowanych broni, ekwipunku i innych interesujących drobiazgów, które weszły w skład okupu:
- 2 szable
- 2 noże
- 3 misiurki
- 4 pary karwaszy
- 1 buzdygan
- muszkiety i łuki (bez podanej ilości)
- kościelne srebro
- ferezja pupkowa, żupan i czapka
- duże ilości płótna

piątek, 24 lipca 2020

Confessata więźniów między Łukowem a Delatyczami wziętych



Bardzo ciekawy zapisek źródłowy, prezentujący zeznania Wołochów z armii księcia Rakoczego, wziętych do niewoli w 1657 roku przez wojska polskie. Przyznam że nie znałem tego wcześniej, natknąłem się na to dzisiaj czytając materiały z czwartego tomu Джерела з історії Національно-визвольної війни українського народу 1648-1658 рр. 




czwartek, 23 lipca 2020

To zaraz szołdrowie w nogi


Blog nieco zaniedbany, więc trzeba go odkurzyć kilkoma wpisami źródłowymi. Bardzo ciekawy komentarz dotyczący różnych problemów w armii polskiej w marcu 1651 roku. W liście Mikołaja Potockiego, datowany na 28 marca, czytamy o walkach z Kozakami:

(…) wojska, osobliwie Niemców i piechoty, bardzo mało i z Polski leniwo idą. Pan Bóg wie, co się dziać będzie. Do szturmu Niemców ni napędzisz, bo choć się powloką, skoro wybieży z kilkadziesiąt Kozaków, to zaraz szołdrowie w nogi. Nasza czeladź i towarzystwo, lubo idą, ale jednak sposobni nie tak są i nie ich wokacyja. Puszkarzów jest lada jakich, a chłopi się tak pokopali w dołach i pozasłaniali, że i granatami ledwo ich wykurstać mogą. Często też ich bardzo rzucać szkoda wielka jest, bo siła kosztują.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Opowieści Natana ben Mojżesza – cz. II.



Po raptem dwuletniej przerwie (nie takie rzeczy już ten blog widział) wracam do zapisków Natana ben Mojżesza Hannowera z jego Głębokiego bagna. Tym razem fragment nie będzie jednak dotyczył straszliwego losu Żydów w czasie Powstania Chmielnieckiego, miast tego będzie dotyczył bitwy pod Piławcami. Oczywiście kronikarz podaje nader przesadne liczby dotyczące ilości walczących, warto jednak zapoznać się z jego wersją wydarzeń:






czwartek, 2 lipca 2020

Pan Aleksander jako kruszyciel



Wspominałem kilkakrotnie na blogu o zwyczaju kruszenia kopii na pogrzebach znanych szlachciców a nawet władców. Podczytywałem sobie właśnie znów diariusz litewskiego husarza Aleksandra Dionizego Wojszko Skorobohatego, który służbę wojskową zaczął w wieku 15 lat (w 1654 roku), prawdopodobnie służąc początkowo u boku starszego brata – Benedykta Kazimierza. Przez pierwsze kilkanaście lat widzimy go w chorągwiach kozackich i pancernych, żeby od 1665 roku zaciągnąć się do chorągwi husarskiej Pawła Sapiehy, a później do chorągwi husarskiej Michała Paca. Skorobohaty zakończył służbę wojskową dopiero w 1691 roku, aczkolwiek w tym wpisie chciałbym wspomnieć o kilku zapiskach z lat 70-tych. W diariuszu znajdujemy bowiem  dla tego okresu wzmianki o rzeczonym ‘kruszeniu kopii’ przez naszego autora, najwyraźniej chętnie powierzano mu tą honorową funkcję. I tak w sierpniu 1670 roku Skorobohaty zapisał:
- kruszyłem kopiją w Wilnie w kościele świętego Stanisława w zamku po wielmożnym jm. panu, panu podstolim W. Ks. Litewskiego [Janie Samuelu Pacu] z woli jm. pana [Krzysztofa Zygmunta] Paca kanclerza W. Ks. Litewskiego
- kruszyłem kopiją po wielmożnym jm. panu [Dominiku] Pacu chorążycu W. Ks. Litewskiego z woli jm. pana kanclerza W. Ks. Litewskiego
- kruszyłem kopiją po wielmożnym jm. panu [Jana Władysławie Despot-] Zienowiczu, marszałku oszmiański z woli jm. pana Paca kanclerza W. Ks. Litewskiego
- kruszyłem kopiją w Grodnie w koście ojców dominikanów po jm. panu [Stanisławie] Masalkim podkomorzym grodzieńskim
Dwa lata później, w styczniu 1672 roku, nasz pan husarz zapisał kruszyłem kopią w Grodnie w kościele ojców dominikanów po jm. panu Fabianie Politalskim szwagrze moim. Jak widać Skorobohaty nie ograniczał się w owej funkcji ‘kruszyciela’ tylko do ważniejszych oficjeli, uhonorował też w ten sposób członka rodziny.

wtorek, 30 czerwca 2020

Nie ten kawaler maltański…



Od czasu do czasu udaje się odnaleźć źródło czy nawet kilka źródeł które zmieniają percepcję danego wydarzenia historycznego czy pozwalają na właściwą identyfikację mniej lub znanej postaci. Dzisiaj właśnie o tym drugim przypadku, bo też jest on bardzo ciekawy. Kilkakrotnie na blogu pojawiała się postać Mikołaja Judyckiego, kawalera maltańskiego, który miał walczyć w szeregach armii koronnej w Prusach w latach 1626-1629. Pisali o nim między innymi Jerzy Teodorczyk, Jan Wimmer czy Henryk Wisner; Judycki miał dowodzić w Prusach piechotą cudzoziemską i dragonią, a po 1627 roku pełnić funkcję Starszego nad Armatą. Co prawda w kilku zapisach źródłowych dotyczących wojny pojawiała się postać Bazylego Judyckiego jako stojącego na czele oddziału dragonii, sądziłem jednak że to po prostu jakiś krewny Mikołaja, który dzięki koligacjom rodzinnym otrzymał polową komendę jego jednostki.
Okazuje się jednak, że prawda jest nieco inna. Doktor Przemysław Gawron, wybitny specjalista w tematyce wojskowości za panowania Zygmunta III, wskazał mi że identyfikacja ‘Judyckiego, kawaleria maltańskiego’ jako Mikołaja jest błędna i że tak naprawdę w kontekście całej wojny, kiedy źródła wzmiankują owego kawalera, chodzi właśnie o Bazylego. To on dowodził jednostką dragonii przez okres całej wojny; to on piastował funkcję Starszego nad Armatą, walcząc między innymi pod Górznem. To właśnie Bazyli zaciągał ‘szelmy śląskie’ do swojego oddziału i to on nie chciał, jako Polak, służyć pod komendą szwedzkiego lojalisty Gustava Sparre w jego regimencie piechoty. Co ważne, Bazyli zmarł we wrześniu 1629 roku na skutek zarazy dziesiątkującej armie walczące w Prusach, a jego jednostkę dragonii objął Francuz Jean (Jan) Marion.
Chciałbym z tego miejsca niezwykle serdecznie podziękować dr Gawronowi za wskazanie mi tego (i kilku innych) błędów w mojej, mającej się ukazać w tym roku, książce o armii koronnej w Prusach i za przesłanie mi licznych materiałów które zostaną uwzględnione w tej publikacji. Biorąc pod uwagę, że Judycki kilkakrotnie pojawiał się w moich blogowych tekstach, wydawało mi się właściwe by zamieścić tu takie źródłowe sprostowanie, być może przyda się i innym badającym temat?

piątek, 26 czerwca 2020

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XXXV



W kąciku blogowych recenzji przyszła pora na 54 tom (jak ten czas leci…) z serii ‘Century of the Soldier 1618-1721), czyli pracę Michaela Fredholma von Essena The Lion from the North. The Swedish army during the Thirty Years War: Volume I, 1618-1632. Jak zawsze, najpierw krótki opis samej pracy, a potem przyjrzymy się kilku szczegółom. Trochę się rozpisałem, ale też to jedna z moich ulubionych armii i okresów w dziejach, więc chyba mi to wybaczycie.

Po krótkim wstępie, chronologii wydarzeń i prologu historycznym pora na właściwą treść. Książka podzielona jest na osiem rozdziałów. W pierwszym z nich zapoznajemy się z historią szwedzkich konfliktów w latach 1618-1632, czyli walkach z Rzplitą w Inflantach i Prusach, a potem ze wstępną ‘szwedzką’ fazą Wojny Trzydziestoletniej. Autor omawia tu pokrótce wszystkie ważniejsze starcie, mamy więc zdobycie Rygi, Walmozję, Gniew, Tczew, odsiecz Stralsundu, Trzcianą, a potem Breitenfeld i Lutzen. Rozdział drugi to metody poboru i zaciągu w armii szwedzkiej: zarówno piechoty jak i kawalerii. W rozdziale trzecim zapoznajemy się z ewolucją organizacji armii szwedzkiej za panowania Gustawa II Adolfa, tak na poziomie kompanii jak i regimentu. W kolejny rozdziale przeczytamy informacje o uzbrojeniu i ekwipunku szwedzkich żołnierzy, artylerii, muzyce wojskowej, sztandarach a nawet nartach. Rozdział piąty poświęcony jest strojom i próbom wprowadzenia mundurów w armii szwedzkiej. W rozdziale szóstym autor prowadzi rozważania na temat taktyki i strategii Gustawa II Adolfa i szwedzkiemu modelowi prowadzenia wojen. Bardzo interesujący jest rozdział siódmy, omawiający działalność wywiadowczą i kontrwywiadowczą (z bardzo ciekawym fragment o pytaniach które w czasie przesłuchania kanclerz Oxenstierna zadawał złapanym polskim szpiegom w 1624 roku). W ostatnim, ósmym rozdziale autor przedstawia wojskową spuściznę Gustawa II Adolfa i jego wpływ na późniejszych dowódców.

Mamy tu także trzy aneksy: słynny opis przemarszu armii szwedzkiej we wrześniu 1631 roku, ODB armii walczących pod Lutzen i krótką listę wybranych regimentów zaciężnych na służbie szwedzkiej.

