wtorek, 19 stycznia 2021

Arkabuzerzy pana markiza

 



Przeglądałem sobie dzisiaj od rana pięknie zdigitalizowaną Metrykę Koronną (którą możecie poczytać tutaj) i znalazłem bardzo interesujący fragment który chciałbym zamieścić na blogu. To list przypowiedni na chorągiew 80 arkabuzerów, wystawiony w marcu 1668 roku dla markiza d’Arquien (czy tez Derkien, jak chce dokument). To bardzo ciekawy dokument, w którym zalecono markizowi sformować oddział z ludzi doświadczonych, co oczywiście było typową formułką dla tego typu dokumentów. Chorągiew miała mieć (przynajmniej na papierze) zaciąg towarzyski, list mówi bowiem o towarzyszach i pacholikach (pocztowych), którzy mieli mieć konia dobrego ze wszytkim woiennym porządkiem, tak iako porządny Arkabuzer do potrzeby zwykł wsiadać. Z innych dokumentów wiemy, że arkabuzerzy mieli mieć zbroje, z parą pistoletów i bandoletem każdy. Mimo że szlachta dopominała się, by arkabuzeria była formowana na sposób narodowy, tak naprawdę do początku XVIII wieku pod tą nazwą utrzymywała się rajtaria. Zresztą nawet w źródłach z epoki widzimy , że ówcześnie nie mieli większych wątpliwości co do tego kim faktycznie byli owi arkabuzerzy, sam Jan III w swoich listach nazywa ich wszak rajtarami.

[Wiem, jako ilustrację widzimy zapewne husarza z obrazu Brandta, ale jakoś zawsze mi się widok tych jego jeźdźców z bandoletami kojarzy z tym, jak ‘na papierze’ winna wyglądać arkabuzeria]





piątek, 15 stycznia 2021

Ze szkocką pintą i kwaterką brandy

 


Wracamy do zapisków Patricka Gordona, udało mi się bowiem znaleźć ciekawy fragment dotyczący utrzymania żołnierzy (i ich morale) w ryzach. W marcu 1661 roku kompania dowodzona przez Gordona, po powrocie z kampanii 1660 roku, powoli maszerowała z kwater zimowych, trafiając w okolice Krosna. Tu do jednostki trafiły uzupełnienia, wszak dragoni ponieśli spore straty w czasie walk z Moskwą i Kozakami. Jak napisał o tych nowych żołnierzach sam Gordon, było to ’50 chłopa, którzy wcześniej służyli Cesarzowi Rzymskiemu na Węgrzech, pod komendą generała Susa [De Souches] i zdezerterowali, a teraz nasz generał przysłał ich [do mnie] by wcielić ich do kompanii i rozmieścić na kwaterach. Byli to wysocy, nader krzepcy ludzie, głównie Francuzi i Włosi, [ale] też kilku Hiszpanów’. Jako że oddział Gordona był rozmieszczony na terenie miasteczka i kilku wsi, Szkot mógł się słusznie obawiać jak utrzymać tych nowych rekrutów w ryzach, tym bardziej że cała kompania od pewnego czasu nie otrzymywała żołdu. Zdecydował więc, że każdy żołnierz dostanie dziennie szkocką pintę piwa [czyli prawie 1.7 litra], kwaterkę brandy i tyle żywności na ile lokalna ludność może sobie pozwolić. Najwyraźniej podziałało to na morale dragonów, bo nie doszło do żadnych ekscesów, a dwa tygodnie później kompanii wypłacono żołd.

wtorek, 12 stycznia 2021

Krótko mówiąc, ta energia i gwałtowność są nie do opisania


 

Kolejny ciekawy fragment źródłowy z czasów panowania Jana III Sobieskiego, tym razem autorstwa Duponta. Cytat dotyczy drugiej bitwy pod Parkanami w 1683 roku i odparcia szarż jazdy tureckiej przez piechotę sprzymierzonych. Przyznam, że zawsze robią na mnie wrażenie opisy takich starć piechoty i jazdy w XVII wieku, musiało tam dochodzić do nader wstrząsających scen.

