Wrzucam raczej jako
ciekawostkę i podstawę do dalszych badań – bo niestety dostępu do źródła nie
mam. Jeszcze na początku XVII wieku jedynym praktycznie dostawcą muszkietów do
formowanych dla armii polskiej rot piechoty cudzoziemskiej byli kupcy z
Gdańska. W czasie przygotowań do wyprawy inflanckiej Zamoyskiego (1601-1602)
zakupiono w Gdańsku 800 muszkietów, właśnie na wyposażenie piechoty niemieckiej
i szkockiej. Co ciekawe jednak, w 1603 roku Zygmunt III miał nadać specjalny
przywilej na handel muszkietami dla kupca z Wrocławia, Macieja Arendta.
Wspomina o tym w Wojnie inflanckiej
1600-1602 Stanisław Herbst, podając odpowiednią notę bibliograficzną jako: 30 VII 1603 – Metryka Koronna, 148 f. 126. Szybkie spojrzenie na stronę AGADu i spis Inwentarzy Metryki Koronnej wskazuje chyba na to: Sygnatura MK 148, mikrofilm
173: 1602 7 XI; 1603 4 I - 1605 8 II; chociaż może to być też Sygnatura MK 149,
mikrofilm 174, gdzie znajdujemy właśnie datę 30 VII 1603. Niestety tych akurat
tomów w wersji elektronicznej AGAD na stronie nie udostępnia. Rzecz
interesująca i być może warta zbadania, ciekawe jaki dokładnie przywilej
otrzymał pan Maciej. Jeżeli w przyszłości jakaś dobra dusza będzie akurat badać
przepastne archiwa AGADu, polecam się pamięci
i upraszam o sprawdzenie tego dokumentu – postaram się zrewanżować w miarę
skromnych możliwości.
Wojskowość europejska XVI-XVIII wieku [dużo], wargaming historyczny [odrobinę], a także co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy...
piątek, 10 stycznia 2014
czwartek, 9 stycznia 2014
Marszałek w powozie, rachunek dla królowej i skromny (acz szybki) pułkownik
Bitwa pod Blenhaim
to największy i najsłynniejszy tryumf Johna Churchilla, 1-ego diuka Marlborough[1].
Nic więc dziwnego, że nie omieszkał on powiadomić zarówno swojej patronki –
królowej Anny – jak i ukochanej małżonki – lady Sary – o swoim sukcesie. Po
zakończeniu zaciętego starcia poprosił jednego ze swoich adiutantów o kawałek
papieru. Traf chciał, że był to… rachunek hotelowy, najwyraźniej oficer miał
tylko taki świstek pod ręką. Churchill napisał na drugiej stronie kartki krótki
liścik do żony (tłumaczenie własne, dosyć luźne):
Nie mam więcej czasu niż tylko by błagać Cię byś
przekazała moje ukłony Królowej i dała Jej znać, że Jej Armia odniosła
chwalebne zwycięstwo. M[arszałek] Tallard i dwóch innych [francuskich]
generałów znajdują się teraz w moim powozie a ja ścigam pozostałych [wycofujących
się z pola bitwy]. Wiozący [ten list] pułkownik Parke, zda Jej [królowej Annie]
pełną relację z tego co się [tu] stało. Ja sam zrobię to [listownie] za dzień
lub dwa.
Pochodzący z kolonii brytyjskich (urodził się w Wirginii)
pułkownik Dan(iel) Parke – którego widzimy na obrazie powyżej – popędził co koń
wyskoczy by zanieść wspaniałą nowinę do Anglii. Po ośmiu dniach podróży
pokłonił się lady Sarze i przekazał jej wiadomość od męża. Ta, zapewne odetchnąwszy
z ulgą, natychmiast wysłała go do królowej. Plotka niesie, że gdy pułkownik
przyklęknął przed władczynią w Windsorze, ta akurat grała partię domina ze
swoim małżonkiem, księciem Jerzym. Parke wręczył jej rachunek… znaczy się notkę
od Churchilla… po czym zdał raport z przebiegu bitwy. Zachwycona królowa
zapytała pułkownika, jak może go nagrodzić za przyniesienie tak wspaniałej
wieści. Ten miał odpowiedzieć, że łaska Jej Królewskiej Mości jest dla niego
najważniejsza. Skromność oficera została jednak sowicie nagrodzona: sakiewka z
1000 funtów w złotej monecie i miniatura królowej w postaci zdobionego
naszyjnika bez wątpienia była dobrym zadośćuczynieniem za trudy jego podróży.