Bardzo silną stroną pracy są materiały ikonograficzne. Sergey Shamenkov jest autorem przepięknych wizerunków żołnierzy szwedzkich: na ośmiu kolorowych planszach znajdziemy ich łącznie 16, do tego po jednym wizerunki na przedniej i tylnej okładce. Kolejne 24 kolorowe plansze to wizerunki szwedzkich flag z manuskryptu Mohnera. W samym tekście znajdziemy mnóstwo czarno białych zdjęć: od broni i ekwipunku z zbiorów muzealnych, przez portrety władców, wizerunki żołnierzy czy sceny bitewne. Oprócz tego mamy też i sporo map, w tym prezentujące teatr działań w Inflantach czy Prusach a także starcia jak Lutzen czy Breitenfeld.

Praca napisana jest bardzo przystępnym językiem, autor umiejętnie prowadzi narrację i często polemizuje z przyjętymi od dawna tezami na temat wojskowości szwedzkiej, a także z zapisami źródłowymi. Tu jednak nieco zaskakuje dobór owych materiałów źródłowych. Z jednej strony jest tam sporo drukowanych źródeł szwedzkich, niemieckich czy angielskich, a także bardzo dobrych szwedzkich opracowań – jak Sveriges krig 1611-1632 czy praca Barkmana. Z drugiej jednak brak np. prac Mankella, nie ma też żadnych odniesień do ogromnych przecież zbiorów materiałów archiwalnych w Szwecji. Niby można to tłumaczyć tym, że materiały takie są podstawą opracowań według których autor podaje swoje dane,  ale mimo wszystko taki brak jest zaskakujący. Dosyć kuriozalny, w kontekście tego, jak ważnym elementem książki są konflikty z Rzplitą, jest brak materiałów w języku polskim, jeżeli nie liczyć drobnego przypisu z ‘Hammerstein 1627’ Pawła Skworody. W dobie internetu naprawdę można było się nieco postarać, dotrzeć do polskich badaczy i postarać się o nieco polskiego spojrzenia na konflikt ze Szwecją.

Właśnie, pora na moją ulubioną wojnę, więc na chwilę się tu zatrzymać. Jako że książka prezentuje szwedzkie punkt widzenia, znajdziemy tu sporo wzmianek dotyczących wojen ‘polskich’, które są powiedzmy to dyskusyjne. Nagminne jest zawyżanie stanów armii polskiej, z reguły bezkrytycznie brane ze Sveriges krig. W chronologii na początku książki autor twierdzi, że Szwedzi wygrali pierwsze walki pod Gniewem 22 września, chociaż już w samym tekście książki określa starcie jako nierozstrzygnięte. Sama bitwa jest zresztą nazwana przez autora polską porażką. W opisie kampanii 1628 roku brak informacji o zdobyciu przez Szwedów Brodnicy, co zaskakuje, bo był to ich jedyny sukces w tym roku i pośrednio doprowadził do bitwy pod Górznem. Bardzo słaby jest opis bitwy pod Trzcianą, gdyż z tekstu wynika że sprzymierzona armia polsko-cesarska miała aż 20 000 ludzi, Szwedzi mieli tylko 200 zabitych a największą stratą był kapelusz króla. Nagminnie też w tekście pojawiają się informacje o szwedzkich oblężeniach Gdańska i polskich oblężeniach Malborka – nie wiem czy to kwestia tłumaczenia czy też po prostu tak właśnie autor widział owe wydarzenia, które jednak oblężeniami nie były. Nie mogło też zabraknąć anegdotycznej informacji o łucznikach zaciąganych przez Szwedów do ochrony ich piechoty w czasie walk z Rzplitą – jak widać pewne mity wciąż mają się dobrze…

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać]  to pośrednia pomiędzy trzeba mieć a można mieć. Na pewno na rynku anglojęzycznym, gdzie materiałów o armii szwedzkiej jest niewiele i często są one bardzo słabej jakości, książka jest zdecydowanie strzałem w dziesiątkę i na pewno będzie dużym hitem, opisuje bowiem wiele ciekawych aspektów armii szwedzkiej. Dodajmy do tego ilustracja Sergeya, którymi jestem zauroczony, to naprawdę kawał świetnej roboty. Z drugiej jednak strony polski czytelnik znający wydane w naszym kraju tłumaczenie dwóch pierwszych tomów  Sveriges krig nie dowie się tutaj zbyt wielu nowych rzeczy chociaż warto podkreślić że całość materiału jest bardzo dobrze opracowana i podana czytelnikowi w bardzo przystępnej formie. Widać jednak że są pewne aspekty które autora interesują bardziej (sam opis kampanii i wojen) a inne zdecydowanie mniej (sztandary czy stroje). Książka jest jednak warta polecenia tak dla miłośników armii szwedzkiej jak i konfliktów z pierwszej połowy XVII wieku, zwłaszcza dla takich którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tą tematyką. Na pewno będzie stanowiła ciekawą mini-serię z drugim tomem, w którym znajdziemy opis armii szwedzkiej do 1648 roku.