Wyznaję, że nie potrafię wyrazić wściekłości, z jaką potężna kawaleria, od razu cała, uderzyła na nasz front. Ich wrzask dawał się słyszeć na wiele mil wokoło. Niech czytelnik przypomni sobie, co książę lotaryński mówił o tej wściekłości w jednym ze swych listów, gdy opisywał walkę, jaką mu wydano, kiedy chciał się zbliżyć do mostów wiedeńskich. Jego szeregi zostały wówczas zmiecione, choć Turków nie było dużo. Krótko mówiąc, ta energia i gwałtowność są nie do opisania. Nie mam wątpliwości, że gdyby nie kozły hiszpańskie, Turcy złamaliby naszą pierwszą linię i przerwali szyk. Ale żołnierze, dzięki temu wsparciu – a pomysłem samego króla [Jana III] było, żeby posługiwać się nim w bitwach – odparli atak i z taką energią ostrzeliwali wroga zarówno z broni palnej, jak i z armat, że ten musiał zawrócić. Ale tylko na chwile. Niebawem Turcy ponowili atak, który został przyjęty tak samo jak poprzedni. Nie rozminę się wcale z prawdą, gdy powiem, że szarżowali co najmniej dziesięć razy. Wydawało nam się, że im więcej ich zabijamy, z tym większą energią wracają. Ze zdumieniem patrzyliśmy, z jaką lekkością i łatwością ich potężne chorągwie dokonują zwrotów. W takiej akcji można było podziwiać doskonałość ich wierzchowców.

 

sobota, 9 stycznia 2021

Żupy według Mistrza Wilhelma

 



Tym razem wpis zupełnie nie związany z wojskowością, ale jako że chodzi o rzecz autorstwa Wilhelma Hondiusa, to nie mogę sobie darować. Seria czterech miedziorytów, datowanych na 1645 rok, przedstawiających miasto Wieliczkę i żupy (kopalnie) soli. Dużo bardzo ciekawych wizerunków górników i ich ekwipunku, więc może kogoś zainteresuje. Poniżej linki do poszczególnych map na stronie polona.pl

Mapa 1

Mapa 2

Mapa 3

Mapa 4





piątek, 8 stycznia 2021

Diego o strzelaniu z armaty

 



Przeszukując ostatnio po razy kolejny bogate zasoby internetowe polona.pl wpadła mi w ręce znana i ciekawa praca, która chyba do tej pory nie zawitała jeszcze na blog. Chodzi o wydaną w 1643 roku w Lesznie polską wersją słynnego dzieła Diego Ufano, która miała u nas przydługi tytuł „Archelia albo artilleria to iest fundamentalna y doskonała infromacya o strzelbie y o rzeczach do niey należących z wywodną przytym nauką, która generałowi, albo przełożonemu nad strzelbą tak w obozie iako w oblężeniu fortec służy”. Ufano był hiszpańskim artylerzystą służącym w Armii Flandrii, pierwsze wydanie jego dzieła ukazało się w Brukseli w 1613 roku (istnieją jednak przesłanki, że była też wersja z 1612 roku). Dzieło spotkało się z dużym zainteresowaniem i szybko zostało przetłumaczone na język niemiecki i francuski. Polskiego tłumaczenia, z wersji niemieckiej, dokonał Jan Dekan.

Cały podręcznik możecie znaleźć tutaj, zamieszczam też kilka przykładowych rycin.





wtorek, 5 stycznia 2021

Karol obiecuje...

 


Elekcja 1669 roku, propozycje księcia Karola V Leopolda Lotaryńskiego, kandydata na tron polski


(za diariuszem Aleksandra Skorobohatego):

- miał przez koronacyją dać Rzplitej 5 milionów

- za Rzplitą głowę swą położyć

- piechoty swym kosztem na potrzebę Rzplitej dawać.