Ech, opłacało się być takim gońcem…
Etykiety:
armia brytyjska,
Blenheim 1704,
wojna o sukcesję hiszpańską
środa, 8 stycznia 2014
Hej Chrystian, pożycz no 7000 żołnierzy...
Listonosz przyniósł
mi dziś książkę na którą długo czekałem, więc wpis będzie mini-recenzją połączoną
z pewną ciekawostką. Praca która leży przede mną to Danish troops in the Williamite army in Ireland, 1689-91, autorstwa
Kjelda Halda Galstera (Four Court Press, Dublin 2012 – powyżej okładka ze
strony wydawcy). Książka nie należy do najtańszych (45 euro z przesyłką na
stronie wydawcy, ja kupiłem za podobną cenę na brytyjskim Amazonie), ale jest
to 249 stron wartych swojej ceny. Duński autor zajął się wnikliwą analizą
udziału swoich ziomków w walkach w Irlandii w latach 1689-91. Duńczycy wchodzili
w skład brytyjsko-niderlandzko-duńskiej armii Wilhelma III, walcząc m.in. w
słynnej bitwie pod Boyne. K.H.Galster, w oparciu o liczne źródła brytyjskie i
duńskie, opisuje organizację wojsk duńskich (wspominając także o pozostałych
siłach armii sprzymierzonych i ich irlandzko-francuskich przeciwnikach),
przygotowania do wyprawy irlandzkiej i przebieg walk. Wszystko to obficie
okraszone niezwykle interesującymi cytatami źródłowymi, więc pewnie to i owo
sobie na blog pożyczę. Serdecznie polecam tym którzy interesują się wojskowości
przełomu XVII i XVIII wieku, historią armii brytyjskiej czy dojścia Wilhelma
III do władzy.
A na zachętę
smaczek ukazujący specyfikę duńskich wojsk posiłkowych. Kontyngent który
Chrystian V wypożyczył Wilhelmowi III składał się z 9 regimentów piechoty i 3 regimentów jazdy: łącznie ok. 6000
piechurów i 1000 kawalerzystów. Chociaż oficjalnie było to zgrupowanie „duńskie”
jego charakter był wysoce międzynarodowe, co świetnie unaocznia spojrzenie na
kadrę oficerską. Duńczycy i Norwegowie stanowili – paradoksalnie – jej mniejszą
część. Reszta oficerów pochodziła z przeróżnych zakątków Europy: niemiecka
szlachta z państw i państewek leżących na terenie dzisiejszych Niemiec, Szkot,
Szwajcar i francuscy hugenoci; żeby wymienić tylko kilku. Galster najlepiej
ukazuje to na przykładzie najważniejszych oficerów:
- dowódca korpusu duńskiego
to generał porucznik Ferdynand Wilhelm diuk Wurttemberg-Neustadt,
czyli przedstawiciel niemieckiej szlachty
- dowódcą brygady
piechoty był Brandenburczyk, generał major Julius Ernst von Tettau, notabene służący
w sztabie armii norweskiej
- na czele
kawalerii stał Frederic Henri de Suzannet, markiz de la Forest czyli francuski
hugenota
- głównym komisarzem
armii (bez skojarzeń z Armią Czerwoną – chodzi tu o odpowiednik głównego
kwatermistrza) był Jens Rosenheim, który przed nadaniem duńskiego szlachectwa
nazywał się Jens Toller i pochodził z Norwegii.
