Powyżej możemy podziwiać dzieło kolońskiego miedziorytnika Johanna Bussemachera , ukazujące jadących konno polskich szlachciców (datowanych na 1575-1600). Uwagę zwracają przede wszystkim skóry tygrysów (czy też innych dzikich kotów) i pióra przy magierkach. Obydwaj mają nadziaki, do tego u szlachcica na pierwszym planie widzimy szablę o szerokim ostrzu. Ciekawe są także zdobienia rzędów końskich. Nie wiem niestety czy mistrz z Kolonii wykonał inne wizerunki Polaków?
Wojskowość europejska XVI-XVIII wieku [dużo], wargaming historyczny [odrobinę], a także co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy...
środa, 7 września 2011
poniedziałek, 5 września 2011
Z ferezyą sobolami podszytą
Jan Sobiepan Zamoyski to postać niezwykle barwna, bez wątpienia dobrze się kojarząca każdemu kto czytał Potop. Co ciekawe, a o czym nie każdy pamięta, był on także pierwszym małżonkiem Marii Kazimiery d’Arquien, późniejszej żony Jana Sobieskiego. Poniżej ciekawy fragment z opisu zaślubin Zamoyskiego – rzecz miała miejsce w Warszawie, w marcu 1658 roku. Mimo toczącej się wojny ze Szwecją, wojewoda sandomierski nie skąpił wszelakich wydatków na wspaniałą ceremonię. Oto w jakiej eskorcie ‘pomaszerował’ do ołtarza, gdzie świadkami ślubu była nawet para królewska:
Szło najprzód sto hajduków w barwie Zamojskiego, na której wyszyte były płomieniste serca, cyfry i napisy złote, ładownice ich i pasy, podobnież ozdobione były: mieli na głowach kołpaki bobrowe z dwoma piórami białemi, stalowe ich topory, były pozłacane. Za niemi więcej stu służących postępowało parami.
Ujrzano potem czterdziestu dworzan Zamojskiego, na dzielnych koniach, z czaprakami szkarłatnemi, wyszywanemi złotem, w floresy i cyfry, za niemi 24 Masztalerzy prowadzących tyleż koni powodnych. Na końcu jechało 18 paziów, ubranych w atłasy, poprzedzało ich sześciu trębaczy. Pokazało się na koniec dwóch set przyjaciół i przedniejszych dworzan, jadących parami. Zamojski jechał osobno, miał on na sobie żupan z materyi perskiej, z ferezyą sobolami podszytą. Kołpak i szabla lśniły się drogiemi kamieniami. Siedział na pysznym koniu, którego rząd i czaprak, również diamentami i perłami okryte były.
piątek, 2 września 2011
Triumphzug Kaiser Maximilians! - uzupełnienie (i gdzież są pieniądze mistrza Albrechta?)
Ponad rok temu podrzuciłem na blog link do wspaniałego Tryumfu Cesarza Maksymiliana:
Jak się jednak okazuje, sama procesja była tylko jedną z dwóch części większej całości. Drugim elementem (patrz słabej jakości ilustracja powyżej) był łuk tryumfalny, który złożony był z 174 drewnianych ‘klocków’, także zdobionych ilustracjami. Można więc było sobie złożyć cały komplet, takie XVI-wieczne Lego, łuk + procesja tryumfalna. Wykonano 700 kopii łuku (nie wiem niestety ile procesji, logiczne byłoby jednak przyjąć że tyleż samo). Co ciekawe, z mistrzów którzy zajmowali się produkcją dzieła, tylko jeden – Hieronymus Andreae – otrzymał zapłatę. Albrecht Durer poświęcił trzy lata na pracę nad projektem lecz mimo próśb kierowanych do oficjeli cesarskich nie dostał ani grosza. Cóż, dla niektórych tryumf, dla innych klęska…
Etykiety:
Albrecht Durer,
malarstwo,
Triumphzug Kaiser Maximilians
czwartek, 1 września 2011
500 wpisów - małe podsumowanie
Udało się dojechać do 500 postów, więc z tego powodu czas na małe podsumowanie. Blog istnieje od 17 marca 2010 roku, więc nieomal 1.5 roku – czyli w sumie tempo pojawiania się nowych postów jest całkiem niezłe. Ponad 92 000 odsłon strony, ponad 850 komentarzy (ok, tu trochę naciągam, bo blisko połowa z nich to moja odpowiedź na komentarze Czytelników…) i 60 stałych Obserwatorów świadczy chyba o tym, że blog chyba całkiem się podoba. W toku istnienia mojego internetowego kąta odwiedzili mnie tu Czytelnicy z sześciu kontynentów (niestety pingwiny i foki antarktyczne nie wydają się zainteresowane rajtarią czy dragonią). Dzięki prowadzeniu bloga udało mi się także nawiązać kilka niesamowicie ciekawych ‘historycznych’ znajomości, raz jeszcze okazało się że Internet bardzo skutecznie niweluje granice państw i odległości między nimi. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że moje internetowe bazgranie wciąż będzie się spotykało z Waszym zainteresowaniem i wspólnie uda się dojechać do kolejnych pięciu setek wpisów.