- szkołę rycerską na 100 Polaków w Latorynej erigować

- most na Wiśle swym kosztem zbudować

- księstwo Latryńskie Rzplitej per commutationem z cesarzem jm. zapisać

- po polsku chodzić

- Polaków na dworze swym wszystko chować

W sumie ciekawa sprawa, jakby tak Karola wybrano, oznacza to że nie trafiłby na służbę austriacką  i kto by tam pod Wiedniem potem dowodził…

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XXXVIII

 


Czytelnicy bloga wiedzą zapewne, że wojna 1626-1629 należy do moich ulubionych konfliktów, którym poświęcam sporo miejsca i na  którym koncentruje swoje hobbystyczne badania i projekty książkowe. Z dużą więc ciekawością przyjmuję więc wszystkie zapowiedzi wydawnicze, które dotyczą tej wojny. Jednym z moich niezrealizowanych projektów jest praca o bitwie pod Trzcianą, która (z różnych przyczyn, acz leżących tylko i wyłącznie po mojej stronie) niedokończona wylądowała w szufladzie gdzie może kiedyś tam doczeka lepszych czasów. Z tego też powodu dzisiejsza recenzja może być nieco nietypowa i różnie odbierana przez czytelników, bo na warsztat biorę najnowszą pracę Pawła Szymona Skworody zatytułowaną Bitwa pod Trzcianą 27 VI 1629. Legendarna łaźnia Lwa Północy, która ukazała się z końcem zeszłego roku nakładem wydawnictwa Inforteditions. Recenzje to rzecz bardzo subiektywna, dużo w nich zależy od punktu widzenia recenzenta – stąd też ten nieco dłuższy wstęp w dzisiejszym wpisie, żeby od razu uświadomić czytającym moje zaangażowanie w badany temat, co będzie rzutowało na samą recenzję. Jak zwykle zaczniemy od ogólnego opisu książki, a potem przyjrzymy się różnym szczegółom i dodam kilka obserwacji i komentarzy.

Praca podzielona jest na pięć rozdziałów, oprócz tego mamy wstęp (będący de facto dodatkowym rozdziałem) i aneks z wypisami z polskich źródeł opisujących bitwę. We wstępie autor, po krótkim tłumaczeniu czemu zdecydował się przybliżyć czytelnikom właśnie bitwę pod Trzcianą, opisuje nam konflikt pomiędzy Rzplitą i Szwecją w okresie od wyprawy szwedzkiej Zygmunta III po lądowanie Gustawa II Adolfa w Prusach. Rozdział pierwszy to historia wojny o ujście Wisły, chociaż opis rozpoczyna się od 1625 roku i walk w Inflantach. Znajdziemy tu więc informacje o lądowaniu Szwedów, bitwie pod Gniewem, oblężeniu Pucka, bitwy pod Czarnem (Hammerstein), Tczewem, Oliwą, kampanię 1628 roku, Górzno, oblężenie Torunia, aż po początek interwencji cesarskiej. W rozdziale drugim autor porównuje XVII-wieczną wojskowość Rzplitej i Szwecji, wybiegając czasami aż do Wojny Trzydziestoletniej czy nawet „Potopu”. Znajdziemy tu też informacje o organizacji i wyposażeniu posiłkowych wojsk cesarskich. Rozdział trzeci to porównanie sił walczących pod Trzcianą, podczas gdy w rozdziale czwartym znajdziemy opis samej bitwy. Ostatni rozdział mówi nieco o stratach w bitwie, znajdziemy tam także rozważania autora na temat szyku walczących armii, z kolei w krótkim epilogu autor wspomniał o zakończeniu konfliktu w 1629 roku i o rozejmie w Sztumskiej Wsi.