Najlepszy w tym
wszystkim – zwłaszcza w kontekście tego, że walczono w Irlandii przeciw wojskom
francuskim – był fakt, że duńscy oficerowie posługiwali się w rozmowach właśnie
językiem francuskim, jako zrozumiałym dla każdego spośród kadry korpusu. Ech,
chyba gdzieś w oddali słychać chichot historii…
Etykiety:
armia brytyjska,
armia duńska,
Boyne 1690,
Można mieć (książki),
recenzje
wtorek, 7 stycznia 2014
Zaciągnijcie się mówili...
W latach 20-tych
XVII wieku Szkocja stała się ulubionym centrum rekrutacyjnym dla oficerów w
służbie Danii i Szwecji. Liczne regimenty i kompanie żeglowały z Leith czy
Aberdeen żeby walczyć „za morzem” w służbie króla Chrystiana IV i Gustawa II
Adolfa. Zaciągano ludzi różnej maści: ochotników, więźniów, uczniów-uciekinierów
spod surowej ręki mistrzów-rzemieślników czy nawet mężów dających nogę spod
pantofla małżonek. Oczywiście kapitanowie szukali kogo się dał i gdzie się
dało, by zapełnić szeregi swoich kompanii. Idealnym miejscem stały się dla nich
nawet szkockie uczelnie , skąd można było „wyciągnąć” uczniów roztaczając przed
nimi wizję podróży do obcych krajów i przygód (zwiedź nowe kraje, poznaj nowych
ludzi i zabij ich…). Sprawa stała się na tyle poważna, że pod wpływem skarg ze
strony zaniepokojonych rodziców szkocka Rada Państwa (Scottish Privy Council)
wydała w lipcu 1627 roku zarządzenie, zabraniające oficerom zaciągania uczniów
uniwersyteckich (bez zgody ich rodziców czy opiekunów) do służby wojskowej poza
granicami Szkocji. W sumie nie należy się dziwić panom radcom: władze College
of Edinburgh miały takie utrapienie z rekrutującymi oficerami, że zdecydowały
się na przesunięcie zajęć (a co za tym idzie i uczniów) do St. Andrews,
Aberdeen i Glasgow, gdzie studenci mieli być mniej narażeni na oferty służby
wojskowej. Problem nie został do końca rozwiązany, ale zmniejszyło to skalę „strat”
jakie ponosiła populacja uczniów. No i skarg od płacących za naukę rodziców
było mniej…
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Kiezmark 1627 - nowe ustalenia
Dawno temu (jeżeli
patrzeć na historię tego bloga oczywiście) pisałem o starciu pod Kiezmarkiem z 1627 roku. Od tego czasu udało mi się dotrzeć do źródeł z epoki dotyczących
jednostek piechoty koronnej walczących w tej bitwie, pora więc na poważne
sprostowania. W oryginalnym wpisie wspomniałem o rotach Artura Astona i
Gerharda Denhoffa, podając ich etatową liczebność (za Jerzym Teodorczykiem)
jako odpowiednio 500 i 200 żołnierzy. Jak to jednak wyglądało naprawdę?
Rota Astona w
okresie sierpień 1626-grudzień 1627) wykazuje stan etatowy 350 żołnierzy (liczba
taka figuruje w dwóch komputach przedstawionych na sejmie na potrzeby zapłaty
żołdu). Z kolei Diariusz Woyny Pruskiey…
podaje że w sierpniu 1626 roku oddział ten liczył 500 żołnierzy, taką samą
(podejrzanie wysoką) liczbę mamy w Popisie
Woiska… z listopada 1626 roku. Oddział brał udział w bitwie pod Gniewem,
gdzie poniósł straty (min. przynajmniej 30 rannych od eksplozji prochu 22
września), stąd też stan z listopada to według mnie typowa próba wyłudzenia
żołdu (oddział był początkowo opłacany ze szkatuły królewskiej, jako „piechota
morska”). Bez wątpienia żołnierze Astona pod Kiezmarkiem walczyli, jeszcze w
lutym 1628 roku 12 żołnierzy z tej jednostki powróciło z niewoli szwedzkiej, po
wymianie na pochwyconych knechtów szwedzkich. Rota (a właściwie to co z niej
zostało) weszła pod koniec 1627 roku w skład regimentu Gerharda Denhoffa.
Rota Gerharda
Denhoffa – tutaj mamy do czynienia z największą niespodzianką… oddział ten
bowiem nie istniał. Jerzy Teodorczyk dokonał tu bowiem niezwykle twórczego
połączenia dwóch rot: Fridricha Denhoffa i Gerharda Frydrychsona (Frydrycha).
Pierwsza z nich (być może to właśnie ona walczyła pod Gniewem) liczyła według etatu
(zależnie od źródła) 238, 281 lub 316 porcji żołdu (większe liczby mogą
dotyczyć okresu po listopadzie 1626 roku, kiedy oddział mógł zostać powiększony
przez żołnierzy ze zwiniętych rot). Druga z kolei to 155 żołnierzy (jedno
źródło mówi o 150), po zdobyciu Pucka wchodzących w skład garnizonu miasta.
Gerhard Denhoff nie dowodził żadną freikompanią piechoty, dostał za to jeszcze
w 1626 roku polecenie zaciągnięcia regimentu piechoty, liczącego 3000
żołnierzy. Pod Kiezmarkiem walczyła więc część roty Fridricha Denhoffa (sam
dowódca także był tam obecny). Obydwie freikompanie weszły pod koniec 1627 roku
(na początku 1628 roku?) w skład regimentu Gustava Sparre; Fridrich Denhoff
został oberszterlejtnantem w tej jednostce, a po śmierci Sparre w 1629 roku
awansowano go na obersztera.
Niestety wciąż nie
jestem w stanie ustalić, jaka część polskiego kontyngentu pochodziła z roty
Astona, a jaka z roty Denhoffa. Szwedzi mieli zdobyć w boju dwa sztandary jednostek
koronnych. Jeżeli freikompanie Astona i Denhoffa miały tylko po jednej chorągwi
w oddziale (a biorąc pod uwagę, że w boju obecni byli obydwaj dowódcy, trudno
zakładać, że roty nie miałyby ze sobą sztandarów) to sprawa jest prosta: 2
freikompanie = 2 utracone sztandary. Jeżeli jednak oddziały te były podzielone
jeszcze na mniejsze kompanie, a i te z kolei miały własne chorągwie, to sprawa
nam się tu niestety gmatwa. Na dzień dzisiejszy nie jestem jednak w stanie
ustalić nic nowego w tej materii, tym bardziej że spotkałem się tylko z wizerunkiem
jednej z tych chorągwi. Ot, trzeba będzie szukać dalej…
Etykiety:
armia koronna,
Kiezmark 1627,
sztandary,
wojna 1626-1629
niedziela, 5 stycznia 2014
Ostrza ich żelaza i trafne strzały ich łuków
Znalazłem
przepiękny opis dotyczący Kałmuków, którzy w 1685 roku walczyli w armii Jana
III Sobieskiego przeciw wojskom turecko-tatarskim. Trudno znaleźć informacje o
ich przewagach wojennych więc pozwolę
sobie zamieścić opis w całości:
Ponieważ wspomniałem o Kałmukach, dodać muszę, że jest to
nieliczny lud bałwochwalczy, mieszkający na drugiej stronie Donu niedaleko
ujścia tej rzeki do morza. Gdyby ich więcej było, prędko by wytępili Tatarów
perekopskich, których równie jak Turków są zaciętymi nieprzyjaciółmi. Tak są
odważni, tak sprawni do szabli i łuku, taką mają przewagę nad Tatarami, że
jeden Kałmuk nie waha się uderzyć na dziesięciu Tatarów. Samo ich imię tak jest
dla nich [Tatarów – K.] straszne, że gdziekolwiek głos ich zasłyszą,
uciekają w największym nieładzie, jeżeli nie chcą doświadczyć ostrza ich żelaza
i trafnych strzał ich łuków. Król [Jan III Sobieski – K.] którego sława napełniła świat cały, jest
lubiony i prawie czczony w kraju Kałmuków, jako bicz Tatarów, który ich tyle
razy wychłostał, ile razy odważyli się stanąć do boju. Hojność i łaskawość JK Mości
ściągnęła do służby polskiej najdoborniejszych
z tego narodu ludzi i toć są ci, których wraz z [wiernymi Sobieskiemu] Kozakami posłano w pogoń za Tatarami.
