wtorek, 16 stycznia 2018

Po smoleńsku z wielkim hukiem


3 października 1633 roku król Władysław IV uroczyście wjechał do Smoleńska, symbolicznie kończąc moskiewskie oblężenie. Oczywiście walki z armią Szeina miały jeszcze trwać wiele miesięcy, niemniej jednak miasto było uratowane. W ciągu kilku dni rozpoczęły się negocjacje komisarzy królewskich z mieszkańcami i żołnierzami garnizonu – jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi oczywiście o pieniądze…
Całe negocjacje mogły się jednak, dosyć dosłownie, zakończyć z wielkim hukiem.  7 października doszło bowiem na zamku smoleńskim do eksplozji  która wstrząsnęła ‘dworem’ dowodzącego garnizonem Samuela Sokolińskiego.  Zginęło 11 ludzi, a tam za cudowną łaską Bożą pp. komisarz JKMci, którzy tam na likwidacyje długów podczas oblężenia zaciągnionych w tym dworze siedzieli, tego uszli, mało co przedtym z tego dworku uszedłszy. Sam Sokoliński ledwo uszedł z życiem, na czas wyprowadzając z miejsca wypadku gości i komisarzy.

Właśnie, wypadku, nie był to bowiem raczej efekt moskiewskiego ostrzału czy sabotażu. Zawinił raczej czynnik ludzki… Prochy tam robiono i przesuszano, nim je do cekhauzu zawieść miano, tam czyli pacholik z okna strzelił, czyli prochu na osobnej kupce próbował, nie wiedzą jako się zapuścił ogień, gdyż nikt nie uszedł stamtąd, któryby dać mógł wiadomość. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza