niedziela, 13 maja 2012

Z kopyta po gębie


Na wojnie zdrowiu i życiu żołnierzy zagrażali nie tylko przeciwnicy. Wspominałem już o zjawisku ‘friendly fire’, głodzie i chorobach. Nie było chyba jednak zagrożenia ze strony własnego rumaka – na szczęście znalazłem coś co wypełni tę lukę. W czerwcu 1656 roku taki zanotowano taki oto przypadek:
Tam idąc, we dwu milach od Warszawy – na jednem bagnisku, zapadł koń pod JMcią Panem Łukaszem [Wierzbowskim] chorążym łęczyckim Wyższym. Dobywając się, uderzył (go) kolanem w czoło: aż w znak padł. Nastąpił mu na gębę przedniemi nogami i tak na czole i na gębie wieszając się, zranił kopytem pod oko prawe. Łaska Boska, że to tem nie zabił!
Pan Łukasz faktycznie wydobrzał (zmarł dopiero ok. 1670 roku) jednak wypadek musiał być bez wątpienia bolesny.

Uderzając w trąby i bębny


Dziś nieco zagadkowy oddział (pytanie jak dokładnie wyglądał?), acz historia wydaje mi się ciekawa.  W maju 1682 roku lwowscy Ormianie mieli zakłócić wjazd biskupa Konstantego Lipskiego podczas jego wjazdu do Lwowa. Ormianie chcieli w ten sposób zaprotestować przeciw szykanom ze strony rady miejskiej. Wystawili oni spośród swojej społeczności w pięknym i kosztownym ubiorze wschodnim chorągiew jazdy, dowodzoną przez rotmistrza Jana Augustynowicza i porucznika Mikołaja Hadziewicza. Wjechała ona na dzielnych koniach na miejsce gdzie witano biskupa; uderzając w trąby i bębny Ormianie zagłuszyli mowę powitalną. Z kolei gdy Lipski opuszczał kościół i udawał się do pałacu, doszło do przepychanki – grupa mieszczan, hołota tchórzami podszyta, miała zaatakować Ormian, którzy zaczęli odpierać atak kańczugami. Interweniować musiał obecny na miejscu hetman Jabłonowski, który wysłał żołnierzy by zmusili Ormian do powrotu do ich dzielnicy. Zostali później zmuszeni  do opłacenia kosztów leczenia poranionych mieszczan lwowskich, jednak bez wątpienia pokazali radzie miejskiej, że nie będą w milczeniu znosić dalszych szykan.

sobota, 12 maja 2012

Men knowing no artes of peace


Wpadło mi dzisiaj w ręce wydane w 1591 roku dziełko Of the Russe Common Wealth… autorstwa Gilesa Fletchera. Gentelman ten został w 1588 roku wysłany jako ambasador królowej Elżbiety I na dwór carski. Jako rasowy dyplomata sporządził dokładny opis kraju w którym przyszło mu przebywać, począwszy od formy rządu, przez organizację armii, po żywność dostępną w Państwie Moskiewskim. Lektura to niezwykle ciekawa, bez wątpienia niejednokrotnie wykorzystam jej fragmenty na blogu, zwłaszcza w kontekście militarnym. Zaczniemy jednak od kilku słów które Fletcher poświęcił Tatarom, walczącym przeciw siłom moskiewskim. Z góry przepraszam za dziwnie czasami brzmiące tłumaczenie, XVI-wieczna angielszczyzna jest nierzadko trudna do przełożenia. Cóż więc ambasador pisze o tatarskim wojowaniu…
Wszyscy z nich walczą konno, mają przy sobie tylko łuk, pęk strzał i zakrzywiony miecz na turecką modłę. Są niezrównanymi jeźdźcami, przyzwyczajonymi by strzelać [z siodła] tak do przodu jak i do tyłu. Niektórzy z nich mają dodatkową broń – dziryt [Fletcher używa określenia ‘bore speare’ czyli włóczni używanej do polowania na dziki]. Zwykły żołnierz nie ma żadnego uzbrojenia ochronnego poza strojem, to jest futrem czarnej owcy, noszonym futrzaną stroną na zewnątrz w czasie dnia i na wewnątrz w nocy, a także [futrzaną] czapą. Ale ich szlachta naśladuje Turków w wyglądzie i uzbrojeniu.
Kiedy mają się przeprawić przez rzekę, wiążą trzy czy cztery konie, po czym biorą długie drągi i wiążą je mocno do końskich ogonów: a siedząc na tych drągach kierują konie przez rzekę.
Kiedy to dochodzi do bitwy sprawują się w niej o wiele lepiej niż Rosjanie, [jako że są] dzicy z natury, ale twardsi i rządni krwi w wyniku ciągłych wojen które prowadzą: gdyż są to ludzie którzy nie znają pokoju ani żadnych cywilnych praktyk. 

piątek, 11 maja 2012

Ludzi wybornych cudzoziemskich lepiej niż 3000


Bardzo ciekawy opis wojsk zbieranych przez Jerzego Lubomirskiego w początkach rokoszu , ukazujący strukturę jego prywatnych oddziałów [podziękowanie dla p. Witolda Biernackiego za udostępnienie materiałów!]:
Dnia 28 kwietnia [1665 roku] pan [Jerzy] Lubomirski stanął w Lubowni [Lubowli] na południu. Przyszło z nim ludzi wybornych cudzoziemskich lepiej niż 3000, wszyscy odziani dobrze, na koniach dobrych i z strzelbą dobrą, część rajtariej, część dragoniej. Chorągwi polskich przyszło z nim dwie okrytych [dobrze wyposażonych]: jedna kozacka, druga wołoska, a trzecia czekała na Lubowni, którą pousarzyć mają. Zaraz nazajutrz jako stanęli na Lubowni, ludziom cudzoziemskim dano pieniądze na przyszłą ćwierć, a towarzystwu polskiemu po sto talarów. Oficyjerów reformigerów [zwolnionych z innych jednostek] przyszło z osobna kilkanaście, którzy zaciągają i już mają po trosze piechoty i dragoniej, ale jeszcze nie są w kompucie, i dopiero służba ma im być przyznana, gdy będą mieli komplet kompanią [czyli w pełni sformowane jednostki]. Wszyscy ludzie bez chorągwi i bez kornetów idą. 

