czwartek, 13 października 2011

Ekstraordynaryjne poczty do obozu przysłali... - cz. VIII

Latem 1626 roku na Ukrainie zebrano silne zgrupowanie wojsk kwarcianych, które miało zabezpieczyć granicę na wypadek ataku tatarskiego i/lub tureckiego. Nie mogło zabraknąć tam i sił prywatnych, były to jednak oddziały nader skromne. Pięciu magnatów wystawiło swe oddziały do wsparcia kwarcianych:
JPan [Jakub Sobieski] Stta Krasnostawski kozaków [jazdy kozackiej] 100
JP Mikołay Ostroróg W[ojewo]dzic Poznański kozaków 100
P. [Zginiew] Oleśnicki, Stta [starosta] Opoczyński koni 40
P. [Marcin] Szyszkowski Stta Lelowski koni 40
P. [Jan Ferdynand lub jego syn Ferdynand] Myszkowski Murgrabia koni 60,  piechoty 70.
Nie wiem jaką jazdę wystawili Oleśnicki, Szyszkowski i Myszkowski, podejrzewam jednak, biorąc pod uwagę specyfikę zagrożenia, że mogła to być jazda kozacka.

środa, 12 października 2011

Kieleckie plafony

Serdecznie zapraszam do lektury blogu Artura, niezwykle ciekawy wpis na temat plafonów w Pałacu Biskupim w Kielcach:
http://fromholdblog.blogspot.com/2011/10/armia-z-sufitu-czyli-biskupie-plafony.html
To wciąż bardzo słabo opisany temat, a jest to ciekawe źródło ikonograficzne do historii wyglądu armii polskiej i litewskiej w pierwszej połowie XVII wieku

wtorek, 11 października 2011

Dragonia w ikonografii - cześć II

Kolejne wizerunki dragonii trafiły do mnie dzięki uprzejmości Jerzego Czajewskiego (serdecznie pozdrawiam!). Ich autorem jest Wilhelm Dilich (1571-1655), urodzony w Hesji ilustrator i inżynier, który sam określał się jako Geographus und Historicus. Wizerunki pochodzą z dzieła Kriegsbuch… niestety nie wiem jednak czy z pierwszego wydania (ok. 1607 roku) czy też z bardziej znanych edycji z drugiej połowy XVII wieku. Zauważmy że znów mamy tu opancerzonych pikinierów – tak jak u Wallhausena. Nieco inaczej wyglądają konni muszkieterzy, u których brak morionów, zamiast których widzimy kapelusze. U siodeł brak pistoletów, dragoni mają też trzewiki typowe dla piechoty, zamiast wysokich butów charakterystycznych dla kawalerii. Wydaje się prawdopodobne że ryciny te zostały oparte o pierwsze wydanie, jednak nieco je zmodyfikowano zgodnie z modą z drugiej połowy wieku. 

poniedziałek, 10 października 2011

Kolejny konkurs husarski na forum Strategie

Na forum Strategie nowa edycja konkursu husarskiego, do wygrania książki Radka Sikory:
http://www.strategie.net.pl/viewtopic.php?f=31&t=10357
Jako że znów niżej podpisany ułożył pytania (ciekawym czy sprawią dużą trudność?) serdecznie zapraszam do wzięcia udziału w konkursie. Tym razem pytań nieco więcej niż ostatnio, bo siedem.

Pozdrawiam!

Michał 'Kadrinazi' Paradowski

Litewski to Mowgli, przez panią Baloo wychowany

Anglik Bernard O’Conor, nadworny lekarz króla Jana III Sobieskiego, pozostawił po sobie interesujące zapiski dotyczące panowania tego władcy. Pierwszy fragment jego spostrzeżeń jaki chciałbym zamieścić na blogu dotyczy znalezionego na Litwie chłopca, wychowanego w głuszy przez niedźwiedzia. Tak oto nasz pan doktor pisał o owym Mowglim:
Chłopiec ten sądząc po wzroście lat 10, mieć mogący, był twarzy ponurej bez rozeznania i żadnej mowy. Chodził na rękach i nogach; wyjąwszy skład ciała, nic w nim ludzkiego widzieć nie można było. Że jednak później zmyślność jakąś postrzeżono w nim, ochrzczono go. Zawsze jednak był niespokojnym, dzikim we wszystkich swoich postępowaniach, zawsze przemyśliwającym jak uciec. Na koniec założywszy na piersi popręgę, przykuto go do ściany, tak że na nogach prosto stać musiał, a rąk jak ludzie używać. Tym sposobem przyzwyczajano go powoli siedzieć u stołu, twardym i prawie nie ludzkim głosem, potrzeby swoje wyrażać. O latach, które przepędził w lasach, nie więcej umiał nas nauczyć, nad co byśmy my powiedzieć mogli o czasie spędzonym w kolebkach naszych. To mi sam Król i wielu z pierwszych Senatorów, jak rzecz niewątpliwą opowiadali. Twierdzą, że niedźwiedź jeźli znajdzie w lesie porzucone dziecie, wraz go rozdziera, lecz jeźli niedźwiedzica, użycza dziecku takiemu swego pokarmu, bierze go, niesie do jamy swojej i wraz z własnemi szczeniętami karmi.