Co od razu rzuca się w oczy przy lekturze, to dosyć obszerne wprowadzenie do tematu, gdzie wstęp i pierwszy rozdział, stanowiące połowę objętości pracy, są de facto bardzo długim opisem historycznym, który równie dobrze można by podsumować na dwóch stronach ogólnego wstępu i dwóch kolejnych chronologii konfliktu. Zamiast tego mamy kolejne rozważania o bitwach od Kircholmu po Górzno, niewiele wnoszące do samej bitwy pod Trzcianą. Co szczególnie rzuca się w oczy to praktycznie brak odniesień do źródeł, zamiast tego co chwila znajdujemy zdanie mówiące o tym, że „według [tu wstaw nazwisko historyka]…”. Już kilka osób które czytało tę książkę zauważyło: „no ale przecież autor odnosi się do twoich wpisów” – co w sumie nie zaskakuje, bo trochę jednak o Trzcianie napisałem – jednak chciałbym przeczytać książkę Pawła Skworody i owoc jego badań, a nie co chwila natykać się na to co napisał Mariusz Balcerek o szykach armii szwedzkiej, Paweł Duda o dyplomacji papieskiej czy Michał Paradowski na swoim blogu. Otrzymujemy więc kompilację tego co napisali już inni, z reguły z adnotacją autora że zgadza się z danym historykiem. Do tego wiele z tego typu dywagacji zdaje się być po prostu „wypełniaczami miejsca”, ot żeby powstała dodatkowa strona czy dwie. Jak bowiem wytłumaczyć sens dwustronicowych rozważań na temat bitwy pod Kircholmem, dwóch i pół strony o bitwie pod Oliwą czy długie opisy, podane zresztą za Mariuszem Balcerkiem, dotyczące szyków Dahlbergha?

Bardzo dziwne wrażenie sprawia rozdział drugi, mówiący o wojskowości walczących stron. Biorąc pod uwagę jak specyficznym starciem była bitwa pod Trzcianą, aż się prosiło o skoncentrowanie na kawalerii, która wzięła na siebie ciężar walk. Zamiast tego mamy tu wszystko: długie rozważania o rewolucji militarnej w Europie, reformy Władysława IV, odniesienia do „Potopu” a nawet panowania Sobieskiego. Bardzo długo opis dotyczący reform w piechocie szwedzkiej za panowania Gustawa II Adolfa byłby przydatny jeżeli książka dotyczyłaby bitwy pod Gniewem, ale w przypadku Trzciany poświęcenie jej tyle miejsca nie ma większego sensu. Opis jazdy szwedzkiej jest nieco lepszy, acz też nie pozbawiony dziwnych czy niepopartych źródłowo sformułowań (jak lekka jazda inflancka w armii szwedzkiej czy teza o tym że jazda szwedzka została uznana za rajtarów – ale przez kogo tego już się nie dowiemy…). Co ciekawe, jeżeli ktoś ma zerowe pojęcie o jeździe polskiej to zbyt dużo się z tego rozdziału nie dowie, mamy tylko nieco informacji o organizacji chorągwi i sposobie dosiadu koni, ale już nie o uzbrojeniu oddziałów.

Brak odniesień do źródeł jest widoczny chociażby w przypadku próby identyfikacji oddziałów polskich pod Trzcianą. Autor wspomina tu na przykład, że Maciej A. Pieńkowski w swoim artykule o bitwie zidentyfikował chorągwie Łukasza Żółkiewskiego i Adama Kalinowskiego jako biorące udział w bitwie. Problem jest z tym jednak taki, że to jedna z dwóch możliwych interpretacji zapisu z popisu wojsk koronnych z 17 lipca 1629 roku, którą znajdziemy w „Kontynuacji Diariusza…”, interpretacja która jest zresztą dyskusyjna. Wśród zidentyfikowanych jednostek polskich brak chorągwi kozackiej Moczarskiego i oddziałów polskich dragonów, mimo że dysponujemy zapisami źródłowymi na ich temat. Wielokrotnie w czasie lektury pracy odniosłem wrażenie, że autor nie próbuje takich informacji w żaden sposób weryfikować, zdając się na to co napisali już inni. Cytując list Arnima narzekającego na Polaków w bitwie autor powołuje się na „Szwedzkie wojny” („Sveriges Krig”), mimo że w bibliografii swej pracy ma kronikę Hoppego, gdzie można znaleźć zapis tego listu. Zresztą i interpretacja opracowań czasami kuleje, co widać chociażby przy snuciu rozważań o tym, czy Gustaw II Adolf wydał grafowi Renu rozkaz odwrotu i czy ten zdecydował się działać wbrew temu rozkazowi – to wszystko mamy już zarówno wyłożone w „Sveriges Krig” jak i w szwedzkich materiałach źródłowych, do których autor nie dotarł (jak relacja sekretarza Oxenstierny Grubbego i list samego Gustawa II Adolfa).