Serdecznie pozdrawiam!
Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski
środa, 31 sierpnia 2011
Malarze znani i nieznani - cz. XXV
Dawno nic nowego w cyklu malarskim się nie pojawiło, więc teraz oto ciekawostka. Arnold Frans (Francesco) Rubens w czasie swojej niezbyt długiej kariery (żył w latach 1687-1719) namalował między innymi obraz zatytułowany Bitwa Turków z Polakami. Płótno powstało pomiędzy 1709 rokiem a śmiercią artysty, nie wiem jednak jaką dokładnie bitwę ma przedstawiać. W tle widzimy zdobywany zamek, może więc jest to jakiś epizod w czasu wyprawy wiedeńskiej? Na pierwszym planie widzimy walczących tureckich i polskich kawalerzystów, chociaż w przypadku Polaków może i chodzić o walczącą konno dragonię (dosyć podejrzanie wyglądają jeźdźcy po lewej i na środku obrazu, strzelający z karabinków). Trup ściele się gęsto, Turcy wydają się tu jednak przegrywać, uciekając w prawą stronę. U walczących brak uzbrojenia ochronnego, acz przy jednym siodle (u Turka) widać sporą tarczę. Główną bronią są szable i karabinki, kilku żołnierzy ma także olstra z pistoletami. Poniżej link do powiększenia obrazu w lepszej jakości:
Nie umiejąc żadnego słówka po polsku
W czasie kampanii żwanieckiej książę Bogusław Radziwiłł zanotował ciekawy epizod, w roli głównej zobaczymy tam fińskiego żołnierza – interesująca sprawa, kto też walczył w armii koronnej przeciw Kozakom:
Przychodząc do Baru trzy mile od miasta, trafiliśmy w bukowanie na żołdata Fina z pułku [piechoty] książęcia kurlandzkiego [Jakuba Kettlera], który, nie wiem quo fato, tam zabłądził był, nie umiejąc żadnego słówka po polsku i nie wiedząc, dokąd szedł. Nawet z nami zmówić się nie umiał, tylko na kolana przypadłszy gestami pokazywał jak bardzo rad, że się do nas dostał i że od dziewięciu dni na żołądź nic nie jadł, jakoż znać to było po nim. Kazałem go tedy wziąć na wóz i lekko mu jeść dając ożywiłem go.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Rzuciła mu się krew gębą i nosem
Czasami próba popisania się przed monarchą mogła mieć przykre skutki, o czym boleśnie przekonał się Janusz ks. Ostrogski. Znany był on jako doskonały łucznik, który z łuku strzałami grube księgi tomami przestrzelał. Zdarzyło się oto, że poseł chana tatarskiego złożył w darze królowi Zygmuntowi III łuk takiej tęgości iż poseł śmiało ogłosił, jakoby żadnego Polaka nie było, któryby go strzałą napięty złożył. Traf chciał, że przy owej przechwałce obecny był ks. Ostrogski, który natychmiast poprosił władcę, by ten pozwolił mu spróbować tatarskiej broni. Zygmunt III zgodził się, jednak nie wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami. Książę Janusz ściągnął wprawdzie łuk należycie dla zaszczytu, lecz rzuciła mu się krew gębą i nosem, i zasłabł nieco. Magnat wydobrzał co prawda nader szybko, także na czas późniejszy nie szkodziło mu wcale, jednak zapewne na pewien czas odeszła mu zachęta do używania tatarskiej broni…
Subskrybuj:
Posty (Atom)