niedziela, 9 października 2011

Trucizna, sztylet, pistolet - cz. IV

Elżbieta I miała szczęście w nieszczęściu do niedoszłych zamachowców. Nieszczęściem był fakt, że katoliccy spiskowcy (rodzimi i zagraniczni) próbowali pozbyć się władczyni, mając nadzieję, że jej śmierć pozwoli na powrót Anglii w obręb wpływów Rzymu. Szczęściem królowej był sir Francis Walsingham, szef jej wywiadu, kontrwywiadu i tajnej policji, który za pomocą szerokiej sieci szpiegów (Kit Marlowe anyone?) dusił wszelkie spiski w zarodku. Dziś opowiastka o niedoszłym zamachu na Elżbietę, który skończył się na fazie planowania – czy raczej chwalenia się planowaniem – ale miał nader niemiłe skutki dla kilku gentelmanów.
Szlachcic z Warwickshire, niejaki Somerville (lub Somerfield) w gronie znajomych podał pomysł, ze uda się do Londynu i zastrzeli królową podczas jej przejażdżki konnej. Miał on zamiar podjechać do królowej i zastrzelić ją z swojego dagga (pistoletu). Chwaląc się pomysłem miał też powiedzieć, że ma nadzieję ujrzeć głowę królowej nabitą na pikę, jest ona albowiem wężem i żmiją [nie był chyba najlepszym ofiologiem). Jak się zdaje niedoszły zamachowiec nie miał zbyt równo pod sufitem, przechwalając się pomysłem w dosyć szerokim gronie. Jakiś usłużny doniósł o całej aferze jednemu z psów gończych sir Francisa i szlachcic, a na dokładkę jego teść a także kapelan, trafili do lochu. W trybie przyśpieszonym skazano ich na karę śmierci. Sommervile/Somerfield jednak na szafot nie trafił, znaleziono go bowiem powieszonego w celi. Co prawda zarzekał się wcześniej, że pomysł był wyłącznie jego autorstwa i że nie reprezentował większej grupy, jeden z agentów Walsinghama podał teorię, że to nieznani wspólnicy Sommervile’a pozbyli się go w obawie przed wsypą. Cała ta afera okazała się więc w sumie nader tragiczną farsą…

czwartek, 6 października 2011

Dragonia w ikonografii - cześć I

Tematy związane z ikonografią cieszą się sporym zainteresowaniem Czytelników niniejszego bloga, chciałbym więc rozpocząć kolejny cykl, nieco na tle ‘Malarzy znanych i nieznanych’. W krótkich wpisach z nowej serii chciałbym się przyjrzeć, jak w ikonografii XVII-wiecznej przedstawiono żołnierzy mojej ukochanej formacji, czyli dragonii. Zobaczymy jak wyglądało to w różnych krajach oraz jak zmieniał się wygląd ‘konnej piechoty’ na przestrzeni XVII wieku. Mam nadzieję, że tematyka ta Was zainteresuje.
Jako pierwsze przykłady z Johana Jacobiego von Wallhausena. To absolutna klasyka, znana chyba każdemu miłośnikowi epoki. Konny muszkieter w morionie, acz słusznie pozbawiony jakiegokolwiek innego uzbrojenia ochronnego. Jak widzimy żołnierz ten ma forkiet, jasno wskazujący, że jego broń nie nadawał się do strzelania z siodła.
Drugi z dragonów to konny pikinier. Ten pan to efekt pomysłu Wallhausena, według którego dragoni mieli być klasycznym regimentem piechoty, acz transportowanym na końskich grzbietach. Po spieszeniu jednostka ta miała walczyć jak pozostali piechurzy. Stąd też pikinier ma na sobie zbroję i hełm, a w ręku długą pikę. Problem jest tylko taki, że sam pomysł pozostał li i jedynie w zamyśle, w praktyce dragonów wystawiano tylko jako oddział strzelców. Co prawda pewien nadgorliwy angielski oficer w czasie Angielskiej Wojny Domowej zbytnio zapatrzył się w ryciny przedrukowane w angielskich podręcznikach i wyposażył swoją kompanię zarówno w piki jak i muszkiety, był to jednak odosobniony przypadek.
Ryciny z pracy Wallhausena kopiowano i drukowano w rozlicznych europejskich podręcznikach militarnych tej epoki, utrwalając zafałszowany wizerunek dragonów-pikinierów, który trafił też niestety do historiografii.