wtorek, 8 maja 2012

Poselska czapka i koń (chudy)


Mariusz Stanisław Jaskólski w 1654 i 1655 roku posłował kilkakrotnie na dwór chana tatarskiego   Mehmeda IV Gireja. Jego negocjacje w Bakczysaraju były na tyle skuteczne, że orda przybyła na pomoc wojskom koronnym, walczącym przeciw armii moskiewsko-kozackiej , co doprowadziło do zwycięstwa pod Jezierną w listopadzie 1655 roku. Pan Mariusz negocjatorem był dobrym, acz twardym, nie odpuszczał Tatarom nawet w kwestii ceremoniału. W maju 1655 roku tak oto pisał o przygotowaniach do audiencji u chana (zachowuję pisownię XIX-wiecznej kopii):
Nazajutrz posłali do mnie abym szedł do Hana: nie chciałem iść ani na swoim koniu jechać, dokądby Han do mnie swego konia nie posłał. Wymawiano się tem, że nasza wiara nie każe tego, abyśmy konia po niego słać mieli. Jam też odpowiedział, że też moja wiara nie każe na swoim koniu jechać, bo mój koń chudy, a do tego godzien Majestat J. K. Mości takowego od Hana poszanowania. Musieli tedy konia po mię przysłać i przysłali go, na którym dopiero do Hana przyjechałem.
Kiedy wreszcie udało się zażegnać problem z transportem, pojawił się kolejny – czyli z tym jak poseł powinien zachować się w obliczu chana:
Przysłał do mnie Wezyr, abym jak skoro tylko wnidę w izbę, czapkę zrucił, celeri cursu szedł do Hana i połę szaty jego całował. Rzekłem, że choćby mi poselstwa nie odprawować i wrócić się do Polski przyszło, tedy tego nie uczynię. Po tym responsie wrócił się  znowu do mnie od Wezyra posłaniec z taką kwestią, jako Hana chcę przywitać? Odpowiedziałem: polskim zwyczajem, w pół izby przyszedłszy zdejmę czapkę, a Han Jmć aby mi rękę do pocałowania podał. Nie chciał Wezyr na tę deklarację pozwolić: Han jednak pozwolił, i eo modo kazał mi się przywitać. Przyszedłszy tedy do izby, gdzie Han przy wielu Murzach i Agach siedział, połowicę jej przeszedłszy zdjąłem czapkę, a potym do pocałowania ręki jego jako mogłem najpoważniej szedłem, i ja pocałowałem, którą  mi ochotnie i troszeczkę z miejsca swego powstawszy podał.
Po początkowych problemach jednak – jak widzimy głownie związanych z ceremoniałem – udało się Jaskólskiemu wynegocjować pomoc tatarską. Ale to, jak mawiają, już inna opowieść... 

poniedziałek, 7 maja 2012

Konia starego ale nieszpetnego


Ciekawostka znaleziona w diariuszu Bogusława Kazimierza Maszkiewicza, opisująca poselstwo chana krymskiego do księcia Jeremiego Wiśniowieckiego. Dario – Tobie się powinna spodobać! Zachowałem pisownię z XIX-wiecznej kopii:
Dnia 1 Aprila [kwietnia 1648 roku]. Poseł Hana z Krymu Czaus Murza, osoba grzeczna, przyszedł do Przyłuki we 20 koni, prosząc Księcia o Tatarów zabranych trzech przed dwiema laty w poselstwie do Moskwy idących, a w podarkę Han przysłał Księciu konia gniadego Tureckiego choć starego, ale nieszpetnego z kulbaką niebardzo wyśmienitą, na której poduczka z kiecy Tureckiej zrobiona była: rządzik też w publiki na białym rzemieniu sadzony, przytem łuk Turecki piękny.
Jakoś się nie wykosztował chan zbytnio na ten prezent, ciekawe czy Jarema wypuścił owych trzech Tatarów?

niedziela, 6 maja 2012

Zamieniła mnie w trytona! Ale już czuję się lepiej...


Wpis to 666 więc wypadałoby przygotować coś specjalnego, acz związanego z epoką. Cóż może być lepszego niż fragment z ‘Młota na czarownice’, dokładnie rzecz biorąc z pierwszego polskiego wydania, z Roku Pańskiego 1614. Spluwamy więc przez lewe ramię i czytamy z dzieła Jakuba Sprengera i Henryka Instytora...
Naprzód tedy wiedzieć potrzeba, iż sześciu sposobów czarownice ludziom szkodzić mogą, wyjąwszy sposoby, którymi insze stworzenie zarażają. Pierwszy sposób jest, gdy nieporządną miłością mężczyznę ku białejgłowie, abo białągłowę ku mężczyźnie zapalają. Wtóry, gdy nienawiść, abo zazdrość ku komu sprawują. Trzeci, którym ludzi czarują, żeby moc rodzajną mężczyźnie ku białejgłowie, abo białagłowa ku mężczyźnie traciła: abo też inszymi sposobami poronienie sprawują. Czwarty, gdy w członku jakim człowiekowi szkodzą. Piąty, gdy o śmierć przyprasują. Szósty, gdy do szaleństwa przywodzą.       
Bez wątpienia powiało grozą, no ale wypadało trzymać klimat...