Spodziewamy się, że ich więcej przybędzie pod nasze chorągwie, pomimo surowych zakazów
Moskwy i odległości Donu od Dniestru. Gdyby ich można było sprowadzić kilka
tysięcy, byłaby z nich wielka pomoc w wojnie chrześcijan z bisurmanami.
środa, 1 stycznia 2014
Z piką na modłę szwajcarską
Nowy rok wypadałoby zacząć z przytupem… a przynajmniej jakąś zachęcającą do wysiłku
mową. Z pomocą przyjdzie Blaise de Montesquiou de Lasseran-Massencome, seigneur
de Montluc, XVI-wieczny marszałek Francji. Była to postać nietuzinkowa: ubogi
szlachcic, zaczynał karierę wojskową w Italii, pod komendą słynnego Bayarda;
pasowany na rycerza po bitwie pood Ceresole w 1544 roku, w 1574 roku mianowany –
w uznaniu zasług, licznych ran i półwiecza
ciągłej służby wojskowej – marszałkiem Francji. W 1592 roku ukazały się jego
pamiętniki, Commentaires de Messire
Blaise de Montluc. Niezwykle przypadły one do gustu królowi Henrykowi IV,
który nazwał je żołnierską Biblią.
Seigneur de Montluc
przywita więc 2014 rok przemową którą wygłosił do swoich żołnierzy przed bitwą
pod Ceresole, gdzie przyszło im się zmierzyć z osławionymi niemieckimi
lancknechtami. Tłumaczenie z wersji angielskiej mojego autorstwa, więc wszelkie
ewentualne błędy spadają na moją głowę:
Towarzysze broni, winniśmy dziś walczyć dzielnie a jeśli wygramy tę bitwę
zdobędziemy sławę większą niż ktokolwiek przed nami. Historia uczy nas, że do
tej pory, za każdym razem gdy Francuzi walczyli wręcz z Niemcami, to Niemcy
zwyciężali [chodzi mu zapewne
o starcie piechoty – K.]. By udowodnić
żeśmy lepsi niż nasi przodkowie musimy walczyć z dwakroć większą odwagą by ich [Niemców]
pokonać lub [w przypadku porażki
honorowo] zginąć - by ukazać im, kim tak naprawdę jesteśmy (…).
Panowie, zda się że niewielu z tych których tu widzę walczyło wcześniej w
bitwie. Powiem wam więc jedno – jeżeli będziemy dzierżyć nasze piki za ich
końce i walczyć na pełną długość piki zostaniemy z pewnością pokonani (…)
Musicie chwycić swą pikę w połowie, na modłę Szwajcarów, po czym z pełnym pędem
ruszyć pomiędzy nich [Niemców] i
ujrzycie jak zaskoczeni będą taką formą ataku].
Sugestia była jak
najbardziej słuszna, o czym z fatalnym skutkiem przekonali się lancknechci. O bitwie
pod Ceresole napiszę kiedyś więcej, w ramach XVI-wiecznych blogowych wycieczek;
zapewne i seigneur de Montluc jeszcze nieraz pojawi się w tym kącie.
Etykiety:
armia francuska,
Blaise de Montluc,
Ceresole 1544,
pika,
wojny włoskie
Subskrybuj:
Posty (Atom)