Dość kuriozalny jest dla mnie opis samego starcia, gdzie autor próbował – może chcąc ułatwić odbiór tekstu – napisać to niemal powieściowym językiem. Wygląda to może dosyć barwnie, ale mnie akurat taki tekst zupełnie odrzucił. Z jednej strony roi się tu od barwnych opisów, gęsto przetykanych metaforami, z drugiej strony co chwila mamy w opisach określenia „prawdopodobnie”, „zapewne”, „być może”. Nie wiedzieć po co mamy tu całe długie ustępy dotyczące prawdopodobnego uzbrojenia i wyposażenia żołnierzy, ich sztandarów i taktyki – co nijak nie umila lektury, a czasami wręcz ją utrudnia. Po co w opisie bitwy rozważania o tym jak wyglądały sztandary walczących armii? Do tego fantazyjne opisy szykujących się do boju żołnierzy czy pochodzącą z 1706 roku komendę dla jazdy polskiej (podpowiem – Janusz Wojtasik był pierwszy, użył już tego w swoim HBku „Podhajce 1698”). Jak na rozdział który powinien być kluczowy dla całej pracy mamy tu niesamowity chaos i naprawdę trudno zorientować się kto, kogo i dlaczego. Do tego autor upiera się, żeby nazywać szwedzką jazdę „lekką jazdą” co jest po prostu błędem i może zupełnie zmylić czytelnika słabo orientującego się w realiach wojny. Brak konsekwencji w zapisie powoduje też, że niemiecki rotmistrz na służbie szwedzkiej, brat grafa Renu, raz jest Wilhelmem, potem Janem Wilhelmem a wreszcie Johanem Wilhelmem – a to wciąż jedna i ta sama postać. Fińskim rajtarom Anrepa nie groziław toku starcia masakra, jak chce autor, bo skwadron ten dał nogę nawet bez oddania salwy z pistoletów – to fiński skwadron Ekholta miał nader dzielnie walczyć przeciw Polakom i cesarskim.

Przy ocenie strat bitewnych autor opiera się o moje ustalenia z 2013 roku, nie ma tu żadnych dodatkowych interpretacji czy materiałów źródłowych. Jest za to nieco dodatkowych rozważań na temat szyku armii sprzymierzonych, wydaje się jednak że autor jest nieco zbyt zaintrygowany szykiem Dahlbergha co prowadzi do dosyć daleko posuniętych wniosków, bez brania pod uwagę ewentualnych mankamentów tego źródła ikonograficznego. Odnoszę zresztą wrażenie, że autor zna te szyki tylko z artykułu Mariusza Balcerka, a nie miał okazji ich samemu przeanalizować.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to niestety z dużym żalem lepiej odpuścić. Mamy tu do czynienia z kompilacją opracowań, z dużą ilością informacji wrzuconych do książki tylko jako wypełniacze miejsca, a sam opis bitwy pozostawia dużo do życzenia. Spokojnie można byłoby usunąć przynajmniej połowę treści pracy bez żadnej szkody dla tytułowej bitwy. Do tego mamy tu sporą ilość błędów czy niedociągnięć, wynikających często z braku pracy na źródłach czy błędnej interpretacji dostępnych materiałów. W mojej ocenie autor nie wniósł tu żadnej nowej treści do rozważań nad bitwą, nie próbował też w jakiś mocny sposób polemizować z dotychczasowymi ustaleniami dotyczącymi starcia. Plus chociaż za to, że autor oparł się o sporo najnowszych opracowań i przedstawił czytelnikom w miarę aktualny (chociaż niepełny) stan naszej wiedzy o bitwie pod Trzcianą. Ogólnie jednak praca jest dla mnie mocnym rozczarowaniem, jest to jednak tylko i wyłącznie moja subiektywna ocena, pisana z punktu widzenia kogoś kto zajmuje badaniem wojny 1626-1629.